Jak zachęcić dzieci do współpracy?

Na podstawie II rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Każdy szef w żółtej i zielonej gałęzi (a i w czerwonej pewnie też), a już na pewno taki, który był na wyjeździe ze swoją jednostką, wie doskonale jak trudno czasami dogadać się z dzieciakami, tudzież młodzieżą. Nie raz puszczają nerwy na widok stanu obozowiska lub gdy zorientujesz się, że obóz już się kończy, a dany wilczek jeszcze ani razu się nie umył. Chłopcy zrobili coś głupiego na explo, dziewczyny plotkują zamiast robić obiad, panuje ogólny bałagan. Nasze przyzwyczajenie – często z naszego własnego dzieciństwa i rodzinnego domu – podpowiada nam, żeby:

  1. Obwiniać i oskarżać – “Znowu nie dogasiliście porządnie ogniska! Nigdy nie możecie zrobić tego dobrze?! Chcecie podpalić las?”
  2. Przezywać – “Taki chlew w obozowisku, tu chyba mieszkają brudasy nie harcerze!”
  3. Straszyć – “Jeśli za trzy minuty nie będziecie na placu apelowym w pełnym umundurowaniu będziecie robić pompki”
  4. Rozkazywać – “W tej chwili idźcie po chrust!”
  5. Moralizować – “Czy zdajecie sobie sprawę, jakie to niebezpieczne nie wstać na wartę? Wartownik jest strażnikiem obozu, musi dać znać, gdyby działo się coś złego. A jakby przyszli jacyś obcy ludzie i nie miałby kto nas ostrzec. Myślicie, że to tylko dla zabawy wystawiamy warty? Nie! Zachowaliście się nieodpowiedzialnie, zawiedliście…”
  6. Ostrzegać – “Uważaj, nie spadnij z platformy, nie podchodź tak blisko krawędzi, jesteś strasznie wysoko!”
  7. Przyjmować postawę męczennika – “To ja tu dla was czas swój oddaje charytatywnie, a wy mi tak…”
  8. Porównywać – “Dlaczego nie możecie być jak zastęp x, one zawsze tak szybko potrafią się zebrać do wyjścia.”
  9. Stosować sarkazm – “Zostawiłyście kotlety na ogniu, no pięknie, to po prostu genialny pomysł.”
  10. Prorokować – “Jeżeli teraz nie potrafisz pogodzić szkoły z harcerstwem, to co będzie jak zostaniesz wędrownikiem? Zupełnie nie będziesz miał na nic czasu.”
Obóz 1. Drużyny Garwolińskiej 2019, fot. Maciej Makulec

Zastanówmy się jednak, jak czuje się osoba słysząca takie słowa i czy wpłynie to na nią pozytywnie, czy nie podkopie to jej poczucia własnej wartości, czy będzie z nami chętniej współpracować. Moim zdaniem niekoniecznie, a i nasz autorytet w jej oczach nie będzie prawdziwy. Jest kilka innych, lepszych sposobów, aby zachęcić dziatwę do współpracy:

  1. Opisz, co widzisz lub przedstaw problem – “Ognisko nie jest zagaszone. Potrzebna jest woda.”; “Kotlety zaraz się spalą” – ważne, by nie stosować formy “ty” – nie mówimy “nie zgasiłeś ogniska” oraz nie pytać “dlaczego” – “dlaczego tu nie jest sprzątnięte”- bo prawdopodobnie zostanie to odebrane jako atak/obwinianie.
  2. Udziel informacji – “W pozostawionym na wierzchu jedzeniu zalęgną się mrówki”; “Brudną wodę po myciu wylewamy do dołów chłonnych” – ważne, żeby udzielać informacji, o których druga strona nie wie, inaczej zostanie to odczytane jako złośliwość lub też, że uważamy tę osobą  za niemądrą.
  3. Jeden wyraz – “ognisko”, “chrust”, “kotlety” – wydajemy polecenie/zwracamy uwagę na jakąś rzeczy używając jednego wyrazu, tak aby druga strona zrozumiała jakie ma wykonać zadanie. Nie używamy imion w ramach stosowania tego sposobu, gdyż wypowiemy je wielokrotnie z dezaprobatą druga strona zacznie je kojarzyć z niezadowoleniem.
  4. Porozmawiaj o swoich uczuciach – “złości mnie kiedy moje polecenia są ignorowane”.
  5. Napisz liścik – “harcówka pilnie doprasza się o posprzątanie” – można go oczywiście zaszyfrować:-).

Przez cały czas pisania artykułu przewijają mi się w głowie słowa Janusza Korczaka – “Nie ma dzieci – są ludzie”. Pomimo, a może przede wszystkim dlatego, że dzieciaki w jednostkach są w pewnym sensie naszymi podwładnymi, podopiecznymi, musimy tym bardziej szanować ich i uczyć, że każdemu należy się szacunek. A on wyraża się w dużej mierze w sposobie, w jaki się do nich odnosimy. Często brak nam umiejętności, zarówno panowania nad naszymi emocjami w sytuacjach trudnych i stresujących, jak również wypowiadania swoich myśli w sposób nie godzący w godność i poczucie własnej wartości drugiej osoby. Jest to na pewno ważny temat do pracy nad sobą.

Na froncie nauki

Pale wbijane w bagno

Słynący ze snobizmu fizyk Ernest Rutherford jest autorem cytatu nadużywanego przez nazbyt dumnych studentów fizyki: „Nauka dzieli się na fizykę i zbieranie znaczków”. Rutherford chciał przez to powiedzieć, że tylko fizyka zajmuje się kompleksowym opisem rzeczywistości, zaś pozostałe nauki tworzą tylko klasery pełne odosobnionych przykładów z podpisami: „etylen”, „jeż”, „mitochondrium”, „czarnoziem”, „kaszalot” itd. Niewiele jest jednak w tym zdaniu prawdy, za to dużo pogardy dla innych nauk przyrodniczych i niezrozumienie odrębnego charakteru matematyki i nauk humanistycznych. Poza tym całe wielkie gałęzie fizyki zajmują się właśnie „zbieraniem znaczków” klasyfikacją gwiazd i galaktyk, substancji i cząsteczek, cząstek elementarnych…

Dużo więcej prawdy zawiera zdanie, że „fizyka jest jak wbijanie pali w bagno”. Widzimy tylko powierzchnię bagna, a żeby wysondować co jest pod spodem i coś na tym zbudować, potrzeba wiele wysiłku i precyzji. Na początku jest prosto, jednak bagno nie ma dna: tylko od naszej zawziętości zależy, jak głęboko zejdziemy. Obecna sytuacja jest już pełna niezwykle trudnych wyzwań. Proste eksperymenty, z użyciem przedmiotów domowego użytku lub nieskomplikowanych urządzeń – kamieni, świec, soczewek, beczek, czy żabich udek – zapoczątkował w XVI wieku Galileusz. Wnioski z nich płynące są już od dawna znane. W zasadzie pod koniec XIX wieku wydawało się, że wbijanie pali ma się ku końcowi, a do rozwiązania zostało tylko kilka prostych problemów, jak np. promieniowanie nagrzanych ciał. Nic bardziej mylnego. Ale cóż – podobnie mogło się wydawać władcom Mekki, gdy w 622 roku próbowali rozwiązać problem z niewielką grupką ludzi skupioną wokół Mahometa…

Po ponad stu latach mamy więcej pytań niż odpowiedzi, a wbicie każdego centymetra pala wymaga wielkich pieniędzy, zespołów naukowców i lat badań, a także wyobraźni i przyzwyczajenia do odkryć niezgodnych z intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Fizyka współcześnie

Odpowiedzią na kilka niejasności z końca XIX wieku okazała się fizyka kwantowa – ulubiona deus ex machina (czyli rozwiązanie zawiłości i sprzeczności przez wprowadzenie czegoś nowego)twórców uniwersum Marvela. Zakłada ona, że światło podzielone jest na porcje, a wszystko dzieje się z pewnym prawdopodobieństwem (również to, że wjeżdżając samochodem w mur, przenikniemy przez niego bez szwanku – to oczywiście dzieje się z bardzo, bardzo małym prawdopodobieństwem. Jest to tak zwane tunelowanie).

Wędrownik z Radomia, fot. Jakub Kiepas

Szybko pojawiły się nowe niejasności wynikające z niespodziewanych wyników eksperymentów. Do opracowania całej teorii względności Einsteinowi wystarczyło tylko jedno doświadczenie obalające założenie o istnieniu eteru (doświadczenie Michelsona-Morleya), a potwierdziło ją odrobinę niestandardowe zachowanie Merkurego (precesja Merkurego). Dziś pozwala nam ona korzystać z GPSów, ale przewiduje też nieoczywiste efekty, jak paradoks bliźniąt (bliźniak wysłany w podróż kosmiczną może wrócić z niej młodszy od swojego brata).

Współcześnie największe i najdroższe urządzenie na świecie, Wielki Zderzacz Hadronów w ośrodku CERN w Genewie, od lat zajmuje się zderzaniem ze sobą różnych cząsteczek i przetwarzaniem terabajtów danych dotyczących tego, co jest efektem takiego zderzenia (tak jak efektem zderzenia dwóch samochodów są części wystrzeliwujące we wszystkich kierunkach). Składa się z tunelu w kształcie okręgu o długości 23 km, w którym panuje ekstremalna próżnia, a otoczony jest olbrzymimi magnesami i detektorami.  Efektem wielkiego wysiłku i pieniędzy włożonych przez lata w działanie  tego i innych zderzaczów jest odkrycie i klasyfikacja dziesiątek cząstek: dwunastu żyjących niezależnie leptonów (np. elektron, neutrina…), dwunastu kwarków tworzących różne bariony (np. neutron, proton…) i mezony (np. pion, kaon…) oraz dwunastu bozonów (np. foton, gluony…) pośredniczących w oddziaływaniach pozostałych cząstek. Tworzą one wielki klaser cząstek elementarnych, nazywany Modelem Standardowym. Prawie cała materia składa się tylko z kilku z nich: elektronów, neutrin i kwarków u oraz d, tworzących protony i neutrony. Jak już powiedzieliśmy, dalsze wbijanie tego pala, np. okrycie wewnętrznej struktury kwarków, wymaga prawdopodobnie jeszcze większych i droższych urządzeń…

Cząstki elementarne to nie jedyny front, na którym zawzięcie walczą fizycy. Olbrzymie projekty poszukują obecnie fal grawitacyjnych (LIGO i VIRGO), natury neutrin (GERDA), czarnych dziur (EHT) czy ciemnej materii (DARKSIDE). Zastanawiamy się nad unifikacją podstawowych oddziaływań i ciemną energią.

Złożoność i trudność badań prowadzonych nad tymi zagadnieniami mogłaby spowodować zniechęcenie, tym bardziej, że większość z nich nie będzie miało jakiegokolwiek przełożenia praktycznego w przewidywalnej przyszłości. Naturalnie motywacją jest sama wiedza dotycząca struktury Wszechświata czy technologie opracowane przy okazji wielkich projektów fizycznych i potem wykorzystywane w praktyce. Oprócz tych znanych argumentów istnieje też mniej oczywisty  powód, dla którego warto sobie zadawać ten trud. Pozwólcie, że zacznę od krótkiego wprowadzenia

Na pierwszej linii frontu

Od wieków wojna jest bardzo skutecznym i niezwykle cynicznym sposobem mocarstw na zwiększenie swojego bogactwa: zdobycie terytoriów i surowców, ale również sztuczne napędzenie przemysłu i zatrudnienia. Nie przez przypadek upadek Rzymu zaczął się wkrótce po zahamowaniu jego ekspansji, na świecie są tylko 22 państwa, wobec których Imperium Brytyjskie nie posunęło się do agresji na którymś z etapów swojej historii, a Stany Zjednoczone stały się światowym mocarstwem po pierwszej i drugiej wojnie światowej. Jak pisał Julian Tuwim w wierszu „Do prostego człowieka”, śpiewanym przez zespół Akurat:

Wiedz, że to bujda, granda zwykła, gdy ci wołają: “Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła i obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje, że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły, tłuste szuje, cło jakieś grubsze na bawełnę.

A papież Franciszek w swojej ostatniej encyklice Fratelli Tutti podkreśla (pkt 258)[1]:

„Tak łatwo wybrać wojnę, posługując się wszelkiego rodzaju wymówkami, pozornie hu­manitarnymi, obronnymi lub prewencyjnymi, uciekając się także do manipulacji informacją. Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie woj­ny były rzekomo „usprawiedliwione”. […] bardzo trudno jest dziś utrzymać racjonalne kryteria, które wypracowano w poprzednich wie­kach, by mówić o możliwości „wojny sprawiedli­wej”. Nigdy więcej wojny!”

Tutaj dochodzimy do tego nieoczywistego powodu, dla którego warto inwestować w naukę: może mogłaby się ona stać nową wojną? Doskonałym przykładem potwierdzającym taką możliwość jest Internet: jak wiadomo, jego początki to amerykański projekt wojskowy służący rozproszonemu przechowywaniu dokumentów na wypadek ataku nuklearnego. Jednak już podwaliny europejskiego Internetu zostały położone we wspomnianym wyżej CERNie, w celu gromadzenia i przesyłania olbrzymich ilości danych produkowanych w eksperymentach.

Podobnie wygląda sprawa z energią nuklearną czy podbojem kosmosu – początkowo napędzany przez zimną wojnę, obecnie jest prowadzony w znacznej mierze przez firmy prywatne, jak SpaceX, i wymaga współpracy USA i Rosji (do niedawna Międzynarodowa Stacja Kosmiczna była zaopatrywana z rosyjskiego kosmodromu Bajkonur).

Nauka może w sposób bardziej etyczny zapewnić dostęp do terytoriów (Księżyc, Mars) i surowców (wydobycie z asteroid i Księżyca, szczególnie niezwykle cennych metali ziem rzadkich), państwa mogą napędzać przemysł i zatrudnienie przy produkcji specjalistycznej aparatury naukowej, równie nieużytecznej na co dzień jak czołgi i krążowniki. Dzięki niej możemy też walczyć na wspólnych frontach ludzkości: w walkach z globalnym ociepleniem, chorobami czy ubóstwem. Pozostaje pytanie, czy – jako ludzkość – odważymy się kiedyś wspólnie na taki krok?


[1] Pełny cytat: „Tak łatwo wybrać wojnę, posługując się wszelkiego rodzaju wymówkami, pozornie hu­manitarnymi, obronnymi lub prewencyjnymi, uciekając się także do manipulacji informacją. Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie woj­ny były rzekomo „usprawiedliwione”. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości upraw­nionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co ozna­cza wykazanie, że istnieją pewne „ścisłe warunki uprawnienia moralnego”. Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego moż­liwego prawa. Próbuje się w ten sposób uspra­wiedliwić także ataki „prewencyjne” lub dzia­łania wojenne, które łatwo pociągają za sobą „poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które nale­ży usunąć”. Chodzi o to, że od czasu rozwoju broni jądrowej, chemicznej i biologicznej, a także ogromnych i coraz większych możliwości, jakie dają nowe technologie, wojnie dano niemożli­wą do skontrolowania moc niszczycielską, która uderza w wielu niewinnych cywilów. Doprawdy „ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą i nie ma gwarancji, że dobrze ją wykorzy­sta”. Nie możemy już zatem myśleć o wojnie jako o rozwiązaniu, ponieważ ryzyko prawdopo­dobnie zawsze przeważy nad przypisywaną jej hipotetyczną użytecznością. W obliczu tej sytu­acji, bardzo trudno jest dziś utrzymać racjonalne kryteria, które wypracowano w poprzednich wie­kach, by mówić o możliwości „wojny sprawiedli­wej”. Nigdy więcej wojny!”  Fratelli Tutti, pkt 258

Jak pomóc dzieciom radzić sobie z uczuciami?

Na podstawie 1. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Z kim nie lubimy rozmawiać?

Wyobraź sobie taką sytuację: przygotowujesz na zajęcia prezentację na zadany temat. Najpierw dużo czytasz, szukasz ciekawostek w różnych źródłach, potem starasz się jasno i atrakcyjnie ująć poznane treści. Poświęcasz na to dużo czasu. W końcu nadchodzi dzień twojego wystąpienia. Stresujesz się przez prawie całe zajęcia, bo prowadzący w żółwim tempie omawia kolokwium. Na prezentację zostaje ostatnie 10 minut. Pomijasz połowę, żeby zdążyć powiedzieć o najważniejszych kwestiach. Prowadzący przerywa ci stwierdzeniem, że właściwie nie o to mu chodziło, to jest nie na temat, ale dobrze, postawi trzy, a teraz do widzenia. I wychodzi.

Wracając do domu, spotykasz znajomą osobę i opowiadasz jej, co cię spotkało. Poniżej kilka wersji odpowiedzi twojego rozmówcy. Co czujesz podczas każdej z nich? Którą chciałbyś usłyszeć, a której wolałbyś uniknąć?

Zaprzeczanie uczuciom: „No co ty, nie przesadzaj, nie ma się czym przejmować. Przecież wiesz, że to nie koniec świata. No już, uśmiechnij się!”

– Odpowiedź filozoficzna „Nie żyjemy w świecie idealnym. Takie jest życie, trzeba się z tym pogodzić”.

– Rada: „Tylko nie poruszaj tego tematu z prowadzącym, jeśli nie chcesz sobie zaszkodzić. Pokorne ciele dwie matki ssie, warto o tym pamiętać”.

– Pytania: „Co dokładnie ci powiedział? A nie dało się zrobić tej prezentacji na następnych zajęciach? Dlaczego nie poszedłeś za nim i nie porozmawiałeś?”

– Obrona drugiej strony: „Najwyraźniej miał gorszy dzień. A skoro powiedział, że prezentacja jest nie na temat, to pewnie tak było. Ciesz się, że w ogóle ci ją zaliczył”.

– Żal: „Ojej, biedactwo, że też przytrafiło ci się coś takiego. Tak mi cię szkoda”.

– Psychoanalityk-amator: „Pewnie prowadzący przypomina ci twojego ojca, który w dzieciństwie często cię lekceważył. Dlatego jesteś taki zdenerwowany”.

– Odpowiedź empatyczna: „Och, to musiało być przykre. Napracowałeś się i takie lekceważące potraktowanie musiało być trudne do zniesienia”.

I jak, którą odpowiedź chciałbyś usłyszeć?

Dziecko też człowiek

Kiedy rozmówca udziela rad lub wygłasza „mądrości”, zwykle wcale nam nie pomaga. Przeciwnie, czujemy się jeszcze gorzej. Usprawiedliwianie drugiej strony oraz dopytywanie powodują, że musimy się bronić. Chyba jednak najgorsze są zapewnienia, że wcale nie mamy powodu, żeby czuć to, co czujemy. Słysząc je, mamy ochotę zakończyć rozmowę i chłodno się pożegnać.

Odpowiedź empatyczna to to, co każdy chciałby usłyszeć. Czujemy się lepiej, kiedy rozmówca naprawdę nas słucha, czyli „wczuwa się” w sytuację, docenia to, co przeżywamy
i pozwala nam o tym opowiedzieć. Wtedy nieprzyjemne uczucia słabną, a my jesteśmy w stanie poradzić sobie z nimi, a także znaleźć samodzielnie rozwiązanie problemu.

Tak samo jest z dziećmi. Kiedy akceptujemy ich uczucia, czują się dobrze, łatwiej im się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji. Potrafią same sobie pomóc, jeśli zostaną wysłuchane
i otrzymają empatyczną odpowiedź.

Skała Narady, Obóz 3. Gromady Garwolińskiej

Indiański wojownik kontra Mickiewicz

Niestety język empatii nie jest dla nas naturalny. Często uczucia wydają się czymś wstydliwym, a ich pokazanie obnażeniem słabości, więc staramy się tego unikać. Wygląda na to, że kamienna twarz indiańskiego wojownika jest ideałem również w naszej kulturze. „Miej serce i patrzaj w serce” błaga wieszcz, ale nam ciągle bliżej do preriowych dzikusów.

Dobra wiadomość jest taka, że języka empatii można się nauczyć. Czy warto się wysilać? Ks. M. Dziewiecki pisze: „Jesteśmy w stanie kochać i czuć się kochanymi wtedy, gdy obok są ludzie, których rozumiemy, i którzy empatycznie wczuwają się w nasze myśli, przeżycia i pragnienia”.

Poniżej wskazówki praktyczne. Myślę, że ich zastosowanie umożliwia nie tylko dogadanie się z najbardziej problematycznym wilczkiem w gromadzie, ale też podniesienie jakości każdej relacji.

Wreszcie praktyka

1. Słuchaj dziecka bardzo uważnie.

Oderwij wzrok od komputera/telefonu/książki. Nie udawaj, że słuchasz.

2. Zaakceptuj uczucia dziecka słowami „och”, „mmm”, „rozumiem”.

Słowa tego typu zachęcą dziecko do wyrażania swoich uczuć i myśli oraz do samodzielnego szukania rozwiązań.

Powstrzymaj się na razie od dawania rad. Mały człowiek poradzi sobie sam, jeśli nie będziesz mu przeszkadzać obwinianiem i pouczeniami.

3. Nazwij uczucia dziecka.

Wbrew pozorom nazwanie uczuć dziecka nie powoduje pogorszenia sytuacji. Potwierdzenie jego przeżyć przyniesie mu ulgę. Nauczy się też od Ciebie nazw różnych uczuć, a rozpoznawanie uczuć to pierwszy krok do poradzenia sobie z nimi.

4. Zamień pragnienia dziecka w fantazję.

Czasem samo zrozumienie czyni sytuację łatwiejszą do zniesienia. Dziecku łatwiej przestać się czegoś domagać lub czemuś sprzeciwiać.

„Czym skorupka za młodu…” czyli o kształtowaniu zastępowego

Rzeczą wyróżniającą naszą federację na tle innych organizacji harcerskich jest oddanie w ręce zastępów dużej autonomii. Wraz z nią spada na zastępowego duża odpowiedzialność za chłopców będących pod jego pieczą. Zagadnieniem, które spróbuję naświetlić, jest proces przygotowania nowego zastępowego do zajęcia miejsca swojego poprzednika, podczas jego ostatnich miesięcy w drużynie.

Harcerz mający być nowym zastępowym powinien mieć posłuch u reszty zastępu, a co za tym idzie autorytet. Jest to ważne, bo zastępowy bez takich naturalnych umiejętności przywódczych, nie będzie w stanie owocnie zarządzać powierzonymi mu chłopcami. 

Dobrym pomysłem jest nakreślenie przyszłemu młodemu szefowi znaczącego, wykonalnego celu, jaki może osiągnąć razem ze swoim zastępem. Chłopak potrzebuje zapału do działania. Zachęcając go do zdobywania stopni i sprawności możemy jeszcze zwiększyć jego zapał oraz kompetencje – rozwijając się będzie mógł lepiej służyć innym, między innymi jako zastępowy. Istotną sprawą w tym wszystkim jest to, żeby nie zagasić w tym chłopcu chłopięcości i poczucia misji zarzucając go różnymi rzeczami. Nie możemy dopuścić, by młody przywódca zatracił motywacje do działania. Należy go wspierać w rozwoju i pilnować, żeby nie stracił tego płomienia chłopięcości. 

Chociaż naturalny harc i zapał są ważne, przyszły zastępowy powinien również posiadać przygotowanie metodyczne, które jest niezbędne do dobrego dowodzenia grupą. Chodzi tu o umiejętności z zakresu dobrego prowadzenia Apeli Ewangelicznych i Rad Zastępu, czy odpowiedniego planowania zbiórek oraz wyjazdów i zdawania z nich raportów. Dobrym rozwiązaniem jest powierzenie przyszłemu szefowi większej ilości obowiązków przez zastępowego, który ma ustąpić, aby już wcześniej wiedział, jak pracować z chłopakami z zastępu. W takiej sytuacji nowy lider nabędzie pewnej wprawy już za okresu swojego poprzednika i łatwiej mu będzie to kontynuować po objęciu służby. 

Należy mieć na uwadze, aby cały zastęp pracował równomiernie. Nowi członkowie powinni wykonywać taką samą pracę jak bardziej doświadczeni chłopcy. W przeciwnym razie, gdy dorosną i będą musieli działać sami, nie będą wiedzieli, jak to robić. Nie wpłynie to dobrze ani na nich samych, ani tym bardziej na pracę całego zastępu.

Nauczenie młodszych harcerzy technik i pozwolenie na aktywne uczestnictwo w życiu jednostki, pozwoli na kontynuację w płynności pracy takiego zastępu. Ważna tu jest rola zastępowego, który ucząc chłopców podstawowych rzeczy inwestuje w przyszłość, zarówno owego chłopca, jak i całego zastępu. Młodszy członek zastępu, poznając techniki i wzrastając w zastępie, może szybciej i skuteczniej zdobywać stopnie i sprawności, co pozwala mu na szybszy rozwój osobisty i stawanie się lepszym człowiekiem.

Pożyteczną praktyką jest wprowadzenie przyszłego zastępowego w życie ZZ-tu. Można go zaprosić na zbiórkę Zastępu Zastępowych (ZZ) w okolicy kwietnia lub maja, żeby zobaczył, jak on funkcjonuje. Sąd Honorowy zorganizowany jeszcze przed obozem letnim potwierdzi wolę zostania zastępowym oraz może pokazać takiemu chłopcu wielkość zobowiązania, którego chce się podjąć. Kolejnym posunięciem, po obozie letnim, jest zaproszenie go na wakacyjną zbiórkę ZZ, gdzie (wraz ze zastępowym, którego ma zastąpić) będzie miał wpływ  m.in. na plan pracy rocznej. 

Eurojam 2014, fot. o. Sebastian Masłowski SI

Podsumowując pomysły zaproponowane przeze mnie w tym temacie, należy mieć na uwadze kilka istotnych rzeczy, które umożliwią zostanie dobrym zastępowym przygotowującemu się do tego chłopakowi:

  • Wybranie odpowiedniego chłopaka o autorytecie i pewnych zdolnościach  przywódczych
  • Nakreślenie dużego osiągalnego celu
  • Uaktywnienie chłopięcości w przyszłym zastępowym  
  • Zapalenie harcerza do dalszego rozwoju poprzez robienie stopni i sprawności
  • Przekazanie odpowiedniego wachlarza umiejętności
  • Zwrócenie uwagi na  odpowiednie rozłożenie pracy zastępu
  • Uczestnictwo przyszłego młodego szefa w zbiórkach ZZ-tu
  • Przygotowanie i przeprowadzenie Sądu Honorowego w odpowiednim czasie

Mam nadzieję, że opisane wyżej wskazówki pomogą w formowaniu przyszłych zastępowych, aby dobrze służyli i stawali się lepszymi ludźmi.

Tylko wino? Czyli o alkoholu w skautingu

Kiedy myślę o harcerzach i alkoholu od razu na myśl przychodzi mi jedna z pierwszych wędrówek prowadzonego przeze mnie kręgu wędrowników. Było to w listopadzie kilka lat temu, chodziliśmy po północnym Mazowszu. Podczas wyjazdu wydarzyło się wiele, jednak najbardziej zapamiętałem dwie rzeczy: jedną był ogromny pośpiech pierwszego dnia, a drugą – słowa pewnej harcerki z ZHR-u. Noc bowiem spędziliśmy w ich harcówce, natomiast rano mieliśmy czas pograć wspólnie w gry i porozmawiać. Z jakichś powodów, podczas gdy miłe harcerki odprowadzały nas na pociąg powrotny, temat rozmowy zszedł na dziesiąty punkt Prawa Harcerskiego. Jedna z dziewczyn powiedziała wtedy coś w stylu: „Słyszałam, że u was piję się tylko wino”. Nie pamiętam dobrze czy coś odpowiedziałem, czy może tylko się uśmiechnąłem. Nie jest to ważne. Istotna jest inna sprawa. Czy Skaut Europy w Polsce może pić alkohol?

Alkohol – ograniczenia

Skoro poruszam temat alkoholu, to znaczy, że może tu być jakaś kontrowersja. Dlatego, żeby rozwiać pewne wątpliwości, to zanim padnie odpowiedź na pytanie postawione w poprzednim akapicie, zrobię dłuższy wstęp. Na początku dla rozjaśnienia sprawy, zastanowię się nad wątpliwością: Czy człowiek chcący żyć zgodnie z prawem Bożym i ludzkim może pić alkohol? Otóż może, ale musi poddać się pewnym ograniczeniom.

Pierwszym ograniczeniem jest ilość. Już od kiedy człowiek odkrył napoje alkoholowe, zauważył, że picie ich może przynosić korzyści zarówno dla ducha (rozweselenie), jak i dla ciała (właściwości zdrowotne). Jednak wraz z nadmiernym spożyciem alkoholu przyszły także doświadczenia odurzenia, zniekształcenia i utraty świadomości oraz uzależnienia. Dlatego ludzie doszli do wniosku, że aby nie pojawiły się negatywne skutki picia, niezbędne jest umiarkowanie.

Autor natchniony w Starym Testamencie tak o tym pisze: „Wino jest pożyteczne dla ludzi, jeżeli pije się je w sposób umiarkowany. Cóż to za życie, gdy brakuje wina, od początku zostało ono stworzone dla radości. Radość serca i wesołość daje picie wina w czasie odpowiednim. Po nadużyciu wina duch gorzknieje, człowiek staje się agresywny i kłótliwy. Pijaństwo pomnaża złość głupca aż do upadku, pomniejsza siły i ran mu przysparza” (Syr 31, 27-30).

Podobne podejście do alkoholu prezentuje Kościół, którego zdanie w tej kwestii znalazło swoje odzwierciedlenie na kartach Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Cnota umiarkowania uzdalnia do unikania wszelkiego rodzaju nadużyć dotyczących pożywienia, alkoholu, tytoniu i leków. Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu – na drogach, na morzu lub w powietrzu – ponoszą poważną winę” (KKK 2290).

Wiek jest drugim ograniczeniem. Zakłada ono, że spożycie alkoholu możliwe jest dopiero od pewnego etapu życia. Warunek ten przeniesiony do prawodawstwa wielu krajów, dotyczy również ludzi, którzy nie chcą żyć zgodnie z prawem. Dla nich jest tylko jakimś utrudnieniem, dla pozostałych zaś – drogowskazem.

Już wcześniej zostało wspomniane, że w piciu należy zachować umiar a alkohol może zniekształcać świadomość, stąd oczywiste wydaje się, że decyzję o wypiciu go powinna podejmować osoba dojrzała. Kolejną sprawą jest to, że spożycie napojów wyskokowych w okresie, gdy rozwija się i kształtuje organizm młodego człowieka może nieść ze sobą negatywne skutki zdrowotne. Dlatego w różnych kulturach i prawach zastrzeżono picie alkoholu dla osób dorosłych. W krajach, w których tradycyjnie spożywa się głównie nisko i średnio procentowe alkohole takie jak wino i piwo przyjęło się, że osoby niepełnoletnie mogą mieć nieco wcześniejszy dostęp do tego typu trunków. I tak w Niemczech szesnastolatek swobodnie zakupi w sklepie wino, piwo czy cydr, ale nie będzie mógł już nabyć wódki i spirytusu. Podobne przepisy jeszcze niedawno obowiązywały w krajach słynących z winnic tj. we Francji i we Włoszech. Jednak doszło tam do zaostrzenia przepisów i szesnastolatek nie kupi już wina, ale nadal może je legalnie pić pod opieką osoby starszej np. rodzica.

W Polsce sprawa ma się nieco inaczej. Podobnie jak wiele innych praw, legalny dostęp do zakupu i spożycia alkoholu otrzymuje się wraz z osiągnięciem pełnoletności tj. 18 lat. Tę kwestię reguluje m.in. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Artykuł 15 tejże ustawy mówi: „Zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych: (…) osobom do lat 18”. Czy wyższy niż w wymienionych wcześniej państwach wiek jest uzasadniony? Wydaje się, że tak. W szczególności kulturowo i historycznie. Bowiem na ziemiach polskich wraz z udoskonalaniem procesu destylacji (XVIII w.) zaczęły królować alkohole wysokoprocentowe. Chętnie rozprowadzała je wśród chłopów szlachta zapewniając sobie pole zbytu i „przychylność” poddanych.

Na rodzaj spożywanych trunków nie wpłynęły przemiany ustrojowe i społeczne. Szacuje się, że w 1938 r. aż 92% całej sumy czystego alkoholu wypijanego w kraju stanowiła wódka i spirytus. Przewaga napojów wysokoprocentowych utrzymywała się aż do początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (ok. 60 %), by z czasem ustąpić miejsca piwu. Jakie są z tego wnioski? Każdy, kto miał styczność z mocnymi alkoholami wie, że dla smaku się ich nie pije, a o wprowadzenie w stan upojenia nietrudno. Dlatego w Polsce przez wiele lat spożywanie alkoholu raczej nie wiązało się ze skromnym aperitifem i zbyt często przeradzało się w pijaństwo. Stąd więc w prawodawstwie i polskiej kulturze istnieje wysoka granica wiekowa związana z powszechnie akceptowalnym, legalnym piciem i kupowaniem alkoholu.

Ograniczenia w spożywaniu alkoholu związane są nie tylko z wiekiem i rozsądkiem, ale i ze stanem zdrowia. Naturalne jest, że każdy organizm ma nieco inną wytrzymałość na określone substancje. Są też sytuacje, w których nie powinno się korzystać z alkoholu, ponieważ jest to zwyczajnie szkodliwe. Osoby z problemami zdrowotnymi nie powinny zaglądać do kieliszka przez wzgląd na swoja kondycję. Picie jest też niewskazane dla kobiet w ciąży. A ponieważ te kwestie nie budzą żadnych kontrowersji, nie zostaną przeze mnie szerzej opisane.

Skaut i alkohol

Istnieją grupy, które do przedstawionych wcześniej ograniczeń dokładają swoje własne. Czy tak jest w szeroko pojętym skautingu? Cofnijmy się do początków ubiegłego stulecia. W wydanej wtedy pozycji Skauting dla chłopców gen. Robert Baden-Powell opisał podstawy metody skautowej. Książka podzielona jest na wskazówki dla instruktorów i gawędy skierowane do chłopców. Jedna z nich nosi tytuł Przyzwyczajenia zapewniające zdrowie, a podtytuł dopowiada „Bądź schludny – nie pal – nie pij – zachowaj czystość – wstawaj wcześnie – śmiej się i tyj”. W podrozdziale o alkoholu padają następujące słowa: „Człowiek, który pije, po prostu nie może być skautem. Unikajcie wszelkich alkoholi od samego początku i postanówcie sobie nie mieć z nimi nigdy nic wspólnego”.

To dość jednoznaczne stwierdzenie. Jednak lektura całego fragmentu i następnego dotyczącego trzeźwości i upijania się nie pozwala wysuwać wniosku, że abstynencja jest dozgonnym obowiązkiem skauta. Raz, że gawęda skierowana jest do młodych, niepełnoletnich chłopców, dla których nieużywanie procentowych trunków powinno być oczywistością (a najwidoczniej nie dla każdego było). Dwa, tekst ma na celu pokazać zgubne skutki alkoholu, które mógł obserwować Baden Powell w ówczesnej Anglii i przestrzec przed nimi.

Dodatkowo wcześniejszy podrozdział dotyczący palenia tytoniu choć rozpoczyna się od równie jednoznacznych słów: „Skaut nie pali”, to pod koniec pojawia się tam zdanie: „Nie wahajcie się więc i postanówcie sobie od razu, że nie będziecie palić, dopóki nie dorośniecie: i wytrwajcie w tym”. Jest to kolejna wskazówka, która pokazuje, że wspomniane kategoryczne ograniczenia kierowane są do młodych chłopców, a nie do dorosłych, którzy są w ruchu skautowym. To oczywiście nie zabrania starszym korzystać z opinii Baden-Powella o szkodliwości wspomnianych używek. Jednak jak by nie interpretować opisywanych słów, to abstynencja w żadnej postaci nie trafiła do prawa skautowego umieszczonego na pierwszych stronach Skautingu dla chłopców.

Polski harcerz nie pije

Inaczej było w Polsce. Wstęp do krajowego, przedwojennego wydania Skautingu dla chłopców zawiera m.in. polską wersję prawa skautowego – prawo harcerskie. Różni się ono nieco w kilku punktach w porównaniu z oryginałem. Dla nas najistotniejsze jest to, że do Baden-Powellowskiego dziesiątego punktu: „Skaut (harcerz) jest czysty w myśli, mowie i uczynkach” dodano fragment: „nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych”. Skąd takie zaostrzenie, raczej niespotykane w innych krajach?

Część pierwszych polskich instruktorów harcerskich (np. Andrzej Małkowski), należała do stowarzyszenia religijno-filozoficznego „Eleusis”. Organizacja pragnęła odnowy narodu polskiego, który wówczas nie posiadał własnej państwowości poprzez wymaganie od członków wstrzemięźliwości. I to poczwórnej wstrzemięźliwości od: alkoholu, tytoniu, hazardu i rozpusty. Tak przygotowani ludzie mieli stanowić przyszłą elitę kraju. Podczas tworzenia harcerstwa na ziemiach polskich, członkowie „Eleusis” wprowadzili więc, zgodnie ze swoją ideą, abstynencję do tekstu prawa harcerskiego. W tamtych czasach na całym świecie coraz liczniej pojawiały się osoby działające na rzecz trzeźwości i przeciwdziałania pijaństwu. Na tle Europy, Polacy byli jednym z narodów dość mocno dotkniętych „plagą alkoholizmu”, stąd postulaty abstynencji mogły nie dziwić. Kolejne lata działalności organizacji harcerskich nie przynosiły drastycznych zmian, jeżeli chodzi o abstynencję. Stąd w wielu pokoleniach Polaków utarło się przekonanie, że harcerz nie pije.

Dziesiąty punkt prawa harcerskiego z fragmentem „(…) nie pije napojów alkoholowych” przetrwał w największej polskiej organizacji harcerskiej, czyli w Związku Harcerstwa Polskiego, aż do 2017 r. Wówczas został zmieniony na „Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów” tym samym znosząc abstynencję. Programowo był to przełom. Jednak na ile była to rzeczywista rewolucja, a na ile zmiana sankcjonująca istniejący już w praktyce stan, można tylko przypuszczać. Poprawki w prawie harcerskim nie dotknęły Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i druga pod względem liczebności organizacja harcerska w Polsce nadal pozostaje wierna abstynencji.

Działanie Zawiszaków u swoich początków również opierało się na przedwojennym prawie harcerskim. Jednak po kilku zmianach i nie bez zaskoczenia w niektórych środowiskach, ostatecznie ustalono, że dziesiąty punkt prawa harcerskiego nie będzie zawierał abstynencji. Podobnie zresztą jak to jest choćby w organizacji włoskiej czy francuskiej należących do FSE. Lektura dokumentów Stowarzyszenia nie daje żadnych podstaw do nakładania jakiejkolwiek abstynencji od napojów alkoholowych. Brak jest podstaw do ustalenia dodatkowych ograniczeń. Wydaje się więc, że można śmiało odpowiedzieć na pytanie z pierwszego akapitu.

(Nie)prosta odpowiedź

Wyczekiwana odpowiedź brzmi: Skaut Europy w Polsce może pić alkohol. Oczywiście jeśli nie jest oderwany od otaczającej rzeczywistości. Dlatego krótkie przypomnienie: Skaut Europy jako chrześcijanin może pić, ale z umiarem. Jako Polak również, ale dopiero po skończeniu osiemnastego roku życia.

I co? Koniec artykułu? Nic z tych rzeczy. Nie pisałbym przecież tak długiego wstępu, żeby w kilku słowach zakończyć. Jest bowiem w odpowiedzi duże „ale”. I dotyczy ono także pełnoletnich, potrafiących zachować umiar harcerzy. Tym „ale” jest mundur. Kwestia picia w mundurze nie znajduje swojego odzwierciedlenia w naszym prawie harcerskim lub innych dokumentach. Jednak, mimo teoretycznej dowolności interpretacji, wyczuwamy niejako pod skórą, że nie każde podejście jest słuszne. Postaram się więc, zgodnie z moją najlepszą wolą, podać „poprawną” interpretację.

Zacznę od sytuacji, która wydaje się najprostsza w odczytaniu. Co ze spożywaniem alkoholu przez opiekunów podczas obozów i zajęć? Trzeba mieć świadomość, że w tym czasie szef jest odpowiedzialny za powierzonych mu chłopaków lub w przypadku szefowej – za dziewczyny. Dlatego koncentracja na podopiecznych powinna być stuprocentowa. Nic nie powinno jej zaburzać, a alkohol zdecydowanie to robi, jest więc wykluczony! Dla przykładu prosta sytuacja: kto pojedzie z chorym do szpitala, gdy wszyscy opiekunowie i kierowcy są nietrzeźwi? Strach nawet wspominać o konsekwencjach prawnych tego typu zdarzenia. Nawet jeżeli dla złudnego spokoju sumienia, szef zapewniłby będącego zawsze w gotowości, trzeźwego kierowcę, do tego byłaby noc, wszystkie zajęcia zostały należycie przygotowane i mundur wisiałby na drewnianym wieszaku, to nadal picie alkoholu jest ogromną nieuczciwością, która głęboko burzy jedność i wspólnotę. Ile to się mówi, że kadra nie powinna się opychać łakociami, których nie dostają wilczki i harcerze? A w tym wypadku mamy jeszcze coś gorszego i możliwie gorszącego w przypadku nakrycia przez podopiecznych.

No dobrze, ale co z sytuacjami w których dorosły wędrownik lub przewodniczka jest w mundurze, ale nie sprawuje opieki wychowawczej? Ot, prosty przykład z mojego życia, który miał miejsce na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Gdy szedłem przez Rynek Podgórski, zauważyłem kilku wędrowników z Francji, którzy wraz ze swoim duszpasterzem pili piwo w ogródku restauracyjnym. No i jak, można tak? Otóż oni mogli (choć prawdopodobnie grzeszyli ignorancją), a my nie. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest krótka: inna kultura i historia. Taką mamy spuściznę. Możemy się na nią obrażać, ale z dnia na dzień jej nie zmienimy. Jeśli więc picie publicznie w mundurze jest sprawą, która może kogoś zrazić, przez którą ktoś może poczuć się zgorszony lub stracić do nas zaufanie, to nie ma najmniejszego sensu, żebyśmy próbowali to robić. Myślę, że nawet sami wewnątrz Ruchu mamy różne zdania na ten temat. Są to zupełnie wystarczające argumenty, żeby nie pić publicznie w mundurze, mimo braku formalnego zakazu. A jeżeli nie pijemy publicznie w mundurze, to robienie tego, gdy nikt postronny nie widzi jest mocno wątpliwe. Skautem powinny kierować takie same zasady bez względu na to, czy ktoś go obserwuje. Alkohol jest zupełnie niepotrzebny w metodzie skautowej, więc strata jest żadna.

Światowe Dni Młodzieży 2016, fot. Archiwum FSE

Za granicą

Jak Francuzi przyjechali do nas (nie poznawszy wcześniej polskiej kultury w sprawie picia), tak i my czasem wyjeżdżamy za granicę na skautowe spotkania. Skoro panuje za granicą inna kultura, to może się zdarzyć, że zostaniemy przez naszych braci z Federacji poczęstowani alkoholem. Nie jest to sytuacja abstrakcyjna, gdyż sam dwa razy zetknąłem się z takimi propozycjami. Jak się wtedy zachować? Podejścia są zasadniczo dwa i nie chcę rozstrzygać, które jest słuszniejsze. Pierwsze podejście mówi, że skoro prawo nas nie ogranicza, a kultura kraju, w którym przebywamy jest temu przychylna, to nie ma nic złego w skorzystaniu z poczęstunku. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, czy w tym czasie nie opiekujemy się drużyną harcerską bądź czy owa propozycja nie wyklucza kogoś z grupy, w której przyjechaliśmy np. gdy w kręgu lub ognisku nie wszyscy są pełnoletni. Druga postawa, którą można przyjąć, to taka, że skoro pewnych zasad trzymamy się w Polsce, to zmiana kraju, kultury i inne okoliczności nie wpływają na nasze podejście.

Domowa impreza

Sprawa picia w mundurze została już chyba dobrze wyjaśniona, a sprawy kulturowo-historyczne przedstawione. Jednak jest jeszcze jeden obszar, który chciałbym poruszyć. Bowiem, gdy zdejmiemy mundur nie przestajemy być drużynowymi, akelami, szefami kręgu, ogniska itd. Moim zdaniem, mimo innego ubioru i okoliczności, część kontekstu kulturowego, o którym wcześniej pisałem, pozostaje. Wyobraźmy sobie, że nasz wilczek czy harcerz widzi nas w sobotnie popołudnie w ogródku piwnym, bądź gdy nieco później wyprowadzamy pijanego kolegę z baru. Nie wiemy, co chłopak może sobie o tym pomyśleć, mimo że w tych sytuacjach sami mogliśmy zachowywać umiar. Może przejść obok tego obojętnie lub czuć się zgorszony. W takim wypadku dość często ważne jest podejście w jego rodzinie. Opcji jest wiele. Może w domu chłopaka jest przemoc alkoholowa, albo rodzice są zagorzałymi abstynentami lub też zwyczajnie jeszcze jako młody idealista uważa alkohol za zło. Dlatego lepiej się wystrzegać takich sytuacji, bo mogą one (choć nawet niesłusznie) spowodować u podopiecznego utratę zaufania do szefa, a może nawet do całego Ruchu. Być może kiedyś chłopak sam dojrzeje do tego jak podchodzić do alkoholu (albo wcześniej przeczyta ten artykuł). W tym momencie nie nam to oceniać, skoro jakieś działanie może zaszkodzić, to po prostu lepiej go nie uskuteczniać. Domowa impreza, urodziny przyjaciela, niedzielny obiad u cioci, czyli wszędzie tam, gdzie nasze zachowanie nie wywołuje żadnych kontrowersji, są moim zdaniem znacznie lepszymi miejscami, by (z umiarem!) pić alkohol.

Niewykluczone, że dla niektórych ostatni akapit jest nieco przesadzony. Też bym tak uważał, gdyby w naszym społeczeństwie podejście do alkoholu było bardziej uporządkowane. Dlatego polecam rozmawiać z podopiecznymi o alkoholu i kulturze picia.  Czy ZZ jest odpowiedni do takich tematów? Być może, ale na pewno warto mówić o tym na Młodej Drodze i później. Z doświadczenia takich rozmów wiem, że niektórym trzeba mocniej akcentować umiar, gdyż wchodzenie w pełnoletniość ma swoje pokusy, a innym zwyczajnie należy wytłumaczyć jakie podejście powinien mieć skaut-chrześcijanin.

Można inaczej

Przez cały artykuł próbowałem odpowiedzieć na pytanie „czy Skaut Europy w Polsce może pić alkohol?”. Starałem się też rozwiązać problemy pojawiające się od strony: czy jest w tym piciu coś złego. Chrześcijanin powinien jednak przede wszystkim szukać dobra i czynić je. Dlatego w tych sytuacjach lepiej sobie zadać inne pytanie: co w tym dobrego, jakie dobro wyniknie z mojego działania? Przy takim podejściu wiele moich argumentów staje się zwyczajnie niepotrzebnych.

***

Kiedy artykuł był praktycznie ukończony, od mojego dobrego znajomego z kręgu (Franka) otrzymałem polskie tłumaczenie książki Baden-Powella Rovering to success. W pozycji tej, skierowanej do osób w wieku wędrowniczym, autor pisze o alkoholu. Nie chciałem jednak wspominać o tym wcześniej, a tym samym trochę burzyć układ swojego artykułu, gdyż moje wnioski ze Skautingu dla chłopców pokrywają się ze zdaniem Baden-Powella zamieszczonym w Rovering to succes, gdzie m. in. przestrzega przed „tym trzecim kieliszkiem”. Dodatkowo, w otrzymanej od Franka książce, temat alkoholu poruszony jest od strony, z którą może się identyfikować każdy, niekoniecznie skaut. A o umiarkowaniu w życiu oczywiście można napisać, tylko już w innym, także długim, artykule.

***

Podczas pisaniu artykułu korzystałem m.in. z:

  1. Marcin Wnuk, Barbara Purandare, Jerzy T. Marcinkowski, Struktura spożycia alkoholu w Polsce w ujęciu historycznym, Probl Hig Epidemiol 2013, 94(3), s. 446-450;
  2. Leszek Rysak, Początki harcerstwa, Biuletyn IPN, nr 5-6/2010, s. 18-28;
  3. Robert Baden-Powell, Skauting dla chłopców, 1990 (reprint z 1938r.);
  4. Robert Baden-Powell, Rovering to success, zbiór własny (Jest to inne tłumaczenie, niż istniejące wydanie papierowe. Chętnym mogę udostępnić pdf.);
  5. Czy katolik może… Pić, palić i brać narkotyki? https://opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/droga_201418_pic_katolik_uzywki.html

Przestrzeń dyskusji

Na ostatnie dni karnawału i pierwsze tygodnie Wielkiego Postu, przedstawiamy wam, drodzy czytelnicy, kolejne teksty odnoszące się do wieloaspektowego życia harcerza i harcerki. Mamy artykuły ściśle związane z naszą metodyką, choćby Michała Ochnika o kształtowaniu zastępowego. W tym miesiącu rozpoczynamy również cykl publikacji na temat komunikacji z dziećmi, i jak odnoszę wrażenie, będzie on pomocny nie tylko dla Akel. Pojawi się również dwuczęściowy rzut okiem na nauki ścisłe i to, jak opisują procesy zachodzące w rzeczywistości. Nie jest to powtórka ze szkoły średniej, lecz nie jest to także ciąg skomplikowanych równań, przemieszanych z teoretycznymi rozważaniami na wysokim poziomie abstrakcji. Ośmielę się zasugerować, że są to teksty ogólnorozwojowe, które w pigułce prezentują w ciekawy sposób informacje mogące pobudzić do szerszego zainteresowania się tematem.

Na sam koniec chciałbym zwrócić waszą uwagę, drodzy czytelnicy, na tekst Piotra Wąsika o alkoholu. Gdy rozmawialiśmy o nim na spotkaniu redakcyjnym, utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to temat często poruszany w środowiskach szefów, przynajmniej w nurcie męskim, i nie raz jest źródłem wieloaspektowych dyskusji. Tym bardziej zachęcam do skorzystania z łamów „Przestrzeni” i podzielenia się własnymi refleksjami, szczególnie jeżeli nie zgadzacie się z wnioskami wysuniętymi przez Piotra. Niech nasze czasopismo internetowe będzie polem do polemiki i wymiany opinii.

Poza tym otrzymujemy, jako redakcja kolejne teksty i, jak na razie wszystkie zostały przeznaczone do publikacji w najbliższych miesiącach. Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat skautingu, zaprezentować rozwojowe zainteresowania, uchylić nam furtkę do świata idei religijnych czy społecznych albo pochylić się nad praktyką życia codziennego? Przyjmiemy twoje refleksje z otwartymi ramionami.

Nie ma dzieci niegrzecznych

Moja „żółta” kariera miała bardzo intensywne początki. W ciągu pół roku tymczasowych służb, w ognisku młodych, spotkałam 6 różnych gromad i wszystkie do dziś ciepło wspominam. Wilczki z Bemowa kochały krzyczeć i biegać, te z Ursusa uwielbiały dowcipy i historyjki, Żoliborskie były spokojniejsze, ale bardzo ciekawskie, a te z Woli cieszyły się każdą nowo odkrytą rzeczą jak wielkim skarbem. Na końcu wylądowałam na obozie gromady, w której teraz służę. Tam dziewczynki były zawsze znudzone. Nudziły je śpiewy, tańce, gry, zabawy, punkty, Obietnice, wstawanie i kładzenie się spać. Nawet ogniska były nudne. Lubiły jedynie ploteczki i „rozrabianie”. Ukochaną ich zabawą było przemycanie cukru ze stołówki i przechowywanie go w kieszonkach w beretach.

Dla świeżo upieczonej przewodniczki było to oburzające i nie do zniesienia. Wydawało mi się, że cały świat jest piękny i cudowny, tylko nie te wilczki. Gdy, zmęczona służbą, poprzednia Akela zrezygnowała w połowie roku, czułam się jak Szymon Cyrenejczyk, którego Rzymianie wyciągnęli siłą z tłumu, by pomógł dźwigać krzyż Panu Jezusowi. Oczywiście, bardzo chciałam być Akelą, ale nie TEJ gromady!

W międzyczasie moje życie toczyło się dalej. Dostałam perspektywę dobrej pracy na czas pierwszych dwóch lat studiów, ale był jeden warunek: żeby prowadzić te zajęcia, musiałam pójść na kurs pedagogiczny. Dwa zjazdy idealnie pokrywały się z terminem obozu wilczkowego. Weekend przed i weekend po. Na samą myśl czułam zmęczenie, ale zależało mi na tej pracy. Pojechałam. I myślę teraz, że Bóg zaplanował mi te wakacje.

Na pierwszym zjeździe opowiadali o książce niejakiej Markovej Dawne. Autorka, psycholożka, opisała w niej teorię mówiącą o różnych poziomach odbioru bodźców zewnętrznych przez człowieka. Wzrok, Słuch oraz Ruch (w który dla uproszczenia wlicza się również węch i smak) są odbierane przez świadomość, podświadomość lub nieświadomość. Na podstawie tego, każdemu można przypisać określony wzór, zwany „wzorcem myślenia”. Przykładowo, mój mózg odbiera sygnały wzrokowe na poziomie świadomości, ruchowe na poziomie podświadomości, a słuchowe przez nieświadomość. A więc mój wzorzec myślenia to WRS (wzrok-ruch-słuch).

Co to znaczy? Skoro pierwszy jest u mnie wzrok, potrzebuje stymulantów wzrokowych, by się skupić, zainteresować czymś, zapamiętać coś. Gdy się uczę, robię mnóstwo rysunków w notatkach. Filmy, książki, seriale czy obserwacja ptaków, a nawet wolno pełzającego po liściu ślimaka, są dla mnie niezwykle zajmującym zajęciem.

Druga literka we wzorze mówi o moim odbieraniu i nadawaniu emocji. Będąc zła, reaguje ruchem, gestami, krzykiem, mam ochotę coś uderzyć lub kopnąć. Gdyby zamiast R było S (słuch), zezłoszczona wylewałabym z siebie całe wiązanki przekleństw i barwnych opisów tego, jak bardzo się we mnie gotuje. Gdy w środku wzoru, czyli na poziomie podświadomości, jest W (wzrok), szczytem mojej złości byłoby nienawistne spojrzenie skierowanie w stronę jej źródła. Bodźcie odbierane na poziomie podświadomości wyznaczają również schemat odkrywania świata i uczenia się. Bardzo typową cechą WRS (oraz RWS) jest rzucanie instrukcji na drugi koniec pokoju i próba skręcania mebli samemu.

Ostatnia literka, czyli u mnie S, to zmysł odbierany przez nieświadomość, czyli wymagający od nas najwięcej wysiłku. Jeśli coś (sytuacja, osoba) wymaga od nas użycia lub odbierania tego właśnie bodźca, wysiłek naszego mózgu jest ogromny. Po pierwsze zapomina on o istnieniu zmysłu odbieranego przez świadomość, a po drugie stymuluje się tym, co odbiera nasza podświadomość, żeby móc się w ogóle skupić. Na przykład: jako WRS, nie umiem patrzeć na mojego rozmówcę dłużej niż kilka sekund. Słuchając czegoś za długo bardzo szybko odlatuję myślami gdzieś indziej, szczególnie, jeżeli mój wykładowca nie chodzi po sali, nie macha rękami. Gdy rozmawiam, gestykuluje żywo, mając przed oczami obrazy, kolory lub po prostu mówione przeze mnie słowa, a jeśli rozmowa jest telefoniczna, muszę chodzić.

Co więc mówią o nas nasze wzorce myślenia? W zasadzie wszystko. Nasz sposób uczenia się, pracy, prowadzenia relacji, język miłości. To, jak funkcjonujemy na co dzień, zależy w dużej mierze właśnie od tego, w jaki sposób nasze mózgi odbierają poszczególne bodźce. Tłumaczy to też, dlaczego jedne dzieci radzą sobie w szkole lepiej, a drugie gorzej – system edukacji nastawiony jest na wzorzec WSR (wzrok-słuch-ruch). I właśnie dzieci o takim wzorcu są prymusami w szkole, “najlepiej” się uczą. Nie można dzielić uczniów na tych, co uczą się źle lub dobrze, są grzeczni i niegrzeczni. Zwykle nazywamy łobuzami dzieci, które po prostu nudzą się w ławce, bo potrzebują dużo ruchu. Nauczyciel nie pozwala im rysować w zeszycie, bawić się długopisem, wstać i przejść się. Jak mają się skupić na siódmej godzinie monologu, siedząc w jednej pozycji z krótkimi tylko przerwami na przejście z klasy do klasy? Dla dorosłych jest to wyzwanie, a co dopiero dla młodych, kipiących energią i pieniących się hormonami organizmów.

Ilustracja: Agata Kocyan

Wykładowcy na wspomnianym kursie przedstawili bardzo trafne porównanie, które teraz przytoczę. Wyobraźcie sobie klasę pełną dzieci, z których każdy ma jakiś instrument. Mała brunetka w pierwszej ławce tuli w rączkach klarnet, blondyn na końcu sali obejmuje wielki bęben, ktoś trzyma na kolanach ukulele, jeszcze ktoś inny ledwo mieści się na krześle ze swoją tubą. 30 różnych dzieci z 30 różnymi instrumentami. Wchodzi do klasy uśmiechnięta nauczycielka i mówi: „Dmuchajcie w swoje instrumenty!”. Podopieczni posłusznie wykonują polecenie. Pani od razu dostrzega talent w klasie, małą brunetkę z klarnetem! Dziewczynka dmucha, a instrument pięknie śpiewa. Nauczycielka chwali również wysiłki chłopca z tubą – musiał się napracować, ale jego instrument również gra. Niestety, mimo tych kilku pięknych pierwszych sukcesów, ponad połowa klasy dmucha i dmucha, a dźwięków nie słuchać. Blondynek z bębnem rzucił w kąt swój instrument i puka dłońmi w ławkę. Przeszkadza. Inna dziewczynka przy największym wysiłku wydobyła ze swojego ukulele jedynie ciche buczenie. Rodzice tych dzieci nie usłyszą dobrych wiadomości…

Morał był prosty: różne umysły potrzebują różnych sposobów zrozumienia rzeczy, tak jak każdy instrument wymaga innej czynności, by wydał dźwięk. To, że bęben nie reaguje na dmuchanie, nie znaczy, że jest zepsuty. Zły jest nie bęben, a sposób podejścia do niego. I tak samo jest z ludźmi. Jedni potrzebują szczegółowej instrukcji i opisu obsługi roweru, inni chcą wsiadać na rower i wywracać się do skutku.

Z tą wizją w głowie, zafascynowana teorią Markovej Dawne, pojechałam na obóz. Próbowałam dostrzec każdego wilczka oddzielnie. Dziewczynki różniły się od siebie bardziej, niż widziałam to wcześniej: inaczej odkrywały świat, inne gry je interesowały, inne rzeczy je bawiły i nudziły. Najniegrzeczniejszy wilczek, który wiecznie wiercił się podczas Skał Narady, okazał się po prostu dziewczynką o bardzo dużych potrzebach ruchowych. Dostała więc kredki i byłam w szoku, bo bardzo szybko i trafnie odpowiadała na pytania, mimo że siedziała gdzieś z tyłu zupełnie pochłonięta rysowaniem. Najbardziej jednak utkwił mi w głowie obraz wilczka, który zdawał punkty, chodząc wokół mnie. Miałam wtedy w ręku mundur i przyszywałam naszywkę. Dziewczynka krążyła zirytowana, że nie ma mojej uwagi, bo na nią nie patrzę. „Akelo, Baden-Powell był generałem angielskim. Słyszysz mnie Akelo? Baden-Powell był generałem angielskim! Akelo, skup się! Baden-Powell…” – powtarzała w kółko, a ja nie mogłam przestać się śmiać. Nie mogła zrozumieć, że słucham ją, mimo braku kontaktu wzrokowego. Od tego momentu starałam się na nią patrzeć, gdy coś do mnie mówiła.

Obóz 2. Gromady Radomskiej, fot. Zuza Pytlewska

Nowy harcerski rok zaczęłam od założenia małego zeszytu, co każdemu polecam. Każda strona jest w nim przeznaczona na jednego wilczka i jego sukcesy. Zapisuje tam wszystkie spostrzeżenia i sugestie, jak mogę pomóc wilczkowi rozwijać się, by współgrało to z jego potrzebami. Sama też bardzo skorzystałam z tej wiedzy o wzorcach. Zmieniłam swoje metody pracy i nauki, z nudnych notatek na kolorowe mapy myśli, prezentacje pełne rysunków i zdjęć, małe quizy, własne fiszki. Sama wiedza na temat funkcjonowania gromady i mojego własnego mózgu nie rozwiązała oczywiście wszystkich moich problemów. Ale była niezwykle pomocna w zrozumieniu i zaakceptowaniu samej siebie i moich wilczków.

Minęło już pół roku, a ja nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się moja gromada od tego obozu. Właściwie zmieniło się jedynie moje podejście, ale nie sądziłam, że tak wiele od niego zależy. Na moich oczach, w przeciągu kilku miesięcy, 11 małych problemów ewoluowało w 11 zdolnych, inteligentnych, zaangażowanych dziewczynek. Przed obozem tylko trzy z nich miały Obietnice; dzisiaj, gdy doszły jeszcze 4 wilczki, słynną naszywkę na berecie nosi już dumnie aż 6 dziewczynek, a niedługo będzie ich 9. Trzy z nich robią już sprawności. Jestem dumna z każdego ich małego i dużego sukcesu, staram się chwalić nawet drobne poprawy na lepsze.

Każdemu polecam zapoznanie się z książkami Markovy Dawne, szczególnie z krótką pozycją „Twoje dziecko jest inteligentne”. Psycholożka przedstawia bardzo ciekawe spojrzenie na siebie i swoich wychowanków oraz podsuwa wiele sugestii, jak wykorzystać tą wiedzę w praktyce. Ponieważ skauting oferuje nam, wychowawcom, niezwykłą elastyczność w sposobie prowadzenia zajęć, łatwo możemy dostosować go do potrzeb i tempa rozwoju dzieci, również pod kątem ich wzorców myślenia. Sądzę, że właśnie w tym tkwi jego siła. Możemy pochylić się nad każdym małym człowieczkiem i pomóc mu odnaleźć siebie w tym wielkim, przerażającym świecie.

Jeśli chcecie sami sprawdzić swój wzorzec myślenia, zajrzyjcie do linku poniżej. Jest w nim test utworzony przez Akademię Nauki, prowadzących wyżej wspomnianego kursu, na podstawie teorii Markovej Dawne.

https://www.akn.pl/wp-content/uploads/2018/04/Wzorce-Me%C5%9Blenia-test.pdf

Pragnienie zmian – praca nad nawykami

Artykuł napisany na podstawie części Podstawy książki Atomowe nawyki Jamesa Clear’a

Jako skauci, a także i może przede wszystkim szefowie, mamy obowiązek dbać o własną formację, rozwój, doskonalenie. To w dużej mierze łączy się z uporządkowaniem naszego życia, nadawaniem mu pewnych ram i stałych elementów, np. wyznaczenie czasu na modlitwę, troska o odpowiednie odżywianie się i aktywność fizyczną. Trudno jest wprowadzić wielkie zmiany w ciągu jednego dnia, dużo efektywniejszym rozwiązaniem jest dodawanie małych usprawnień, drobnych nawyków i konsekwentna praca z nimi każdego dnia. Panowanie nad swoim życiem, pewna przewidywalność dnia, daje nam dodatkowo poczucie sprawczości i pewność siebie. Krok po kroku możemy czynić nasze życie takim, jakie chcielibyśmy, by było.

Atomowe zmiany

Nawyk jest działaniem lub też zachowaniem, które jest powtarzane regularnie, a często też automatycznie. Może wznosić nas na wyżyny, lecz równie łatwo sprowadzić do parteru. Nasze życie i jego ścieżka – wznosząca lub też opadająca – jest zaś kształtowana przez sumę pojedynczych decyzji podejmowanych przez nas każdego dnia. Jeśli zdecydujemy się na jednorazowe zjedzenie zupki chińskiej prawdopodobnie nic nam się nie stanie. Jeśli jednak zaczniemy odżywiać się nią regularnie, stanie się to naszym nawykiem, nasze zdrowie będzie poważnie zagrożone.

Każdego dnia powinniśmy podejmować niewielkie, wręcz atomowe decyzje, które mają nas prowadzić ku lepszemu. Niech to będzie nawet prawie niedostrzegalny 1% postępu dziennie – w ciągu roku takie decyzje zaprowadzą nas do poprawienia danej sprawy 37 razy. Problem polega zazwyczaj na początkowym braku widocznych rezultatów, a co za tym idzie szybkiemu zniechęcaniu się i porzucaniu dobrych – drobnych zmian. Niewiele zmienią 3 wyjścia na basen czy siłownię, ponieważ gdy chcemy zadbać o naszą sylwetkę, potrzeba konsekwencji i regularności. Aby zauważyć rezultaty, musimy zebrać pewien potencjał wykonanych działań, a droga do przełomu (który jest sumą naszych zachowań) wymaga początkowego zmierzenia się z rozczarowaniem oraz cierpliwości.

Aby tę drogę przebyć, warto zmienić nieco swoje myślenie. Jest początek kolejnego roku i pewnie część z was (ja również😉) wyznaczyła sobie cele do zrealizowania w kolejnych miesiącach. Jednak wyznaczone cele mają często niewielki wpływ na rezultaty – np. w zawodach sportowych wszyscy zawodnicy mają taki sam cel, wygrani i przegrani. Dużo ważniejsze wydaje się opracowanie systemów, które pomogą nam robić coś lepiej, efektywniej. Są to procesy, które prowadzą do osiągnięcia celów. (przykład: cel – zdobycie stopnia wędrowniczki, system – regularność spotkań z szefową, kierownikiem duchowym, sposób wyznaczania i realizacji zadań, tryb pracy nad dziełem, itd.). Systemy mają tę zaletę, że nie są krótkotrwałe, nie zakładają tylko chwilowej zmiany do czasu zrealizowania celu, lecz jej kontunuowanie, ciągły rozwój.

Tożsamość

Możemy zmieniać swoje zachowanie na trzech poziomach: rezultatów, procesów do nich prowadzących lub też tożsamości, czyli sposobie w jaki o sobie myślimy. Nasze zachowania zazwyczaj są wynikiem naszej tożsamości. Dopiero zmiana na tym najgłębszym poziomie zapewni nam utrwalenie nawyków zamiast codziennej walki ze sobą. Dopóki nie zaczniemy myśleć o sobie jako o np. czytelniku, nie będziemy sięgać automatycznie po książki w wolnym czasie. Zmiana, która nie zostanie poparta przeobrażeniem myślenia o sobie, nie przetrwa. Naszym celem powinno być zatem nie tyle zrobienie czegoś, a zostanie kimś – biegaczem, osobą dbającą o zdrowie, osobą rozmodloną. Gdy dodatkowo będzie to dla nas powód do dumy i radości, motywacja do przestrzegania nawyku będzie o wiele większa.

Przekonania o sobie mogą nas bardzo ograniczać. Niektóre z nich niesiemy ze sobą już od dzieciństwa – zostały nam wpojone nieopatrznie przez dorosłych. Może to być przeświadczenie o tym, że wszystko psuję, jestem beznadziejny w grach zespołowych, jestem nieśmiały, itd. Ponieważ mam takie przekonanie o sobie, zachowuję się w sposób, który temu przekonaniu odpowiada, co prowadzi do wzmocnienia danego przekonania. Koło się zamyka. Prześledźmy, czy nie ma w nas takich zastanych wizji, które przeszkadzają nam być takimi, jakimi byśmy chcieli.

Zatem nawyki określają naszą tożsamość, ale też przez nawyki możemy wizję siebie samego zmienić – tożsamość zmienia się poprzez dostarczenie sobie wielu dowodów na to, że jesteśmy inni, niż nasze przekonanie. Najważniejsze jest wielokrotne powtarzanie danego zachowania – nie będziemy myśleć, że jesteśmy pilnymi uczniami/studentami, jeśli raz przygotujemy się do zajęć – to wymaga ponawiania, ciągłego działania. Zmiana tego kim jesteś, polega na zmienieniu tego co robisz.

Nabywanie lepszych nawyków nie polega na zaśmiecaniu dnia sprytnymi sztuczkami. Nie chodzi o to, by co wieczór nitkować jeden ząb, każdego ranka brać zimny prysznic, albo codziennie ubierać się w to samo. Nie chodzi też o osiąganie zewnętrznych oznak sukcesu, takich jak zarabianie większych pieniędzy, chudnięcie czy życie w mniejszym stresie. Przyzwyczajenia mogą pomóc ci to wszystko osiągnąć, ale zasadniczo nie chodzi w nich o osiągnięcie czegoś. Chodzi o stanie się kimś.

James Clear

Pętla Nawyku

Mózg wytwarza nawyki w odpowiedzi na regularnie napotkany problem – nawyk jest sprawdzoną metodą prób i błędów, przychodzącym automatycznie rozwiązaniem danego problemu i ma za zadanie odciążyć świadome działanie mózgu. Można powiedzieć, że jest on pójściem mózgu na skróty – wykorzystuje on poprzednie doświadczenia do osiągania zadawalających efektów.

Ilustracja: Agata Kocyan

Sposób nabywania nawyku składa się z czterech etapów powtarzanych po wielokroć. Są to kolejno sygnał, pragnienie, reakcja i nagroda. Sygnał (1) jest pewną informacją, którą mózg wyłapuje z naszego otoczenia lub też wnętrza, o możliwości sięgnięcia po nagrodę. Sygnały dla każdego są sprawą indywidualną, dla jednej osoby coś jest sygnałem, dla innej będzie bez znaczenia. Dopiero sygnał zinterpretowany w odpowiedni sposób przeradza się w pragnienie (2), czyli chęć zmiany. Jest to siła napędowa każdego działania – pragniemy nie nawyku samego w sobie, ale zmiany naszego stanu wewnętrznego, np. rozrywki, ulgi, zaspokojenia ciekawości. Kolejnym etapem jest reakcja (3), czyli właściwe działanie czy myśl, nawyk. Aby reakcja nastąpiła, dane zachowanie nie może być dla nas zbyt trudne – jeśli wymaga ono zbyt wielkiego wysiłku, zostanie po prostu odrzucone. Reakcja prowadzi do nagrody (4), która jest celem każdego nawyku. Nagroda daje nam uczucie satysfakcji oraz jest dla nas nauką, w jaki sposób postępować w przyszłości. Nagroda zostaje przez mózg powiązana z sygnałem. Aby zachowanie przerodziło się w nawyk, muszą wystąpić wszystkie cztery etapy – usunięcie lub ograniczenie choćby jednego spowoduje, że nawyk się nie wykształci. Następowanie po sobie tych etapów jest nazywane pętlą nawyku.

Sygnał – stresująca sytuacja na uczelni
Pragnienie – chęć rozładowania napięcia
Reakcja – idziesz na kawę i ciasto do kawiarni
Nagroda – rozładowujesz stres, stresujące sytuacje na uczelni zostają skojarzone z wizytą w kawiarni

Przykład pętli nawyku

W skautingu dużo mówimy o pracy nad sobą, samowychowaniu, rozwoju. Wiele razy próbujemy coś zmienić w naszym życiu, ale pomimo najszczerszych chęci, nie udaje nam się. Wynika to między innymi z faktu braku wiedzy na temat działania naszego mózgu i psychiki. Warto poszerzać swoją wiedzę i wykorzystywać ją w praktyce. Może oszczędzić nam to frustracji spowodowanej wiecznie niedotrzymanymi postanowieniami i pozwolić zrozumieć, jakie błędy popełnialiśmy, podejmując je. Bardzo polecam książkę Atomowe nawyki Jamesa Clear’a, na podstawie początku której napisałam ten artykuł, a która w dalszej części podpowiada w jaki sposób uczynić rzeczy oczywistymi, atrakcyjnymi, łatwymi i satysfakcjonującymi, aby rozwijanie dobrych nawyków było dla nas codziennością.

Jałmużna też służba

Służba to jeden z pięciu celów skautingu, w sposób szczególny uwydatniony w czerwonej gałęzi. Przede wszystkim służba realizowana jest poprzez podjęcie się pracy wychowawczej w jednostce.

Ale nie jest to jedyny jej wymiar. Patrząc od strony nurtu męskiego, już na jednej z pierwszych wędrówek po przejściu do kręgu, pielgrzymce na Święty Krzyż, wędrownicy mogą doświadczyć bezpośredniej służby drugiemu człowiekowi. Nieraz w czasie drogi można pomóc napotkanym ludziom przy zbieraniu ziemniaków, jak to na koniec września przystało. Przez następną część roku, podczas Młodej Drogi, pojawiają się kolejne okazje, by rozwijać w sobie zmysł służby. Jednak nie jest on jeszcze ukierunkowany na pomoc wychowawczą w jednostce.

Służba na Świętym Krzyżu 2012 r., fot. Marcin Jędrzejewski

Po zakończeniu Młodej Drogi, objęcie funkcji szefa/szefowej jednostki może znacznie ograniczyć czas na dodatkowe aktywności czy wolontariat. Szczególnie, gdy do szkoły lub studiów dochodzi praca dorywcza lub na pełen etat. Co więc zrobić, gdy nasze pragnienie pomocy drugiemu człowiekowi wykracza poza pracę wychowawczą w Stowarzyszeniu, a barierą jest może nawet nie tyle brak czasu, co brak możliwości lub odwagi? Rozwiązaniem może być jałmużna.

Wiadome jest, że organizacje i dzieła charytatywne, pomocowe czy misyjne opierają się na ludziach i funduszach. Nasza jałmużna może więc współtworzyć jeden z filarów funkcjonowania tych dzieł. Trzeba bowiem wiedzieć, że jałmużna nie ogranicza się do datków dawanych żebrzącym na ulicach, a dotyczy wszystkich form wspierania potrzebujących. I nie chodzi tylko o wymiar materialny!

Jest on istotny, ale ważne jest, aby za darem szła postawa serca i gotowość do ofiarności. Już w Starym Testamencie czytamy: „Lepiej jest dawać jałmużnę, aniżeli gromadzić złoto. Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem” (Tb 12, 8-9) oraz „Tak zaskarbisz sobie wielkie dobra na dzień potrzebny, ponieważ jałmużna wybawia od śmierci i nie pozwala wejść do ciemności” (Tb 4, 9-10). Widzimy, że oprócz materialnego aspektu wsparcia potrzebujących, jałmużna powoduje również otrzymanie daru – i to najwyższej klasy – przez ofiarodawcę. Ofiarność prowadzi więc do uświęcenia. Dlatego warto gromadzić sobie skarby w niebie poprzez rozdawanie skarbów tu na ziemi: „A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 4). Ale nie pomyślmy sobie, że zaniedbując różne aspekty naszego życia, „kupimy” sobie miejsce w niebie rozdając pieniądze ubogim. Inny z autorów Pisma Świętego, św. Paweł, pisząc bowiem o jałmużnie, przypomina podstawę każdego chrześcijańskiego działania: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości
bym nie miał, nic mi nie pomoże” (1 Kor 13, 3). Jałmużna przynosi więc korzyść duchową jedynie, gdy idzie w parze z miłością. Miłość zaś otwiera człowieka na łaskę. O istocie dawania jałmużny mówił nie tylko Apostoł Narodów. Papież Franciszek w Roku Miłosierdzia powiedział tak:

„Dawanie jałmużny może się wydawać rzeczą prostą, ale musimy uważać, aby nie ogołocić tego gestu z wielkiej zawartej w nim treści. Termin «jałmużna» pochodzi z języka greckiego i oznacza właśnie «miłosierdzie». Zatem jałmużna powinna nieść z sobą całe bogactwo miłosierdzia. A ponieważ miłosierdzie wyraża się na tysiące dróg i tysiące sposobów, to także jałmużna wyraża się na wiele sposobów, aby ulżyć trudnościom osób potrzebujących”.

Rozważanie Papieża Franciszka wygłoszone podczas nadzwyczajnej audiencji ogólnej związanej z Jubileuszem Miłosierdzia

Gorąco zachęcam do praktyki jałmużny. Nie tylko jako pewnego rodzaju „zastępstwo” wolontariatu, czy innej aktywności pomocowej. Przez kilka lat, gdy byłem szefem kręgu, na początku Wielkiego Postu, przedstawiałem wędrownikom jałmużnę. Zachęcałem ich wtedy, aby w tym okresie wyrzeczeń, przekazać wsparcie materialne potrzebującym i potraktować to właśnie jako formę służby. Wiem, że część z chłopaków praktykowała to z dobrym skutkiem, ale nie znam szczegółów, bo skrytość też jest jednym z elementów jałmużny. Skoro, gdy dajesz jałmużnę, a lewa ręka ma nie wiedzieć, co czyni prawa, to tym bardziej szef kręgu 😉 (por. Mt 6, 3).

W związku z jałmużną nasuwa się kilka praktycznych pytań, na które spróbuję odpowiedzieć.

Komu dawać?

Jeżeli decydujemy się na przekazywanie pieniędzy, to wspieranie pośrednie, czyli poprzez różne organizacje, wydaje się być rozsądniejszą opcją. Mamy wtedy większą pewność, że ludzie potrzebujący rzeczywiście dobrze wykorzystają nasz datek i nie zostanie on wydany np. na alkohol w przypadku osób zmagających się z chorobą alkoholową. Nad wszystkim bowiem czuwają – a przynajmniej tak powinno być – ludzie wiedzący w jaki sposób pomagać. Przykłady różnych organizacji przedstawiłem na końcu artykułu. Oczywiście można też samemu poszukać celu, który chcemy wspomóc. Szukając warto pamiętać o prostej weryfikacji, czy dany cel nie jest zwyczajnym oszustwem.

Jak dawać?

Jałmużna wkroczyła do Internetu i ma się dobrze, więc przelew pieniędzy na konto organizacji jest chyba najprostszą opcją. Nadal jednak pozostają skryte gdzieś w głębi kościołów skarbony podpisane „jałmużna dla potrzebujących”. W tym wypadku na pewno
nikt się nie dowie, czyja ręka wrzuciła pieniądze. Przekazywanie ubrań, czy nawet zużytego sprzętu elektronicznego, też jest dobrą i potrzebną formą, jednak wymaga już nieco większego zaangażowania niż internetowy przelew. Nie zapomnijmy też o modlitwie za tych, którym przekazujemy dary, szczególnie przy braku bezpośredniego kontaktu.

Ile dawać?

Odpowiem tak: tyle, ile się chce wiedząc, ile się może (lepiej, żeby dawanie jałmużny nie wpędziło nas w tarapaty finansowe). Ważna jest stała gotowość serca do dzielenia się z innymi. Nie tylko pieniędzmi! Może więc zacznie się od przelewu 50 zł raz na pół roku, a skończy na comiesięcznej dziesięcinie? Ale to już temat na inny artykuł. 

Podsumowaniem tej krótkiej zachęty do praktykowania jałmużny niech będą słowa św. Franciszka z pierwszej Reguły zakonu:

 „Jałmużna jest dziedzictwem i prawem ubogich, które nabył Pan nasz Jezus Chrystus. I bracia, którzy trudzą się zbieraniem ofiar, otrzymają wielką nagrodę i dają okazję do nagrody ofiarodawcom; zginie bowiem wszystko, co ludzie zostawiają na tym świecie, lecz za miłość i za złożone jałmużny otrzymają życie wieczne”.

św. Franciszek, I Reguła Zakonu

 Przykłady organizacji:

Wspierające ubogich i bezdomnych:

  • Fundacja Kapucyńska im. bł. Aniceta Koplińskiego fundacja prowadzona przez oo. Kapucynów w centrum Warszawy. Wspiera ubogich i bezdomnych poprzez m.in. prowadzenie jadłodajni, pomoc medyczną oraz opiekę duszpasterską. Strona internetowa: https://fundacja-kapucynska.org
  • Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej – fundacja założona przez Zakon Ojców Kamilianów. Pomaga przede wszystkim bezdomnym prowadząc
    m.in. schronisko czy program mieszkań treningowych.
    Strona internetowa: https://misja.com.pl
  • Caritas – katolicka, międzynarodowa organizacja charytatywna działająca również w Polsce. Wspiera tyle obszarów, że trudno wszystkie wymienić:
    od Wigilijnego Dzieła Pomocy, Okna Życia po jadłodajnie i domy
    dla bezdomnych. Strona internetowa: https://caritas.pl

Misyjne:

  • Pomoc Kościołowi w Potrzebie – międzynarodowa organizacja charytatywna
    na prawie papieskim, która wspiera chrześcijan tam, gdzie są prześladowani, uciskani lub w potrzebie duszpasterskiej. Nasze wsparcie może polegać
    m.in. na zakupie rękodzieła wykonywanego przez chrześcijan zamieszkujących Ziemię Świętą. Strona internetowa: http://pkwp.org
  • Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie – zespół powołany przy Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski, który świadczy przede wszystkim wsparcie personalne, wysyłając osoby duchowne do krajów byłego ZSRR zamieszkiwanych przez Polaków. Przy okazji Zespół zbiera i przekazuje fundusze
    na funkcjonowanie tych dzieł. Strona internetowa: http://wschod.misje.pl
  • Misja katolicka w Mpunde w Zambii – polska misja, którą obecnie prowadzi
    ks. Adam Pergół. Oprócz pracy duszpasterskiej wspiera młodzież i dzieci
    w edukacji m.in. fundując naukę i wyjazd na studia.
    Strona internetowa: http://mpunde.net
  • Referat Misyjny Księży Werbistów – instytucja działająca w ramach Polskiej Prowincji Zgromadzenia Słowa Bożego. Zajmuje się szeroko pojętą animacją misyjną Kościoła w Polsce oraz bezpośrednią pomocą misjonarzom
    i misjonarkom. Strona internetowa: https://www.pomocmisjom.werbisci.pl
  • Fundacja Kasisi – założona przez Szymona Hołownię fundacja wspiera dzieci, którymi opiekują się misjonarki w Zambii. Prowadzi wiele projektów
    i umożliwia przekazywanie pieniędzy na bardzo konkretne cele, np. mleko
    czy zabawkę dla dziecka. Strona internetowa: https://www.fundacjakasisi.pl

Wspierające chorych i niepełnosprawnych:

  • Fundacja im. Brata Alberta – fundacja prowadzona przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, której działania obejmują prowadzenie domów stałego pobytu, domów dziennego pobytu, warsztatów terapii zajęciowej, świetlic terapeutycznych, ośrodków adaptacyjnych, szkół oraz przedszkoli integracyjnych. Strona internetowa: https://albert.krakow.pl
  • Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Broniszewicach – dom prowadzony przez siostry dominikanki, które opiekują się chłopakami
    z różnym stopniem niepełnosprawności. Strona internetowa: https://domchlopakow.pl
  • Stowarzyszenie Klika – stowarzyszenie młodych wolontariuszy, głównie studentów, niosących pomoc i radość osobom niepełnosprawnym. Wolontariusze pomagają zarówno w DPSie w Krakowie, jak i w prywatnych mieszkaniach podopiecznych. Strona internetowa: https://www.klikakrakow.pl
  • Fundacja Gajusz – fundacja prowadząca m.in. hospicja domowe, stacjonarne
    i perinatalne. Hospicjum perinatalne opiekuje się rodzinami, u których w trakcie ciąży wykryje się tzw. wady letalne płodu.
    Strona internetowa: https://gajusz.org.pl
  • Bonifraterska Fundacja Dobroczynna – fundacja powołana przez Zakon Bonifratrów. Prowadzi m.in. Środowiskowy Dom Samopomocy – placówkę dziennego pobytu przeznaczoną dla chorych psychicznie, niepełnosprawnych intelektualnie czy Zakład Aktywności Zawodowej dla osób niepełnosprawnych.  Strona internetowa: http://bonifundo.pl

Inne:

  • Fundacja Makatka – fundacja ma na celu wspieranie kobiet na początku
    ich macierzyństwa oraz promowanie wartości chrześcijańskich w życiu rodzinnym. Strona internetowa: http://www.fundacjamakatka.pl
  • Opactwo Benedyktynek w Staniątkach – najstarsze opactwo benedyktynek
    w Polsce. Mniszki spędzają wiele czasu na modlitwie, uprawie roślin
    oraz hodowli zwierząt. 800-letnie opactwo w Staniątkach potrzebuje remontu, a siostry same nie są w stanie go sfinansować. Strona internetowa: https://www.benedyktynki.eu
  • Orla Straż – fundacja założona w trakcie wojny z ISIS, która niesie pomoc ofiarom terroryzmu na Bliskim Wschodzie. Wspiera przede wszystkim chrześcijan
    i jezydów. Strona internetowa: https://www.orlastraz.org

Honor dany i zadany

Gdy przygotowywałem się do złożenia Przyrzeczenia bardzo głęboko to przeżywałem. I dziś, ponad dekadę później, gdy jestem świadkiem wypowiadania słów: Na mój honor, z Łaską Bożą przyrzekam… nie potrafię przejść obojętnie wobec doniosłości tej chwili. Ta rota, prosta, ale tak istotna dla naszego życia harcerskiego, rezonuje ze mną na wielu poziomach. Od dumy, przez rachunek sumienia z wywiązywania się ze słów przysięgi, po wolę kierowania się ideałami, które przyjąłem za swoje. W niniejszym tekście zajmę się pojęciem, które stanowi filar Przyrzeczenia i jest treścią pierwszego punktu prawa harcerskiego.  

Czym jest honor? Myślę, że to kolejna idea, co do której mamy pewną wspólną pulę skojarzeń. Hasło Bóg, honor, ojczyzna; pojęcia takie jak zdolność honorowakodeks honorowy albo uczynienie komuś dyshonoru. Intuicyjnie wiążemy honor z czcią, dumą, szacunkiem, trzymaniem się zasad. Wreszcie, opisową definicję znajdujemy w samym obrzędzie Przyrzeczenia: Czy wiesz, że twój honor to należeć do Chrystusa, być wiernym swojej Ojczyźnie, rodzicom, przełożonym, przyjaciołom, a także być wiernym danemu słowu? Spróbujmy jednak zagłębić się w sedno tego pojęcia i zobaczyć, jak zmieniało się jego rozumienie poprzez dzieje.  

Podobnie jak w przypadku pojęcia cnoty, najstarsze wzmianki o honorze, w szeroko rozumianej cywilizacji europejskiej, znajdziemy u Homera: 

«Hektorze! Kiedyś łatwo do ucieczki skory, 

Jak sobie śmiesz rycerskie przywłaszczać honory?… 

Jaka będzie dla niższych rycerzy obrona, 

Gdyś pozwolił wziąć Grekom ciało Sarpedona, 

Z którym cię i przymierze, i przyjaźń wiązały?  

Iliada, Homer

Społeczeństwo, w którym żył legendarny pieśniarz utożsamiało pojęcie honoru z czcią i szacunkiem, jakie wiążą się z pozycją we wspólnocie i dążeniem do stawania się jak najlepszym (gr. aristos – optymalny, najlepszy, stąd termin arystokracja). Ocena, czy ktoś honor swój zatracił albo uzyskał zależała całkowicie od społeczności w której żył. Próbę przedefiniowania tego pojęcia podjął Arystoteles. Twierdził on, że bogaci i dobrze urodzeni co prawda zasługują na szacunek, ale o wiele większą czcią powinno się otaczać ludzi prawdziwie dobrych, czyli kierujących się w życiu cnotami. Miała to być dla nich swoista nagroda. 

Podobne konotacje znajdziemy u Rzymian epoki republiki. Tam mianem honores określano urzędy publiczne sprawowane przez obywateli. Nie należała się za nie zapłata pieniężna jak rzemieślnikom czy kupcom, ale cześć i szacunek wspólnoty. Tak postrzegany honor miał kształtować życie społeczne oparte na roztropnej trosce o dobro wspólne w kontrze do partykularnych dążeń poszczególnych obywateli. 

To rozumienie pojęcia honoru zostało pogłębione i skonkretyzowane przez chrześcijaństwo. Stało się to głównie dzięki tekstom najsłynniejszego komentatora myśli Arystotelesa – Świętego Tomasza z Akwinu. Po pierwsze, honor to należna nam cześć. Znajduje swoją podstawę w samym fakcie posiadania godności Dziecka Bożego. Dobra sława czy dobre imię są zewnętrznym przejawem tej godności i zarazem nadal są nagrodą za kierowanie się cnotą w życiu społecznym. Po drugie, już przy przyjściu na świat otrzymujemy dar życia, za który żadna ilość szacunku i czci nie będzie wystarczającą zapłatą. Tym bardziej powinniśmy kochać Boga – naszego Stworzyciela oraz powinniśmy szanować naszych rodziców z samego faktu, że przyczynili się do naszego zaistnienia. Nie oznacza to oczywiście, że nasi rodzice są wolni od popełniania błędów. Wciąż istnieje wiele krzywd, które mogą nam wyrządzić, ale nawet w najbardziej trudnej i poranionej sytuacji nie wolno nam, jako chrześcijanom, o tej czci zapomnieć. Wreszcie, jako że honor jest związany z samą naszą istotą nie możemy go stracić, ale możemy go naruszyć przez nasze błędy i niedopatrzenia, które ściągają nas ze ścieżki cnót. Honor jest, więc nie tylko prawem, ale przede wszystkim obowiązkiem do czynienia dobra w świecie, który nas otacza. Jest nam dany i zadany.   

Obóz Wilczkowy 2017, fot. Robert Magnowski

W kulturze europejskiej chrześcijański ideał honoru zawierał w sobie warunki, które należało spełnić, by móc dążyć do dobrej sławy oraz etos poszczególnych warstw  społecznych, zmieniający się zależnie od epoki i kraju . Takie połączenie przynosiło zarówno dobre, jak i złe owoce. Z jednej strony pojęcie takie jak noblesse oblige wyraża dążenia do kierowania się cnotą niezależnie od naszych słabości czy trudności z jakimi się mierzymy. Tak też nasze polskie polegać jak na Zawiszy odnosi się do całkowitego zaufania i wiary w drugą osobę. Z drugiej strony stała wielokrotnie potępiana przez Kościół praktyka pojedynków, czyli zrytualizowanych walk, które niejednokrotnie kończyły się śmiercią. Przyczyną starć było np. złamanie tabu kulturowego i naruszenie dobrego imienia. To, w obliczu V przykazania, Kościół postrzegał jako sprawy błahe.  

W wyniku przemian społecznych i kulturowych, które następowały od wieku XIX a nasiliły się po II Wojnie Światowej, owo obyczajowe postrzeganie honoru prawie całkowicie zanikło w przestrzeni publicznej. Wydaje się, że dążenia naszego Stowarzyszenia do podtrzymania znaczenia honoru, który opiera się na fundamencie chrześcijańskim a nie wyłącznie na ludzkich zwyczajach czy tradycjach jest dobre i właściwe. 

Rekwizyt z gry “Wojna na Północy”, przedstawiający sztandar Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Eurojam 2014, fot. Jan Żochowski

Na koniec spróbujmy zaprzęgnąć to pogłębione znaczenie pojęcia honoru do krótkiej refleksji intelektualnej. Co oznacza hasło Bóghonorojczyzna? Jeżeli spojrzymy na nie wyjątkowo szeroko, urasta do definicji naszej chrześcijańskiej cywilizacji i jest świadectwem duchowych korzeni naszego narodu. Bóg – to nasz ostateczny cel jako źródło szczęścia wiecznego a zarazem dawca życia. Honor i jego fundament – pełnia cnót, pozwala nam w życiu ziemskim w pełni realizować się jako człowiek a zarazem dążyć do Boga. Wreszcie ojczyzna jest kolebką naszego ziemskiego życia, a zarazem jest światem, ku któremu kierujemy naszą miłość. Od mórz, gór, pól i lasów, przez nasze rodziny, przyjaciół, przełożonych i podwładnych po idee jak nasza tradycja, historia i kultura. Odrzucenie któregokolwiek z tych trzech dóbr nie pozwoli nam prowadzić pełni życia.