Szefie, najpierw zrozum!

Masz objąć służbę w jednostce. Trzeba się jednak do tego jakoś przygotować. W większości wypadków (a przynajmniej tak powinno być) jedziesz więc na jeden z obozów szkoleniowych: Dżunglę, Adalbertusa, Jadwigę, Inigo lub W drodze. Tam słuchasz konferencji, uczysz się, czym jest Skała Narady czy Apel Ewangeliczny. Czasem nawet dostajesz gotowe materiały np. scenariusze gier. Wracasz więc naładowany teorią i odrobiną praktyki. Zaczynasz rok harcerski i z zapałem wprowadzasz to wszystko w życie. I co? I nie do końca działa. Ale jak to?

Hmmm, najlepiej opiszę to na pewnym przykładzie. Wyobraźmy sobie świeżo upieczonego szefa kręgu. Już na początku swojej służby staje on przed zadaniem przygotowania wędrowników do pierwszego obrzędu na Młodej Drodze. Chcąc być dobrym szefem, sumiennie zaplanował sobie na wrzesień, październik i listopad konferencje o Eligo Viam i związanych z tym wyborach. Zaprosił księdza, zaprosił doświadczonego HR-a, a w grudniu czekał na listy od wędrowników. Efekt jednak  był mierny. Kilku chłopaków złożyło listy, ale pozostali utknęli w miejscu. Mijają kolejne miesiące. W kręgu przybyło nieco odznak EV, bo w końcu szefowi kręgu udało się „wcisnąć” swoim wędrownikom jakichś HR-ów i było co zapisać na papierze. Jednak został jeszcze jeden wędrownik bez Opiekuna Drogi. Chciałby dalej się formować, być w kręgu, ale jakoś nie może znaleźć odpowiadającego mu Starszego Brata, mimo iż z pozostałymi wyborami EV nie miał problemów. „Szkoda, ale chyba trzeba będzie się z nim pożegnać” myśli sobie szef kręgu. „Ewentualnie jakoś go przepchnąć bez Eligo Viam”. No i właśnie tu widać, na czym polega problem tego szefa…

Opisywany przeze mnie szef kręgu nie zrozumiał, o co chodzi w obrzędzie Eligo Viam. Nie spróbował wyszukać jego istoty. Kiedy weźmiemy ceremoniał do ręki i przestudiujemy odpowiedni fragment, dowiemy się, że w gruncie rzeczy w tym obrzędzie chodzi o dwie sprawy. Pierwsza to pragnienie życia duchem wędrowniczym. Druga to chęć rozwoju i formacji osobistej prowadzącej m.in. do podjęcia służby Harcerza Orlego. Cztery wybory to tylko pewna rama. Ważna i potrzebna. Ale w podejściu indywidualnym powinniśmy umieć dostosowywać te środki. Dlatego wędrownika z przykładu należałoby dopuścić do Eligo Viam i pozwolić mu się dalej rozwijać, gdyż chce tego, co jak napisałem jest istotą obrzędu. Starszego Brata możemy mu na jakiś czas „odpuścić”, mając nadzieję, że znajdzie takiego, z którym wytworzy dobrą relację i spotka się więcej niż dwa razy (pierwszy i ostatni).

Niestety, nie zawsze na obozach szkoleniowych, szczególnie tych pierwszego stopnia, przyszli szefowie wnikliwie poznają istotę tego, co przyjdzie im robić. „Technikaliów” jest sporo, czas goni, więc kto by jeszcze spamiętał „dlaczego to wszystko tak wygląda?”. A to przecież najważniejsze pytanie! Dlatego zachęcam, żeby nie zatrzymywać się w rozwoju i nie poprzestawać na pierwszym stopniu kursu. Polecam jeździć na kolejne stopnie obozów szkoleniowych, na spotkania śródroczne namiestnictw i na kursy skautmistrzowskie (np. Iziqu i Kudu). Kiedy zrozumiesz metodę, to, co jest jej istotą, będziesz lepszym szefem dla swoich podopiecznych. Być może dzięki temu uratujesz dla skautingu (i nie tylko) jakiegoś chłopaka lub dziewczynę, którzy pozornie nie wpisywali się w „ramy”. Może nie będziesz ciągnąć wyuczonego schematu Skały Narady, który w Twojej gromadzie dawno przestał działać, a twórczo go odświeżysz uzyskując pożądany efekt. Ważne, żeby wiedzieć i rozumieć, po co podejmuje się konkretne działania. Nie robić tego bezmyślnie lub „bo zawsze tak było”.

Dlatego zachęcam wszystkich: zostańcie entuzjastami metody!

Fot. na okładce: Krzysztof Noworyta

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Prowadź, to znaczy inspiruj!

O roli szefa i powierzaniu odpowiedzialności. 

Na jednej ze zbiórek naborowych wyciągnąłem krzesiwo i pytam: “czy ktoś chce rozpalić ognisko?” Zgłaszają się niemal wszyscy chłopcy. Przekazuje krzesiwo w ich ręce i zaczynają rozpalać. Znaczy… starają się, ale zadanie okazuje się zadziwiająco trudne. Po kilku minutach nieudanych prób, gdy wszyscy chętni spróbowali już swoich sił, pytają mnie: “Panie Antku, czy mógłby nam Pan pomóc?” Pokazuję im jak przygotować materiał na rozpałkę, biorę krzesiwo i po kilku sekundach mamy ogień. A “Pan Antek” zyskuje w oczach chłopców.  

Wszyscy wiemy, że istotą metody jest samowychowanie młodych, a o powierzaniu odpowiedzialności słyszeliśmy już wiele. Ale czy robimy to w dobry sposób? Poniższy artykuł traktuje o rzeczach fundamentalnych, o roli szefa, wynikającej z istoty skautingu. Połączyłem w nim teorię z praktycznymi pomysłami, by dostarczyć Ci gotowych wskazówek do poprawy pracy z jednostką.  

Kim szef nie jest?   

Skautmistrz nie może być ani profesorem, ani oficerem, ani katechetą, ani specjalistą, fachowcem”  

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

To może w takim razie szef to menadżer albo przywódca?   

Nie. Rolą przywódcy jest takie prowadzenie zespołu, by ten dążył wytrwale do wyznaczonego celu, by kończył zadania z sukcesem. Na pierwszym miejscu stawiane jest tu powodzenie projektu, a ludzie, choć ważni, są raczej elementem, a nie podmiotem zainteresowania. Nie uważam, żeby takie podejście było złe w firmie. W końcu jej celem jest dostarczanie wartości dla klientów, a nie rozrywka dla pracowników. Ale skauting to nie przedsiębiorstwo i jego dążeniem nie jest sprawnie działająca grupa, ani 100% wykonanie planu pracy. Dla nas to, czy scenka na ognisku była udana czy też nie, jest mało ważne. To sytuacja wychowawcza, której celem jest rozwój wodzireja, który ją przygotował. I takie podejście jest też zdrowe dla szefa, bo przestaje przejmować się rzeczami, które choć są najbardziej widoczne, to jednak mniej ważne. Szef powinien wspierać w rozwoju, stwarzać przestrzeń do samowychowania się młodego człowieka. “Dziewczyna i chłopak muszą wziąć sprawy tej wielkiej łodzi, jaką jest ich życie, we własne ręce” (B-P) I do tego prowadzi formacja skautowa, której zwieńczeniem jest wymarsz/fiat – wzięcie całkowitej odpowiedzialności za swój rozwój. 

Kim więc powinien być szef?  

“Skautmistrz musi być starszym bratem dla swoich chłopców, to znaczy ma patrzeć na świat z ich punktu widzenia, musi prowadzić, przewodniczyć i budzić entuzjazm dla właściwych rzeczy. Jak prawdziwy starszy brat musi zachowywać tradycje rodzinne i pilnować by były one przestrzegane, pożądana jest tu pewna stanowczość. Oto i wszystko.” 

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

Proste? Na pierwszy rzut oka tak. Ale zagłębiając się w ten temat mocniej, możemy napotkać pewne trudności. Choćby dlatego, że taki obraz starszego brata rzadko kiedy ma odzwierciedlenie w obecnej rzeczywistości. Nie każdy z nas ma starszego brata, ale z pewnością, każdy ma pewne intuicje co do jego roli. To określenie posiada liczne konotacje, więc aby uniknąć nieporozumień, chciałbym na potrzeby tego tekstu, na nowo zdefiniować pojęcie opisujące rolę i zadania szefa. 

Szef jako Inspirator, czyli osoba mająca pozytywny wpływ na Inspirowanych (nie wychowanków czy podwładnych, bo te pojęcia nieadekwatnie definiują relację między chłopakiem/dziewczyną, a szefem).   

Aby mieć wpływ Inspirator potrzebuje dwóch rzeczy:  

autorytetu i relacji.  

Jak kształtować swój autorytet?  

Wiadomo, że wiele zachowań inspirowani wchłaniają przez nasz przykład. Warto więc byśmy prezentowali sobą dobry poziom. Nie chodzi o to, by być chodzącym ideałem, ale przykładem dążenia do niego, inspiracją do pracy na sobą. Skauting daje nam ku temu narzędzia: spotkania z opiekunem drogi, stałym spowiednikiem, kursy szkoleniowe itd.  

Inspirowanym imponuje też umiejętność stworzenia przygody i brania w niej udziału. Pociąga ich energia i harc bijące od inspiratora. Ale także jego wytrwałość w dążeniu do celu. Niezłomność, wypływająca z przekonania o słuszności misji oraz zgodności z zasadami, którymi żyje.  

Wywoływanie filmu – Legwan Mogielnica 03.2021, fot. Antoni Biel

Negatywny wpływ na autorytet inspiratora ma, bez wątpienia, brak osobistego zorganizowania. Dlatego tak ważna jest sumienność i punktualność. Jednak inspirator to też człowiek, czasem powinie mu się noga. Ważne jest wtedy, by umiał przyznać się do błędu.   

Nie zapominajmy, że autorytet żyje prawem harcerskim. Szczególnie widoczny w jego życiu jest 8 punkt. Inspirator nie może być sztywny. Gdy trzeba zachować powagę to jest poważny, ale w pozostałym czasie, zawsze radosny. Ma do siebie dystans i lubi żartować.  

Warto zastanowić się, których z powyższych cech nam brakuje, co potrzeba jeszcze doszlifować. Ale tak jak już wspominałem, chodzi o rozwijanie się w dobrym kierunku, a małe potknięcia wcale nie przeszkadzają w byciu autorytetem. One też niosą przekaz. Pokazują inspirowanym, że można popełniać błędy. Ważne, by mimo tych niepowodzeń ciągle iść naprzód.  

Wpływ inspiratora będzie tym większy, jeśli autorytet podeprzemy relacją. 

Jak więc rozwijać relacje z inspirowanymi?  

Przede wszystkim szukać okazji do spotkań, być dostępnym na zbiórkach czy wyjazdach. Śmiać się razem z nimi. Pytać o zainteresowania, pasje, szkołę, pomysły na gry. Okazywać zaufanie, przez powierzanie odpowiedzialnych zadań, pomagać w ich wykonaniu i chwalić dobrze wykonaną robotę. Nagradzać inicjatywę. Szczerze mówić o swoich odczuciach. Jasno i konsekwentnie komunikować oczekiwania. Rozmawiać o zachowaniach, które nie są właściwe.  

Zainteresowanie i poważne traktowanie, nie tylko dostarczają nam wiedzy o problemach i potrzebach inspirowanego, lecz także budują jego wiarę w siebie. Uwaga poświęcona przez kogoś starszego, skutkuje wzrostem jego poczucia własnej wartości i sprawia, że czuje się on potrzebny. To z kolei daje przestrzeń motorowi odpowiedzialność.  

Powierzanie odpowiedzialności jest głównym narzędziem wpływu inspiratora. Cała zagwozdka polega jednak na tym, że trzeba pogodzić w nim, dwie pozornie sprzeczne idee: dawanie pełnej odpowiedzialności i obdarzanie odpowiedzialnością na miarę inspirowanego. Odpowiedzią na ten problem jest podejście obszarowe, zilustrowane na schemacie.  

Na działania grupy, można spojrzeć jak na puzzle. Pojedyncze elementy tworzą statek, morze, brzeg, roślinność, niebo, które razem dają kompletny krajobraz. Jeden puzzel oznacza pojedyncze, proste zadanie. Grupa elementów tworząca żagiel to projekt, składający się z kilku zadań, a cały statek jest odrębnym obszarem działalności grupy. I tak dajemy całkowitą odpowiedzialność inspirowanemu najpierw w jednym puzzelku – np. przynieś siekierę na zbiórkę, naucz zastęp nowego węzła. Potem dajemy mu do ułożenia żagiel – np. zrób grę terenową, skoordynuj budowę tratwy. Następnie obejmuje on ster kierowania całym statkiem – np. pionierką zastępu. Do niego należy określenie kierunku rejsu i rozdzielenie mniejszych zadań innym.  

Do poziomu umiejętności i chęci działania trzeba dopasować sposób traktowania.  

Przychodzący do zastępu świeżak lub starszy członek w nowym dla siebie obszarze, jest pełen energii. Chce działać. Wszystko jest dla niego nowe i fascynujące. Nie wie jeszcze, że pewnych rzeczy nie potrafi zrobić, dlatego mocno wierzy w siebie. Sygnalizuje on pierwsze własne pomysły, które warto wykorzystywać, chociaż na początek bardziej oczekuje wzięcia udziału w przygodzie, niż samodzielnego jej tworzenia. Warto dawać mu proste zadania i gdy sobie z nimi nie radzi, pokazywać jak je wykonać: przynieś na zbiórkę łopatę i sznurek; zbierz drewno, „ale patrz to co zebrałeś jest żywe – nie będzie się palić, a poza tym jako harcerze szanujemy przyrodę – poszukaj martwego i suchego drewna – to te które łatwo się łamie”. 

Kiedy weźmie udział w kilku grach i trochę się podszkoli, można poprosić go o zrobienie własnej gry dla zastępu. Będzie to dla niego pierwsze trudniejsze zadanie, warto więc, by nie skończyło się totalnym niepowodzeniem. Dobrze byłoby usiąść z nim i pomóc w jej zaplanowaniu, potem w rozłożeniu punktów przed zbiórką. Następnym razem wystarczy jedynie szczere zainteresowanie: ‘’jaki masz pomysł na tą grę’’, ‘’jak chcesz nagrodzić zwycięzców?’’ A po wykonaniu dokładna informacja zwrotna z pochwałą. To szczególnie ważne, by inspirowany nie stracił wiary w siebie, by pokazywać mu, że potrafi, przez dostosowywanie poziomu trudności zadań do jego możliwości. W przeciwnym wypadku, gry nie zrobi – powie, że zapomniał, ale tak naprawdę, to nie umiał, albo nie wiedział, że potrafi. 

Gdy już podstawy mamy opanowane, a inspirowanego zaczynają nudzić proste zabawy, trzeba po raz kolejny zwiększyć obszar jego odpowiedzialności. Przekazać funkcję, czyli powierzyć pieczę nad rozwojem zastępu w danej technice. Funkcyjny z prawdziwego zdarzenia sam powinien wykazywać inicjatywę. Powinien wiedzieć czego chce chłopaków nauczyć, jaki ambitny harc zaproponować. Po pewnym czasie, zdobędzie wiedzę z danego obszaru większą od zastępowego. W takim przypadku nieuzasadnione byłoby jakiekolwiek kontrolowanie tego jak idzie mu wymyślanie gry czy wyczynu dla zastępu. Taki ekspert powinien mieć wolna rękę w obszarze swojego działania. A kiedy funkcja przestanie go rozwijać i zacznie nudzić, to warto zastanowić się nad jej zmianą na inną np. na funkcje zastępowego, a wtedy cykl oddziaływania zatoczy koło.   

Powyższy opis dotyczy zielonej gałęzi, bo w niej najłatwiej to zilustrować. Schemat ten jest jednak bardzo uniwersalny i można go stosować na różnych poziomach.  

Apel rozpoczynający rok formacyjny 2020/2021 środowiska radomskiego, fot. Zuzia Pytlewska

Generalną zasadą jest, by w zadaniach o pewnym stopniu skomplikowania i nowych dla inspirowanego oddziaływać poprzez instruowanie – jasno określić cel działania i w razie potrzeby pokazać sposób jego realizacji. Oraz pamiętać o dostarczaniu świeżakowi częstej informacji zwrotnej.  

Adeptowi, który powoli traci wiarę we własne możliwości, a brak zdolności do wykonania zadania samodzielnie, frustruje, potrzeba wzmocnienia pozytywnego i wyznaczania zadań na jego miarę. Wspierania, polegającego na zainteresowaniu postępami oraz pomaganiu w odnajdywaniu sposobów wykonania projektu. Ważne jest tu chwalenie i motywowanie do działania.  

Kiedy kompetencje adepta wzrosną, zadania zaczną go nudzić, to znaczy, że powoli staje się ekspertem. To znak, że trzeba powierzyć mu obszar, w którym to on będzie rządził i swobodnie decydował. Nie można jednak przestać się nim całkowicie interesować. Konsultacja na początku i podziw wyrażony po dobrze wykonanej pracy powinien wystarczyć.  

Powierzanie odpowiedzialności wszystkim w jednakowy sposób, może mieć fatalne skutki. Nie można traktować świeżaka jak eksperta, gdyż doprowadzi to do pozostawienia go samemu sobie. Z kolei nadopiekuńczość wobec eksperta, wywoła u niego frustrację. Będzie czuł, że mu nie ufamy, że nie jest traktowany poważnie. Ważne jest więc, by nauczyć się prawidłowo rozpoznawać na jakim etapie jest nasz inspirowany i dopasować wsparcie do jego potrzeb i możliwości.  

Fot. na okładce: Antoni Biel

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie drużynowy 9 Drużyny Radomskiej.

Dobra gra w 5 krokach

Niektórzy wymyślanie gier mają we krwi. Wystarczy, że wejdą pod prysznic i już w głowie roi im się od pomysłów. Potem je trochę dopracowują i jest gra. I są rumieńce ludzi, a szef zaciera ręce i myśli „ale czad, sam bym sobie zagrał!”. Jednak nie u każdego tak to wygląda. Jeśli wymyślanie gry fabularnej kojarzy Ci się raczej z mozołem albo paniką, to mam nadzieję, że poniższa instrukcja trochę ułatwi Ci życie. W pięciu krokach możesz przygotować dobrą grę fabularną, nawet jeżeli nie jesteś „fabularnym charyzmatykiem”. A może i charyzmatyk znajdzie tu coś dla siebie 😉

1. Fabuła

Czyli historia, która wydarzy się w czasie gry, a Wy będziecie jej uczestnikami…

Szukając inspiracji, warto patrzeć uważnie na różne przedmioty, najlepiej leżące w jakimś nieco zapomnianym miejscu takim jak strych albo garaż. W przedmiotach często siedzą pomysły na fabuły… Na przykład możesz znaleźć zardzewiałe dłuto i zobaczyć grę o zaginionym rzeźbiarzu. A z połączenia basenowego „makaronu” i lateksowej rękawiczki może nagle wyłonić się ręka św. Wojciecha ofiarowana Ottonowi przez Bolesława. Chociaż tego akurat bym już teraz nie zrobiła 😉 Przejdźmy lepiej do fabuł książkowych.

Fabuła w żółtej gałęzi

Jeśli jesteś żółty, to sprawa wydaje się prosta. Wybierz po prostu fragment „Księgi dżungli” i odwzoruj opisane w nim wydarzenia. Dla przypomnienia główne wątki to:

– przyjęcie Mowgliego do gromady,

– porwanie Mowgliego przez Bandar-logi,

– pokonanie Sheere-Khaana,

– opowieść o tym, skąd wziął się strach,

– uratowanie Messui i jej męża oraz wygnanie nieprzyjaznych ludzi z wioski,

– odniesienie ankusa królewskiego ssstarej kobrze,

– walka z rudymi psami,

– odejście Mowgliego do ludzi w czasie nowej gwary.

Oprócz nich są wydarzenia pomniejsze albo tylko wspomniane np. przyniesienie czerwonego kwiecia albo ucieczka Bagheery z królewskiego zwierzyńca w Udajpurze (czy to nie brzmi fantastycznie?!), które można rozwinąć.

Ale to nie wszystko. „Księga dżungli” mówi:  teraz musicie się z tym zgodzić, że przeskoczymy całe dziesięć czy jedenaście lat i tylko domyślać się będziemy, tego czarownego trybu życia, jakie wiódł Mowgli pomiędzy wilkami; gdyby to wszystko spisać, zapełniłoby się tym niejedną książkę.  Co to oznacza? W książce mamy tylko kilka wycinków z życia Mowgliego, resztę musimy sobie wyobrazić. I to niesamowicie poszerza możliwości fabularne, bo przecież mogło się tam wydarzyć, co tylko chcesz 😉 Oczywiście trzeba pamiętać, żeby cały czas pozostać w dżungli. Oprócz wyżej wymienionych wydarzeń z książki mogły mieć miejsce np.

– tropienie nowego zwierza-przybysza,

– zatruwanie strzał otrzymanym od kobry jadem,

– sporządzanie dla Mowgliego futra na zimne dni,

– wykupienie dżungli od dostojnika, który ją kupił i zamierzał wykarczować,

– odnalezienie żółwich jaj, które zostały wykradzione,

– zebranie nowych piór dla ogołoconego Mao,

– próba odczytania starych zapisów znalezionych w jaskini starej kobry,

– setne urodziny Baloo,

– wizyta w pałacu Maharadży. Bo na zachodnim skraju dżungli mieszka indyjski książę, pamiętasz? 😉 Kipling nie mówi tego wprost, ale wkłada w usta Buldea słowa Maharadżo, wielki królu! A Akela może wyciągnąć z tego grę: na dwór nie tak łatwo się dostać, trzeba zdobyć pieczęcie od różnych osób, żeby wzbudzić zaufanie strażników. Wieczorem po grze może się odbyć uczta w pałacu Maharadży – wilczki w turbanach, po warsztatach z savoir-vivre’u. Podobnie można wyciągać gry z innych słów.Polecam też dwie dodatkowe książki, z których można czerpać inspiracje nie wychodząc z dżungli: „Baśnie z wyspy Lanka” i „Dar rzeki Fly”. Walki z małpiszonami to nie wszystko 😉

Fabuła w zielonej gałęzi

Człowieku zielony, masz do dyspozycji całą rzeczywistość, a do tego całą fikcję literacką i filmową. Wybierz z niej to, w czym odnajdą się zastępowi i Ty sam. Jeśli nie cierpisz westernów, to daj sobie spokój z Indianami. (Chociaż osobiście bardzo lubię tę fabułę i trochę mi będzie szkoda 😉 ) Jakiś czas temu powstał artykuł o fabule roku, polecam.  Nie chcąc go powtarzać, dodam tylko kilka słów i  konkretnych przykładów. Wybór fabuły to świetna okazja, żeby zachęcić swoich ludzi do czytania, jeśli jeszcze nie są do niego przekonani. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że umiejętność czytania jest kluczowa w rozwoju intelektualnym i emocjonalnym. A wtórny analfabetyzm jest realnym problemem. Jeśli przyczynisz się do tego, że Twoi ludzi będą rozumieć, co czytają, zostaniesz małym bohaterem narodowym.

Zorientuj się, jak to u nich wygląda. Nie czytają praktycznie nic? Trylogia Sienkiewicza na pewno im nie pomoże. Zacznijcie od czegoś lekkiego, łatwego, co przy stosunkowo niewielkim wysiłku da im satysfakcję z czytania. Np. „Zwiadowców” J. Flanagana (z czystym sumieniem mogę polecić dwie pierwsze części, reszty nie czytałam). Książka pisana raczej dla podstawówki, ale myślę, że starsi też mogą się w takiej fabule dobrze bawić. Dużo akcji, dialogów, trochę fantastyki, trochę bohaterstwa, trochę banału. Znam pełno młodych ludków, którzy się zaczytują. Kolejna łatwa w odbiorze pozycja to „Kroniki Archeo” A. Stelmaszyk.

Do troszkę trudniejszych, ale nadal przyjemnych w odbiorze można zaliczyć: „Ronję, córkę zbójnika” A. Lindgren i  „Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa. Następny poziom to „Winnetou” K. Maya, „Złoto Gór Czarnych” A. Szklarskiego, „Hobbit” J. R. R. Tolkiena. Jeśli Twoja drużyna składa się głównie z moli książkowych, możesz zaserwować jej Juliusza Verne’a. A jeśli ich czytanie wygląda już na nałóg, to lepiej byłoby pomyśleć o jakimś filmie 😉

Gra „Robin Hood” obóz 1. Hufca Radomskiego Litwa 2011, fot. Marcin Jędrzejewski

2. Cel

Cel ściśle łączy się z fabułą, jest jej skonkretyzowaniem. W grze nie może chodzić tylko o to, żeby odegrać książkę albo co gorsza zrobić zadania. W bezcelową grę nikt nie będzie chciał grać. Nawet wilczki powiedzą „Coooo? Po co?” Dlatego zawsze trzeba go zaplanować. A potem przedstawić ludziom jako niesamowicie ważny. Nie mów, ludziom, że idą na grę szukać żółtych kartek. Tylko, że idą odnaleźć i zakopać topór wojenny, żeby plemiona Indiańskie żyły odtąd w zgodzie. Dobry cel wciągnie was w fabułę.

Tak naprawdę celów jest do wyboru tylko kilka, sprowadzają się do kilku poniższych, możesz wybrać wśród nich:

– odnalezienie i/lub uwolnienie dobrych postaci

– pokonanie złych postaci

– zdobycie informacji

– ocalenie lub zdobycie lub uzyskanie jakiegoś dobra materialnego

– zniszczenie jakiegoś „zła materialnego”.

3. Treść merytoryczna

Nie wiem, czy to dobra nazwa, ale chodzi o to, czego gracze mają się w czasie gry nauczyć: techniki i/lub wiadomości wplecione sprytnie w fabułę jako zadania do wykonania prowadzące do osiągnięcia celu. Może to być rozpalanie ogniska, węzły, pierwsza pomoc, wiedza historyczna lub przyrodnicza, rodzaje kamieni albo podstawy szydełkowania 😉 Wszystko, cokolwiek macie w planie pracy. Jestem pewna, że każdy z tych elementów można dowolnie łączyć z każdą fabułą i każdym celem.

– Ale jak to, przecież Indianie nie mieli plastikowego sznurka!

– A kto ci powiedział, że ten biały sznurek jest plastikowy? Ja, stara Indianka, wyrabiam go z łyka kukurydzy! A teraz związuj porządnie te żerdki, bo mi się tipi wali na głowę, a jeszcze muszę Ci powiedzieć coś ważnego zanim odejdę do krainy wiecznych łowów.

4. Oznaczenie trasy

Czyli jak sprawić, żeby ludzie dotarli tam, gdzie coś na nich czeka, a nie zupełnie gdzie indziej. Tutaj też wszystkie sposoby można połączyć ze wszystkimi fabułami, celami i treściami. Jeśli nie masz pomysłu na wyznaczenie trasy, wybierz z poniższych:

– mapa z zaznaczonym celem/celami, do których gracze mają dotrzeć, mogą mieć zaznaczoną kolejność lub ważność punktów

– zagadki, których rozwiązaniami są charakterystyczne miejsca, do których trzeba dotrzeć

– przy każdym punkcie w terenie wskazówka, jak dojść do następnego, np. azymut

– znaki patrolowe z kamieni lub patyków albo rysowane kredą

– bibuła pozawieszana przy drodze (oczywiście to nie żadna bibuła, tylko np. skóra węża Kaa, który akurat ją zmienia i jak się o coś otrze, to gubi płaty)

– tropy na ziemi/śniegu

– ślady pozostawione przez postać na drodze, np. pióra przez Chilla, obierki marchewki albo skórka jabłka przez Ikkiego, czarna wełna – sierść Bagheery, ślady na ziemi zrobione kłami przez Hathiego; nieznany potwór może zostawiać błotne odchody zawierające fragmenty ubrań pożartych ludzi…

– dźwięk wskazujący kierunek np. gwizdek, tam-tamy, trąbka udająca słonia,

– na grach po ciemku: postaci z latarkami, kamienie świecące w ciemności na drodze, znaki zrobione świecącą farbą

– można zrobić podział wskazówek: prawdziwe są umieszczone tylko na podanych gatunkach roślin, które trzeba rozpoznać, reszta wskazówek to zmyłki.

5. Ludzie i rzeczy

Mamy już wybraną fabułę, konkretny cel, treść merytoryczną i sposób oznaczenia trasy. Pozostaje wybrać konkretne miejsce na grę: poszczególne zadania i punkt kulminacyjny. Rozdzielić ludziom role i lokalizacje, ustalić, kto po drodze na swoje miejsce rozwiesi „punkty bezosobowe”, jeśli takie są i rozłoży oznaczenia trasy.

Na koniec zrobić listę potrzebnych każdej osobie rzeczy.

Gra zaplanowana! Ciekawe co pierwsze pójdzie nie tak 😉

fot. na okładce: Hanna Dunajska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Przejście do drużyny – tak to się robi w Ząbkach!

Artykuł pierwotnie ukazał się w Azymut – Niezależne Pismo Instruktorów (2019 r.) 

W moim szczepie od lat borykaliśmy się z problemem z niską przeżywalnością wilczków – czyli zjawiskiem znikania wilczków w okolicy przejścia z gromady do drużyny (tuż przed przejściem, albo w pierwszych miesiącach po przejściu). 

Zdarzało się, że strata “na transmisji” sięgała nawet połowy chłopaków. Uznawaliśmy to za naturalne i konieczne zjawisko… póki nie wprowadziliśmy kilku zmian. Nagle okazało się, że przez ostatnie trzy lata “wskaźnik przeżywalności” utrzymuje się na poziomie 100%, a drużyna powoli osiąga masę krytyczną. Stąd podzielę się czterema prostymi zastosowanymi przez nas zabiegami, w tym jednym unikalnym, made in Ząbki, copywrite by Akela ząbkowski  

I. Praca w gromadzie 

Na temat przygotowania wilczków do przejścia odbywającego się w gromadzie nie będę się zbyt rozwodził. Nie dlatego, że nie jest ważne – prawdopodobnie jest wręcz kluczowe. Ale to nie moja działka i nie moje kompetencje. Wydaje mi się jednak, że istotne są trzy kwestie: 

1. Utrzymywanie zapału i zabawy do końca pobytu w gromadzie (np. moderowanie sprawności i gwiazdek, tak by w ostatnim roku wilczek miał co zdobywać; – wykorzystanie sprawności jako pretekstu do pomocy Akeli w prowadzeniu zajęć – a więc ciekawe zadanie dla starszego wilczka) by wszyscy dotrwali w gromadzie do końca; 

 2. Utrzymanie niedosytu i tęsknoty za drużyną (np. niekopiowanie aktywności harcerskich); 

 3. Zainteresowanie drużyną (wspólna aktywność z harcerzami – np. zastęp pomagający w zbiórce gromady; przemycanie opowieści o tym, co fajnego się dzieje “po drugiej stronie”; utrzymywanie lekkiej tajemniczości); 

Poza tym co roku co najmniej ze dwa razy Akela zaprasza mnie (tj. drużynowego) na zbiórkę lub wyjazd gromady. Zwykle jedynie, abym pomógł i przy okazji poznał chłopaków, czasem dodatkowo aranżuje opowiastkę o jakiejś harcerskiej przygodzie. 

II. Spotkanie z rodzicami 

Na wiosnę Akela lojalnie ostrzega rodziców najstarszych wilczków, że będę próbował się do nich wprosić. Co też czynię wysyłając w maju maila z krótką informacją nt przejścia do drużyny i propozycją spotkania z nimi i synem, najchętniej u nich w mieszkaniu. Zachęcam ich, mówiąc, że przydział syna do zastępu jest decyzją ważną, a jednocześnie praktycznie nieodwołalną i w związku z tym chciałbym zasięgnąć ich rady. O czym rozmawiam na takim spotkaniu? 

Przede wszystkim rozmawiamy o tym, co interesuje rodziców – a więc należy dać możliwość zadawania pytań. Zwykle najpierw opowiadam o różnicach między drużyną, a gromadą – zwłaszcza o samodzielnych zbiórkach zastępu i zaangażowaniu harcerzy w funkcje w zastępie. Tu ważne jest, by nie tylko mówić co robimy, ale również dlaczego. Jest to pierwsza okazja, aby pomóc rodzicom poznać naszą metodę i zobaczyć jej wartość – a co za tym pierwszy krok do zbudowania zaufania. Potem krótko charakteryzuję każdy zastęp. Warto dowiedzieć się też co myśli chłopak i co myślą rodzice o wyborze zastępu – do jakiego zastępu powinien dołączyć, z kim by chciał być, z kim nie i dlaczego. Dobrym tematem są również pasje i mocne strony syna – jako pretekst często wykorzystuję pytanie o to, która funkcja (kucharz, pionier, sanitariusz itp) najbardziej by naszemu harcerzowi in spe pasowała. Jeżeli atmosfera na to pozwala, dobrze powiedzieć kilka słów o sobie oraz spytać się, czym zajmują się rodzice. Warto wpleść w rozmowę również najważniejsze informacje organizacyjno-formalne – wielu rodziców ten aspekt bardzo niepokoi. Gdy tylko wyjdę od rodziców za rogiem wyciągam telefon i wszystkie te cenne informacje (do jakiego zastępu, z kim, co go pasjonuje, jaką chciałby funkcję itp) dyskretnie zapisuję. Może brzmi to śmiesznie, ale przy rozdzielaniu do zastępów kilkunastu wilczków (jak w tym roku) takie notatki są zbawienne. 

To spotkanie jest bardzo ważne i to wcale nie z powodu informacji, które przekazujemy lub pozyskujemy. Pozwala ono poznać rodziców i rozpocząć z nimi współpracę. Tym spotkaniem pokazujemy, że nie zamierzamy wchodzić z butami w wychowanie ich dziecka, lecz że chcemy to robić za ich zgodą i we współpracy z nimi. Pokazujemy również, że chcemy poznać ich zdanie, ich uwagi – z których zdarzało mi się korzystać z wielkim zyskiem dla harcerzy. Pozwalając poznać siebie i swoje metody lub plany zaczynamy budować zaufanie, co może zapobiec wielu przyszłym problemom – choćby podręcznikowemu karaniu przez nie puszczanie na zbiórki harcerskie (choć nie kwestionuję, że czasem to może być zasadne). Poza tym rodzic przekonany do skautingu lepiej wesprze syna, gdy ten będzie przeżywał trudności związane z dołączeniem do nowej społeczności. Na końcu – często takie spotkanie daje początek zaangażowaniu rodziców w pomoc drużynowemu, co przynosi ulgę i tworzy wokół szczepu zupełnie naturalne i niesformalizowane “koło przyjaciół harcerstwa”. 

III. Biwak przed przejściem 

Ten eksperyment, wymyślony i zainicjowany przez Akelę z mojego szczepu – Adama Mikulskiego, prowadzimy już od dwóch lat i spotkał się on z dobrym odbiorem wśród harcerzy. Jak to wygląda? 

Przeczytaj też: przekazanie zuchów do drużyny harcerzy w ZHR 

Pod koniec sierpnia lub na początku września (najpóźniej dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku harcerskiego) w tym samym czasie ja organizuję trzydniowy biwak ZZtu (od piątku rano), a Akela organizuje dwudniowy biwak (od soboty rano) wyłącznie dla wilczków przechodzących w tym roku do drużyny. Biwak wilczków ma formę wilczkową – czyli Akela prowadzi z nimi typowe aktywności takie jak majsterkowanie, Skała Narady itp. Natomiast ja z zastępowymi w innym miejscu snujemy plany na ten rok oraz przeżywamy przygodę, której pierwszy dzień kończy się naradą przy ognisku. W czasie narady krótko charakteryzuję każdego wilczka (na podstawie moich obserwacji ze zbiórek gromady), mówię o ich preferencjach odnośnie zastępu (na podstawie spotkania z rodzicami) i wspólnie dokonujemy wstępnego podziału pomiędzy zastępy. Następnego dnia (czyli pierwszego dnia biwaku wilczków) po południu dołączamy ZZtem do wilczków. Razem z zastępowymi wnosimy na biwak odrobinę harcerskiego ducha, to jest przeprowadzamy dwie aktywności harcerskie, np. gotujemy wspólnie obiad oraz przeprowadzamy grę (przygotowaną uprzednio z zastępowymi) o charakterze bardziej harcerskim (rywalizacja, jakaś forma klepy, fabuła spoza Księgi Dżungli). I tak do wieczora. 

Następnego dnia następuje kluczowe wydarzenie – Sąd Honorowy. Gromadzę się z zastępowymi (zachowując całą symbolikę SH), by podjąć ostateczną decyzję. Każdy z chłopaków jest oddzielne wzywany na krótką rozmowę. Mimo, że powtarzamy pytania ze spotkania z rodzicami (Który zastęp? Z kim? Co lubisz robić?) otrzymujemy często odmienne lub kompletniejsze odpowiedzi. Poza tym, że chłopaki mają już za sobą nowe doświadczenie mogące zmienić ich podejście, wpływa na to również fakt, że przed SH zostają pouczeni, że członkowie SH zachowują tajemnicę, w związku z czym mogą bez obaw mówić to co naprawdę myślą. Dodatkowo pytamy się ich o wrażenia z biwaku. Po porozmawianiu ze wszystkimi wilczkami jeszcze raz naradzam się z zastępowymi – najpierw zastępowi wymieniają się swoimi spostrzeżeniami, potem ustalamy ostateczny podział, który ogłaszamy wilczkom. 

Pod koniec biwaku albo na najbliższej Radzie Drużyny dodatkowo z zastępowymi poruszam temat wprowadzenia nowych chłopaków do zastępu – zastanawiamy się nad tym, jak wprowadzić ich do funkcji, omawiamy pomysł Opiekuna Wilczka (starszego harcerza będącego tutorem danego “żółtodzioba”) oraz ewentualne indywidualne potrzeby danego wilczka. 

IV. Rozpoczęcie roku harcerskiego 

Dwa tygodnie po biwaku organizujemy rozpoczęcie roku harcerskiego połączone z obrzędem przejścia do drużyny (zgodnie z ceremoniałem). Bezpośrednio po apelu zastępy, razem z nowymi członkami rozchodzą się na swoje zbiórki. W trakcie zbiórki, poza typowymi aktywnościami wewnątrz zastępu (obiad, gra, jakaś konstrukcja lub inne zadanie techniczne) zastępowi wprowadzają nowych harcerzy w działanie zastępu (funkcje, zbiórki, stopnie, pomysły na najbliższy czas). 

Zalety tego systemu 

– Nawiązujemy kontakt i współpracę z rodzicami 

– Budujemy u wilczków autorytet zastępowych – od początku pokazujemy ich jako współpracowników drużynowego i dowódców drużyny podejmujących decyzje. 

– Stopniowo oswajamy wilczki z drużyną – na biwaku w przyjaznym “wilczkowym” środowisku zapoznajemy ich z zastępowymi, dzięki czemu mniej się obawiają samego przejścia – idą do zastępów, w których znają chociaż zastępowego. Zaraz po przejściu poznają się z zastępem w odosobnieniu od reszty drużyny. Dzięki temu zapobiegamy “zagubieniu się” wilczka w tłumie całej drużyny, ułatwiamy nawiązanie więzi w małej grupie i niwelujemy obawy. 

– Od samego początku roku angażujemy zastępowych do podejmowania decyzji ukierunkowując całą pracę roczną ZZtu. 

– Mamy okazję obserwować nowych harcerzy w różnych sytuacjach – w gromadzie, na biwaku, w drużynie. Dzięki temu możemy zauważyć zmiany (poprawę lub pogorszenie) w momencie przejścia, lepiej zrozumieć problemy pojawiające się na początku roku – łatwiej nam ocenić, czy np wycofanie wilczka jest jego stałą cechą charakteru czy objawem problemu w zastępie. Możemy też lepiej doradzić zastępowym. 

Zagrożenia 

– Drużynowy na spotkaniu z rodzicami i na biwaku może z rozpędu obiecać złote góry i nie wywiązać się z obietnicy. 

– Jeśli nie zaangażujemy zastępowych w biwak przed przejściem, możemy stworzyć złudzenie, że to z drużynowym, a nie zastępowym będzie współpracował nowy harcerz. Może to spowodować rozczarowanie i utrudnić “aklimatyzację”. 

– Potrzebna jest zbiórka zastępu zaraz po apelu przejścia – nie tylko po to, by wilczej poznał zastęp, ale też by jak najszybciej zobaczył, że życie w drużynie, to przede wszystkim praca w zastępie (dotychczas ma jedynie kontakt z drużynowym i zastępowymi lub na wydarzeniach szczepu widzi drużynę w całości). 

Ignacy Piszczek


Ignacy Piszczek – przez 5 lat drużynowy, w międzyczasie zamieszany w sprawy namiestnictwa, szkolenia i Centrum Rozwoju. Obecnie namiestnik harcerzy. Fan dydaktyki, fanatyk anegdotek.

Brudnopis dżungli – „Niedźwiedź! Niedźwiedź!”

Loretto to wprost wymarzone miejsce na obóz wilczkowy. Drzewa, walcząc o przestrzeń dla swych koron, tworzą nad głowami gęsty zielony parasol, który chroni twarz przed palącymi promieniami słońca i przeszywającego zimnem deszczu. Catering nie musi tu przyjeżdżać i gubić się w labiryncie niemalże identycznych leśnych rozdroży – siostry loretanki mają na terenie swojego ośródka przytulną stołówkę.

– Kocham kuchnię sióstr! – zachwycała się Monika, o dwa tony za głośno i o dwa kroki za blisko mojej twarzy. – Kuchnia sióstr jest najlepsza! Pamiętasz Akelo wczorajszą jarzynową? Była taka pyszna!

Jednak największą zaletą tego miejsca jest rzeka. Piękny, przejrzysty Liwiec. Nie za szeroka, nie za głęboka, bo płyciuchna jak brodzik, nie za daleko i nie za blisko – choć wystarczająco blisko, by komary cieszyły się naszym towarzystwem.

Nad rzekę udawałyśmy się zwykle właśnie po obiedzie. Wilczki przebierały nogami i nie mogły wytrzymać do końca sjesty. Skomlały i prezentowały gotowe kostiumy, pospieszając mnie z ubraniem mojego. Zwykle w połowie planowanego odpoczynku po posiłku nie było nas już w obozie, a wylegujący się nad rzeką ludzie musieli zaakceptować wzmożony gwar i chlupot.

Wchodząc do wody, wnosiłam ze sobą ostatnie resztki senności. Nie będąc rannym ptaszkiem, od samej pobudki dźwigałam ciężar dziwnego zmęczenia i przytłumienia, po to by zrzucić go wraz ze zjedzeniem obiadu i włączyć tryb produktywności na sjeście. Spotkanie z rzeką było więc dla mnie punktem zwrotnym dnia. Potrzebowałam pobyć przez chwilę sama z hojnym chłodem Liwca, zanurzyć się w przyjemnej wodzie i zniknąć na parę minut, by chwilę później wynurzyć się świeża, wypoczęta i gotowa do pracy. Bagheera, wiedząc, że potrzebuje trochę ciszy, zabierała ze sobą wilczki na drugi brzeg, gdzie krzyki i piski były o kilka tonów bardziej akceptowalne. Mniej więcej w tej okolicy ze środka rzeki wyrastała niewielka wysepka, dzieląc Liwiec na dwa węższe strumienie. Zakręty budziły dreszcze ciekawości i rodziły w głowach wilczków najdziksze pomysły. Potencjalne niebezpieczeństwo czyhające w gęstwinie wodnych pałek ekscytowało dziewczynki, zamiast straszyć i wzbudzać ostrożność. Ufając jednak mojej drogiej Bagheerze ponad wszystkie przyboczne tego świata, pozwoliłam sobie nie śledzić wielkiej wilczej misji penetracji rzecznych kniej. Zamiast tego położyłam się w wodzie, zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie zapomnieć o całym świecie, by się odprężyć.

Mój odpoczynek nie potrwał długo.

Najpierw pojawił się krzyk. Jeden, pojedynczy, głośny dziewczęcy krzyk. Usłyszałam go wyraźnie pomimo zanurzonych w wodzie uszu. Zaraz po nim gwałtowny, zbliżający się i narastający chlupot. Chlupot tak wielki i głośny, jakby stado wołów biegło ku mnie przez rzekę, jakby ławica niezwykłych rozmiarów parła ku mnie pod prąd. I wtedy usłyszałam głosy wzywające mnie desperacko:

– Akelo!

Nie, nie otworzyłam oczu. Zamknęłam je tym szczelniej. Wiedziałam, że nie zdążę już wstać. Zastygłam w bezruchu, czekając na nadchodzącą falę.

– Akelo! – wołał płaczliwy dziewczęcy głos. – Akelo, niedźwiedź!

To mnie obudziło. Zerwałam się z energią, której w sobie nie znałam i stanęłam twarzą w twarz z pieniącym się wodą wilczkowym tsunami.

– Niedźwiedź, Akelo! Niedźwiedź! – krzyczała Monika, wlepiając we mnie przerażone oczęta. Przybiegła do mnie pierwsza i jak tylko znalazłam się w zasięgu jej rąk, przylgnęła do mnie jak przestraszone małpiątko. – Tam jest niedźwiedź, Akelo!

Przez myśl przemknęła mi cała moja dotychczasowa wiedza o brunatnych wszystkożercach w Polsce. Z analizy wszelkich posiadanych przeze mnie informacji wynikało, że niedźwiedzie można spotkać jedynie w Bieszczadach. Tak właśnie, nigdzie indziej tylko w Bieszczadach, w żadnym wypadku poza nimi. Tak przecież głosiła piosenka Artura Andrusa o Bieszczadach: “Na mieszkańca nam przypada samej ziemi 6 hektarów/Tona drewna, niedźwiedź i 2/3 księdza”.

Spojrzałam więc na drżące ciałko w czarno-różowym kostiumie, jak Jezus nieraz patrzył na faryzeuszy.

– Przecież w Liwcu nie ma niedźwiedzi – powiedziała, próbując uwierzyć we własne słowa.

Tymczasem reszta mojej gromady dobiegła do nas z godnym podziwu chluskiem i otoczyła mnie ściśle i z wszystkich stron, jak owce pasterza. Nie będę ukrywać, poczułam się jak zbawiciel.

Ledwie policzyłam moje stadko, wzrok mój przykuła nagle nadchodząca powoli sylwetka. Niespiesznym spacerowym krokiem, z beztroskim uśmiechem człowieka cudownie wyzwolonego, zbliżała się do nas Bagheera.

– Siemka, Akelo – rzuciła mi nonszalancko, jakby nie dostrzegała w ogóle zlepionych w jedną masę, oniemiałych i drżących ze strachu wilczków, pośród których stałam ledwie utrzymując już równowagę.

– Cześć – odparłam, mierząc ją badawczym spojrzeniem. – Czy tam za wysepką jest niedźwiedź?

Bagheera wzruszyła ramionami, jakby niedźwiedź był jedynie znajomym na drugim końcu szkolnego korytarza.

– Chcesz to sprawdź – zaproponowała, jakby wcale nie wierzyła w niedźwiedzie.

Jednak jej luźna, wręcz żartobliwa postawa zmniejszyła moje poczucie silnego zagrożenia i powagi sytuacji. Mimo to poczułam już w sobie przejmujący instynkt samicy chroniącej swoje młode i zaczęłam powoli wygrzebywać się z wilczkowej masy, odlepiając od siebie pojedynczo wilczki.

– Akelo! Musisz nam uwierzyć! – jęknęła Monika. – Tak naprawdę był niedźwiedź!

– Idę to sprawdzić – oświadczyłam bohatersko. – Zostańcie z Bagheerą.

– Nie, Akelo, nie idź tam! – pisnęła inna dziewczyna.

– Zaraz wracam – rzuciłam krótko, odwracając się, by stawić czoła niebezpieczeństwu.

Gdy dotarłam do drugiego brzegu i zmierzyłam wzrokiem zakręt za wysepką, dostrzegłam w wodzie coś dużego i ciemnego. Faktycznie była tam wielka, okrągła, poruszająca się brązowa sylwetka. Zaczęłam skradać się ostrożnie tuż przy krzakach, naśladując żołnierzy z komputerowych strzelanek mojego brata. Krok za krokiem zwalniałam, bojąc się coraz bardziej, że prawdopodobna dość specyficzna kłoda może okazać się niedźwiedziem. Niestety, rok pracy zdalnej mocno osłabił mój wzrok i wiedziałam, że muszę podejść naprawdę blisko, by rozpoznać czym faktycznie jest ów niezidentyfikowany obiekt brodzący.

Wtem niespodziewanie do wody z brzegu weszła druga sylwetka i zbliżyła się ze spokojem do niedźwiedzia. Wynurzyłam się z krzaków i ze wstydem odwróciłam się na pięcie.

– Szybko wróciłaś, Akelo – powiedziała Bagheera, ze spokojem jaki tylko ona umiała zachować w nieprzyjemnie bliskim otoczeniu 13 drżących wilczków. Uśmiechnęła się do mnie, głaszcząc najmocniej przylepionego do niej wilczka. – jak tam niedźwiedź?

– Co z niedźwiedziem, Akelo? – spytała zatrwożona Monika. – Poszedł sobie?

– To był mężczyzna – skrzywiłam się ze skrępowania. – To był bardzo duży, mocno opalony mężczyzna. Z żoną.

Wilczki wytrzeszczyły na mnie oczy ze zdziwieniem.

– Człowiek?

– Tak, człowiek – skinęłam

– Uff, a ja się przestraszyłam, że to był niedźwiedź! – zaśmiała się Monika, zupełnie nagle odzyskując humor.

– No nie wiem czy takie “uff’’ – mruknęłam, patrząc jak Bagheera z wysiłkiem powstrzymuje się od śmiechu. – Narobiłyście mu siary. Jakbyś się czuła, gdybyś wchodząc do rzeki zobaczyła dzieci uciekające przed tobą z wrzaskiem?

Szeroki uśmiech Moniki spadł z pluskiem do wody tak szybko, jak się pojawił wcześniej.

– Oj… – zarumieniła się dziewczynka, chichocząc nerwowo.

– Błagam, wyjdźmy już z tej wody… – jęknęłam, nie umiejąc ukryć swojego zażenowania.

Po raz pierwszy nikt nie zaprotestował.

Fot. na okładce: fp Skauci Europy w Radomiu

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Jak radzić sobie ze stresem na obozie

Każdy wyjazd wiąże się z dużą dawką różnorakich emocji. Czasami sama gonitwa myśli jest bardziej obciążająca niż faktyczne obozowe wyzwania. Nie doprowadź się do skraju, pamiętaj o odpoczynku!

Jak odpocząć?

Zwykle nie odpoczywamy, bo uważamy, że nie ma na to czasu. To największa krzywda jaką możesz sobie zrobić! Przede wszystkim obniż swoje oczekiwania dotyczące odpoczynku – nie potrzebujesz godzinnej gorącej kąpieli w wannie czy też długiej lektury ulubionej książki w hamaku, by opanować swój stres. To, co wywołuje w tobie największe napięcie, to wspomniana już wyżej gonitwa myśli, brak porządku, poczucie zagubienia i braku kontroli nad sytuacją. By się ‘odstresować’ musisz więc znaleźć sposoby na te właśnie rzeczy.

Od czego zacząć?

Najpierw zapanuj nad swoim ciałem. Twój organizm to rzecz tobie najbliższa. Jest dla ciebie najłatwiejsza do kontrolowania, a jednocześnie to właśnie kontrola nad nim jest ci najbardziej niezbędna. Gdy biegniesz między jednym namiotem a drugim, spięty i spocony, ledwo pamiętający co właściwie miałeś zrobić, zatrzymaj się na chwilę i zrób to ćwiczenie:

Przybierz pozycję jak najwygodniejszą – usiądź, połóż się lub oprzyj o drzewo. Oddychaj głęboko. Zamknij oczy. Skup się przez chwilę na swoim oddechu. Zauważ, że zimne powietrze wdychasz, a ciepłe wydychasz. Prosta oczywista rzecz, ale przyjrzyj się temu z ciekawością. Po chwili przenieś swoją uwagę na stopy. Poruszaj powoli palcami. Zepnij mięśnie stóp i po kilku sekundach rozluźnij. Następnie zrób to samo z kolejnymi mięśniami twojego organizmu, zaczynając od dołu – łydki, uda, brzuch, klatka, ramiona, dłonie, szyja i twarz. Oddychając spokojnie wsłuchaj się w bicie swojego serca. Spróbuj wyobrazić sobie krew, którą ono pompuje, krew która płynie przez całe twoje ciało. Oddychaj głęboko, aż poczujesz, że znasz swoje ciało i czujesz się w nim bezpiecznie. Kontrolujesz je i dostrzegasz w nim porządek. Zobacz jaki ten porządek jest piękny, jak sprawnie funkcjonują wszystkie jego mechanizmy.

Gonitwa myśli

Gdy opanujesz już spięcie swojego organizmu, znajdź jeszcze chwilę na wyciszenie twojego umysłu. Zaproponuje ci kilka sposobów na to:

  1. Wybierz dowolny punkt przed sobą, najlepiej dość wysoko i daleko. Twoim zadaniem jest spokojnie na niego patrzeć. Każda myśl, jaka pojawi się w twojej głowie, to chmurka – pozwól jej spokojnie odlecieć. Możesz wyobrażać sobie swoje myśli jako echo, które powoli cichnie. Cały czas wracaj myślami do wybranego punktu. To ćwiczenie powinno zająć około 10 minut.
  2. Znajdź w lesie dowolne stworzonko – owad, ptak – i przyglądaj mu się z ciekawością. Dostrzeż wszystkie jego zalety. Wyobraź sobie, co siedzi w jego głowie. Lub po prostu obserwuj w spokoju jak się od ciebie oddala. Znajdując piękno w przyrodzie łatwiej jest nam dostrzec piękno w samym sobie. Skoro Bóg stworzył tak piękny świat, a ty jesteś jego częścią, to również jesteś piękny.
  3. Weź notes i zapisz sobie krótkimi hasłami lub ikonkami wszystkie swoje emocje i myśli. Skup się na tym, by wyrazić to co jest w tobie, a nie zrobić estetyczną i czytelną notatkę. Następnie narysuj siebie i spróbuj dopasować poszczególne emocje do konkretnych części ciała. Spróbuj rozłożyć je tak, by na rysunku było wdać, czego w tobie jest najwięcej.

Ostateczny porządek

Czas przejść do działania. Weź kartkę i zrób szczegółową “check-listę’’ rzeczy, które musisz zrobić w najbliższym czasie. Ustal priorytety i ich kolejność. Obowiązkowo wyznacz sobie kolejne dwa momenty, kiedy będziesz miał kolejna chwilę na oddech. Potrzebujesz przerw. Nigdy o tym nie zapominaj.

Fot. na okładce: Marcin Jędrzejewski

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Uwalnianie od grania ról

Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wielki wpływ na nasze zachowanie mają nasze przekonania o nas samych. Te przekonania są kształtowane w dużej mierze przez to, co słyszymy o sobie od innych. Szczególną rolę odgrywają tu przekonania naszych rodziców, ale także innych osób dla nas ważnych, z których zdaniem się liczymy. Jeśli wiele razy w swoim życiu słyszeliśmy, że posiadamy jakąś cechę – jesteśmy nieśmiali, wrażliwi, uparci, bezczelni – nieświadomie dostosowujemy nasze zachowanie do takiej etykietki. Można powiedzieć, że to samospełniająca się przepowiednia. Czasem wręcz próbujemy udowodnić, że faktycznie tacy jesteśmy. Robimy to trochę na złość, szczególnie jeśli chodzi o jakieś cechy negatywne, na zasadzie “ja wam dopiero pokażę jaki jestem złośliwy”.

Oczywiście działa to w dwie strony – również my przyczepiamy innym etykietki i postrzegamy innych poprzez opinie, jakie o danej osobie krążą. Uwolnienie się od przypisanej roli jest trudne, wymaga zmiany w sposobie myślenia, przekonania się, że nie muszę być taki. My, jako szefowie, możemy również pomóc naszym podopiecznym wyjść z granych ról i starać się, aby nasze spojrzenie na nie było wolne od opinii i etykiet. Oto kilka sposobów:

  1. Wykorzystaj okazję pokazania dziecku, że nie jest tym, za kogo się uważa

(nieśmiały) – Widziadłem jak podszedłeś do nowego chłopca w zastępie. Jaś czuł się zagubiony w nowej sytuacji, a ty się nim zaopiekowałeś i pomogłeś przełamać lody z innymi harcerzami. Zachowałeś się bardzo dojrzale i otwarcie.

  1. Stwórz sytuację, w której dziecko spojrzy na siebie inaczej

(zapominalski) – Ania zobowiązuję cię do zabrania mapy na ZZZ. Bez niej nie trafimy na miejsce.

  1. Pozwól dziecku podsłuchać, gdy mówi się o nim pozytywnie

(nieogarnięty, do rodziców, po powrocie z ZZZ-tu) – Michał bardzo dobrze sobie poradził, pomimo, że był to jego pierwszy wyjazd w naszym gronie. Nigdy nie musieliśmy na niego czekać, a nawet zauważał, co trzeba zrobić, zanim ktoś o tym powiedział.

  1. Zademonstruj zachowanie godne naśladowania

(niezorganizowany) – Aż się boję zabrać do sprzątania harcówki. Takiego bałaganu dawno tam nie było. Już wiem – musimy podzielić sprzątanie na etapy.

  1. W szczególnych momentach bądź dla dziecka skarbnicą wiedzy

– Zawsze jestem roztrzepany, nie umiem się skupić… – Myślę, że niesprawiedliwie się oceniasz. Pamiętasz, jak byłeś topografem na ostatniej pielgrzymce. Trzeba było uważać, bo trasa była skomplikowana, a ty miałeś wszystko pod kontrolą i bez problemu trafiliśmy na miejsce.

  1. Gdy dziecko postępuje wg starych nawyków, wyraź swoje uczucia lub oczekiwania

(niewytrwały) – Ela, widzę, że nie dokończyłaś wyplatać stołu i zostawiłaś wokół bałagan. Wierzę, że możesz to zrobić dobrze i do końca.

Opinie, które przywarły do nas mogą rzutować na nasze dorosłe życie. Jeśli wielokrotnie w dzieciństwie słyszeliśmy, że jesteśmy “jacyś”, to wyrobiliśmy sobie już najpewniej wzorzec zachowań, który to potwierdza. Spróbujmy prześledzić skąd wzięły się nasze przekonania o nas samych. A gdy widzimy, że do naszych podopiecznych jest przypisywana określona rola – spróbujmy ją przełamać pokazując, że to tylko opinia, nie zaś bezdyskusyjna prawda.

fot. Bożena Nowakowska

To już ostatni artykuł na podstawie książki “Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…”. Mamy nadzieję, że były one dla Was ciekawe i rozwijające. Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką i chcecie wprowadzić w życie przedstawione zasady do relacji między Wami i innymi ludźmi polecamy lekturę całości.

Pamiętajmy, że każda osoba jest podmiotem, czuje i jako dziecku Bożemu należy jej się szacunek – nawet (a może przede wszystkim) jeśli ma tylko kilka lat i jest od nas zależna. Nasze słowa mają wielkie znaczenie – dbajmy, żeby budowały, a nie niszczyły.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Pochwal dziecko przed zachodem słońca

Na podstawie 5. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Skąd wiesz, na co cię stać?

Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem własnej wartości. Musimy się o niej dowiedzieć od otaczających nas osób.

Na podstawie wypowiedzi rodziców i innych dorosłych dziecko wyrabia sobie zdanie o sobie. A od jego samooceny zależy, jak w przyszłości będzie radziło sobie z pojawiającymi się problemami i jakie cele będzie sobie stawiać. Jeśli ciągle słyszy, że jest beznadziejne, robi błędy, wszędzie brudzi i nie ma za grosz rozumu, to tak właśnie siebie widzi. Nie będzie miało odwagi stawić czoła większemu wyzwaniu. Z góry zakłada, że jest nieudacznikiem.

Natomiast dziecko, które widzi, że jego uczucia są szanowane, które dostaje możliwość wyboru albo szansę na samodzielne rozwiązanie jakiegoś problemu, zaczyna widzieć siebie jako wartościowego człowieka. Rośnie w nim zaufanie i szacunek do siebie.

Dzięki pochwałom dziecko dowiaduje się, w czym jest dobre, jakie są jego talenty i mocne strony, co już potrafi . Oprócz tego pochwały motywują do powtarzania lub kontynuowania dobrych zachowań – w przeciwieństwie do strofowania, które rodzi frustrację i zniechęca do poprawy.

Jak chwalić?

Nie każda pochwała będzie miała tak pozytywne skutki. Zastanów się, jak czułbyś się w takich sytuacjach:

  • przygotowujesz dla znajomych wafle przełożone dżemem, a oni twierdzą, że świetnie pieczesz;
  • na zajęciach „strzelałeś” i udało ci się dobrze odpowiedzieć na pytanie, a prowadzący mówi, że najwyraźniej jesteś znawcą tematu;
  • dobiegasz do odjeżdżającego autobusu, a siedzący w nim kolega gratuluje ci kondycji.

Pochwała może wywołać mieszane uczucia, np. natychmiastowe zaprzeczenie lub zwątpienie w wiarygodność chwalącego – „Wafli się nie piecze, co on wygaduje”, obawę – „Co, jeśli zaraz zapyta mnie znowu i cała moja niewiedza wyjdzie na jaw?” albo skupienie się na swojej słabości – „Kondycja? Przecież ledwo żyję po dobiegnięciu do autobusu.”

Okazuje się, że również słowa „dobry”, „świetny”, „piękny” nie brzmią przekonująco. Przecież można je wypowiedzieć nieszczerze. Wymagają uzasadnienia.

Dobra pochwała ma dwie części:

1. Dorosły opisuje z uznaniem, co widzi lub czuje:

„Wszystkie menażki są umyte, a stół dokładnie wytarty. Miło tutaj wejść.”

„Na twoim obrazku wszystkie drzewa są starannie pokolorowane. Pomysłowo narysowałeś futro zwierząt, aż chce się je pogłaskać.”

2. Dziecko – po wysłuchaniu opisu – potrafi pochwalić się samo:

„Jak chcę, to umiem zrobić porządek.”

„Mój rysunek jest naprawdę dobry.”

Do opisu można dodać jedno/dwa słowa, które podsumują godne pochwały zachowanie dziecka:

„Wyplotłeś całą prycz, chociaż na początku wszystko się poplątało i musiałeś zacząć jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.”

„Poczekałeś na swoją kolej, zamiast przekrzykiwać inne dzieci. To się nazywa cierpliwość.”

Dzięki takim słowom dziecko dowiaduje się czegoś o sobie, poznaje swoje możliwości. Ta świadomość może dodać mu sił w chwili zwątpienia czy zniechęcenia.

Pokonaj swoje czarnowidztwo

Mówienie pochwał nie przychodzi nam wcale łatwo. Naszą uwagę mocniej przyciągają negatywne aspekty rzeczywistości. Bardziej skupiamy się na tym, że wilczek usmarował pół stołu klejem, niż na tym, że starał się go pościerać.

Zimowisko 1. Gromady Pilawskiej 2017, fot. Mateusz Zawadka

Dlatego musimy świadomie szukać dobrych rzeczy i o nich mówić. Mam nadzieję, że widzisz już, że warto włożyć w to trochę wysiłku. Podobno nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale swoich podopiecznych – jak najbardziej. Postaraj się na następnym spotkaniu każdemu z nich powiedzieć, co zrobił dobrze. A potem siebie też możesz pochwalić 🙂


Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Jak zachęcać do samodzielności?

Na podstawie IV rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Głównym celem wychowania jest ukształtowanie osoby dojrzałej i samodzielnej, niezależnej od nikogo, również od nas. Każdy człowiek jest inny, dlatego też nie możemy kształtować naszych podopiecznych na swoje podobieństwo – musimy pomóc im stać się jak najpełniej sobą. Będzie to bardzo trudne, gdy nasze ochronne skrzydła będą ich szczelnie otaczać – nie pozwalać popełniać błędów, dawać gotowe rozwiązania czy pozwalać unikać konsekwencji. Wilczki, harcerze i harcerki są w pewien sposób zależni od nas, ale musimy oprzeć się pokusie wymagania od nich, aby wszystko robiły według naszych pomysłów, wskazówek – trzeba dać im wolność drogi, którą dojdą do wyznaczonego wspólnie celu, czasami musimy pozwolić im się zgubić. Aby pomagać im stać się samodzielnymi powinniśmy:

Pozwól dokonać wyboru

– Jaką fabułę zaplanujemy na obóz – wolicie Rycerzy Króla Artura czy Kamienie na Szaniec, a może macie jakieś inne pomysły (nie: W tym roku fabuła to…)

Chodzi o stwarzanie sposobności do podejmowania decyzji, aby ćwiczyć tę umiejętność na prostych sprawach, przed dorosłymi decyzjami o wyborze drogi życiowej, pracy, czy po prostu wypowiadaniu własnych opinii.

Okaż szacunek dla wysiłku i zmagań

– Rozpalenie ogniska, szczególnie po deszczu, jest trudne. Spróbuj dodać więcej kory (nie: Rozpalanie ogniska to łatwizna, na pewno dasz sobie radę).

Docenianie zmagań dodaje odwagi do samodzielnego pokonywania przeszkód. Zasadniczo myślimy, że określając coś jako łatwe dodamy drugiej stronie odwagi. Jeśli jednak próba nie powiodłaby się mniej frustrująco jest myśleć, że nie zrobiłem czegoś trudnego niż błahostki. Nie podkreślamy nigdy to musi być trudne dla ciebie.

Nie zadawaj zbyt wielu pytań

– Dobrze was widzieć. (nie: Jak było na explo? Co zobaczyłyście ciekawego? Kogoś poznałyście? Gdzie spałyście?…)

Zasypanie pytaniami może być potraktowane jako przesłuchanie, dzieci i tak opowiedzą co i o czym będą chciały.

Nie śpiesz się z dawaniem odpowiedzi

– Dlaczego apel musi być tak wcześnie? – Zastanówmy się: dlaczego apel jest wcześnie? (nie: Ponieważ chcemy mieć dużo czasu na inne ciekawe zajęcia, a obóz nie jest od wylegiwania się w śpiworach…)

Kiedy dzieci zadają pytania należy dać im szanse znalezienia odpowiedzi.

Zachęcaj do korzystania z cudzych doświadczeń

– Słyszałam, że robisz jakąś super-ekstra księgę przyrody. Nasza hufcowa jest botanikiem – jeśli chciałabyś z nią porozmawiać czy pokazać jej swoją pracę to jestem pewna, że chętnie się z tobą zobaczy.

Pokierowanie naszych podopiecznych do innych osób pozwoli im zobaczyć, że nie są zależne tylko od nas, że mogą prosić o pomoc i szukać odpowiedzi u innych osób. (To szczególnie ważne w relacji rodzic – dziecko, choć w relacji szef-harcerz/harcerka także)

Nie odbieraj nadziei

– W tym roku zamierzam zdobyć stopień pionierki. – A więc zamierzasz zdobyć pionierkę. Opowiedz mi o tym. Masz już jakiś plan? (nie: Daj spokój! To za dużo pracy dla ciebie. Ledwo zdobyłaś tropicielkę.)

Czasami w dobrych intencjach odradzamy komuś podjęcie jakiegoś wyzwania, aby zabezpieczyć go przed porażką. Ale pozbawiamy go tym samym marzeń nadziei, a czasem też zrealizowanych planów.

Obóz letni 3. Gromady Garwolińskiej 2017, fot. Ernest Benicki

Okaż szacunek dla ewentualnej gotowości dziecka

– Kiedy będziesz gotowy zaśpiewasz psalm na Mszy. (nie: Zobaczysz, to nic strasznego, przecież ładnie śpiewasz)

Zamiast zmuszać i przekonywać dajmy dziecku zdecydować o swojej gotowości.

Nie mów zbyt często “nie”

Czasem stanowcze nie jest odbierane jako wyzwanie do walki czy wręcz atak na samodzielność. Co więc zamiast:

  • Udziel informacji nie używając “nie”

Czy możemy teraz pograć w siatkówkę? – Za chwilę dostaniecie produkty na konkurs kulinarny

  • Zaakceptuj uczucia

Już koniec zbiórki? Nie możemy jeszcze zostać i pośpiewać albo w coś zagrać? – Widzę, że gdyby to zależało od ciebie zbiórka trwałaby by jeszcze długo. Trudno jest kończyć coś co lubimy.

  • Opisz problem

Czy możesz nam teraz zrobić te warsztaty z pierwszej pomocy? – Chciałabym bardzo, ale problem polega na tym, że za chwilę będą tu panie z sanepidu.

  • Kiedy to możliwe zastąp nie wyrazem tak

Czy możemy teraz mieć czas wolny? – Tak, kiedy tylko posprzątacie po obiedzie.

  • Daj sobie czas do zastanowienia

Czy możemy pojechać nad morze na zzz-cie? – Dajcie mi się na tym zastanowić.

Dzięki użyciu tych sposobów, druga strona będzie wiedziała, że jest traktowana poważnie. Zyska wiarę we własne możliwości, ale również nie odbierzemy jej pewności, że ma w nas pomoc i oparcie lub też nauczy się go szukać wśród innych.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Zamiast karania

Na podstawie 3. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Jak Ci poszło?

Sprawdzałeś już skuteczność metod zachęcania do współpracy z poprzedniego artykułu? (Jeśli jeszcze go nie czytałeś, zajrzyj najpierw tutaj:https://przestrzen.skauci-europy.pl/2021/02/jak-zachecic-dzieci-do-wspolpracy/)

Może jeszcze ciągle nie mogłeś się powstrzymać od oskarżania albo sarkazmu – nie poddawaj się, ćwiczenie czyni mistrza, a zauważanie błędów to pierwszy krok do ich pokonania. Może udało ci się już zastosować wskazówki i jesteś zachwycony efektem.

Ja wam pokażę!

A może starałeś się jak mogłeś, robiłeś wszystko jak trzeba, a twoi podopieczni nadal nie chcieli współpracować? Co wtedy? Nic tylko nicponi ukarać. I to tak, żeby zapamiętali…

Co właściwie kieruje tobą w takim momencie? Nadal chodzi o dobro dziecka? Czy po prostu puściły ci nerwy i chcesz zadać ból, żeby się odegrać i pokazać, kto tu rządzi?

Trudno się przyznać do tak nieszlachetnych motywacji. Zwłaszcza, jeśli się przyrzekało lojalność wobec podwładnych. Łatwiej zasłonić się tym, że „oni naprawdę robią źle” i „trzeba dać im nauczkę na przyszłość”. Ale sam wiesz najlepiej, dlaczego masz ochotę ukarać małego człowieka…

Skutki kary

Załóżmy jednak, że tym razem nie chodzi o zemstę. Opanowałeś swój gniew i stwierdziłeś, że trzeba ukarać winowajcę, żeby w przyszłości postępował lepiej. Czy faktycznie taki będzie efekt kary?

Wyobraźmy sobie, że nie przesłałeś w terminie rozliczenia zimowiska. W związku z tym hufcowy/hufcowa za karę zobowiązuje cię do rozliczenia obozów wszystkich jednostek z hufca. Dodaje, że to dla twojego dobra – może w końcu nauczysz się załatwiać ważne sprawy na czas. Co czujesz, kiedy dociera do ciebie, że to nie żart i faktycznie będziesz musiał to zrobić?

Dziecko też tak ma. Kara wywołuje w nim uczucia nienawiści, oporu i chęci odwetu albo własnej bezwartościowości i rozczulania się nad sobą. Zamiast zastanowić się, jak może naprawić to, co zrobiło, dziecko oddaje się myślom o odwecie. A przecież nie o to nam chodzi. Dlatego można powiedzieć, że kara jest nieskuteczna, bo rozprasza.

Obóz letni 3. Gromady Garwolińskiej, rok. 2017, fot. Ernest Benicki

Co w zamian?

Jak możemy okiełznać krnąbrnych ludków, skoro kara jest nieskuteczna? Poniżej kilka wskazówek.

1. Wskaż w czym dziecko może ci pomóc.

Wilczek przeszkadza na Skale Narady. Zamiast grozić, że nie weźmie udziału w grze, zaangażuj go – może coś rozdać albo trzymać tak, żeby wszyscy widzieli.

2. Wyraź ostry sprzeciw (bez atakowania charakteru dziecka).

„Nie podoba mi się to, co robisz. Przeszkadzasz wszystkim się skupić”.

Nie dodawaj: „Jesteś okropny”.

I nie uśmiechaj się słodko, dziecko musi widzieć, że mówisz serio.

3. Wyraź swoje uczucia i określ swoje oczekiwania.

„Jestem wściekły, bo znowu nie mogłem znaleźć moich nożyczek. Oczekuję, że będziesz je odkładać do szuflady”.

4. Pokaż dziecku, jak może naprawić zło.

„Stroje, których używaliście do scenki i zostawiliście na dworze, są teraz całe mokre. Trzeba je rozwiesić na słońcu, żeby wyschły.”

5. Zaproponuj wybór

„Możesz pożyczać przybory ze skrzyni, jeśli będziesz je odkładać na miejsce. Inaczej stracisz taką możliwość. Wybieraj.”

6. Przejmij inicjatywę, jeśli nadal postępuje źle.

„Tak, skrzynia jest zamknięta.”

7. Daj dziecku odczuć konsekwencje.

„Nie przyszedłeś na obiad, chociaż wołałem kilka razy. Teraz twoja porcja jest już zimna.”

Jak grochem o ścianę?

Jeśli problem nadal istnieje, to pewnie jest bardziej złożony, niż się wydaje. Warto wtedy na spokojnie usiąść, postarać się zrozumieć drugą stronę i wspólnie wymyślić rozwiązanie.

Krok 1. Porozmawiaj o dziecięcych uczuciach i potrzebach.

„Widzę, że nie lubisz chodzić razem z grupą”

Krok 2. Porozmawiaj o twoich uczuciach i potrzebach.

„Bardzo się martwię, kiedy twoja szóstka wraca z gry bez ciebie.”

Krok 3. Wspólnie zastanówcie się nad rozwiązaniem korzystnym dla obu stron.

„Co możemy zrobić, żebyśmy obaj byli zadowoleni?”

Krok 4. Spisz wszystkie pomysły bez oceniania ich.

Propozycję przygotowania osobnego zestawu zadań na grę dla tego dziecka też.

Krok 5. Zadecyduj, który pomysł Ci się podoba, który nie, a który zamierzasz wcielić w życie.

„Teraz zobaczmy, co chcemy skreślić, a co zostawić”

„Skreśl to, że Ikki idzie ze mną na każdą grę, bo inni będą się śmiali.”

Ilustracja: Liliana Sowińska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".