Jak zachęcić dzieci do współpracy?

Na podstawie II rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Każdy szef w żółtej i zielonej gałęzi (a i w czerwonej pewnie też), a już na pewno taki, który był na wyjeździe ze swoją jednostką, wie doskonale jak trudno czasami dogadać się z dzieciakami, tudzież młodzieżą. Nie raz puszczają nerwy na widok stanu obozowiska lub gdy zorientujesz się, że obóz już się kończy, a dany wilczek jeszcze ani razu się nie umył. Chłopcy zrobili coś głupiego na explo, dziewczyny plotkują zamiast robić obiad, panuje ogólny bałagan. Nasze przyzwyczajenie – często z naszego własnego dzieciństwa i rodzinnego domu – podpowiada nam, żeby:

  1. Obwiniać i oskarżać – “Znowu nie dogasiliście porządnie ogniska! Nigdy nie możecie zrobić tego dobrze?! Chcecie podpalić las?”
  2. Przezywać – “Taki chlew w obozowisku, tu chyba mieszkają brudasy nie harcerze!”
  3. Straszyć – “Jeśli za trzy minuty nie będziecie na placu apelowym w pełnym umundurowaniu będziecie robić pompki”
  4. Rozkazywać – “W tej chwili idźcie po chrust!”
  5. Moralizować – “Czy zdajecie sobie sprawę, jakie to niebezpieczne nie wstać na wartę? Wartownik jest strażnikiem obozu, musi dać znać, gdyby działo się coś złego. A jakby przyszli jacyś obcy ludzie i nie miałby kto nas ostrzec. Myślicie, że to tylko dla zabawy wystawiamy warty? Nie! Zachowaliście się nieodpowiedzialnie, zawiedliście…”
  6. Ostrzegać – “Uważaj, nie spadnij z platformy, nie podchodź tak blisko krawędzi, jesteś strasznie wysoko!”
  7. Przyjmować postawę męczennika – “To ja tu dla was czas swój oddaje charytatywnie, a wy mi tak…”
  8. Porównywać – “Dlaczego nie możecie być jak zastęp x, one zawsze tak szybko potrafią się zebrać do wyjścia.”
  9. Stosować sarkazm – “Zostawiłyście kotlety na ogniu, no pięknie, to po prostu genialny pomysł.”
  10. Prorokować – “Jeżeli teraz nie potrafisz pogodzić szkoły z harcerstwem, to co będzie jak zostaniesz wędrownikiem? Zupełnie nie będziesz miał na nic czasu.”
Obóz 1. Drużyny Garwolińskiej 2019, fot. Maciej Makulec

Zastanówmy się jednak, jak czuje się osoba słysząca takie słowa i czy wpłynie to na nią pozytywnie, czy nie podkopie to jej poczucia własnej wartości, czy będzie z nami chętniej współpracować. Moim zdaniem niekoniecznie, a i nasz autorytet w jej oczach nie będzie prawdziwy. Jest kilka innych, lepszych sposobów, aby zachęcić dziatwę do współpracy:

  1. Opisz, co widzisz lub przedstaw problem – “Ognisko nie jest zagaszone. Potrzebna jest woda.”; “Kotlety zaraz się spalą” – ważne, by nie stosować formy “ty” – nie mówimy “nie zgasiłeś ogniska” oraz nie pytać “dlaczego” – “dlaczego tu nie jest sprzątnięte”- bo prawdopodobnie zostanie to odebrane jako atak/obwinianie.
  2. Udziel informacji – “W pozostawionym na wierzchu jedzeniu zalęgną się mrówki”; “Brudną wodę po myciu wylewamy do dołów chłonnych” – ważne, żeby udzielać informacji, o których druga strona nie wie, inaczej zostanie to odczytane jako złośliwość lub też, że uważamy tę osobą  za niemądrą.
  3. Jeden wyraz – “ognisko”, “chrust”, “kotlety” – wydajemy polecenie/zwracamy uwagę na jakąś rzeczy używając jednego wyrazu, tak aby druga strona zrozumiała jakie ma wykonać zadanie. Nie używamy imion w ramach stosowania tego sposobu, gdyż wypowiemy je wielokrotnie z dezaprobatą druga strona zacznie je kojarzyć z niezadowoleniem.
  4. Porozmawiaj o swoich uczuciach – “złości mnie kiedy moje polecenia są ignorowane”.
  5. Napisz liścik – “harcówka pilnie doprasza się o posprzątanie” – można go oczywiście zaszyfrować:-).

Przez cały czas pisania artykułu przewijają mi się w głowie słowa Janusza Korczaka – “Nie ma dzieci – są ludzie”. Pomimo, a może przede wszystkim dlatego, że dzieciaki w jednostkach są w pewnym sensie naszymi podwładnymi, podopiecznymi, musimy tym bardziej szanować ich i uczyć, że każdemu należy się szacunek. A on wyraża się w dużej mierze w sposobie, w jaki się do nich odnosimy. Często brak nam umiejętności, zarówno panowania nad naszymi emocjami w sytuacjach trudnych i stresujących, jak również wypowiadania swoich myśli w sposób nie godzący w godność i poczucie własnej wartości drugiej osoby. Jest to na pewno ważny temat do pracy nad sobą.

Jak pomóc dzieciom radzić sobie z uczuciami?

Na podstawie 1. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Z kim nie lubimy rozmawiać?

Wyobraź sobie taką sytuację: przygotowujesz na zajęcia prezentację na zadany temat. Najpierw dużo czytasz, szukasz ciekawostek w różnych źródłach, potem starasz się jasno i atrakcyjnie ująć poznane treści. Poświęcasz na to dużo czasu. W końcu nadchodzi dzień twojego wystąpienia. Stresujesz się przez prawie całe zajęcia, bo prowadzący w żółwim tempie omawia kolokwium. Na prezentację zostaje ostatnie 10 minut. Pomijasz połowę, żeby zdążyć powiedzieć o najważniejszych kwestiach. Prowadzący przerywa ci stwierdzeniem, że właściwie nie o to mu chodziło, to jest nie na temat, ale dobrze, postawi trzy, a teraz do widzenia. I wychodzi.

Wracając do domu, spotykasz znajomą osobę i opowiadasz jej, co cię spotkało. Poniżej kilka wersji odpowiedzi twojego rozmówcy. Co czujesz podczas każdej z nich? Którą chciałbyś usłyszeć, a której wolałbyś uniknąć?

Zaprzeczanie uczuciom: „No co ty, nie przesadzaj, nie ma się czym przejmować. Przecież wiesz, że to nie koniec świata. No już, uśmiechnij się!”

– Odpowiedź filozoficzna „Nie żyjemy w świecie idealnym. Takie jest życie, trzeba się z tym pogodzić”.

– Rada: „Tylko nie poruszaj tego tematu z prowadzącym, jeśli nie chcesz sobie zaszkodzić. Pokorne ciele dwie matki ssie, warto o tym pamiętać”.

– Pytania: „Co dokładnie ci powiedział? A nie dało się zrobić tej prezentacji na następnych zajęciach? Dlaczego nie poszedłeś za nim i nie porozmawiałeś?”

– Obrona drugiej strony: „Najwyraźniej miał gorszy dzień. A skoro powiedział, że prezentacja jest nie na temat, to pewnie tak było. Ciesz się, że w ogóle ci ją zaliczył”.

– Żal: „Ojej, biedactwo, że też przytrafiło ci się coś takiego. Tak mi cię szkoda”.

– Psychoanalityk-amator: „Pewnie prowadzący przypomina ci twojego ojca, który w dzieciństwie często cię lekceważył. Dlatego jesteś taki zdenerwowany”.

– Odpowiedź empatyczna: „Och, to musiało być przykre. Napracowałeś się i takie lekceważące potraktowanie musiało być trudne do zniesienia”.

I jak, którą odpowiedź chciałbyś usłyszeć?

Dziecko też człowiek

Kiedy rozmówca udziela rad lub wygłasza „mądrości”, zwykle wcale nam nie pomaga. Przeciwnie, czujemy się jeszcze gorzej. Usprawiedliwianie drugiej strony oraz dopytywanie powodują, że musimy się bronić. Chyba jednak najgorsze są zapewnienia, że wcale nie mamy powodu, żeby czuć to, co czujemy. Słysząc je, mamy ochotę zakończyć rozmowę i chłodno się pożegnać.

Odpowiedź empatyczna to to, co każdy chciałby usłyszeć. Czujemy się lepiej, kiedy rozmówca naprawdę nas słucha, czyli „wczuwa się” w sytuację, docenia to, co przeżywamy
i pozwala nam o tym opowiedzieć. Wtedy nieprzyjemne uczucia słabną, a my jesteśmy w stanie poradzić sobie z nimi, a także znaleźć samodzielnie rozwiązanie problemu.

Tak samo jest z dziećmi. Kiedy akceptujemy ich uczucia, czują się dobrze, łatwiej im się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji. Potrafią same sobie pomóc, jeśli zostaną wysłuchane
i otrzymają empatyczną odpowiedź.

Skała Narady, Obóz 3. Gromady Garwolińskiej

Indiański wojownik kontra Mickiewicz

Niestety język empatii nie jest dla nas naturalny. Często uczucia wydają się czymś wstydliwym, a ich pokazanie obnażeniem słabości, więc staramy się tego unikać. Wygląda na to, że kamienna twarz indiańskiego wojownika jest ideałem również w naszej kulturze. „Miej serce i patrzaj w serce” błaga wieszcz, ale nam ciągle bliżej do preriowych dzikusów.

Dobra wiadomość jest taka, że języka empatii można się nauczyć. Czy warto się wysilać? Ks. M. Dziewiecki pisze: „Jesteśmy w stanie kochać i czuć się kochanymi wtedy, gdy obok są ludzie, których rozumiemy, i którzy empatycznie wczuwają się w nasze myśli, przeżycia i pragnienia”.

Poniżej wskazówki praktyczne. Myślę, że ich zastosowanie umożliwia nie tylko dogadanie się z najbardziej problematycznym wilczkiem w gromadzie, ale też podniesienie jakości każdej relacji.

Wreszcie praktyka

1. Słuchaj dziecka bardzo uważnie.

Oderwij wzrok od komputera/telefonu/książki. Nie udawaj, że słuchasz.

2. Zaakceptuj uczucia dziecka słowami „och”, „mmm”, „rozumiem”.

Słowa tego typu zachęcą dziecko do wyrażania swoich uczuć i myśli oraz do samodzielnego szukania rozwiązań.

Powstrzymaj się na razie od dawania rad. Mały człowiek poradzi sobie sam, jeśli nie będziesz mu przeszkadzać obwinianiem i pouczeniami.

3. Nazwij uczucia dziecka.

Wbrew pozorom nazwanie uczuć dziecka nie powoduje pogorszenia sytuacji. Potwierdzenie jego przeżyć przyniesie mu ulgę. Nauczy się też od Ciebie nazw różnych uczuć, a rozpoznawanie uczuć to pierwszy krok do poradzenia sobie z nimi.

4. Zamień pragnienia dziecka w fantazję.

Czasem samo zrozumienie czyni sytuację łatwiejszą do zniesienia. Dziecku łatwiej przestać się czegoś domagać lub czemuś sprzeciwiać.

Pragnienie zmian – praca nad nawykami

Artykuł napisany na podstawie części Podstawy książki Atomowe nawyki Jamesa Clear’a

Jako skauci, a także i może przede wszystkim szefowie, mamy obowiązek dbać o własną formację, rozwój, doskonalenie. To w dużej mierze łączy się z uporządkowaniem naszego życia, nadawaniem mu pewnych ram i stałych elementów, np. wyznaczenie czasu na modlitwę, troska o odpowiednie odżywianie się i aktywność fizyczną. Trudno jest wprowadzić wielkie zmiany w ciągu jednego dnia, dużo efektywniejszym rozwiązaniem jest dodawanie małych usprawnień, drobnych nawyków i konsekwentna praca z nimi każdego dnia. Panowanie nad swoim życiem, pewna przewidywalność dnia, daje nam dodatkowo poczucie sprawczości i pewność siebie. Krok po kroku możemy czynić nasze życie takim, jakie chcielibyśmy, by było.

Atomowe zmiany

Nawyk jest działaniem lub też zachowaniem, które jest powtarzane regularnie, a często też automatycznie. Może wznosić nas na wyżyny, lecz równie łatwo sprowadzić do parteru. Nasze życie i jego ścieżka – wznosząca lub też opadająca – jest zaś kształtowana przez sumę pojedynczych decyzji podejmowanych przez nas każdego dnia. Jeśli zdecydujemy się na jednorazowe zjedzenie zupki chińskiej prawdopodobnie nic nam się nie stanie. Jeśli jednak zaczniemy odżywiać się nią regularnie, stanie się to naszym nawykiem, nasze zdrowie będzie poważnie zagrożone.

Każdego dnia powinniśmy podejmować niewielkie, wręcz atomowe decyzje, które mają nas prowadzić ku lepszemu. Niech to będzie nawet prawie niedostrzegalny 1% postępu dziennie – w ciągu roku takie decyzje zaprowadzą nas do poprawienia danej sprawy 37 razy. Problem polega zazwyczaj na początkowym braku widocznych rezultatów, a co za tym idzie szybkiemu zniechęcaniu się i porzucaniu dobrych – drobnych zmian. Niewiele zmienią 3 wyjścia na basen czy siłownię, ponieważ gdy chcemy zadbać o naszą sylwetkę, potrzeba konsekwencji i regularności. Aby zauważyć rezultaty, musimy zebrać pewien potencjał wykonanych działań, a droga do przełomu (który jest sumą naszych zachowań) wymaga początkowego zmierzenia się z rozczarowaniem oraz cierpliwości.

Aby tę drogę przebyć, warto zmienić nieco swoje myślenie. Jest początek kolejnego roku i pewnie część z was (ja również😉) wyznaczyła sobie cele do zrealizowania w kolejnych miesiącach. Jednak wyznaczone cele mają często niewielki wpływ na rezultaty – np. w zawodach sportowych wszyscy zawodnicy mają taki sam cel, wygrani i przegrani. Dużo ważniejsze wydaje się opracowanie systemów, które pomogą nam robić coś lepiej, efektywniej. Są to procesy, które prowadzą do osiągnięcia celów. (przykład: cel – zdobycie stopnia wędrowniczki, system – regularność spotkań z szefową, kierownikiem duchowym, sposób wyznaczania i realizacji zadań, tryb pracy nad dziełem, itd.). Systemy mają tę zaletę, że nie są krótkotrwałe, nie zakładają tylko chwilowej zmiany do czasu zrealizowania celu, lecz jej kontunuowanie, ciągły rozwój.

Tożsamość

Możemy zmieniać swoje zachowanie na trzech poziomach: rezultatów, procesów do nich prowadzących lub też tożsamości, czyli sposobie w jaki o sobie myślimy. Nasze zachowania zazwyczaj są wynikiem naszej tożsamości. Dopiero zmiana na tym najgłębszym poziomie zapewni nam utrwalenie nawyków zamiast codziennej walki ze sobą. Dopóki nie zaczniemy myśleć o sobie jako o np. czytelniku, nie będziemy sięgać automatycznie po książki w wolnym czasie. Zmiana, która nie zostanie poparta przeobrażeniem myślenia o sobie, nie przetrwa. Naszym celem powinno być zatem nie tyle zrobienie czegoś, a zostanie kimś – biegaczem, osobą dbającą o zdrowie, osobą rozmodloną. Gdy dodatkowo będzie to dla nas powód do dumy i radości, motywacja do przestrzegania nawyku będzie o wiele większa.

Przekonania o sobie mogą nas bardzo ograniczać. Niektóre z nich niesiemy ze sobą już od dzieciństwa – zostały nam wpojone nieopatrznie przez dorosłych. Może to być przeświadczenie o tym, że wszystko psuję, jestem beznadziejny w grach zespołowych, jestem nieśmiały, itd. Ponieważ mam takie przekonanie o sobie, zachowuję się w sposób, który temu przekonaniu odpowiada, co prowadzi do wzmocnienia danego przekonania. Koło się zamyka. Prześledźmy, czy nie ma w nas takich zastanych wizji, które przeszkadzają nam być takimi, jakimi byśmy chcieli.

Zatem nawyki określają naszą tożsamość, ale też przez nawyki możemy wizję siebie samego zmienić – tożsamość zmienia się poprzez dostarczenie sobie wielu dowodów na to, że jesteśmy inni, niż nasze przekonanie. Najważniejsze jest wielokrotne powtarzanie danego zachowania – nie będziemy myśleć, że jesteśmy pilnymi uczniami/studentami, jeśli raz przygotujemy się do zajęć – to wymaga ponawiania, ciągłego działania. Zmiana tego kim jesteś, polega na zmienieniu tego co robisz.

Nabywanie lepszych nawyków nie polega na zaśmiecaniu dnia sprytnymi sztuczkami. Nie chodzi o to, by co wieczór nitkować jeden ząb, każdego ranka brać zimny prysznic, albo codziennie ubierać się w to samo. Nie chodzi też o osiąganie zewnętrznych oznak sukcesu, takich jak zarabianie większych pieniędzy, chudnięcie czy życie w mniejszym stresie. Przyzwyczajenia mogą pomóc ci to wszystko osiągnąć, ale zasadniczo nie chodzi w nich o osiągnięcie czegoś. Chodzi o stanie się kimś.

James Clear

Pętla Nawyku

Mózg wytwarza nawyki w odpowiedzi na regularnie napotkany problem – nawyk jest sprawdzoną metodą prób i błędów, przychodzącym automatycznie rozwiązaniem danego problemu i ma za zadanie odciążyć świadome działanie mózgu. Można powiedzieć, że jest on pójściem mózgu na skróty – wykorzystuje on poprzednie doświadczenia do osiągania zadawalających efektów.

Ilustracja: Agata Kocyan

Sposób nabywania nawyku składa się z czterech etapów powtarzanych po wielokroć. Są to kolejno sygnał, pragnienie, reakcja i nagroda. Sygnał (1) jest pewną informacją, którą mózg wyłapuje z naszego otoczenia lub też wnętrza, o możliwości sięgnięcia po nagrodę. Sygnały dla każdego są sprawą indywidualną, dla jednej osoby coś jest sygnałem, dla innej będzie bez znaczenia. Dopiero sygnał zinterpretowany w odpowiedni sposób przeradza się w pragnienie (2), czyli chęć zmiany. Jest to siła napędowa każdego działania – pragniemy nie nawyku samego w sobie, ale zmiany naszego stanu wewnętrznego, np. rozrywki, ulgi, zaspokojenia ciekawości. Kolejnym etapem jest reakcja (3), czyli właściwe działanie czy myśl, nawyk. Aby reakcja nastąpiła, dane zachowanie nie może być dla nas zbyt trudne – jeśli wymaga ono zbyt wielkiego wysiłku, zostanie po prostu odrzucone. Reakcja prowadzi do nagrody (4), która jest celem każdego nawyku. Nagroda daje nam uczucie satysfakcji oraz jest dla nas nauką, w jaki sposób postępować w przyszłości. Nagroda zostaje przez mózg powiązana z sygnałem. Aby zachowanie przerodziło się w nawyk, muszą wystąpić wszystkie cztery etapy – usunięcie lub ograniczenie choćby jednego spowoduje, że nawyk się nie wykształci. Następowanie po sobie tych etapów jest nazywane pętlą nawyku.

Sygnał – stresująca sytuacja na uczelni
Pragnienie – chęć rozładowania napięcia
Reakcja – idziesz na kawę i ciasto do kawiarni
Nagroda – rozładowujesz stres, stresujące sytuacje na uczelni zostają skojarzone z wizytą w kawiarni

Przykład pętli nawyku

W skautingu dużo mówimy o pracy nad sobą, samowychowaniu, rozwoju. Wiele razy próbujemy coś zmienić w naszym życiu, ale pomimo najszczerszych chęci, nie udaje nam się. Wynika to między innymi z faktu braku wiedzy na temat działania naszego mózgu i psychiki. Warto poszerzać swoją wiedzę i wykorzystywać ją w praktyce. Może oszczędzić nam to frustracji spowodowanej wiecznie niedotrzymanymi postanowieniami i pozwolić zrozumieć, jakie błędy popełnialiśmy, podejmując je. Bardzo polecam książkę Atomowe nawyki Jamesa Clear’a, na podstawie początku której napisałam ten artykuł, a która w dalszej części podpowiada w jaki sposób uczynić rzeczy oczywistymi, atrakcyjnymi, łatwymi i satysfakcjonującymi, aby rozwijanie dobrych nawyków było dla nas codziennością.

Honor dany i zadany

Gdy przygotowywałem się do złożenia Przyrzeczenia bardzo głęboko to przeżywałem. I dziś, ponad dekadę później, gdy jestem świadkiem wypowiadania słów: Na mój honor, z Łaską Bożą przyrzekam… nie potrafię przejść obojętnie wobec doniosłości tej chwili. Ta rota, prosta, ale tak istotna dla naszego życia harcerskiego, rezonuje ze mną na wielu poziomach. Od dumy, przez rachunek sumienia z wywiązywania się ze słów przysięgi, po wolę kierowania się ideałami, które przyjąłem za swoje. W niniejszym tekście zajmę się pojęciem, które stanowi filar Przyrzeczenia i jest treścią pierwszego punktu prawa harcerskiego.  

Czym jest honor? Myślę, że to kolejna idea, co do której mamy pewną wspólną pulę skojarzeń. Hasło Bóg, honor, ojczyzna; pojęcia takie jak zdolność honorowakodeks honorowy albo uczynienie komuś dyshonoru. Intuicyjnie wiążemy honor z czcią, dumą, szacunkiem, trzymaniem się zasad. Wreszcie, opisową definicję znajdujemy w samym obrzędzie Przyrzeczenia: Czy wiesz, że twój honor to należeć do Chrystusa, być wiernym swojej Ojczyźnie, rodzicom, przełożonym, przyjaciołom, a także być wiernym danemu słowu? Spróbujmy jednak zagłębić się w sedno tego pojęcia i zobaczyć, jak zmieniało się jego rozumienie poprzez dzieje.  

Podobnie jak w przypadku pojęcia cnoty, najstarsze wzmianki o honorze, w szeroko rozumianej cywilizacji europejskiej, znajdziemy u Homera: 

«Hektorze! Kiedyś łatwo do ucieczki skory, 

Jak sobie śmiesz rycerskie przywłaszczać honory?… 

Jaka będzie dla niższych rycerzy obrona, 

Gdyś pozwolił wziąć Grekom ciało Sarpedona, 

Z którym cię i przymierze, i przyjaźń wiązały?  

Iliada, Homer

Społeczeństwo, w którym żył legendarny pieśniarz utożsamiało pojęcie honoru z czcią i szacunkiem, jakie wiążą się z pozycją we wspólnocie i dążeniem do stawania się jak najlepszym (gr. aristos – optymalny, najlepszy, stąd termin arystokracja). Ocena, czy ktoś honor swój zatracił albo uzyskał zależała całkowicie od społeczności w której żył. Próbę przedefiniowania tego pojęcia podjął Arystoteles. Twierdził on, że bogaci i dobrze urodzeni co prawda zasługują na szacunek, ale o wiele większą czcią powinno się otaczać ludzi prawdziwie dobrych, czyli kierujących się w życiu cnotami. Miała to być dla nich swoista nagroda. 

Podobne konotacje znajdziemy u Rzymian epoki republiki. Tam mianem honores określano urzędy publiczne sprawowane przez obywateli. Nie należała się za nie zapłata pieniężna jak rzemieślnikom czy kupcom, ale cześć i szacunek wspólnoty. Tak postrzegany honor miał kształtować życie społeczne oparte na roztropnej trosce o dobro wspólne w kontrze do partykularnych dążeń poszczególnych obywateli. 

To rozumienie pojęcia honoru zostało pogłębione i skonkretyzowane przez chrześcijaństwo. Stało się to głównie dzięki tekstom najsłynniejszego komentatora myśli Arystotelesa – Świętego Tomasza z Akwinu. Po pierwsze, honor to należna nam cześć. Znajduje swoją podstawę w samym fakcie posiadania godności Dziecka Bożego. Dobra sława czy dobre imię są zewnętrznym przejawem tej godności i zarazem nadal są nagrodą za kierowanie się cnotą w życiu społecznym. Po drugie, już przy przyjściu na świat otrzymujemy dar życia, za który żadna ilość szacunku i czci nie będzie wystarczającą zapłatą. Tym bardziej powinniśmy kochać Boga – naszego Stworzyciela oraz powinniśmy szanować naszych rodziców z samego faktu, że przyczynili się do naszego zaistnienia. Nie oznacza to oczywiście, że nasi rodzice są wolni od popełniania błędów. Wciąż istnieje wiele krzywd, które mogą nam wyrządzić, ale nawet w najbardziej trudnej i poranionej sytuacji nie wolno nam, jako chrześcijanom, o tej czci zapomnieć. Wreszcie, jako że honor jest związany z samą naszą istotą nie możemy go stracić, ale możemy go naruszyć przez nasze błędy i niedopatrzenia, które ściągają nas ze ścieżki cnót. Honor jest, więc nie tylko prawem, ale przede wszystkim obowiązkiem do czynienia dobra w świecie, który nas otacza. Jest nam dany i zadany.   

Obóz Wilczkowy 2017, fot. Robert Magnowski

W kulturze europejskiej chrześcijański ideał honoru zawierał w sobie warunki, które należało spełnić, by móc dążyć do dobrej sławy oraz etos poszczególnych warstw  społecznych, zmieniający się zależnie od epoki i kraju . Takie połączenie przynosiło zarówno dobre, jak i złe owoce. Z jednej strony pojęcie takie jak noblesse oblige wyraża dążenia do kierowania się cnotą niezależnie od naszych słabości czy trudności z jakimi się mierzymy. Tak też nasze polskie polegać jak na Zawiszy odnosi się do całkowitego zaufania i wiary w drugą osobę. Z drugiej strony stała wielokrotnie potępiana przez Kościół praktyka pojedynków, czyli zrytualizowanych walk, które niejednokrotnie kończyły się śmiercią. Przyczyną starć było np. złamanie tabu kulturowego i naruszenie dobrego imienia. To, w obliczu V przykazania, Kościół postrzegał jako sprawy błahe.  

W wyniku przemian społecznych i kulturowych, które następowały od wieku XIX a nasiliły się po II Wojnie Światowej, owo obyczajowe postrzeganie honoru prawie całkowicie zanikło w przestrzeni publicznej. Wydaje się, że dążenia naszego Stowarzyszenia do podtrzymania znaczenia honoru, który opiera się na fundamencie chrześcijańskim a nie wyłącznie na ludzkich zwyczajach czy tradycjach jest dobre i właściwe. 

Rekwizyt z gry “Wojna na Północy”, przedstawiający sztandar Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Eurojam 2014, fot. Jan Żochowski

Na koniec spróbujmy zaprzęgnąć to pogłębione znaczenie pojęcia honoru do krótkiej refleksji intelektualnej. Co oznacza hasło Bóghonorojczyzna? Jeżeli spojrzymy na nie wyjątkowo szeroko, urasta do definicji naszej chrześcijańskiej cywilizacji i jest świadectwem duchowych korzeni naszego narodu. Bóg – to nasz ostateczny cel jako źródło szczęścia wiecznego a zarazem dawca życia. Honor i jego fundament – pełnia cnót, pozwala nam w życiu ziemskim w pełni realizować się jako człowiek a zarazem dążyć do Boga. Wreszcie ojczyzna jest kolebką naszego ziemskiego życia, a zarazem jest światem, ku któremu kierujemy naszą miłość. Od mórz, gór, pól i lasów, przez nasze rodziny, przyjaciół, przełożonych i podwładnych po idee jak nasza tradycja, historia i kultura. Odrzucenie któregokolwiek z tych trzech dóbr nie pozwoli nam prowadzić pełni życia.  

O cierpliwości zdań kilka….

[Jezus] opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: “Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: “Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem;  może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”». Łk 13, 6-9

Gdy poproszono mnie o podzielenie się swoimi przemyśleniami o cierpliwości, w mojej głowie natychmiast pojawiły się powyższe słowa Jezusa. Chociaż w tym fragmencie Pisma Świętego nie pojawia się słowo „cierpliwość”, to jednak jest to piękna przypowieść o tym, jak bardzo Bóg jest cierpliwy w stosunku do nas. Jak w innym miejscu napisał Apostoł: „Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia.” (2 P 3,9). Bóg czeka. Cierpliwie. Przede wszystkim na naszą miłość. To jest ten owoc, którego pragnie. Dlaczego nie powinniśmy pozwalać Mu za długo czekać?

Cierpliwe czekanie wiąże się jednak z obawą, napięciem. Może powodować gniew i irytację: „Wytnij je, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” – to nie są słowa spokojnego człowieka. A z kolei te uczucia wiążą się z cierpieniem. Nie przypadkiem te dwa słowa mają wspólny rdzeń. Cierpliwość wiąże się z cierpieniem – jeśli ktoś jest bardzo cierpliwy to bardzo dużo go kosztuje, kiedy trzeba znosić niemiły, czasem bolesny stan, uczucie, nieznośną osobę. Brak natychmiastowych wyników i nagrody mimo włożonej pracy. Cierpliwość zdecydowanie nie wiąże się z przyjemnością. Bóg czeka na Ciebie zawsze i jak nie pozwalasz Mu się z Tobą spotkać i pokochać – sprawiasz, że On staje się cierpliwy – ale Komuś, Kogo kochamy nie powinniśmy sprawiać takich atrakcji. Także nawracać się trzeba – czyli powracać do Boga. To jeśli chodzi o cierpliwość Boga w stosunku do Nas – to co najważniejsze zostało wyjaśnione. Ale czego możemy się nauczyć z tej przypowieści, jeśli chodzi o nasze międzyludzkie relacje? Jak naśladować Bożą miłość i cierpliwość zwłaszcza wobec powierzonych nam osób, które potrafią testować skutecznie naszą chrześcijańską miłość w praktyce?

Cierpliwość i oczekiwanie powinny być racjonalne. Gdzieś na samym początku trzeba zadać sobie pytanie z jakim drzewem mamy do czynienia? Czy naprawdę jest to drzewo figowe, które przyniesie słodkie owoce, czy może dąb, który spełni swoje zadanie w innym miejscu i w inny sposób? Jednej rzeczy można zawsze oczekiwać od człowieka, który określa się jako uczennica/uczeń Chrystusa – miłości i troski o zbawienie. Wspólna dla wszystkich ludzi jest modlitwa, jako znak więzi z Bogiem. To co dotyczy relacji z ludźmi, wykonywania zadań – to już bardzo indywidualna i wyjątkowa droga. Czy wiem, co tak naprawdę mam robić, jakie powinny być skutki moich wyborów? Jeśli jesteś dobrym kucharzem niekoniecznie musisz pięknie śpiewać. Z wypieków i potraw będziesz mógł się rozliczyć za jakiś czas, systematycznie i wytrwale na to pracując. Przy pierwszym stopniu słuchu muzycznego (wiesz kiedy ktoś śpiewa, a kiedy mówi) nie będziesz drugim Pavarottim, czekanie i praca nie pomogą. Jak jest ważne, żeby talenty rozeznać u powierzonych Ci ludzi, żeby „Makłowiczowi” nie wyznaczać norm „Pudziana” i odwrotnie. Trochę tak, ale z poprawkami.  

Zakorzenienie. Drzewo jest już zasadzone we właściwym miejscu. Wrośnięte w określoną glebę. Winnica jest już jego winnicą. Gdyby mogło mówić, pewnie by to powiedziało – „moja winnica”. (Moja, Nasza – rodzina, szkoła, drużyna, hufiec). Jeśli to nie jest moje, nie  ma wrośniętego korzenia – nie ma szans na owocowanie.

Wsparcie. Kiedy ogrodnik widzi, że nie ma owoców, zwraca na to uwagę – może nie ma korzenia. Więc może trzeba jakoś pomóc temu drzewu. Cierpliwość w stosunku do człowieka nie oznacza więc siedzenia i „lampienia się” na niego w oczekiwaniu efektów. Ogrodnik spulchnia ziemię czyli rozbija być może skały wokół drzewa (nie wiem czy pamiętacie, ale był kiedyś taki serial „W kamiennym kręgu” – nie wiem o czym był, ale teraz tytuł mi się przypomniał, nasze relacje to może być taki kamienny krąg, w który nawet najsilniejszy człowiek się nie wciśnie) i obkłada nawozem. Stwarza warunki rozwoju, wspiera. Co więcej – broni i osłania przed zewnętrznymi surowymi opiniami, bo ma świadomość, że brak owoców może wynikać z obiektywnych przyczyn.

Cierpliwość nie jest wieczna. Wtedy, byłaby naiwnością i głupotą. Drzewo, które nie przynosi owoców jednak zabiera innym roślinom słońce, zawłaszcza glebę. Sprawia, że inne drzewa też po jakimś czasie przestają owocować. Nawet Boża cierpliwość w stosunku do ludzkości kiedyś się skończy, będzie przecież Sąd Ostateczny. Przyznanie się do porażki, zmarnowanego czasu nie jest czymś złym. Świadczy o mądrości i dojrzałości. Cierpliwość bowiem sama w sobie nie jest 100% procentową gwarancją sukcesu. Choć trudno jest sobie wyobrazić jakiekolwiek sensowne dzieło bez wytrwałości i cierpliwości, ale o tym być może kiedy indziej.

Ecce Homo, św. Brat Albert Chmielowski

P.S. Na zakończenie, obraz do medytacji ze Słowem Bożym. Jak zawsze lepszy niż tysiąc słów. O cierpliwości Jezusa w stosunku do Ciebie. Spostrzegawczy zauważą na Nim Serce:

Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?
na kimże się ramię Pańskie objawiło?
On wyrósł przed nami jak młode drzewo
i jakby korzeń z wyschniętej ziemi.
Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Lecz On był przebity za nasze grzechy,
zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
a w Jego ranach jest nasze zdrowie.
Wszyscyśmy pobłądzili jak owce,
każdy z nas się obrócił ku własnej drodze,
a Pan zwalił na Niego
winy nas wszystkich.
Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić,
nawet nie otworzył ust swoich.
Jak baranek na rzeź prowadzony,
jak owca niema wobec strzygących ją,
tak On nie otworzył ust swoich.

Iz 53, 1-7

Lectio Divina. Spotkaj się z Bogiem

Czy w Niebie wszyscy będą tak samo szczęśliwi? Tak i nie. Każdy zbawiony osiągnie pełnię szczęścia, ale na swoją miarę. Pełnia pełni nierówna. W pełnej beczce jest dużo więcej wody niż w pełnym naparstku. Człowiek też ma swoją „duchową pojemność”. I ma na nią wpływ. Od Ciebie zależy, jak bardzo będziesz szczęśliwy. A czym będzie to szczęście, dla którego stworzył nas Bóg? Leo J. Trese, autor książki W co wierzymy, posługuje się następującym przykładem.

Historia miłości

Pewien amerykański żołnierz został wysłany do zagranicznej bazy wojskowej. Otrzymywał od rodziny list z dołączoną lokalną gazetą. Podczas przeglądania zobaczył zdjęcie dziewczyny, która od razu mu się spodobała. Postanowił nawiązać z nią kontakt. Wysłał list i po jakimś czasie dostał odpowiedź. Od tamtej pory pisali do siebie regularnie, w wiadomościach dzielili się swoimi przeżyciami i przemyśleniami tym, co dla każdego z nich było ważne. Poznawali się coraz lepiej i stawali się sobie coraz bliżsi. Pod wzajemnym wpływem starali się być coraz lepsi, chłopak nawet rzucił palenie. Z utęsknieniem czekali na prawdziwe spotkanie. Po dwóch latach żołnierz zakończył służbę i wrócił w rodzinne strony. Jak wielka była jego radość, kiedy na dworcu witał się z ukochaną!

Nasza sytuacja jest podobna. W niebie w końcu będziemy mogli spotkać się z Bogiem twarzą w twarz, rzucić Mu się na szyję. Z tą różnicą, że chłopak na dworcu mógłby być mimo wszystko rozczarowany, gdyby np. okazało się, że dziewczyna ma paskudnie skrzeczący głos. W niebie posiądziemy nieskończenie doskonałego Boga i będziemy przez Niego posiadani. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie radości płynącej z takiego zjednoczenia. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” – pisze św. Paweł o czekającym nas szczęściu. Żadna ludzka miłość nie może zaspokoić wszystkich tęsknot i pragnień ludzkiego serca. Może je wypełnić tylko nieskończona miłość Boga.

A gdyby żołnierz nie pisał listów? Cóż, jeśli nawet dziewczyna byłaby na dworcu w czasie jego powrotu, to po prostu przeszedłby obok niej, jak obok innych nieznanych osób. Gdyby znał ją z widzenia, może rzuciłby szybkie „cześć” i poszedł dalej. Podobnie osoba, która na ziemi nie pozna i nie pokocha Boga, nie będzie mogła cieszyć się wypełnieniem tej miłości w niebie. To szczęście nie będzie dla niej istnieć tak, jak dla niewidomego nie istnieje piękno górskiego widoku. Ktoś, kto przed śmiercią pozna Boga trochę, pewnie ucieszy się, kiedy spotka go w Niebie i na swoją miarę będzie szczęśliwy. Ale tylko ten, kto pokocha Go szalenie, będzie też szalenie szczęśliwy.

il. Agata Kocyan

Masz nieodczytaną wiadomość

Właśnie po to żyjemy na Ziemi, żeby przez miłość do Boga, budować fundamenty naszego szczęścia w Niebie. Pięknie brzmi, ale jak to zrobić? Jak zaprzyjaźnić się z Osobą, której nie widzimy i nie słyszymy? Czy można Ją poznać? Żołnierzowi udało się za pomocą korespondencji. My też mamy taką szansę. W dodatku nie musimy pisać pierwsi i niepewnie czekać na odpowiedź, bo Bóg już opowiedział o Sobie. W Piśmie Świętym i Tradycji objawił nam wszystko, co jest potrzebne, żeby Go poznać. I zachwycić się. A także poznać siebie – takimi, jakimi On nas widzi. I znowu się zachwycić.

„Ucz się o sercu Boga ze słów Boga” – zachęca św. Grzegorz Wielki. Słowo Boga to coś więcej niż słowo człowieka. Jest „żywe i skuteczne”. Bóg sprawia to, co mówi – w ten sposób stworzył świat. I to stwórcze Słowo pozwala zamknąć się w biednych ludzkich literach. Bóg jest tak pokorny. Słowo stało się ciałem – Wszechmocny stał się niemowlęciem. Nieogarniony pozwolił zamknąć się w literze, żebyśmy mogli Go poznawać. Pomyśl o tym, kiedy będziesz patrzeć na Dzieciątko w żłóbku. Jak bardzo Bóg się uniżył, żeby być blisko nas. Niemowlę. Litera.

A Ty, jak odpowiadasz na Jego starania? Czytasz w ogóle to, co do Ciebie napisał? Pomyśl, z jaką niecierpliwością czekasz czasem na jakąś wiadomość. Wzbudź w sobie taki głód Słowa – otwieraj Biblię jak wiadomość od ważnej dla Ciebie osoby. W ten sposób czytali ją chrześcijanie już od pierwszych wieków – praktykowali lectio Divina, czyli pobożne czytanie prowadzące do spotkania z Bogiem.

Nic z tego nie rozumiem

Dzieje Apostolskie zawierają barwną opowieść o apostole Filipie. Posłuszny poleceniu anioła Filip staje przy drodze z Jerozolimy do Gazy. Właśnie przejeżdża tamtędy dworzanin etiopskiej królowej, który zarządza całym jej skarbem. Czyta księgę proroka Izajasza. Na wezwanie Ducha, Filip dogania wóz. Pyta dostojnika, czy rozumie, co czyta, a ten z prostotą odpowiada: „Jakżeż mogę rozumieć, kiedy mi nikt nie wyjaśni?”. Dalej jadą razem. Filip, wychodząc od słów proroka, opowiada Etiopczykowi o Jezusie. A na postoju, na prośbę dworzanina, udziela mu chrztu.

Czasem podczas czytania Pisma Świętego czujemy się zupełnie jak etiopski dworzanin – nic nie rozumiemy. W dodatku zwykle nie zjawia się przy nas apostoł ani anioł, który mógłby nam wszystko wytłumaczyć. Co tu robić? Wymyślanie własnych teorii może być niebezpieczne – z błędnej interpretacji Pisma wzięły początek różne herezje. „Żadne proroctwo Pisma nie jest do prywatnego wyjaśniania” – pisze św. Piotr w swoim liście.

Tekst biblijny powinien być czytany w świetle całości Biblii. I tak podczas czytania Starego Testamentu nie możemy udawać, że nie znamy Nowego. Musimy też widzieć opisane wydarzenia w świetle Tradycji. Co to znaczy? Apostołowie osobiście znali Jezusa, słyszeli wszystko bezpośrednio od Niego, mogli Mu zadawać pytania, widzieli to, co robił. Potem uczestniczyli w spisywaniu ksiąg Nowego Testamentu. Najlepiej wiedzieli, jak należy je interpretować, w jakim duchu czytać. Tą wiedzę przekazali swoim następcom – biskupom.

Ponadto wierzymy, że w Kościele działa Duch Święty, który umożliwia coraz lepsze rozumienie Objawienia. Dlatego oprócz Pisma Świętego należy czytać komentarze. Jest wielu ludzi mądrzejszych od nas, którzy poświęcili się studiowaniu kwestii biblijnych. Dzięki nim możemy poznać kontekst kulturowy w jakim dany tekst powstał, inne znaczenia słów, które na polski zostały przetłumaczone w tylko jeden sposób oraz wersety Pisma Świętego, które są związane z fragmentem przez nas czytanym i w jakiś sposób go tłumaczą. Niektóre wydania Pisma, mają wbudowane krótkie komentarze (wyd. Edycja Świętego Pawła). Mamy również do dyspozycji, np. Katolicki Komentarz Biblijny wyd. „Vocatio” albo bardziej przystępną serię Katolicki Komentarz do Pisma Świętego wyd. „W drodze”, czy komentarze do Ewangelii z danego dnia w Oremusie.

Czy Pismo Święte może się mylić?

Jeszcze jedna ważna sprawa. Czy Pismo Święte może się mylić? Autorem jest przecież Bóg, to On natchnął ludzi, którzy pisali Biblię. Czy taki tekst może zawierać jakiekolwiek błędy?

Był czas, kiedy obrońcy nieomylności Pisma Świętego uważali ludzi nauki za bluźnierców, bo ich odkrycia wydawały się kłócić z jego treścią. Też uważasz, że świat nie powstał w siedem dni? Czy w takim razie Bóg się pomylił? Pismo Święte jest nauczycielem prawd zbawczych. I ucząc nas prawd potrzebnych po zbawienia jest nieomylne, bo jego pierwszym autorem jest Bóg. Natomiast twórcą bezpośrednim każdej księgi jest konkretny człowiek, żyjący w określonym czasie, kulturze, posiadający wiedzę na miarę swojej epoki i stanu. Bóg temu człowiekowi nie zabiera jego rozumienia świata, nie daje mu nowego, wszechwiedzącego umysłu. Nie robi też z niego bezmyślnego narzędzia, które tylko zapisuje podyktowany tekst. Pozwala mu być autorem, dbając o to, żeby powstający tekst pokazywał prawdę o Bogu i człowieku w odniesieniu do Boga. Dlatego czerpanie z Biblii wiedzy o funkcjonowaniu przyrody albo zarządzaniu pieniędzmi to pomyłka.

Lectio – pozwól Bogu, żeby Ci poczytał

Lectio Divina znaczy po łacinie „Boże czytanie”. Wyróżniono w nim cztery charakterystyczne etapy. To nie jest schemat, który trzeba bezwzględnie realizować, a raczej opis tego, co dzieje się w duszy człowieka pobożnie czytającego Pismo Święte.

Na początku warto pomodlić się o pomoc Ducha Świętego, by pod Jego natchnieniem Słowo stawało się Pismem. I odwrotnie: dzięki Jego mocy Pismo może stać się dla nas żywym Słowem. Zaczynamy lectio – łac. czytanie. To moment strategiczny. Jeśli chcemy, żeby nasze lectio było Divina – Boże, a nie humana – ludzkie, to musimy pozwolić, żeby to Bóg nam czytał.

Ojcowie starożytni gorąco zachęcali: zrób wszystko, żeby twoje czytanie zamieniło się w słuchanie. Co Bóg mówi? „Bez tego pytania święty tekst będzie tylko pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli” pisze Benedykt XVI w Verbum Domini”. Nie jest to może łatwe, ale nie jest niemożliwe. W odpowiedniej lekturze pomoże spokojne miejsce, umożliwiające skupienie, a także zapoznanie się z przypisami i komentarzami, dzięki którym lepiej zrozumiemy to, co czytamy.

A jednak najważniejsze nie jest zrozumienie tekstu, ale przyjęcie go z wiarą i miłością. Może być tak, że nie będziemy rozumieć i nie powinno nas to zniechęcać. Kluczowe nie jest pytanie „dlaczego?”, tylko „kto mówi?”. Skoro mówi Bóg – przyjmuję to, chociaż nie rozumiem. Co Maryja mogła rozumieć w chwili zwiastowania? Przyjęła słowa anioła, bo uwierzyła, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, a nie dlatego, że te słowa wydały jej się logiczne. Co Bóg mówi?

Meditatio – Ty jesteś tym człowiekiem

Drugim etapem jest meditatio – rozważanie. Zadaliśmy już pytanie „co Bóg mówi?”, teraz zapytajmy „co Bóg mówi do mnie?”. Nie do księży ani do mojej rodziny, tylko do mnie. Najłatwiej czytać Biblię „na wynos” – zauważyć, kto powinien to sobie przeczytać i się zmienić, ale nie o to chodzi.

W Starym Testamencie jest scena, w której prorok przychodzi upomnieć grzeszącego króla Dawida. Opowiada mu historię człowieka, który zabrał biednemu sąsiadowi jego jedyną owieczkę, chociaż sam miał wielkie stado. Dawid od razu mówi, że człowiek ten postąpił źle i zasługuje na karę. Zupełnie się jednak nie orientuje, że mowa o nim samym. Dopiero prorok mu uświadamia: „ty jesteś tym człowiekiem”. Warto sobie to powtarzać „ty jesteś tym człowiekiem” – trędowatym, faryzeuszem, uczniem.

Jak rozpoznać to, co w tym tekście jest ważne w kontekście obecnego momentu mojego życia? Patrzeć na poruszenia serca. Jaki fragment szczególnie mnie poruszył? Zdrowa część mojego serca będzie reagować radością i pokojem, a chora – niepokojem. Co w tekście przynosi mi radość, a co niepokoi i pokazuje zranione miejsca?

Oratio – sam nie dasz rady

Widzimy już swoją prawdziwą twarz. To, co w nas dobre, ale też nasze słabości. Oratio to modlitwa – rozmowa z Bogiem o tym, co zobaczyliśmy. Dziękowanie Mu, uwielbianie Go – jak Maryja w Magnificat.

To jednak nie wszystko. Nie udawajmy, że ze wszystkim tak łatwo nam się zgodzić. Bóg chce leczyć nasze słabości, ale nas to wcale nie zachwyca, wygodnie nam ze starym sposobem myślenia, przyzwyczajeniami. Nasza modlitwa może wyglądać jak walka Jakuba z Bogiem na pustyni. Taka też Mu się podoba, bo dopóki jest nasze zaangażowanie, jest też szansa, że staniemy po Jego stronie i poprosimy o pomoc w tym, co nas przerasta. Możemy i powinniśmy być z Bogiem całkowicie szczerzy. On się nie obrazi, nienawidzi tylko letniości – modlitwy powierzchownej, nudzenia się na modlitwie. Jeśli brakuje Ci do Niego zaufania albo nie rozumiesz, co się wyrabia w twoim życiu – powiedz Mu to otwarcie. I poproś, żeby coś z tym zrobił. Żebyś potrafił stanąć po Jego stronie.

Contemplatio – być razem

Kiedy proboszcz z Ars przyszedł rano otworzyć kościół, jeden z wieśniaków już czekał pod drzwiami. Zdziwionemu księdzu wyjaśnił, że przychodzi, żeby przed tabernakulum szukać siły i pomocy do całodziennej pracy.

„I co mówisz Bogu, kiedy tak klęczysz?” – zapytał proboszcz.

„Nic.” – odpowiedział wieśniak. – „Patrzę na Niego, a On na mnie.”

Na tym polega kontemplacja. Nie są już potrzebne słowa ani rozważania. Tak jak w towarzystwie osoby, którą dobrze znamy – nie trzeba cały czas mówić, wystarczy być, cieszyć się jej obecnością i świadomością, że ona również cieszy się, że nas widzi. Wpatruj się w Boga, na Nim skup całą swoją uwagę. Myśli, które będą przychodzić Ci do głowy, łagodnie od siebie odsuwaj. Możesz powtarzać powoli jakieś krótkie słowa, które pomogą Ci się skupić, np. „Pan mój i Bóg mój” albo po prostu Imię Jezus. W ten sposób miniesz kurtyny Twoich uczuć i myśli i wejdziesz do swojej „wewnętrznej izdebki” – najgłębszego miejsca Twojego serca, gdzie przebywa sam Bóg.

Drogi Czytelniku, więcej poczytasz lub posłuchasz tutaj:

1. Życie w rytmie Słowa. Praktyka lectio divina, ks. Krzysztof Wons,

https://www.youtube.com/watch?v=xkP4vDIOxGs

2. Świątynia. Wprowadzenie do kontemplacji, Monika i dk. Marcin Gajdowie

3. Rozumieć Biblię, Monika i dk. Marcin Gajdowie

https://www.fundacjatheosis.pl/biblia-non-profit/

4. Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym “Dei Verbum”, Sobór Watykański II,

https://biblia.wiara.pl/doc/423157.DEI-VERBUM

5. Lectio divina. Boże czytanie, Benedyktyni tynieccy

6. W co wierzymy, Leo J. Trese

Łaska – dar, który warto przyjąć

Rzeczy niemożliwe robimy od razu, na cuda trzeba chwilę poczekać. Na pewno nie potrzebujesz niczyjej łaski?

Mokry las pięknie pachnie. Deszcz nie pada już tak mocno, ale drogą ciągle spływa pełno wody. Grupa osób w pelerynach idzie pod górę po śliskich kamieniach. Niektórzy głośno sapią i zastanawiają się, jakim cudem misternie spakowany plecak zrobił się taki ciężki i czego jeszcze można było nie zabierać. Akela opowiada, co wilczki wymyśliły na obozie.

Tu jest dobre miejsce na obiad.  – zauważa ktoś z przodu.

Zatrzymują się. Każdy wyjmuje z plecaka, to, co wziął ze sobą do wspólnego przygotowania posiłku: kociołek, patelnię, jedzenie… Jedni szukają mniej mokrego drewna, drudzy kroją mięso i warzywa. W powietrzu unosi się nieśmiało smuga dymu. Potem cała chmura. W końcu jest i ogień. Może nie było jedną zapałką, ale płonie. Wiadomo, przecież, że chcieć to móc.

Skaut wszechmogący?

Dzięki służbie ma się świetną okazję, żeby zrobić czasem coś trudniejszego. Przełamać swoje lenistwo i wygodnictwo. Zahartować trochę swoją wolę i przestać być „ciepłą kluchą”. Nieprzyjemnie to robić, ale potem człowiek jest z siebie zadowolony. Takich okazji do zadowolenia pojawia się sporo: zdobycie stopnia albo sprawności, zbudowanie imponującej platformy, dobra zbiórka, mimo deszczu, udane spotkanie z rodzicami czy dogadanie się z sanepidem.

Okazuje się, że wystarczy trochę wysiłku i sprawy idą po naszej myśli. Zaczyna nam się wydawać, że chcieć to móc.  I zaczyna się problem.

Bo przecież „chcieć to móc” oznacza: być wszechmogącym. A żaden człowiek wszechmogący nie jest. Dobrze jest się starać i przygotować dobrą zbiórkę. I może być tak, że im bardziej się postarasz, tym zbiórka będzie lepsza. Ale niekoniecznie. Może zupełnie zachrypniesz i nie będziesz w stanie prowadzić śpiewogrania albo zapomnisz zabrać z domu kluczowego elementu gry. To dobra okazja, żeby uznać swoją niedoskonałość. Warto mieć silną wolę. Silna wola jednak nie załatwi wszystkiego, nie ma sensu, więc bezgranicznie jej ufać.

Egipski Ozyrys w Twojej głowie

Kto pójdzie do nieba? Ten, kto sobie zasłuży. Kto unikał grzechu i czynił  dobro? Jeśli tak myślisz, to bliżej Ci do starożytnego Egiptu, niż do chrześcijaństwa. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że po śmierci człowiek trafia na sąd Ozyrysa, gdzie zdaje sprawę ze swoich uczynków, a jego serce zostaje zważone na wadze. Potem następuje ocena czy zmarły zasłużył na raj, czy też zostanie pożarty przez potwora.

Brzmi egzotycznie, prawda? A jednak, w jakimś zakątku naszej chrześcijańskiej głowy, siedzi sobie taki właśnie Ozyrys ze swoją wagą. Szepcze, że musisz spełnić odpowiednie normy moralne, żeby kupić sobie szczęście po śmierci. A często go słuchamy. I boimy się, że na to szczęście nie zasłużymy. Być może robimy dobre postanowienia, staramy się być coraz lepszymi (i bardzo dobrze!), ale ciągle spowiadamy się z tego samego.

„Bój się Boga!” wołają niektórzy, kiedy ktoś robi coś niemądrego. I faktycznie, od momentu grzechu pierworodnego, człowiek boi się Boga, kiedy ma coś na sumieniu. Już w Księdze Rodzaju czytamy, jak Adam odpowiada Bogu, który go woła: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się”. Przed Bogiem każdy jest w pewnym sensie nagi, bo Bóg wie o nas wszystko. Takie stwierdzenie wywołuje niepokój i mamy ochotę ukryć się jak Adam. Bo waga Ozyrysa wyraźnie pokazuje, że nie zasługujemy na raj, możemy się za to spodziewać kary.

Krzyż Chrystusa przekreśla wagę Ozyrysa

Tymczasem w naszej wierze nie jest tak, jak podpowiada nam nasze rozumienie sprawiedliwości. Jest dokładnie na odwrót. Nie musimy zasługiwać na raj. Nie możemy kupić sobie wiecznego szczęścia, bo już zostaliśmy odkupieni. Cena została zapłacona. Bóg tak bardzo pragnie naszego dobra, że oddał swoje życie.

Na krzyżu Chrystus udowadnia nam swoją miłość. Czy musiał umrzeć tak straszną śmiercią, aby nas odkupić? Nie musiał, mógł zrobić coś łatwiejszego. Zapłacił najwyższą możliwą cenę, żeby żaden, nawet największy grzesznik, nie zwątpił, że zapłata jest wystarczająca, że miłość Boga obejmuje także jego.

Łatwo się przyzwyczaić nawet do tak niesamowitych rzeczy. Wyobraź sobie sytuację, w której jakiś człowiek poświęca za Ciebie swoje życie. A teraz uświadom sobie od nowa, że Bóg zrobił to naprawdę.

Im mniejszy, tym większy

Jesteśmy już zbawieni. Dlatego droga do świętości nie polega na zaliczaniu zadań ani zbieraniu punktów za dobre uczynki czy praktyki religijne.

Kto pierwszy został ogłoszony świętym? „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”. Tak, te słowa Jezusa usłyszał dobry łotr. A łotr to łotr, na pewno nie nazbierał w życiu wielu „punktów”. Jego przeciwieństwem jest bogaty młodzieniec, który „wszystkiego tego przestrzegał od młodości” i wyraził zainteresowanie osiągnięciem życia wiecznego. Pewnie był gotowy przestrzegać dodatkowych przepisów albo częściej spełniać pobożne praktyki. A jednak on nie usłyszał, że dziś będzie w raju. Odszedł zasmucony. Jak to? Dobry nie poszedł do nieba, a zły do piekła? Ano nie.

Dobry łotr uwierzył w miłość Chrystusa, pokochał Go i zapragnął przyjąć to, co On mu może dać – łaskę. Stało się to w ostatnich chwilach jego życia, kiedy nie mógł już po ludzku naprawić tego, zrobił źle. A jednak ten pokorny gest zaufania odwrócił jego sytuację o Natomiast bogaty młodzieniec dobrze sobie radził własnymi siłami. Być może w pokoju na ścianie miał napis „ Impossible” z dorysowanym człowiekiem, który wykopuje pierwszą sylabę. Wierzył w siebie. Wiedział, że jeśli postara się jeszcze bardziej, osiągnie jeszcze więcej. Jezus nie powiedział, że to źle. Jednak młodzieniec odszedł zasmucony. Nie potrafił zaufać Jezusowi, uwierzyć, że On lepiej wie, co przynosi szczęście. Wolał nadal polegać tylko na swoich zdolnościach, silnej woli, majątku.

Wolą Bożą szczęście człowieka

Bóg nie chce, abyśmy służyli Mu ze strachu przed karą albo z chęci zasłużenia na nagrodę. Wykupił nas, ale nie zrobił z nas swoich niewolników, tylko adoptował jako przybrane dzieci. Do niczego nas nie zmusza. Chce natomiast, żebyśmy uwierzyli w Jego dobre intencje względem nas. W to, że On, jako nasz Stwórca, najlepiej zna drogę do naszego szczęścia i gorąco go pragnie. Tak, wolą Boża jest nasze szczęście.

My też chcemy być szczęśliwi. Ale po grzechu pierworodnym człowiek widzi niezbyt dokładnie i często wydaje nam się, że szczęście jest tam, gdzie są tylko jego namiastki. Mylimy szczęście z przyjemnością. Wydaje nam się, że mamy lepszy pomysł, niż Bóg. I dla ułudy odrzucamy propozycję Boga.

Wydaje się to głupie, a jednak ciągle to robimy. Grzeszymy, czyli odrzucamy Boga. Łamiemy prawo? Gorzej: łamiemy Serce. 

Jednak Bóg jest cierpliwy. Zna naszą słabość. Zna nas „nagich” i nadal widzi w nas dobro. Nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika.

Całkiem za darmo

Z naszą słabością nie jesteśmy sami. Jeśli, jak dobry łotr, uznamy pokornie, że sami nie damy rady i okażemy zaufanie, Bóg nam pomoże – obdarzy nas swoją łaską.

Co to jest łaska? Po łacinie łaska to gratia – prawie jak gratis, czyli to, co dostajemy za darmo. Na łaskę nie trzeba zasłużyć, może ją dostać każdy. Co nie znaczy, że komuś się ona należy. Nikomu się nie należy. Jest jak nieoczekiwany prezent, dany bez żadnej okazji.

Wiemy już, że za darmo. Ale co właściwie dostajemy? Łaska to stan łączności z Bogiem, nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi. Dzięki temu możemy uczestniczyć w życiu Boga już tu na ziemi oraz mamy zapewnione ostateczne zjednoczenie z Bogiem w wieczności. Nadal brzmi enigmatycznie. Bo co to znaczy uczestniczyć w życiu Boga? Jeśli mówimy, że uczestniczymy w czyimś życiu, to mamy na myśli, że towarzyszymy tej osobie w tym co robi, martwimy się jej problemami, cieszymy z jej radości, przeżywamy to, co ona. To, co przeżywa Bóg, zobaczymy dokładnie w niebie, ale już teraz możemy to zobaczyć częściowo.

Andriej Rublow – Trójca święta

Popatrz na ikonę A. Rublowa Trójca św. Przedstawia ona trzy Osoby Boskie siedzące przy stole. Panuje między nimi doskonała jedność, zrozumienie, oddanie. Doskonała Miłość. Bóg jest tak szczęśliwy, że niczego nie potrzebuje, nic nie mogłoby uszczęśliwić Go jeszcze bardziej. Trójca św. nie jest zamkniętym gronem. Łaska to zaproszenie, żebyś też Ty też usiadł przy stole przedstawionym na ikonie i przeżywał to, co przeżywa Bóg.

Ale ja nic nie czuję

Łaska należy do porządku nadprzyrodzonego. Nie możemy jej zobaczyć ani poczuć. Możemy jednak zobaczyć jej skutki, kiedy popatrzymy w przeszłość. Nie jesteś doskonały, ale niektóre sprawy poszły do przodu, prawda?

Chrystus ustanowił sakramenty, czyli widzialne znaki otrzymywanej łaski, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że ją otrzymujemy. W momencie chrztu otrzymujemy łaskę uświęcającą  – Bóg udziela nam się po raz pierwszy. Później łaska może w nas wzrastać, kiedy korzystamy z kolejnych sakramentów. To tak, jakbyśmy siedzieli przy stole jeszcze bliżej Trójcy Świętej albo coraz lepiej znali język, którym posługują się Osoby Boskie i mogli pełniej uczestniczyć w rozmowie.

Łaskę uświęcającą możemy też stracić popełniając grzech śmiertelny. Oświadczamy wtedy Bogu, że nie chcemy uczestniczyć w Jego życiu, uważamy, że Jego Wola wcale nie jest najlepsza. W sakramencie spowiedzi Bóg, widząc nasz żal, zapomina o bólu, który Mu zadaliśmy i ponownie zaprasza nas do siebie.

Bóg zrobi za mnie wszystko?

Można pomyśleć, że skoro łaska zapewnia zbawienie, to żaden wysiłek z naszej strony nie jest już potrzebny. Ale Bóg nie chce zbawiać nas automatycznie, na siłę. Dał nam wolną wolę. Inaczej nie moglibyśmy Go kochać, bo miłość to kwestia decyzji. Bóg chce, żebyśmy przyjmowali Jego miłość i odpowiadali Mu miłością, tylko dlatego, że tak właśnie chcemy.

Mamy wybór, mamy więc też tę straszną możliwość odmowy. A skutki grzechu pierworodnego i działalność szatana sprawiają, że odmowa często wydaje nam się uzasadniona i atrakcyjna. Częste korzystanie z sakramentu Eucharystii oraz spowiedzi pomaga nam widzieć prawdziwie i nie dać się oszukać.

A co z przestrzeganiem przykazań? Przykazania mówią o praktykowaniu miłości do Boga i bliźniego. Jeśli doświadczamy uczestnictwa w życiu Boga i widzimy, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani, to w sposób naturalny chcemy Mu odpowiedzieć tym samym  – bezpośrednio i przez to, co robimy dla innych ludzi. Nie zbieramy „punktów za dobre zachowanie”. Chcemy sprawić radość kochanej Osobie i dlatego podejmujemy wysiłek pracy nad sobą. Żeby już więcej nie sprawić Bogu bólu.

Miłość nie jest uczuciem i nie zawsze towarzyszą jej przyjemne emocje. W takiej sytuacji Bóg tym bardziej docenia to, co dla Niego robimy. Widzi nasze starania i je przyjmuje, chociaż efekty często nie są niesamowite. Jak mama ciesząca się z rysunku, który dostała od trzylatka.

Warto się starać. Pokazywać Bogu, że chcemy Go kochać ze wszystkich sił. A resztę zostawić działaniu Jego łaski.

Popatrz jeszcze raz na ikonę.

„Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy”. (J 14, 23)

Kwestia Cnoty

Cnota jest jednym z  tych pojęć, z  którymi stale spotykamy się w  naszym życiu chrześcijańskim i  harcerskim. Nie raz słyszymy o  niej na kazaniach, jak również przygotowując się do przyjęcia sakramentu bierzmowania czy też zaliczając stopnie, czy sprawności w  zielonej gałęzi, gdy uczymy się wymieniać trzy cnoty teologalne i cztery cnoty kardynalne, wreszcie spotykamy się ze słowem „cnota” na kartach Pisma Świętego. Na koniec bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to bierzcie pod rozwagę. (Flp 4, 8).  Lista, jaką Apostoł Paweł przedstawia mieszkańcom Filippi, jest szeroka i  mam wrażenie, że gdy sami myślimy o cnotach, to wiemy, że dzwony biją, ale nie wiemy, w którym kościele. Wiemy, że cnota to czynienie dobra, jakoś związane czy wyrażające się poprzez wiarę, nadzieję, miłość, roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i  męstwo. Jest to oczywiście prawda, myślę jednak, że, w ramach pogłębiania osobistej formacji, warto przyjrzeć się dokładniej pojęciu „cnoty”. W tym artykule przedstawię w pigułce jego historię i omówię cnoty kardynalne, gdyż trzy cnoty boskie – wiara, nadzieja i miłość, są tematem na tyle obszernym, że zasługują na, co najmniej, cykl tekstów.  

Greckie słowo areté, oznaczające cnotę, po raz pierwszy pojawia się u samych źródeł kultury europejskiej, w Iliadzie i  Odysei.  

Wspina się koń na nogi i pląta się w miedzi. 

Gdy wstawszy, lejce starzec swym mieczem przecina. 

Niosą Pryjamowego bystre konie syna: 

Hektor leci, którego niezwalczona cnota  

W kontekście eposów Homera, owa „niezwalczona cnota” oznacza dzielność wojskową. Osoba cnotliwa to mężny wojownik, który jak Achilles czy Odys śmieje się w  twarz przeciwnościom losu. Nie oznacza to jednak doskonałości moralnej. Pamiętacie pewnie, że gniew i  upór Achillesa sprowadza śmierć na jego przyjaciela Patroklesa. Dopiero parę wieków później pojęcie „cnoty” przeformułował Sokrates. Uważał on, że człowiek czyni zło tylko i  wyłącznie z  niewiedzy. Cnota, w  rozumieniu ateńskiego filozofa tożsama była wiedzy o  słusznym postępowaniu, tak więc cnota wiedza szczęście. Stanowisko to poszerzył jego uczeń Platon, który wyróżnił cztery cnoty, nazwane później kardynalnymi: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i  męstwo. Rozumienie cnoty swoich poprzedników ugruntował Arystoteles, rozbudowując i  grupując listę cnót oraz zestawiając każdą z  nich z  dwiema wadami. Na przykład męstwo jest zestawione z  jednej strony z  tchórzostwem, a z drugiej z brawurą. Z takiego spojrzenia na postępowanie człowieka maluje się obraz cnoty jako rozsądnej postawy między dwiema skrajnościami, czyli tak zwanego „Złotego Środka”. Aby go odnaleźć, człowiek musi nieustannie ćwiczyć się w cnotach, by wyrobić w sobie dobre nawyki.  

Refleksję filozoficzną nad cnotą podejmowało jeszcze wielu myślicieli antycznych, ale prawdziwy przełom nastał wraz z  pojawieniem się chrześcijaństwa. Wielcy święci jak Augustyn, Izydor z  Sewilli czy Tomasz z  Akwinu poświęcili wiele kart papieru na zapiski etyczne. Po pierwsze, za świętym Pawłem poszerzyli oni katalog cnót o  tak zwane cnoty teologalne, to jest odnoszące się bezpośrednio do Boga – wiarę, nadzieję i  miłość. Po drugie, święty Augustyn zauważył, że mimo iż rozum wie, że czyn, który chce popełnić człowiek jest złem, czasem człowiek przeciwstawia się swemu rozumowi. Tak więc źródłem każdej decyzji, jaką podejmujemy w  swoim życiu jest nasza wola. Cnoty są narzędziem, dzięki którym ową wolę podporządkowujemy dobrze wyćwiczonym rozumowi i  sumieniu. Oczywiście jest to niemożliwe bez Łaski Bożej, z  której strumieni czerpiemy w sakramentach świętych Kościoła.  

Czym jest więc cnota? Jest ona trwałym pragnieniem czynienia dobra, które pozwala nam dawać z  siebie to, co najlepsze. Tak jak pisałem wyżej, cnoty boskie odnoszą się do naszej relacji z  Panem Bogiem i  bez Łaski Bożej kierowanie się nimi jest niemożliwe. Cnoty kardynalne natomiast odkryli Grecy, kierując się nie Objawieniem, a  rozumem, choć oczywiście Duch Święty wieje, kędy chce i, jak wiemy z  kart Pisma Świętego, nawet poganie mogą usłyszeć Jego głos. Przyjrzyjmy się im uważnie.   

Roztropność jest czasem nazywana woźnicą cnót i  stanowi podstawę wszystkich innych. Jest ona umiejętnością poznania tego, co dobre, do czego warto dążyć, jak również tego, co złe, czego należy unikać. To dobieranie takich środków, które jak najszybciej pozwolą osiągnąć zamierzony cel. Aby ćwiczyć się w tej cnocie, musimy analizować zachowania własne i  cudze. Pamiętajmy o  rachunku sumienia, sięgajmy po rady naszych Opiekunów i  Matek Drogi, czy nawet przemyślmy zachowanie bohaterów książki, którą przeczytaliśmy, albo filmu, który obejrzeliśmy. Wadami, które przeciwstawiają się roztropności są niestałość, a  więc niechęć do zrealizowania zamierzonego czynu i  lekkomyślność, a więc działanie w emocjach, nieprzemyślane.  

Sprawiedliwość jest stałym i  trwałym pragnieniem oddania Bogu i  bliźnim tego, co im się należy. W  stosunku do Pana realizujemy ją przez pobożność. W stosunku do ludzi jest to wprowadzanie ładu w nasze życie społeczne. Nie tylko szanujemy prawa innych i  aktywnie działamy na rzecz ich obrony, lecz także dbamy dobre relacje z bliźnimi. Sprawiedliwość ćwiczymy od dziecka, gdy najpierw poznajemy siłę i słabość, a  później, przy pomocy naszych rodziców i  wychowawców, uczymy się, że nie należy krzywdzić słabszych i  drżeć przed silniejszymi. Jednak nie możemy zapominać, że sprawiedliwość domaga się aktywnego działania na rzecz bliźnich. Musimy dbać, by nasze serce nie zobojętniało na krzywdę ludzką, zarówno między narodami, jak i  w naszych rodzinach czy jednostkach. Z drugiej zaś strony musimy wystrzegać się utopijnych prób stworzenia raju na ziemi, gdyż jest to wyraz pychy.

Męstwo to wytrwałość w  trudach i  opieranie się pokusom. To ona jest źródłem siły męczenników, gdyż pozwala przezwyciężyć nawet strach przed śmiercią. Głównymi narzędziami kształtowania męstwa są wysiłek fizyczny, który uczy nas znosić ciężar bólu, oraz posty i  wyrzeczenia, które oczyszczają nas z  przywiązań do rzeczy doczesnych. Wadami, które utrudniają ćwiczenie się w tej cnocie są tchórzostwo, czyli niepohamowany lęk przed cierpieniem, oraz brawura, czyli działanie z  pogardą do zdrowia i  życia siebie oraz innych. 

Umiarkowanie pozwala opanować dążenie do przyjemności i  zapewnia równowagę w korzystaniu z  dóbr ziemskich. Podporządkowuje to, co zwierzęce w człowieku, temu, co boskie. Kierowanie się tą cnotą jest wielkim wyzwaniem we współczesnym świecie, gdyż podstawą gospodarki krajów bogatych jest konsumpcja, a  kultura masowa przedstawia zaspokajanie swoich pragnień jako wzór dobrego życia.  Cnotę tą kształtujemy przez wyrzeczenia. Nieoceniony jest tu trud wędrówek i  wyjazdów z naszymi jednostkami, gdyż pokazuje on, jak wiele rzeczy w naszym codziennym życiu jest nam niepotrzebnych albo zabiera nasz czas i  uwagę. Wadami, z  którymi musimy się mierzyć w kontekście tej cnoty są nieumiarkowanie, czyli podporzadkowanie się naszym pragnieniom doczesnym i  zwierzęcym instynktom oraz niewrażliwość, czyli celowe odrzucanie jakichkolwiek należnych nam dóbr i  przyjemności, tak jak zostało to opisane w  Ewangelii: Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. (Mt 6, 8).  

Mam nadzieję, że ten krótki artykuł będzie przede wszystkim dobrym narzędziem, które pomoże nam się lepiej formować i wytrwale dążyć do celu wszystkich cnót – zbawienia. Jeżeli zainteresowałeś się tematem, na koniec proponuję też parę lektur pogłębiających: 
1. W  Katechizmie Kościoła Katolickiego (http://www.katechizm.opoka.org.pl) znajdziesz poświęcone cnotom punkty 1803-1829, które po krótce przedstawiają katolickie rozumienie tej koncepcji etycznej.  
2. Nieco trudniejsze w lekturze, filozoficzne omówienie pojęcia cnoty znajdziesz w Powszechnej Encyklopedii Filozofii ( http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf
3. Szerokie omówienie tematu, zwłaszcza w kontekście współczesnych koncepcji etycznych i nurtów kultury, prezentuje klasyczna praca szkockiego badacza Alasdaira MacIntyre’a Dziedzictwo Cnoty. Studium z teorii moralności