List do brata 4 (“Złote praktyki” współpracy z duszpasterzem) – Łukasz HR

foto z archiwum 1. Hufiec Śląski

Drogi Maćku,

 
Odbyło się nasze pierwsze posiedzenie Rady Naczelnej nowej kadencji. Rady rześkiej, młodej (choć wszyscy jesteśmy młodzi duchem w naszym ruchu), złożonej z ludzi zaangażowanych, którym zależy na rozwijaniu tego dzieła, jakim są Skauci Europy w Polsce. Jednym z głównych omawianych tematów była współpraca szefa z duszpasterzem i rola duszpasterza w życiu jednostki, środowiska, w pracy rocznej. Temat ważny, temat-rzeka. Powiedzmy sobie jasno i na początku, a potem jeszcze Ci to powtórzę pewnie na końcu i jak się spotkamy – nie ma pełnego realizowania charyzmatu (takiego sformułowania pozwolę sobie użyć), stylu, metody skautingu europejskiego bez tandemu wychowawczego szef-duszpasterz. Dla naszego wychowania potrzebujemy księży nie tylko jako szafarzy sakramentów, ale jako współwychowawców. Wychowawców mających trochę inne środki, których nie masz Ty jako szef. Tego, co ma ksiądz, nie masz Ty i nie zastąpisz w tym księdza; w tym, co masz Ty, nie zastąpi Cię ksiądz.


Od razu Ci powiem, że powstanie z tego ciekawy materiał, który najpierw trafi do naczelników a potem do hufcowych. Materiał zbierający ciekawe przemyślenia, najlepsze praktyki, materiał, do którego będzie można sięgnąć. Bo do ważnych spraw trzeba ciągle wracać. Coś raz usłyszane nie jest jeszcze zapamiętane i wdrożone w życie. Pamiętasz tę maksymę? I kolejna złota zasada działania: naśladujmy najlepsze praktyki, bez żadnej krępacji, bez fałszywie pojętej dumy itp. Tu nie ma żadnych copy rights, ochrony praw autorskich etc. Naśladujemy najlepszych, tych, którym wychodzi. Na tym polega rozwój świata.

A zatem teraz tylko kilka myśli, mam nadzieję, że takich, które akurat dla Ciebie i innych szefów w Twoim hufcu okażą się ciekawe.

Ksiądz nie jest u nas szefem (jest takie hasło i ono jest prawdziwe). Ale! Czy czujesz potrzebę i szukasz  konsultacji z nim w sprawie ustalenia rocznego planu pracy, planu obozu, ważnych decyzji dla środowiska. A tym bardziej w kwestii rozwoju każdego chłopaka czy dziewczyny w drużynie, nie mówiąc  już o  ognisku czy kręgu. Czy liczysz się ze zdaniem księdza i uwzględniasz je? Księdza, który najczęściej ma jednak trochę więcej doświadczenia życiowego, inne, głębsze spojrzenie. Szef samowystarczalny, zadufany w sobie, wszechwiedzący i najmądrzejszy… Oj, wtedy zaczyna być groźnie.

Ksiądz ma dużo obowiązków, inne grupy, potrzebuje konkretów odpowiednio wcześniej. Nie w przeddzień, gdy dzwoni szef z prośbą o odprawienie następnego dnia Mszy Świętej na wypadzie zastępu zastępowych. Bądźmy poważni! Bycie młodym szefem nie powinno oznaczać bycia szefem niepoważnym, niezorganizowanym, roztrzepanym. Jasne, cały czas pracujemy nad sobą, ale błagam, unikajmy takich sytuacji. Warto spotkać się przy herbacie, z kalendarzem w ręku, wpisać w notes, a potem przypomnieć kilka dni wcześniej. Upewnić się, że nic się nie zmieniło.

Nie wolno świadomie czy podświadomie oczekiwać od księdza tylko „serwisu sakramentalnego”, takiej swoistej pomocy drogowej. Ksiądz musi czuć się potrzebny! Musi nie tylko wiedzieć, że potrzebujemy sakramentów, że jest dwudziestu chłopaków do wyspowiadania. Powinien wyczytywać w sposób niewerbalny z Twojego słowa, gestu, uśmiechu, atmosfery, że jest mile widziany i ma co robić, a nie po odprawieniu Mszy na obozie czuć się jak piąte koło u wozu. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, ale… Niech chłopcy rozmawiają z księdzem, niech on czuje się zachęcony, aby poruszać z nimi poważne tematy, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać…

Ty musisz to czuć! I odnawiać w sobie to czucie. A tak będzie, gdy utrzymasz wysoką temperaturę swojego życia duchowego. Zależy Ci wtedy, aby Twoi chłopcy też byli bliżej Pana Boga, bo sam wiesz jak dobrze jest Tobie być blisko Niego. Sam wiesz, ile zawdzięczasz swojemu spowiednikowi, kierownikowi, różnym księżom, w parafii, na rekolekcjach. Jeśli wiesz, wtedy chcesz, aby i inni korzystali z tego dobra.

foto z archiwum 1. Hufca Śląskiego
I jeszcze jedna sprawa. Dziwne byłoby, gdyby szczep istniejący przy parafii był kompletnie nieobecny w jej życiu, a harcerze niewidoczni. I tu mamy zagadnienie, które ks. Marek żartobliwie nazwał napięciem między syndromem bycia „strażnikami halabardy” a „pasażerami na gapę”. Z jednej strony gdy harcerze w parafii robią wszystko (nie tylko służą do Mszy Świętej, ale koszą trawę, zbijają ołtarze na Boże Ciało, noszą ławki, ustawiają katafalk przed pogrzebem i rozściełają dywan na ślub, są na każde zawołanie i jak trzeba, to „trzymają halabardę” przy wejściu). Z drugiej strony, gdy niby są, a jakoby ich nie było. Nigdy ich nie ma, nigdy w kościele w mundurach, nieobecni na odpuście, na parafialnych wydarzeniach, głęboko zaszyci w lesie, pojawiają się tylko na koniec roku szkolnego, szukając w ostatniej chwili księdza na obóz. Trzeba znaleźć złoty środek, pamiętając, że wychowujemy do służby również Kościołowi w wymiarze dotykalnym, parafialnym, a bycie obecnym w mundurze umacnia chłopaków czy dziewczyny. Czyni ich też bardziej apostolskimi. Tutaj też wielka rola szczepowych, aby taki „złoty środek” był rzeczywistością. To szczepowy powinien rozmawiać z księdzem proboszczem, wspierać drużynowego w wysiłkach szukania księdza, ułatwiać ten kontakt, swoją dojrzałością troszczyć się o ten aspekt działalności szczepu. Tak, szczepowi, to Wasze wielkie zadanie. Przyjaźnić się z księżmi, zapraszać na obiady do Waszych rodzin i pomagać Waszym drużynowym i akelom we współpracy z księdzem.

Obiecałem krótko. Na razie tyle w telegraficznym skrócie.

fot. Piotr Gorus

Do następnego spotkania!


Pozdrawiam,
Twój starszy brat Łukasz

Łukasz HR. Opiekun, obywatel, mąż, ojciec. Pisz do Łukasza, Łukasz odpowie, prawdę Ci powie.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Świętokrzyskie kazanie 2015 (“Błogosławieni ubodzy w duchu”) – O. Sebastian Masłowski SI

Jakieś osiem lat temu spotkałem małego, dożartego 15-latka. Był skautem Europy. Potraktowałem go tak, jak wszystkich, którzy do mnie przychodzili, zgodnie z duchowością rekolekcji ignacjańskich stworzonych przez założyciela mojego zakonu: stworzyłem przestrzeń, w której mógł wyrazić i wypowiedzieć to, czym żyje, to wszystko, co jest dla niego ważne. Dużo miejsca w tych opowieściach zajmował skauting. On żył skautingiem. On nim się fascynował. Po trzech latach słuchania go pojechałem z nim na obóz. Miał już 18 lat. Był drużynowym. To, co zobaczyłem, przekonało mnie. Zobaczyłem bowiem świetne narzędzie, które pomaga w rozwoju. W tym, żeby wyrosnąć na dojrzałego, odpowiedzialnego, zaradnego człowieka. Na kogoś, kto szuka Boga w swoim życiu.

Powiem teraz o chłopcach, bo z nimi jeździłem na obozy. Ta metoda pozwala chłopcom być chłopcami. Nie próbuje na siłę zrobić z nich dziewczynek, nie próbuje też na siłę zrobić z nich starych dziadków. Pozwala im cieszyć się życiem, młodością, dzieciństwem. Ale równocześnie przygotowuje  do tego, co będzie później, bo przecież dzieciństwo nie trwa wiecznie. Młodość też nie. Co zobaczyłem na obozie? 13-letnich żółtodziobów, którym zagotowanie wody zajmowało ponad godzinę, więc śniadanie jedli na sucho, bez herbaty. Platformę robili ponad tydzień i nie skończyliby jej do końca obozu, gdyby nie interwencja Kraala. Na konkurs kulinarny zrobili coś, co z trudem udawało się przegryźć i przełknąć. Było niejadalne. Rok później wygrali konkurs kulinarny. Trzy lata później zdobyli husarię. Te same ślamazary! TO JEST ROZWÓJ! NIE MA NAJMNIEJSZYCH WĄTPLIWOŚCI!

Masę rzeczy z tej pedagogiki i z tej metody stosowałem i wyczuwałem intuicyjnie, choć nie byłem na żadnych szkoleniach. Szybko zrozumiałem dlaczego. Stworzył ją nie tylko Baden-Powell, ale w dużej części też Jacques Sevin – tak jak ja jezuita. Tak jak ja duchowy syn św. Ignacego. I właśnie osobiste doświadczenie św. Ignacego i jego parcie w kierunku rozwoju stanowi fundament pedagogiki stworzonej przez Jacquesa Sevin. Dlatego tak wiele rzeczy wyczuwałem i stosowałem intuicyjnie. Bo fundament tej pedagogiki jest mi bardzo dobrze znany i drogi. Jacques Sevin trzy lata temu został ogłoszony Sługą Bożym. Czekamy na cud, aby było możliwe oficjalne ogłoszenie go świętym.
Wiecie dlaczego rozwój jest taki ważny? BO MUSIMY SIĘ NA COŚ PRZYGOTOWAĆ.
I mówi o tym zarówno Ignacy, jak i Jacques Sevin. I choć skauting świetnie przygotowuje do dorosłego życia, zdobycia sensownej, dobrze płatnej pracy, kształtuje tak dziś będące w cenie umiejętności miękkie, nie to jest celem. Nie jest celem stworzenie człowieka, który świetnie radzi sobie w życiu, który ma dobrą pracę, który dobrze zarabia. To jest efekt uboczny. CO WIĘC JEST CELEM? Celem jest stworzenie człowieka, który szuka Boga, zmierza do Boga i w rezultacie JEST GOTOWY na spotkanie z Nim. (Podkreślam tu słowo „GOTOWY”. Jeszcze będę do niego nawiązywał) Jest gotowy na spotkanie z Bogiem. Harcerze być może jeszcze o tym celu nie wiedzą. Są młodzi. Mają czas. To nie ten etap rozwoju, są do niego dopiero przygotowywani. Wędrownicy już powinni to wiedzieć.
Celem skautingu nie jest, żeby ktoś miał świetną pracę, świetną żonę, świetne dzieci i dużo pieniędzy. Ile to wszystko jest warte, słyszeliśmy w liście św. Jakuba: „teraz wy, bogacze, zapłaczncie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało (…) Zebraliście w dniach ostatecznych skarby” (por. Jk 5, 1-6). To wszystko zgnije, przeminie, zniszczeje.
Bardzo podobną myśl zawiera hasło naszej tegorocznej pielgrzymki: „Błogosławieni ubodzy w duchu”. (Mt 5,3) Ubogi w duchu jest wolny. Ubogi w duchu JEST GOTOWY. Powtarzam: JEST GOTOWY, gdy trzeba zostawić to wszystko: pieniądze, żonę, dzieci, dom, i iść na spotkanie z Bogiem. To nie znaczy, że ich nie kocha. To nie znaczy, że o nich nie dba. Kocha ich, dba o nich, trudzi się dla nich, nieraz nie śpi po nocach, słania się ze zmęczenia zabiegając o nich, ale jest gotowy, gdy trzeba, zostawić ich i iść na spotkanie Bogiem. BO TO JEST CEL. Ubogi w duchu jest gotowy umrzeć. JEST GOTOWY. Kiedy patrzymy na ludzi wokoło, widzimy, że nie wszyscy są gotowi. Gotowy jest tylko ten, kto przeszedł drogę rozwoju. A do postępowania na drodze rozwoju może nam posłużyć wszystko, co nas spotyka. I to, co radosne, przyjemne i to, co niesie ból, cierpienie. UBOGI W DUCHU JEST GOTOWY.
Znacie harcerskie zawołanie? „Czuwaj” – tak mówimy po polsku. Może nie wszyscy są w stanie zrozumieć, o co w nim chodzi.  Anglicy mówią: „Be prepared” – bądź przygotowany, bądź gotowy.
Francuzi: „Scout – toujours prêt” – skaut  zawsze gotowy. I to właśnie znaczy polskie „czuwaj”. „Bądź gotowy”, „Bądź przygotowany”, bo kto czuwa, ten nie przegapi właściwego momentu, kto czuwa, nie prześpi go. Jest przygotowany. Na co? NA ŚMIERĆ. Na spotkanie z Bogiem. Może niektórych to dziwi. Uświadomcie sobie jednak, co powtarzacie regularnie co tydzień. Co powtórzycie za chwilę w Credo: „oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie” W przyszłym świecie, nie w tym.
Przedstawię wam  teraz, co na ten temat mówi Jacques Sevin w książce „le scoutisme”, część z tego to jego własne słowa, część cytuje za innymi: „Śmierć jest dla skauta jedną z rzeczy, na które on musi „być gotowy” [être prêt]. To jest wielki egzamin, „największa próba (test), jakiemu człowiek może być poddany” i wielu harcerzy przeszło go z honorem.  Pewien francuski harcerz powiedział tak: „«Kiedy jestem na drodze, aby grać w drwala, i tata woła mnie, abym wrócił do domu, nie boję się mojego taty» (…) dla skautów to jest śmierć: wraca się do domu”. Śmierć to powrót do domu. Powrót do domu Ojca.
Co jeszcze mówi Jacuqes Sevin? Skauting to szkoła życia. „I szefem tej szkoły nie jest sir R. Baden-Powell” Dobrze przedstawia to obraz przyjaciela Baden-Powella, drużynowego jednej z londyńskich drużyn, Ernesta Stafforda Carlosa „The Pathfinder”. Przedstawia on zastępowego, który stoi przy mapie, trzyma  w ręku ołówek, podnosi wzrok do góry, jakby się nad czymś zastanawiał, szukał inspiracji, może przygotowuje kolejną zbiórkę. A za nim wyłania się niewyraźnie zarysowana postać Jezusa, który trzyma rękę na jego ramieniu. Ten, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą”. Obraz ten wisiał w wielu angielskich harcówkach, a pod nim był wiersz autorstwa Lily Burn, którego fragmenty o. Jacques przytacza i tłumaczy:
„Podnieś oczy, mój synu
Zatrzymaj się na moment…
Wyciągnij rękę, mój synu,
Aby poznać swą drogę
Ja jestem Panem skautów,
Ja, którego boska obecność
jest cały czas u twego boku.
Cokolwiek by się stało.”
Chrystus jest szefem tej szkoły życia. Chrystus, który mówi: „Ja jestem Panem skautów. Ja jestem cały czas u twego boku, cokolwiek by się stało. Nieważne, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie. Nieważne, czy czujesz moją obecność, czy nie. Jestem cały czas u twego boku. Cokolwiek by się stało.” 
 
 
 
 
O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

List do brata 3 (Architekci zbiorowej wyobraźni) – Łukasz HR

Sejmik FSE w Niepokalanowie sierpień 2015 (fot. Grzegorz Gielert)
Drogi Maćku,
Cieszę się, że przezwyciężyłeś przeszkody i wziąłeś udział w Sejmiku. I przecież nie żałujesz! Przeciwnie, powiedziałeś mi w przelocie, że było bardziej niż w porządku. Czy jakoś podobnie… Bo to musi być budujące, i nie może być inaczej, widzieć tylu szefów z całej Polski, i początkujących, i weteranów, a wszystkich zaangażowanych i połączonych wspólnym ideałem, i wspólną służbą dla młodszych. To jest wielka kumulacja, lepsza niż w Lotto. Kumulacja wielu podjętych służb, wielu indywidualnych, czasami w ofiarności podjętych decyzji, ukrytych przed światem dobrych uczynków. Wszyscy, podkreślmy to, pełniący czynną służbę wychowawczą, czy bezpośrednio w jednostkach jako ich szefowie, czy w namiestnictwach, w zarządzie, w ekipach krajowych, w radzie naczelnej, służąc tym, którzy na pierwszej linii.

Ważna uwaga, uczestnicy Sejmiku reprezentowali swoje jednostki, powierzone im dziewczęta i chłopców, zaufanie ich rodziców, to był ich prawdziwy mandat do decydowania. Swoje jednostki, noszące chusty określonego koloru, mające określonych patronów, jak wierzymy, wspomagających ich na co dzień, ich i całe środowiska. Tak jak przez wieki wspaniałej historii Europy, gdy każde miasto miało swojego patrona, a nawet nierzadko zawdzięczało mu swoją nazwę, i faktycznie kultywowało nabożeństwo do niego, a on je wspierał. Nie wierzycie? Sięgnijcie po pierwszy z brzegu przewodnik. Może mieliśmy zatem do czynienia z jeszcze większą kumulacją, niż moglibyśmy przypuszczać?
Ad Mariam Europa (fot. G. Gielert)
Opowiem krótką historię a’propos, aby bardziej unaocznić, co mam na myśli. W te wakacje wyciągnąłem z biblioteczki mojej córki i przeczytałem wreszcie krótką biografię Św. Joanny d’Arc. Piszę „wreszcie”, bo moja wiedza o niej była raczej na poziomie podstawowym, potocznym, ograniczona do kilku powszechnie znanych faktów. We Francji jest to natomiast postać wciąż niezwykle popularna, mimo upływu wielu wieków, mimo rewolucji francuskiej po drodze, która zmiotła dziedzictwo chrześcijańskie. W wielu miasteczkach są jej pomniki, ulice noszą jej imię, a w sklepach z pamiątkami dla turystów można kupić gadżety z jej domniemaną podobizną. Co takiego się wydarzyło, że młoda, prosta wieśniaczka z Domremy przeszła do historii kraju i świata, i to w jakim stylu?
Cała historia sprowadza się do jednego roku życia tej kilkunastoletniej dziewczyny. Odkąd usłyszała tajemnicze głosy w swojej głowie, przypisywane trójce świętych, nie minął rok do dnia, gdy spłonęła na stosie. Kraj ogarnięty był wojną, zastępy doskonałego wojska angielskiego zajmowały kolejne miasta, a król angielski szykował się do przejęcia korony francuskiej. Joanna usłyszała głosy wzywające ją do udania się pod Orlean, stanięcia na czele wojska francuskiego i dotarcia do Delfina, aby doprowadzić do ukoronowania go na króla. Delfin, czyli następca tronu, był młodzieńcem chwiejnym i nie budzącym respektu. Uznawany za nieudacznika, otoczony był topniejącą prawie z dnia na dzień grupą wiernych możnowładców. Można powiedzieć – misja Joanny była szalona, bardziej kwalifikująca kogoś, kto ją głosił, na badania psychiatryczne, niż do tego, aby go poważnie potraktować. Zwłaszcza że wypłynęła ona z ust skromnej, młodej dziewczyny, bez żadnego przygotowania wojskowego, dyplomatycznego czy jakiegokolwiek innego. Na początku wyśmiana i zlekceważona, stopniowo zyskała grono zdeterminowanych i posłusznych dowódców. Na jej rzecz przemawiały pewność posiadanej misji i nadnaturalne fakty, które zaczęły mieć miejsce.  Jej rozkazy okazały się nadzwyczaj precyzyjne i zapewniły serię brawurowych, zaskakujących, nieprawdopodobnych zwycięstw. Na fali entuzjazmu Joanna dotarła do Delfina, rozpoznała go i nakłoniła do marszu na Reims celem koronacji. (W Katedrze w Reims koronowali się wszyscy królowie francuscy). Misja zrealizowana: Delfin został królem, Anglicy wyparci z kraju. W jednej z ostatnich potyczek Joanna została pojmana i osądzona przez uzurpatorski trybunał na czele z biskupem zdrajcą. Umarła spalona na stosie. Jej grób znajduje się w Katedrze w Rouen na północy Francji.
Historia czynów Joanny jest czymś niesamowitym, trudnym do ogarnięcia, kompletnie nieprawdopodobnym. Młoda, nie przygotowana dziewczyna z dnia na dzień staje się wybitnym strategiem wojskowym. Trudno w to uwierzyć, ale jej manewry w bitwach podobno przez stulecia były studiowane we francuskich szkołach wojskowych. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż bezpośrednią interwencją Bożą. Wiemy, że to zdarza się bardzo rzadko. Bóg woli działać bez rozgłosu, w ukryciu, przez pośredników. Wielu ludzi upatrywało zatem źródła tych nadzwyczajnych wydarzeń w interwencjach św. Ludwika, króla Francuzów, przed Najwyższym Majestatem. Że to Ludwik załatwił u Boga takie wsparcie dla swego ukochanego królestwa. Hm…
Tak, święci są w stanie „załatwić” rożne sprawy, tylko czy my jesteśmy z nimi w zażyłości, czy jesteśmy co do tego przekonani i czy prosimy? Czy byliby chociaż w gronie naszych znajomych na fejsbuku? A jak jest z patronem Twojej jednostki? Czy jest tylko odległym, wielkim nieznajomym, postacią z papieru, okazem zamkniętym w słoju z naftaliną, niegroźnym cherubinkiem spoglądającym z obrazka odpustowego? Czy też realną postacią z krwi i kości, mężczyzną ze swoim temperamentem, emocjami, planami, słabościami, którego w pewnym momencie ogarnęła większa miłość i pchnęła do wielkich czynów, czasami za cenę życia? Wierzę, że tak jest, jeśli zastępowi jako lekturę obowiązkową mają dobrą biografię patrona, jeśli jego perypetie, myśli pojawiają się w homiliach duszpasterza, jeśli wszyscy harcerze oglądali film o tym świętym, jeśli cytaty z niego pojawiają się w okrzykach zastępów, a historie z nim związane są kanonem ognisk obozowych i całorocznych? Ciągle! Jako element tradycji, jak powietrze, którym oddychamy. Tak, aby każdy, kto przewinie się przez Twoją drużynę, został z pewną podstawową wiedzą, sentymentem do tego a nie innego świętego. Chciałoby się napisać – z nabożeństwem za jego wstawiennictwem, jakąś modlitwą przez niego napisaną, formą pobożności przez tego świętego zalecaną…
Dlatego też szukanie na patronów nowych jednostek świętych „oryginalnych”, odległych, o których mało co wiadomo, może spowodować, że siła ich oddziaływania będzie dużo mniejsza niż mogłaby być. I wtedy po prostu szkoda.

Postanowiłem Ci zaufać… z łaską Bożą dasz radę! (fot. G. Gielert)
Wracajmy jednak do Sejmiku. Chciałbym napisać Ci o jeszcze jednej refleksji, która mi się nasunęła jako bądź co bądź człowiekowi przezwanego „weteranem skautowym”. Otóż Skauci Europy to coś więcej niż zwykłe stowarzyszenie, nawet pożytku publicznego. To duch i pedagogika. Wszyscy, i władze każdej kadencji, i rada naczelna, i zarząd, i ekipy krajowe z namiestnikami, i ekipy obozów szkoleniowych – jesteśmy depozytariuszami tego ducha i tej pedagogiki. Mamy go strzec, bo w tym jest skuteczność tego narzędzia wychowania. Starać się lepiej rozumieć coś, co ktoś kiedyś dobrze przemyślał, i lepiej to aplikować w praktyce. Nic nie ujmować z tego ani nic pochopnie nie dodawać, bo nam się tak akurat wydaje. Możemy oczywiście to twórczo rozwijać, bo warunki życia zmieniają się gwałtownie, a my nie możemy być obojętni, jeśli coś skutecznego jeszcze wczoraj, dzisiaj nie działa albo działa słabiej dla młodszych. Ale zawsze wtedy należy to robić z rozwagą, z jakąś taką szczególną atencją, pokorą, aby nie wylać dziecka z kąpielą, aby nie zrobić czegoś pochopnie. Nigdy arbitralnie, nigdy w pojedynkę, nawet jak jesteśmy naczelnikiem czy naczelniczką, namiestnikiem czy namiestniczką, lecz w konsultacji, bo co dwie głowy albo trzy to nie jedna. A zatem dwa hasła: depozyt i wielka ostrożność przy zmianach. Te dwie zasady pozwalają nam od ponad dwudziestu lat płynąć po nierzadko wzburzonym morzu bez szwanku, cały czas na kursie.
Jednak z drugiej strony każdy szef to człowiek czynu, człowiek, który ma inicjatywę, jest „przywódcą swoich braci harcerzy”. Przywódca przewodzi, jest przykładem realizacji ideału, pociąga nim, pociąga swoją osobowością, aktywnością, humorem. W XIX w., gdy nie było państwa polskiego, ale istniała bardzo silna polska kultura, styl życia, poeci odgrywali rolę „architektów zbiorowej wyobraźni”, pełnili nierzadko rolę zastępczą dla polityków, działaczy, liderów społecznych.  Myślę, że każdy szef może być obecnie takim architektem zbiorowych emocji, dobrej atmosfery, zmotywowania we wspólnym stawianiu sobie i realizowaniu ambitnych celów. Jednym słowem – architektem swojego środowiska. Myślę tu nie tylko o powierzonych mu chłopcach, ale i o swoich przybocznych, i otaczających go ludziach dobrej woli. Bo nie chodzi tylko o prowadzenie jednostki, chodzi o tworzenie szerszego środowiska, budowanie więzi, dobrego klimatu wokół. To szef jest gospodarzem, to od niego musi pochodzić inicjatywa, iskra, która zapala innych. To on inspiruje, zagrzewa, poddaje pomysły, podrzuca polana do ogniska, gdy ogień dogasa. A potem znika, usuwa się w cień i tylko cieszy się, że kolejny chłopak przechodzi samego siebie, że podjęte wyzwania dodają mu skrzydeł, że kipi pomysłami.
Szef wychowuje kolejnego szefa i stara się, aby tamten był lepszy od niego. Przekazuje mu swoje doświadczenie, mając nadzieję, że ten uniknie jego błędów. To jest sposób działania, magazynowanie i ubogacanie doświadczenia. By była ciągłość, by nie wywarzać otwartych drzwi ani nie wymyślać koła. A nowy szef stara się zaczerpnąć od odchodzącego, przejąć pałeczkę i pobiec szybciej. Ale bez zadęcia, że ja tu dopiero dokonam wielkich rzeczy, że wcześniej to było pasmo błędów przede mną. Taka postawa to buta i arogancja, która wcześniej czy później prowadzi do smutnych rezultatów. Pokora! Podejmuję służbę i chcę ją jak najlepiej pełnić. Tylko tyle i aż tyle! Kontynuować to, co dobre, i korygować, z delikatnością, namysłem, to co można zrobić lepiej. Jak sługa, nie jak udzielny kacyk. Taki jest etos chrześcijańskiego przywódcy, wyrosły z tradycji rycerskiej. Wymaganie od siebie, pobłażliwość dla bliźnich, obrona słabszych, odwaga w przeciwstawianiu się złu. Marzenia o wielkich czynach i odważne ich podejmowanie, dla chwały nie swojej, ale Boga i ku pożytkowi ludzi.
Ks. Marek Adamczyk – duszpasterz Stowarzyszenia (fot. G. Gielert)
I jeszcze jedna sprawa akcentowana na Sejmiku: potrzeba większej troski o udział w naszej pracy duszpasterzy. Nie od święta, ale na co dzień, włączonych w podejmowanie decyzji, w dyskusję o każdym chłopaku. Duszpasterza, z którym można skonsultować wszystko, poprosić o radę i ją uzyskać. Na pewno jest coś do zrobienia w tej sprawie. Szef jednostki, który nie ma duszpasterza, nie może być spokojny. Jeśli nie mam duszpasterza, do którego chłopcy mogą zawsze zadzwonić, umówić się na rozmowę i spowiedź, i chcą to robić a duszpasterz ten jest szczęśliwy, że swoim kapłaństwem może im służyć i robi to z oddaniem. Jeśli nie masz takiego duszpasterza – nie możesz być spokojny. To znaczy, że z pewnymi elementami naszego wychowania, naszego stylu, będzie ciężko. Wcale nie mówię, że łatwo takiego duszpasterza znaleźć, pozyskać. Swego czasu byłem pięć lat drużynowym i mimo wielu starań, nie mogę powiedzieć, że udało się w takim stopniu, jak należy. Ale później do parafii przyszedł nowy ksiądz i zaangażował się całym sobą. I to była inna jakość, przyszły lata tłuste dla całego środowiska. Zależy nam na duszpasterzach, bo zależy nam na wychowaniu prawdziwie chrześcijańskim, z sakramentami, z częstym korzystaniem ze spowiedzi, z aktywnym udziałem w Eucharystii, w poznawaniu i czerpaniu siły i wiary z Pisma Św., ze świadomością, że wskutek grzechu pierworodnego ciągle upadamy i potrzebujemy kazań, zachęt, zgłębiania naszej wiary.
 
Dlatego nowa Rada Naczelna od razu zapowiedziała, że na każde posiedzenie będzie zapraszać duszpasterza krajowego, a w razie jego nieobecności innego duszpasterza pomagającego ekipom krajowym. Bez Boga nic sensownego zrobić nie możemy, a żeby On był w pełni między nami, potrzebujemy kapłanów. Pomyśl, czy zawsze starasz się zaprosić księdza na radę drużyny? Czy prosisz o radę? Czy konsultujesz, czy starasz się włączać go w troskę o chłopaków? Czy prosisz o przyjechanie z Mszą, ze słowem, o spowiadanie? Czy z Twojej twarzy, oczu bije przekonanie, że to ważne?
Gdy przed Mszą w niedzielę na sejmiku otworzyłem swoją aplikację na telefonie z czytaniami mszalnymi, dostrzegłem tam rozważanie do tekstu ewangelii z niepublikowanych rozmów duchowych Św. Maksymiliana Kolbe (a byliśmy przecież w wybudowanym przez niego Niepokalanowie). Pisze on tak: „Życie wewnętrzne jest rzeczą najważniejszą… Aktywne życie jest wynikiem życia wewnętrznego i samo w sobie nie ma wartości, jeśli od niego nie zależy. Chcielibyśmy robić wszystko najlepiej, idealnie. Ale jeśli nie powiążemy tego z życiem wewnętrznym, nie będzie to niczemu służyło. Cała wartość naszego życia i naszych działań zależy od życia wewnętrznego, życia miłością Boga i Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, nie w teorii i radościach, ale w praktyce miłości, która polega na zjednoczeniu naszej woli z wolą Niepokalanej.” Mnie ten tekst wydał się niezwykle frapujący, i do tego zamieszczony w takim dniu, i gdy znajdowaliśmy się w takim miejscu. Pomyślałem, że podzielę się tym z Tobą.
Rozpisałem się. Wiesz dlaczego. Nowa służba przed Tobą. Świetnie. Nowe wyzwanie, nowi ludzie, nowe trudności. To się naukowo nazywa „wyjście poza swoją strefę komfortu”. Byłem szefem żółtym, zostaję zielonym. Byłem zielonym, zostaję czerwonym. Byłem czerwonym, wracam na żółtego, bo jest taka potrzeba, itd., itp. Nowe wyzwania, nowe metody ale cel ten sam! I dasz radę. Z łaską Bożą, dasz.
fot. Piotr Gorus
Trzymaj się!

Twój starszy brat Łukasz

Łukasz HR. Opiekun, obywatel, mąż, ojciec. Pisz do Łukasza, Łukasz odpowie, prawdę Ci powie.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Wyruszamy na Święty Krzyż – Maciej Drzewiczak OMI, Paweł Pilarczyk OMI

U stóp sanktuarium na Świętym Krzyżu, ale póki co…
„Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69).

W wędrowaniu ze skautami nie chodzi tylko o dojście do celu. Droga przebyta razem ma wartość sama w sobie. Symbolizuje ona nasze życie, które jest pielgrzymką do Nieba.

W przededniu…

Rozmawiam z Pawłem o podróży. Czym jechać? Trasa na Święty Krzyż jest długa. Podróż pociągiem z Wolsztyna do Kielc zajmuje około 10 godzin. Dzwoni do nas ojciec Karol Bucholc, z którym mamy dołączyć się następnego dnia do skautów. Mówi: „Pamiętajcie, że macie być najpóźniej o 18.30 w klasztorze”.
 


Czwartek – droga
 
Decyzja zapada w ostatniej chwili. Jedziemy na stopa. Modlitwy, Msza święta, śniadanie… Mamy szczęście – tzn. Pan Bóg nam błogosławi! Zabieramy się do Wolsztyna ze współbraćmi. Według mapy internetowej przed nami 473 km jazdy. Ruszamy. Pierwsze auto zatrzymuje się po nas szybko. Trafiamy do Nowego Tomyśla i… stoimy. Siąpi deszcz. Nikt nie chce nas zabrać. Pierwsze auto zatrzymuje się po kilkudziesięciu minutach. Problemy mamy też dalej.
 
Jedziemy eleganckim samochodem pracownika korporacji, później zagraconym narzędziami kombi elektryka… Rozmawiamy z gorliwym katolikiem, mężem protestantki, który właśnie jedzie do umierającego na raka ojca alkoholika i daje nam świadectwo wiary… Spotykamy samotną matkę, młodego dentystę, kierowcę tira, a wreszcie przedstawiciela handlowego, który kończy pisać swój doktorat.
 
Przepiękne doświadczenie. Tylko, że na każdy samochód trzeba czekać. Czas ucieka. Jest około godziny 17.00. Nie mamy szansy zdążyć. Ostatni kierowca wiezie nas do Ostrowca Świętokrzyskiego. Mówi: „Wiecie chłopaki, to może podrzucę was jeszcze do Kielc…”. Wjeżdżamy  do miasta. Widzę, że kierowca zmienia pas ruchu. Mówi: „No, skoro tu dojechałem, to może i pojedziemy do Huty”. A w Hucie… Na szczycie Świętego Krzyża jesteśmy zaraz przed 18.30. Pan Bóg czuwa nad nami.
 
Czwartek – nocleg
 
Jemy kolację w klasztorze. Spotykamy ojca Krzysztofa Jurewicza – szefa naszej powołaniówki. Po posiłku ruszam z ojcem Karolem i Pawłem na nocleg. Jedziemy do Łagowa. Podwozi nas ojciec socjusz. Padają kolejne żarty na temat noclegu pod namiotami. Jest ostatni tydzień września. Na dworze robi się coraz zimniej.
 
Dojeżdżamy do plebanii. Jest ciemno. Nikogo nie widać. Idziemy do proboszcza. Skautów jeszcze nie ma. Nie poddajemy się. Zaczynamy rozbijać nasze namioty. Kiedy widzę, jak mi idzie, myślę: „Bogu dzięki, że nie ma jeszcze skautów!”. Rozpalamy ognisko we trzech: ojciec Karol, Paweł i ja. Na początku ogień nie chce się palić. Wszystko jest wilgotne. Wylewam nawet resztki Bonda. Wreszcie się udaje. Patrzę na ognisko. Jest trochę koślawe. Myślę: „Jest jakie jest, ale zrobiliśmy je razem”.
Skauci przyjeżdżają około godziny 21.00. Zastają nas przy ogniu. Rozpoczynają się rozmowy. Kolejne grupy rozbijają swoje namioty. Ktoś wstawia garnek z wodą na ognisko. Inni zaczynają przygotowywać kolację – dziś jajecznica. Po 22.00, wśród unoszącej się mgły i dymu ognisk słychać modlitwy. Kolejne grupy gromadzą się przy świetle płomieni. Brewiarz, śpiew Salve Regina… Przed północą kończymy kolację. Trzeba po sobie trochę posprzątać. Obmywam się jeszcze wodą z węża ogrodowego i idę spać. Zakładam dwie pary spodni, wełniane skarpety, ciepłą bieliznę, bluzę z kapturem, skórzaną kurtkę, szalik i czapkę na uszy. Jest mi ciepło, dosyć ciepło… nie marznę. Nie wiem jeszcze, że następna noc będzie gorsza.
O. Karol Bucholc OMI błogosławi
hufcowego 1. Hufca Śląskiego
Piątek – droga

Pobudka o 6.30. Pięć minut później modlitwy. Oczywiście spóźniam się. Śniadanie. Dziś wystarczy herbatka, konkretniej – ziółka od Chila (wilczkowe imię jednego z wędrowników). Mamy post. Około 8.30 zaczyna się przygotowanie do Mszy świętej. Skauci śpiewają pieśni również po łacinie. Taki styl. Nie idzie im łatwo, ale się starają. Trochę cierpliwości i zaczyna im wychodzić. Jestem pełen podziwu. Mi nie idzie tak dobrze. Na zakończenie Eucharystii wręczają nam krzyże pielgrzymie. Prosty, drewniany krzyż – znak naszej wspólnej drogi.
 
Po Mszy świętej przyrzeczenie nowego hufcowego – bardzo poruszające wydarzenie. Widać, że ci mężczyźni poważnie podchodzą do podejmowanej odpowiedzialności. Wyruszamy na szlak. Pierwszy raz idę z pełnym bagażem. Post ścisły daje mi się we znaki. Na szczęście trasa nie jest długa. Liczy się to, jak ją przechodzimy. W trakcie wędrówki odmawiamy różaniec. Jest też czas na medytację słowa Bożego oraz konferencję.
Styl wędrowania nie taki znowu trudny – opowiada Paweł Borowiecki HR
Piątek – obóz w Starej Hucie
 
Dochodzimy do miejsca noclegu, czyli na łąkę. Rozbijamy namioty. Idziemy po chrust do lasu. Chrust okazuje się czymś w rodzaju złamanego, niedużego drzewa. Targamy je we trzech: Paweł, Chil i ja. Przechodzimy przez niewielki wąwóz. Staramy się nie wpaść do strumyka. Strumyk okazuje się być błogosławieństwem. 
 
Po pracy idziemy do niego się umyć. Woda jest lodowata. Na dnie są śliskie kamienie. Pierwszy raz kąpię się w takich warunkach. Zanurzam się cały. Myślę: „Jestem głupi i będę tego żałować”. Wychodzę i czuję się cudownie. Teraz na dworze jest tak… ciepło. Zapada powoli zmrok. W nocy rozpoczyna się spotkanie całej wędrującej grupy. Zbieramy się wszyscy wokół dwóch dużych ognisk. To czas wspólnych śpiewów i zawodów. Towarzyszy temu dużo śmiechu. Jest zimno. Nikt się nie skarży. W nocy temperatura spada niżej. Zakładam na siebie wszystkie swoje ubrania. Nie mam nic więcej. Jest mi zimno. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwy.
 
Sobota – droga
 
Pobudka podobnie jak w dniu wczorajszym. Budzę się trochę wcześniej. Wiem, ile czasu zajmuje mi wykaraskanie się spod śpiwora i z namiotu. Reszta hufca od dobrych paru minut już na nogach. Jak oni to robią? Pogoda nie zachęca dziś do wędrówki. Jest zimno, mokro i mgliście. Trawa mocno zroszona. Na szczęście dziś krótszy odcinek do przebycia. Naszym celem jest Nowa Słupia. Rozpalamy ognisko resztą wilgotnego drewna. Przygotowujemy śniadanie. Chwilę wcześniej krótka modlitwa. Po modlitwach i śniadaniu czas na zebranie się, spakowanie namiotów i jedzenia. Przydzielamy zadania. 8.30 wymarsz. Opuszczamy łąkę i idziemy na asfaltową drogę w Starej Hucie. Po chwili orientujemy się, że na dzisiejszą wędrówkę nie ma wybranego topografa. Topograf trzyma w ręku mapę i ma za zadanie prowadzić grupę. Wczorajszy przewodnik miał pilny wyjazd do domu. Nagle powstaje kilka koncepcji, którędy iść. Jedno jest pewne: z Huty Starej do Nowej Słupi nie ma dobrego szlaku. Wykluczamy pójście asfaltem. Hufcowy podejmuje decyzję. Idziemy przez strumyk za innym hufcem. Nadal nie mamy przewodnika.
 
Nowy topograf poprowadzi nawet we mgle…
Droga prowadzi przez łąki lekko pod górę. Maszerujemy kilka minut. Tymczasem biję się wewnętrznie z myślami: „A może by tak wziąć mapę? Przecież w nowicjacie chodziło się trochę po Górach Świętokrzyskich. Teraz albo nigdy”. Zgłaszam się. Biorę na siebie odpowiedzialność. Pamiętam, że trzeba dojść do puszczy. Mgła utrudnia widoczność. Dostrzegamy drzewa. Idziemy wzdłuż Puszczy Jodłowej. W międzyczasie odmawiamy różaniec. Przechodzimy przez pewne gospodarstwo w Bartoszowinach. Drogą dochodzimy do Trzcianki. Odbijamy w lewo. Ponownie idziemy wzdłuż puszczy.
Na niewielkiej polanie jeden ze skautów, Tomek,  zauważa krzyż. Jest zarośnięty bluszczem i chwastami. Jest duży, drewniany. Kiedyś ktoś o niego dbał. Modlił się przy nim. Pada hasło: „Nie możemy go tak zostawić!”. To okazja do służby. Część ekipy chwyta za noże. Niektórzy gołymi rękami wyrywają chwasty. Po chwili krzyż jest oczyszczony. Modlimy się. Śpiewamy pieśń o Krzyżu. Idziemy dalej. Znajdujemy jakiś wydeptany szlak. Słychać psy. To kontakt z cywilizacją. Jesteśmy w Nowej Słupi.
 
Nowa Słupia. Święty Krzyż.
 
Zatrzymujemy się przed kościołem. Jest to punkt zbiorczy wszystkich hufców. Skauci szli do Nowej Słupi z trzech różnych miejscowości. Przygotowujemy się do Mszy świętej. Próba śpiewu. Kapłani słuchają spowiedzi. O godzinie 12.00 rozpoczyna się Eucharystia. Później czas na przygotowanie posiłku. Moim zadaniem jest pokroić warzywa do sałatki. Na obiad kurczak w sosie z ryżem lub kaczka. Tymczasem pogoda znacznie się poprawia. Zza chmur wychodzi słońce. Krótki odpoczynek i wyruszamy pod górę. O 16.00 ma rozpocząć się droga krzyżowa. Skauci wspominają nam, że poprzednio nabożeństwo odbywało się wieczorem.
Droga
Na Święty Krzyż wchodzimy Szlakiem Królewskim. Po drodze mijamy wielu ludzi. Tego dnia na górze odbywał się XV Jubileuszowy Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy PTTK. Stąd spory ruch. Dajemy wspaniałe świadectwo. Między poszczególnymi stacjami śpiewamy. Śpiew grupy ponad trzystu mężczyzn robi na mnie ogromne wrażenie. Mijani ludzie wydają się również poruszeni. Nasza grupa to bardzo niecodzienny widok.
 
Po niespełna dwóch godzinach jesteśmy na szczycie. Przy wejściu do klasztoru wita nas oblat, ojciec Krzysztof. Ma ze sobą relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Następuje ucałowanie relikwii. Podniosły moment. Jest godzina 18.30. Czas na rozbicie obozowisk. Razem z Maciejem udajemy się na moment do klasztoru. Mamy możliwość posilenia się, a nawet noclegu. Uprzejmie odmawiamy współbraciom. Wracamy na polanę. Za chwilę ma rozpocząć się biesiada. Każdy z hufców ma do odegrania scenkę. Choć chłód doskwiera wszyscy świetnie się bawią. O 20.30 udajemy się na adorację Pana Jezusa do kościoła. Przed głównym wejściem rozbrzmiewa trzykrotnie śpiew: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69). Ciarki przechodzą mi po plecach. Adoracja trwa prawie godzinę. Odczuwamy już zmęczenie… ale to nie koniec wrażeń!
 
Wymarsz Wędrownika na szczycie
Po modlitwach ma miejsce Wymarsz Wędrownika. Skauci zbierają się w dwóch rzędach za bramą wschodnią. Rozpalają pochodnie. My też. Dwóch skautów zostaje ustanowionych wędrownikami. Podniosłe wydarzenie. Dla nich ten obrzęd jest bardzo ważny. To symbol przyjęcia pełni odpowiedzialności. Wędrownik wychodzi z hufca. Opuszcza grupę. Kończy etap przyjmowania. Teraz zaczyna się dla niego czas służby. Obrzędowi towarzyszy odczytanie „Ośmiu błogosławieństw”.
 
Po tym wszystkim rozchodzimy się do obozowisk. Zauważamy brak istotnej dla grupy rzeczy – ogniska. Jednak jesteśmy na terenie Parku Narodowego. Modlitwa. Toaleta wieczorna przy kranikach i idziemy spać. Ustawiam budzik. Jest godzina 23.00.
 
Niedziela. Zakończenie.
 
O 6.00 pobudka. Następnie mycie się, śniadanie, składanie obozowiska. O godzinie 8.00 ma rozpocząć się uroczysta Msza święta w bazylice na Świętym Krzyżu. Na krótko przed Mszą znosimy z Maciejem nasze plecaki i namiot do klasztoru. Koniec wędrowania! Jeszcze pamiątkowe zdjęcie z całym hufcem. Przygotowanie do Eucharystii.
 
Z Maciejem zakładamy komże. Idziemy do prezbiterium. Mszy przewodniczy neoprezbiter, benedyktyn, ojciec Rafał Buczek. Dziękuje za powołanie, które odkrył będąc w skautingu. Po Mszy stoimy przed kościołem. Rozdajemy skautom foldery powołaniowe. Następnie wspólna kawa z kapelanami poszczególnych hufców. Dowiadujemy się, że byliśmy jedynymi klerykami na wędrówce. Na zewnątrz, przed bramą wschodnią, trwa konferencja. Idziemy się odświeżyć i przygotować do powrotu. Obiad w refektarzu klasztornym. Wracamy do ekipy, by się pożegnać. Jeszcze chwila rozmowy ze skautami. Dostajemy zaproszenie na kolejne wędrówki. Czemu nie?
 
Czas wracać do Obry. Jest godzina 14.00. Tym razem jedziemy samochodem z ojcem Krzysztofem Jurewiczem. W drodze powrotnej podsumowujemy Pielgrzymkę Wędrowników na Święty Krzyż. Dzielimy się wrażeniami. Czujemy pozytywne zmęczenie. Swoją obecnością na wędrówce daliśmy świadectwo zakonnego życia. Sami sporo się nauczyliśmy. Postawa skautów była bardzo budująca. Takie hasła jak odpowiedzialność, służba, wiara, modlitwa, braterstwo, męstwo na długo zostaną w naszej pamięci! Federacja Skautingu Europejskiego jest potrzebna w dzisiejszych czasach. W Polsce powstaje coraz więcej drużyn, hufców. Część z nich nie ma jeszcze duchowych opiekunów – kapłanów. Może to miejsce czeka na nas?
 
 
 
 
dk. Maciej Drzewiczak, kurs VI
 
 
 
 
 

 
 
 
kl. Paweł Pilarczyk, kurs V
 
 
 
 
 
Klerycy WSD Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze
 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Książki i biografie (2) – Hathina poleca… Karolina Lanckorońska

Karol Lanckoroński z córką Karoliną ok. 1900 roku

„Portret damy” – tak zatytułował swój film dokumentalny o Karolinie Lanckorońskiej, reżyser Paweł Woldan. Jego określenie świetnie oddaje istotę osobowości tej niezwykłej kobiety, o której chcę dzisiaj napisać. Karolina była ostatnią przedstawicielką rodu Lanckorońskich z Brzezia, rodu, który wywodzi swą genealogię od XIV wieku i który dał Polsce wiele wybitnych postaci: posłów, senatorów, biskupów, wojewodów. Karolina przez całe życie miała przekonanie, że historia jej rodziny nakłada na nią raczej zobowiązania niż przywileje. I temu przekonaniu dawała świadectwo we wszystkim, co robiła.



Urodziła się w 1898 roku w Wiedniu. Jej ojciec, Karol, otrzymał nominację na Wielkiego Ochmistrza dworu Franciszka Józefa I. Z tego powodu, jak również poprzez swoje małżeństwa – dwukrotnie z Austriaczką, po raz trzeci z Prusaczką „zżył się na pozór całkowicie ze światem dworu i ekskluzywnej arystokracji austriackiej.” Jednak mimo iż był tak związany z kulturą niemiecką i austriacką, zrobił niezmiernie dużo dla nauki i kultury polskiej, za co został odznaczony przez rząd niepodległej Polski Wielką Wstęgą Orderu Polonia Restituta. Był kolekcjonerem i mecenasem sztuki, a jego zbiór obrazów stanowił jedną z najbogatszych w Wiedniu prywatnych galerii sztuki.


Dzieci Karola, w tym Karolina, odczuwały przez całe życie bardzo ścisły związek z Polską. Lanckorońska, od najmłodszych lat otoczona pięknem, odbywająca z ojcem podróże po muzeach europejskich, rozwijała w sobie coraz bardziej miłość do sztuki. Studiowała w Wiedniu historię sztuki właśnie , choć pociągało ją także pielęgniarstwo i myślała o ukończeniu szkoły pielęgniarskiej. W czasie studiów zresztą znajdowała czas na opiekę nad chorymi. Ostatecznie jednak, posłuchawszy rady zaprzyjaźnionego i cieszącego się autorytetem lekarza, postanowiła poświęcić się pracy naukowej. Jako pierwsza kobieta w Polsce zrobiła habilitację z zakresu historii sztuki i pozostała na Uniwersytecie Jana Kazimierza jako pracownik dydaktyczny i naukowy. Niestety, wkrótce wybuchła wojna. Lanckorońska, współpracując jako wolontariuszka z Polskim Czerwonym Krzyżem, oddała się opiece nad więźniami w całej Generalnej Guberni . Uratowała życie wielu osobom. Sama jednak została w 1942 roku aresztowana. Więziono ją w Stanisławowie i Lwowie, po czym wysłano do obozu w Ravensbrück. Tam organizowała m.in. wykłady z historii sztuki dla „królików” (kobiety poddawane niebezpiecznym eksperymentom medycznym) i dawała niebywałe świadectwo hartu ducha i odwagi.

W 1945 roku została zwolniona z obozu. Wyjechała do Włoch, gdzie, na życzenie generała W. Andersa, zorganizowała studia dla żołnierzy 2 Korpusu. Potem wspierała podobną działalność w Wielkiej Brytanii i Szkocji. Ostatecznie, wraz z księdzem prałatem Walerianem Meysztowiczem założyła Polski Instytut Historyczny w Rzymie i poświęciła się pracy wydawniczej i organizacyjnej dla nauki polskiej. Dzięki jej szczodrobliwości wielu uczonych polskich mogło studiować w Rzymie. W 1994 roku przekazała zbiory Lanckorońskich narodowi polskiemu . Znajdują się one na zamkach w Krakowie i Warszawie.


Karolina Lanckorońska zmarła w 2002 roku w Rzymie i została pochowana na tamtejszym cmentarzu Campo Verano.


Przeczytałam ostatnio jej „Wspomnienia wojenne”. Niezwykła książka. Pokazuje damę w całym tego słowa znaczeniu: kobietę inteligentną, dobrze wychowaną, energiczną, zachowującą królewską wręcz godność, spokój i odwagę w sytuacjach nieludzkich. Przesłuchujący ją gestapowiec nie mógł znieść jej spokoju i opanowania. „ „Dlaczego pani jest taka spokojna?” – pytał z rosnącą irytacją. –„ Przecież znajduje się pani w największym niebezpieczeństwie. (…) Czy pani jest wrogiem Niemiec?” – „Pan wie, że jestem Polką, i wie pan również, że Polska jest w stanie wojny z Niemcami.” – „ Pani ma odpowiedzieć na moje pytanie. Czy pani jest wrogiem Rzeszy Niemieckiej? Tak czy nie?” – „Oczywiście, że tak.”(…) – „Od kiedy?” – „Odkąd patrzę na bezmierne cierpienia moich braci.”” Lanckorońska górowała pod każdym względem nad swoim prześladowcą, nie potrafił złamać jej moralnie. Od chwili aresztowania była gotowa na śmierć, choć wewnętrzny glos zapewniał ją, że nie umrze. Jeszcze nie teraz… „Nie zanudzaj Pana Boga. On wcale jeszcze na ciebie nie reflektuje. On całkiem czegoś innego chce od ciebie. Pilnuj się, aby ci się charakter nie rozlazł w tej niewoli, a nie wybieraj się na tamten świat, bo będziesz żyła.”

Uderza mnie jej odwaga, radzenie sobie w sytuacjach tragicznych, zachowanie wolności w chwilach zewnętrznego zniewolenia. Można się zastanawiać, co jest źródłem tak wielkiej wewnętrznej siły tej kobiety. Na pewno wyniesione z domu poczucie własnej godności, szacunek do siebie, silny charakter, bo nawet w sytuacji zewnętrznego upodlenia nie pozwalała sobie na zachowanie, które spowodowałoby utratę szacunku do samej siebie. Poza tym, co bardzo ważne, Lanckorońska to człowiek sztuki, orędowniczka piękna, a ono stanowi źródło siły, wzorców, bohaterstwa. „Potęga smaku”, jakby to określił Zbigniew Herbert.

Zamknięta przez siedem dni w ciemnicy, pozbawiona kontaktów z ludźmi, ale też dostępu światła, wynalazła – jak pisze – „przyjemny sposób spędzenia dnia” przenosząc się wyobraźnią do jednej z wielkich galerii europejskich i „oglądając obrazy”. Ta miłośniczka Michała Anioła, Homera i wielu innych z wielkim przekonaniem pisała: „kto chce być wychowawcą narodu, ten musi dążyć do udostępnienia mu dzieł geniuszów, bo tylko ten, który je zna choć w części, wie, czym jest życie prawdziwe.” Oczywiście, oparcie znajdowała przede wszystkim w Bogu, a jej wiara wzrusza – typową dla niej szczerością: „ W tym okresie coraz bardziej męczył mnie lęk przy pacierzu. Chodziło o słowa „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.” Odpuścić to, co się działo wokół mnie, stawało się wręcz niemożliwością. Zupełnie mi już nie chodziło o siebie – bo chodziło o męczarnię tysięcy! Przecież nie mogłam kłamać Bogu! Wreszcie (długo się męczyłam i strasznie gryzłam) wycięłam te słowa z „Modlitwy Pańskiej” i – tak okaleczoną – odmawiałam ją do końca wojny.”

„Wspomnienia wojenne” są jednak czymś więcej niż tylko spotkaniem z wyjątkową osobowością autorki. To bogactwo obrazów, spostrzeżeń, opisów dotyczących życia obozowego, zmian następujących we Lwowie po wkroczeniu Armii Czerwonej, galeria charakterów… Uderza mnie na każdym kroku duma Lanckorońskiej z polskości, z którą się utożsamia (ojciec, jak wiemy, był Polakiem, matka natomiast Niemką): „ I znowu po raz setny czułam tak bardzo intensywną wdzięczność wobec Stwórcy za przynależność do narodu, który w tej rozpaczliwej walce o własny byt broni zarazem wszystkich najwyższych dóbr ludzkości.” Pisze o 10-letniej Jance, aresztowanej za udział w konspiracji: „dziecko bezustannie, zamiast wypierać się wszystkiego, powtarzało, że wie, ale nie powie, bo jest Polką”. Opowiada o podziwie, jaki budziły w obozie Polki, które jako jedyne „wchodziły z głową do góry i z miną po prostu wesołą” i wszystkie bez wyjątku umierały z okrzykiem „Niech żyje Polska”.


Mnóstwo tu szczegółów dotyczących życia obozowego, z pewną dozą humoru opisany został Lwów – oficerowie Armii Czerwonej, źle umundurowani, zaniepokojeni, wykupujący ze sklepów wszystko, łącznie z grzechotkami dla niemowląt. „Z ich zachłannością w zdobywaniu towaru dziwnie nie licowało ciągłe opowiadanie o zasobności Rosji, o tym, że w Sowietach jest wszystko, czego dusza zapragnie. Na zapytanie lwowian: A czy Kopenhaga jest?, zapewniali, że jest i to milionami. A pomarańcze są? Jeszcze ile! Zawsze było dużo, ale teraz, gdyśmy zbudowali tyle nowych fabryk, to jest ich jeszcze więcej”.

Podobnych obrazków obyczajów można znaleźć w książce bardzo dużo. Gorąco zachęcam do lektury.

 
Agata Głażewska,
Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Święty Józef z Nazaretu wzorem mężczyzny, ojca, wędrownika – Michał Kapias

Współczesny dramat mężczyzny

Postać św. Józefa jest nie do przecenienia w świecie chrześcijańskim. Przez wieki był ukazywany jako wzór doskonałego mężczyzny, posiadającego te cechy, które w szczególności miłe były Bogu jak i ludziom. Był Bożym człowiekiem na co dzień ujawniającym swą szlachetność i świętość. I chociaż jego doskonałość sławiona była przez wieki, wydaje się, iż to właśnie współcześnie przyzywanie go „ku pomocy”, jak też wpatrywanie się i kontemplowanie jego cnotliwych przymiotów, może okazać się szczególnie istotne i pomocne, zwłaszcza dla mężczyzn zakładających rodziny. Nadszedł bowiem czas, gdzie kreowany przez wieki symbol męskości został gwałtownie zanegowany, a nawet w swej istocie zmieniony. Mężczyzna zasadniczo różni się już od tego, kim był w minionych czasach. Doprowadziły do tego XX-wieczne ideologie: „komunizm zabrał mu wolność, nazizm pozbawił go honoru, socjalizm ukradł mu odpowiedzialność, a konsumpcjonizm siłę. A na koniec, genderyzm odarł go z tożsamości” (J. Wolak, Kryzys męstwa, „Polonia Christiana”, 42:2015, s. 39). Stan ów w poważnej mierze wpłynął na jego otoczenie, w szczególności na relacje małżeńskie i rodzinne. Nic więc dziwnego, iż coraz trudniej być przykładnym mężem i dobrym ojcem. Dodatkowym problemem stały się niebezpieczeństwa, które dotknęły aktualnie całą strukturę rodziny, a z którymi mężczyzna musi się zmierzyć. W związku z tyloma zagrożeniami nader istotną rolę spełnia św. Józef. Analizując jego życie można wysnuć sporo pomocnych wniosków, przydatnych mężczyznom, próbującym uchronić swe najbliższe, umiłowane otoczenie przed kryzysami współczesnego świata.

Kryzys czyli co?
Samo pojęcie kryzysu nastręcza już pewnego problemu.Pochodzi ono z gr. κρίση, κρίσιμη – co należy rozumieć jako odróżnić, rozdzielać, postanawiać, rozsądzać. Pochodzący z tego termin κρίσις byłby przeto pewnym wyborem lub rozstrzygnięciem. Słownikowo więc tłumaczy się go jako decydujący moment szczególnie w jakiejś tragedii, czas przesilenia, punkt zwrotny, wstrząs, przełom. W języku potocznym kryzys służy określaniu różnych sytuacji, których wspólnym mianownikiem jest aspekt zagrożenia. Wynika on z kolei z faktu zaistnienia takiego stanu istnienia bądź działania jakiejś instytucji lub rzeczy, który jest niezgodny z jej naturą. W efekcie prowadzi to do daleko posuniętych problemów w osiągnięciu wyznaczonych celów działania, a nawet do całkowitej niemożliwości osiągnięcia owego celu. Należy także zwrócić uwagę i na ten fakt, iż przyczyna powstania kryzysu nie jest pojedynczym przypadkiem, lecz winna być względnie trwałym zjawiskiem, mającym negatywną tendencję.
W kontekście rodziny kryzys prowadzi do powzięcia działań scentralizowanych w pierwszej mierze na jej zredefiniowaniu, w konsekwencji kreuje się całkowicie nową wizję rodziny, diametralnie inną od dotychczasowej – od wieków skupionej wokół wzajemnych relacji kobiety i mężczyzny, których owocem miłości są ich dzieci. Aktualne kryzysy rodziny mają różne oblicze – im wszystkim musi przeciwstawić się mężczyzna, jeśli chce ocalić swych najbliższych. Pomocą w tym będzie poszczególna klasyfikacja niebezpieczeństw, a następnie próba wskazania na propozycje przezwyciężenia ich metodami św. Józefa.
 
Kryzys społeczny
Liberalizacja życia doprowadza do coraz bardziej pogłębiającego się rozluźnienia  więzi międzyludzkich. Ogromny wpływ ma na to pluralizm postaw i zasad publicznych. Tendencje te dotykają także rodzinę (zob. J. J. Garrido, Misja chrześcijańska w czasie kryzysu kultury, „Communio” 14:1994, s. 79). W konsekwencji życie rodzinne sprowadzone zostało do niezależnego, niemal „suwerennego”, istnienia obok siebie poszczególnych osób, pomiędzy którymi nie tylko brak fundamentalnego odniesienia jakim winna być obopólna miłość, ale wręcz nie przejawiających wobec siebie jakiegokolwiek głębszego zainteresowania. Taka nowa rodzina stała się zatomizowanym zbiorem jednostek posiadających swoje  indywidualne światy, bez części wspólnej, niesprowadzalne do siebie.
Tendencje te w szczególny sposób objawiają się w kontekście zakłamywania prawdy o ludzkiej płciowości i lansowania postaw panseksualnych. Szeroko rozumiany biznes rozrywkowy kreuje globalne postawy zachowań wyjętych spod jakichkolwiek norm etycznych i uprawomocnia je jako kulturę masową. Fałszując obraz ludzkiej miłości upowszechnia się pornografię jako „zdroworozsądkową” przeciwwagę purytańskiej moralności (zob. B. Bassa, Przeciw godności człowieka, [w:] M. Wójcik red., Człowiek – Osoba – Płeć, Łomianki 1998, s. 260 n.). Trzeba bowiem pamiętać, iż „czystość domaga się osiągnięcia panowania nad sobą, które jest pedagogią ludzkiej wolności. (…) albo człowiek panuje nad swymi namiętnościami i osiąga pokój, albo pozwala się zniewolić przez nie i staje się nieszczęśliwy”. Szczególnie ważne jest uświadomienie sobie, iż miłość nie jest uczuciem, ale swoiście ludzką decyzją oddania się i trwania przy drugiej osobie. Ta decyzja zawiera w sobie postawę dojrzałości, odpowiedzialności i wytrwałości, a w małżeństwie – bezwarunkowej i pełnej afirmacji godności każdego ze współmałżonków. Niestety współcześnie coraz trudniej uczyć takiego sposobu bycia w świecie, w którym dominuje egoizm i samowola.
W tym kontekście postawa jaką swym życiem prezentuje św. Józef okazuje się nie do przecenienia. Przede wszystkim zdaje się on skłaniać dzisiejszych mężczyzn do tego aby szerzej otworzyli oczy, aby zobaczyli, iż nie są sami, że wkoło jest świat składający się nie tylko z rzeczy gotowych do użytku, ale przede wszystkim z realnych osób, których nigdy nie można używać, lecz przeznaczone są do miłości. Albowiem „nikt nie może posługiwać się osobą jako środkiem do celu: ani żaden człowiek, ani nawet Bóg – Stwórca” (K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, TN KUL, Lublin 1986, s. 29. ).
Kolejnym krokiem jest próba zrozumienia relacji jakie zachodzą między poszczególnymi ludźmi. Nie można przy tym zapominać, iż sam św. Józef miał z tymi sprawami spory problem. Przygotowywał się przecież do ślubu – w każdym czasie, miejscu i kulturze to nader istotne i ważne wydarzenie. Zmienia ono przecież w zasadniczy sposób życie każdego mężczyzny. Kończy się w pewien sposób czas „samotności i indywidualizmu”, a powstaje czas „wspólnoty i więzi”. Trzeba się dobrze do takiego wydarzenia przygotować. Trzeba otworzyć się na inne osoby – nie tylko tą, która jest wybranką serca (narzeczoną, małżonkę), ale także wszystkie te, które współtworzyły jej świat (jej rodzina, krewni, znajomi). To dosyć trudne zadanie, bez którego nie sposób normalnie funkcjonować w nowej rodzinie. (Ileż tragedii pojawia się w wyniku konfliktów z teściami, braku porozumienia i akceptacji tego, że każdy człowiek ma prawo do swej indywidualnej tożsamości). Tymczasem św. Józef podejmuje te wezwania i w szczerości oraz z pokorą próbuje zrozumieć innych ludzi oraz w miłości budować z nimi relacje.
Kolejny problem to kwestie związane z seksualnością. Dziś ten problem praktycznie został całkowicie zliberalizowany. Jednak w czasach św. Józefa jakiekolwiek odstępstwo od przyjętych zasad religijno – kulturowych mogło skończyć się nawet śmiercią (ukamienowaniem). Gdy więc wychodzi na jaw Boska tajemnica Maryi, o Jej brzemiennym stanie, ów Święty Mąż podejmuje zamysł zgoła najbardziej szlachetny. W trosce o reputację swej umiłowanej, a zarazem chroniąc ją przed niechybną karą z „rąk sprawiedliwości publicznej”, chce ją oddalić w jakieś ustronne miejsce, aby nie doprowadzić do tragedii. Nie ocenia, nie potępia, ale troszczy się o osobę, chroniąc ją. Równocześnie modli się, aby w swym postępowaniu nie zbłądzić. Bóg docenia Jego wysiłki i w objawieniu nakłania go, aby przyjął do siebie tę, która została wybrana do Bożych dzieł. Szanuje swą małżonkę pozostawając przez cały ten trudny dla niego czas w czystości (por. Mt. 1, 18 – 25). Rozsądek, posłuszeństwo Bożym planom, jak i wstrzemięźliwość seksualna ze względu na wyższe dobro – oto przymioty, które pozostawia św. Józef współczesnym mężczyznom.
 
Kryzys kulturowy
Problematyka seksualna staje się dziś niejednokrotnie kulturową kartą przetargową. Widać to szczególnie w nasilających się tendencjach ideologii genderowej. W języku polskim nie odróżnia się dwu pojęć dotyczących seksualności, chodzi tu mianowicie o angielskie słowo sex – rozumiane jako płeć biologiczną, oraz gender– utożsamianą z płcią społeczno – kulturową. Człowiek zawsze wyrażał się jako mężczyzna lub kobieta. Tymczasem aktualnie coraz częściej można wyróżnić pięć rodzajów płci: męską, żeńską, homoseksualną, biseksualną i transseksualną (Zob. G. Kuby, Rewolucja gen derowa. Nowa ideologia seksualności, Kraków 2007, s. 59.). Okazuje się, iż określenie swej płci, każdy dziś może wybrać wedle swego uznania. „<Płeć biologiczna> jest konstruktem idealnym, który z czasem pod przymusem zostaje zmaterializowany. Nie jest to fakt naturalny czy nienaruszalny stan ciała, ale proces, w którym normy społeczne materializują ową <płeć biologiczną>, a te materializację osiągają przez wymuszone, ciągłe powtarzanie tychże norm” (J. Butler, Gender Trouble: Feminism and the Subversion of Identity, New York – London 1990.). Innymi słowy ponieważ to odpowiednie normy społeczne narzuciły nam taką a nie inna płciowość, teraz nadszedł czas, aby wyzwolić się spod tych reguł i w imię wolności samemu określić swą „identyfikację biologiczną”.
W efekcie działania takie prowadzą do kolosalnych dramatów w poszczególnych rodzinach, które przestają już być związkiem biologicznego mężczyzny i kobiety. Posiadanie dziś dwu ojców lub matek coraz mniej niestety szokuje. A gdy dodać do tego możliwość wejścia w „związek małżeński” ze swoim psem, a nawet choinką bożonarodzeniową, doprowadza się instytucję małżeństwa czy też ewentualnej „rodziny” do skrajnej tragifarsy.

W kontekście powyższych nowoczesnych stosunków partnerskich największym problemem stała się rodzina zbudowana na tradycyjnym modelu wychowania. W szczególności niszczona więc jest postawa podporządkowania dzieci autorytetowi rodziców. Tego typu relacje negują gloryfikowaną wolność indywidualną każdej jednostki. W zamian proponuje się popularyzowane w różnych wariantach anarchizujące hasło „róbta co chceta”. Ogranicza się prawnie coraz bardziej władzę rodzicielską nad dziećmi w imię swobody rozwoju, oraz niwelowania wszelkich postaci autorytaryzmu. Coraz częściej można spotkać się z pomysłami odbierania rodzicom praw do wychowywania swych dzieci na rzecz spełnienia tych funkcji poprzez organizacje państwowe (żłobki, przedszkola, szkoły). O ile tego typu instytucje mogą być wybierane w sposób indywidualny przez opiekunów osób nieletnich, o tyle budzą spore zastrzeżenia wszelkiego rodzaju akty prawne zmuszające rodziców do oddawania swych dzieci w coraz młodszym wieku pod auspicje państwowych ideologów wychowania. Żadne szczytne cele wypisywane na sztandarach równości szans czy też społecznego równouprawnienia nie zastąpią bowiem miłości rodzicielskiej i ciepła rodzinnego domu. Są to fundamentalne czynniki wpisujące się w sposób konstytutywny w egzystencję każdej osoby i kształtującej jej człowieczeństwo od najmłodszych lat.

Powyższe problemy wpływają także na współczesnego mężczyznę, który okazuje się być coraz mniej męski. Zacząć można od zmian w kwestiach urody. Zanika dziś mężczyzna wysokiego wzrostu, o mocnej budowie ciała i silnej sylwetce. W zamian kanony mody proponują osobniki o wyglądzie hermafrodyty, z lalusiowym uśmieszkiem, prędzej przyzywających odpowiednie służby porządkowe aniżeli zdolne do użycia własnej siły i sprawności.
Jeśli dołożyć do tego wieloletnie trwanie w rzeczywistości, w której stale kobiety domagają się równouprawnienia w sposób już zideologizowany, doprowadza to do sytuacji, w której zatraca się tradycyjny podział ról społecznych między pierwiastkiem męskim a żeńskim. W efekcie pojawiają się tragikomiczne sytuacje wywracające dotychczasowy styl życia kulturowego do góry nogami. Przykładem może być sytuacja tzw. urlopu tacierzyńskiego. Oto kobiety w pogoni za możliwością realizowania swych ambicji zawodowych, podejmują usilne próby jak najszybszego powrotu do pracy po urodzeniu dziecka, pozostawiając je (i to niejednokrotnie w sytuacji, gdy należałoby karmić dziecko w sposób zgodny z naturą) pod opieką jego ojca (Zob. I. Kucharska, Gdzie ci mężczyźni?, „Polonia Christiana”, 42:2015, s. 43.). Kolejna genderowa furtka została otwarta.
Można wprawdzie się cieszyć się w tym wypadku, z odpowiedzialnej postawy ojca – mężczyzny, przecież mógł po prostu nie zgodzić się na pełnienie takiej funkcji. Zresztą brak odpowiedzialności to chyba najczęściej spotykany „grzech” męski. W dobie „wszchmożliwości”, która dobija się do intelektu niemal z każdej reklamy, w czasie gdy na każdym kroku wmawia się przeciętnemu Kowalskiemu, iż wszystko i wszyscy są na jego zawołanie, gdyż „klient nasz pan”, mężczyzna może zatracić powoli wyczucie rzeczywistości i poczuć się jak król. A pan i władca nie musi przecież przed nikim odpowiadać. Tak łatwo przecież zapomnieć o swych obowiązkach i uciec w iluzoryczne marzenia.
I w tym wypadku solidną odpowiedź daje św. Józef. Przede wszystkim jest mężczyzną z krwi i kości. Może nigdy nie był atletą, ale  z pewnością był zahartowany w życiu przez swą ciężką i znojną pracę. Ona musiała odmalować swe piętno na jego sylwetce. A przecież pracy się nie bał. Ponadto – mimo pewnych sporów historyczno-teologicznych – był raczej młodym człowiekiem (starzec widniejący na niejednym obrazie ma raczej wydźwięk symboliczny, mający sugerować jego chęć obrony dziewictwa Maryi). Nie interesował się tym samym najnowszymi trendami dochodzącymi – choć zapewne z pewnym opóźnieniem – z dworu rzymskiego cesarza.
Jego stałość i moc charakteru była widoczna, choć strony Biblijne tak niewiele informacji przytaczają o tej postaci. Sprawy małżeńskie z pewnością były dla niego istotne. Natura i biologizm męski nie zmienia się przez wieki, dlatego też można przypuszczać, iż odzywały się w nim pragnienia intymnego spotkania ze swa małżonką. A mimo to potrafił uszanować jej czystość i dziewictwo. Świadczy o tym ewangelista Matusz (Mt. 1,25) jak i cała tradycja katolicka. W dzisiejszym panseksualnym świecie taka postawa może się wydawać irracjonalna, a mimo to jest on symbolem zdrowych relacji małżeńskich. (Istnieją bowiem sytuacje, kiedy to mężczyzna musi w imię wyższego dobra panować nad swą seksualnością i powstrzymywać się od współżycia ze swą żoną).
Wreszcie – co wydaje się bardzo istotne – potrafił stworzyć normalną, zdrową i kochającą się rodzinę. Był mężem jednej kobiety, miał syna, którego wychowywał i troszczył się o oboje. Czasy jego życia z pewnością – podobnie jak i dziś – obfitowały w różnorodne pokusy. Został jednak wierny swym wyborom miłując swą rodzinę i żyjąc dla niej. Wydaje się, iż współcześnie wielu mężczyznom trzeba by przypomnieć jak w poprawny sposób należy rozmieścić akcenty w ich życiu i tym samym przywrócić poprawną hierarchię wartości.
 
Kryzys ekonomiczny
Kwestie gospodarcze mają zasadniczy wpływ na istotę i rozwój rodziny. Współczesna sytuacja ekonomiczna w naszym kraju doprowadziła w wielu gospodarstwach domowych do coraz bardziej dramatycznych sytuacji związanych z poszukiwaniem pracy. Nie jest to jednak, w przeważającej mierze, spowodowane widmem głodu czy nędzy. Dzisiejsze dylematy egzystencjalne wynikają raczej z chęci podwyższenia standardu materialnego życia. W efekcie wiele rodzin polskich boryka się z problemami rozbicia i samotności wynikłymi z gwałtownej emigracji zarobkowej. Paradoksalnie sytuacja ta może przyczynić się do odbudowania więzów wielopokoleniowych zarzuconych od dawna ideą oddzielenia starszych krewnych, umieszczonych w domach starców, od młodszego pokolenia dbającego wyłącznie o własną wygodę. Gdy współcześni rodzice wyjeżdżają w celach zarobkowych na Zachód, osierocone dzieci odnajdują opiekę u swych dziadków. Jest to jednak rozwiązanie doraźne, albowiem istota rodzinnego procesu wychowawczego została mimo wszystko zachwiana.
W konsekwencji ustawiczna pogoń za pracą, a niejednokrotnie coraz to lepszymi jej warunkami przysłania jej egzystencjalny cel. Przecież to nie człowiek jest dla pracy, lecz praca po to, by człowiek mógł godniej żyć. W tym kontekście ustawienie sytuacji gospodarczej w taki sposób by już nie tyle mobilizować, co raczej zmuszać ludzi aby ciężkim, całodziennym wysiłkiem zdobywali minimalne środki umożliwiające im przeżycie kolejnego dnia, staje się działaniem moralnie podejrzanym. Z tego też względu system ekonomiczny, który za główny cel działania uważa osiągnięcie zysku, niestety niejednokrotnie sprowadzanego do wymiaru materialnego sprawia, że ten sam sposób działania i cel zostaje wprowadzony w relacje rodzinne. W ten sposób poszczególni członkowie rodziny są sprowadzeni do rangi narzędzi mających zapewnić danej jednostce porządny statut materialny. Człowiek więc stał się instrumentem w walce o ekonomiczny byt.
Pomijając surrealną sytuację gdy to „ambicje kobiety” sprawiają, iż główny dochód rodzinny płynie z jej pracy, to zasadniczo na barkach mężczyzny spoczywa obowiązek zapewnienia bytu gospodarczego jego najbliższym. Niestety sytuacja ekonomiczna często negatywnie weryfikuje ów wzorzec działania. Niepewność stałej posady, głodowe pensje, nieuczciwi pracodawcy, stały się dziś plagami na rynku pracy. Trudno zatem o psychiczny komfort świadomości, iż wykonywana praca przez dłuższy okres czasu przyczyni się do stabilnej sytuacji finansowej w rodzinie.

Tymczasem losy św. Józefa wydają się w tym wypadku zbieżne ze współczesnymi dylematami pracowników. On także nie był pewny swej ekonomicznej przyszłości. Wprawdzie miał swój warsztat stolarski, lecz żył wśród biednych ludzi, którzy z pewnością niezbyt często zamawiali jakiś mebel do swych domostw. Niektóre przekazy tradycji chrześcijańskiej ujmują jego postać jako cieślę. Być może był to jego zawód, jednak i ten fakt niewiele zmienia w kwestii gospodarczej. Nie należy zakładać, iż w jego czasach był spory popyt na domostwa. Z faktów tych należy wnosić, iż jego fach nie przysparzał mu znaczącego bogactwa. Z drugiej strony pozwalał na ubogie, aczkolwiek przyzwoite życie. Nie znajduje się w jego postawie złorzeczenia czy zaklinania swego losu w celu zdobycia dostatniego życia. Raczej widać głęboką ufność Bogu, w Którym pokładał nadzieję, a ta przynosiła mu siły do zmierzenia się z codziennymi przeciwnościami. Dar dwu gołębi lub synogarlic składany w świątyni w czasie Ofiarowania Jezusa jego syna świadczy raczej o ubóstwie życia, a jednak nigdy nie narzekał. Jego rodzina nigdy także nie cierpiała nędzy. Potrafił z podniesiony czołem stanąć przed wyzwaniem codzienności i mężnie podjąć się zadań jakie stawiała jego praca.

I jeszcze jedne istotny szczegół. W swych dążeniach zawodowych podejmował wysiłek kształcenia swego syna. Niejako przyuczał go do zawodu. To niezmiernie istotne z punktu widzenia psychologicznego, aby ojciec podejmował codzienne działania wraz ze swoim synem. Przynosi to istotne korzyści w rozwoju psycho-duchowym dziecka. Dzięki temu można nawet takie działanie nazwać prowadzeniem rodzinnego biznesu. I chociaż mógł emigrować za pracą, wybrał jednak wariant skromniejszy finansowo, dzięki któremu pozostał razem ze swą żoną Maryją i synem Jezusem pod jednym dachem.
 
Przesłanie św. Józefa
Chcąc brać wzór ze św. Józefa współczesny mężczyzna musi zrozumieć przede wszystkim, iż naczelną wartością w jego życiu była troska o rodzinę. Wiedział on bowiem, iż tworzy ją wespół z niezwykłymi osobami. Jego żona została wybrana przez samego Boga, zaś jego „przybrany” syn – którego był opiekunem – to przecież Syn samego Boga. Niełatwo z pewnością żyć z taką świadomością.
Drugim elementem jest postawa wyrzeczenia się samego siebie i poświęcenia swego życia dla wspomnianych osób. Ta świadomość pełnienia misji przepełniała jego ziemską egzystencję. Wiedział, że wartość rodziny sprzyja wzajemnej pomocy w rozwijaniu cnót moralnych, a zarazem powstrzymuje ewentualny rozwój wad moralnych. Same zaś zalety św. Józefa są dosyć liczne.
Przede wszystkim  jest posłuszny Bogu. Jest to możliwe tylko o tyle o ile człowiek wsłucha się w Boże Słowo. Wymaga to postawy ciszy i ukorzenia, z której to wynika głęboka i przemyślana refleksja nad sposobem życia, jak też zdolność do wielkiej wrażliwości moralnej.  Dzięki temu można o nim rzec, iż był człowiekiem sumienia.
Te przymioty sprzyjają budowaniu relacji z innymi ludźmi. Potrafił z nimi się spotykać, rozmawiać, jak też głęboko wsłuchiwać się w to, co mówią (zwłaszcza ta ostatnia cecha jest dziś rzadkością wśród mężczyzn). Nie był milczkiem czy mrukiem, ale potrafił zachować milczenie, aby tym lepiej zrozumieć innych. Nie uciekał przed trudnymi wyzwaniami, jak też nie odtrącał ludzi, z którymi trudno poprzestawać. Miał odwagę być z drugim człowiekiem. Nie klasyfikował bliźnich, albowiem trwając w Bożej ufności potrafił ich kochać. Cechy te – choć pośrednio – wynikają z braków jakichkolwiek przesłanego faktograficznych, wskazujących na jakiekolwiek konflikty z innymi osobami (sąsiadami czy stróżami prawa).
Wreszcie św. Józef wykazywał wielką odwagę w podejmowaniu wyzwań i przeciwności, jakie stawiała mu codzienność. Trzeba mieć głęboką czułość, aby przyjąć brzemienną kobietę jako swą żonę. Wielką siłę samozaparcia, aby wędrować z nią w błogosławionym stanie, w celu spełnienia obywatelskiego obowiązku. Niesamowitą troskliwość by towarzyszyć jej w chwilach rozwiązania, mając świadomość, iż nie zapewniło się jej godziwych warunków w czasie porodu. A także sporą odwagę, aby uciekać przed siepaczami w obce tereny i czekać na emigracji na lepsze czasy. Po powrocie w rodzinne strony św. Józef musiał wykazać się zmysłem organizacji, aby wszystko zacząć od początku – budowę domostwa, tworzenie relacji sąsiedzkich, rozkręcanie własnego biznesu. Jest mężczyzną, który potrafi kochać i pracować. A wszystko to dzięki temu, iż bezgranicznie zaufał Bogu. 
 





Michał Kapias,

mąż, ojciec, wędrownik, Ferrao w 1. GRy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

O pokusach (3) – Agata Głażewska

Dziś chciałabym zakończyć rozważaniach o pokusach, przedstawić ich rodzaje, oznaki i główny środek ich przezwyciężenia. Opieram się, rzecz jasna, na traktacie księdza Piotra Semenenki CR.

Ksiądz mówi najpierw o pokusach pociągających do złego. Takie kuszenie przeżył Chrystus Pan na Górze Kuszenia. Świetnie pisze o tym Benedykt XVI w książce „Jezus z Nazaretu”. Drugim rodzajem pokus, które również były nieobce Jezusowi, są pokusy odciągające od dobrego. Doświadczał ich nasz Pan na Górze Oliwnej, przed samym spełnieniem dzieła odkupienia. Tych pokus nie znamy tak szczegółowo jak poprzednie, ale wiemy, że również były potrójne i że Chrystus tę potrójną pokusę przezwyciężył potrójną modlitwą.

W dziedzinie duchowej pokusą odciągającą od dobrego jest brak wiedzy w sprawach duchowych, brak rozeznania Woli Bożej. Człowiek lekceważy życie wewnętrzne i staje się niezdolny do prawdziwej świętości. W dziedzinie uczuciowej tym, co odciąga nas od dobrego, jest obawa przed wszystkim, co trudne, co boli. Wymienione tu pokusy można rozeznać i pokonać tylko siłą modlitwy.

Ksiądz Piotr dużo miejsca poświęca tak zwanym pokusom ukrytym, czyli takim, które ukrywają się pod postacią czegoś dobrego. Ich cechą na polu zmysłowym jest szukanie pociechy; na polu umysłowym – obstawanie przy swoim zdaniu. „Człowiek, który w istocie broni prawdy, to ją pokazuje, ale się nie obrusza, nie dziwi się zaprzeczeniu, nie oburza się na przeciwnika.”
Bardzo ważne jest to, co ksiądz pisze o pokusach ukrytych w dziedzinie woli. Człowiek pod wpływem tej pokusy miesza się do wszystkiego, wszystko poprawia, a jak go nie słuchają, to się niecierpliwi.
Jak poznać takie ukryte pokusy? Otóż towarzyszą im zawsze:
  1. pośpiech – gorączkowe pragnienie zajęcia się jakąś rzeczą, nawet dobrą, świętą. Ale gdy chcemy ją robić po swojemu, według własnych planów, to już nieczystość. Wyraża się ona w szukaniu siebie, nieczekaniu na Wolę Bożą;
  2. niepokój – wynika z szukania własnej chwały. Człowiek niepokoi się głównie tym, jakie wrażenie zrobi na innych, jak wypadnie;
  3. smutek – człowiek doznaje radości, gdy coś się uda i popada w smutek pod wpływem niepowodzenia.
Takie – według Piotra Semenenki – są trzy niezawodne znaki ukrytej pokusy. Ksiądz Piotr mówi przy tej okazji o tzw. czynności własnej. Człowiek nie wyrzeka się wtedy siebie, swoich pragnień, swojego dążenia…. Nawet do Bożego dzieła podchodzi egoistycznie. Warto sobie w tym miejscu zadać pytanie: jak znoszę przeciwności? Czy pod ich wpływem nie popadam w smutek? Czy naprawdę szukam tylko Woli Bożej?
Głównym środkiem przeciw pokusom jest żywa wiara, wsłuchiwanie się w Chrystusa, poznawanie Go, przypatrywanie się Jego postaci. Mamy wypełnić swoją wyobraźnię Chrystusem, swoje serce Jego miłością, swoją wolę z Nim zjednoczyć.





Agata Głażewska,

Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Maryjna Godzina Drogi – Paweł Czuba HR

Poniższe słowa pochodzą z dzieła św. Ludwika Marii Grignion de Montfort „Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświęszej Maryi Panny”.
18.03 Maryja jako wieczna pośredniczka między Bogiem a ludźmi
Wyznaję z Kościołem, że Maryja jako stworzenie, które wyszło z rąk Najwyższego, w porównaniu z Jego
nieskończonym Majestatem mniejszą jest niż najdrobniejszy pyłek lub raczej, że jest niczym, gdyż Bóg jeden jest TYM, KTÓRY JEST (Wj 3,14). Toteż ów Pan wielmożny, całkiem niezależny i sam sobie wystarczający, nie potrzebował ani nie potrzebuje koniecznie Najświętszej Maryi Panny, by urzeczywistnić swe zamiary i objawić swoją chwałę. Wystarczy Mu chcieć, by dokonać wszystkiego.
 


Przyjąwszy jednak rzeczywisty stan rzeczy, twierdzę, że Bóg, który od chwili stworzenia Najświętszej Dziewicy chciał największe swe dzieła przez Nią rozpocząć i dokonać, nie zmieni z pewnością swego postępowania na wieki, gdyż jest Bogiem i nie podlega zmianom ani w swych zamiarach, ani w swym postępowaniu.
Bóg Ojciec nie inaczej dał światu Syna swego Jednorodzonego, jak przez Maryję. Choć patriarchowie z takim utęsknieniem za Nim wzdychali, choć prorocy i święci Starego Przymierza przez cztery tysiące lat o skarb ten tak gorąco błagali, Maryja jedna wysłużyła Go i znalazła łaskę u Boga (Łk 1,30) mocą swych modlitw i wielkością swych cnót. Ponieważ świat nie był godzien – mówi św. Augustyn – otrzymać Syna Bożego bezpośrednio z rąk Ojca, dlatego dał Go Bóg Maryi, by świat Go przez Nią otrzymał.
19.03 Maryja jako pośredniczka łask Trójcy Świętej
Bóg Ojciec zebrał wszystkie wody i nazwał je „maria”, to znaczy morza (łac.). Utworzył On też zbiornik wszystkich swoich łask i nazwał go Marią. Bóg Najwyższy posiada skarbiec, składnicę bardzo bogatą, w której zamknął wszystko, co piękne, cenne, rzadkie i kosztowne, nawet własnego Syna. Tą przebogatą skarbnicą jest właśnie Maryja [córka Boga Ojca], którą święci nazywają „Skarbcem Pana” z którego pełności bogactwa spływają na ludzkość.
Bóg Syn dał swojej Matce wszystko, co swym życiem, śmiercią, swymi nieskończonymi zasługami i przedziwnymi cnotami wysłużył. Uczynił Ją Szafarką tego wszystkiego, co Mu Ojciec dał w dziedzictwie. Przez Nią daje swoim członkom udział w swych zasługach i cnotach i przez Nią rozdaje łaski swoje (św. Albert Wielki). Maryja jest Jego tajemniczym kanałem, przewodem, przez który łagodnie a obficie płyną bogactwa Jego miłosierdzia.
Bóg Duch Święty udzielił Maryi, swojej wiernej Oblubienicy, niewypowiedzianych darów. Uczynił Ją Szafarką wszystkiego, co posiada, tak że Ona jedna rozdziela wszystkie dary i łaski, dając, komu chce, ile chce, jak chce i kiedy chce (św. Bernardyn). Toteż nikt z ludzi nie otrzyma żadnego daru niebieskiego, który by nie przeszedł przez Jej dziewicze dłonie, albowiem wolą Boga jest, byśmy, wszystko mieli przez Maryję. W ten sposób chciał Najwyższy wzbogacić, podnieść i uczcić Tę, która z pokory przez całe życie chciała być ubogą i ukrytą, uniżając się aż do głębi nicości. Tak uczy Kościół, a z nim święci Ojcowie.
20.03 Działanie Jezusa przez Maryję
Jeżeli zwrócimy uwagę na resztę życia Jezusa Chrystusa, przekonamy się, że chciał rozpocząć swą cudotwórczą działalność również przez Maryję. Słowem wypowiedzianym przez Maryję uświęcił Jana w łonie matki jego, Elżbiety (zob. Łk 1,41). Skoro Maryja przemówiła, Jan został uświęcony. Był to Jego pierwszy i największy cud łaski.
Na Jej pokorną prośbę przemienił w Kanie Galilejskiej (zob. J 2,1nn) wodę w wino. Był to pierwszy Jego cud w porządku natury. Słowem, Jezus rozpoczął czynić cuda przez Maryję, nie przestaje ich spełniać przez Nią i przez Nią będzie je spełniał do końca świata.
21. 03 O pokorze Maryi
Pokora Jej była tak głęboka, że nic nie miało dla Niej większego powabu, jak prowadzić życie ukryte przed samą sobą i przed wszelkim stworzeniem, a znaną być jedynie Bogu.
Bóg wysłuchał próśb, które zanosiła do Niego o życie ukryte, ubogie i pełne upokorzeń, i w dobroci swojej zasłonił przed wzrokiem ludzkim Jej Poczęcie i Narodzenie, tajemnice Jej życia, Jej Zmartwychwstanie i Wniebowzięcie. Właśni rodzice nie znali Jej dobrze, a aniołowie pytali często jedni drugich: Kimże jest Ta?(Pnp 3,6), ponieważ Najwyższy ukrył Ją przed nimi; a jeśli czasem odsłaniał im rąbek tajemnic, to tym większe wspaniałości przed nimi ukrywał.
Bóg Ojciec zgodził się na to, by za życia nie zdziałała żadnego mającego rozgłos cudu, choć dał Jej władzę ku temu.
Bóg Syn zgodził się na to, by nie wypowiadała się prawie wcale, choć Ją wzbogacił mądrością swoją.
Bóg Duch Święty – mimo że Maryja była Jego wierną Oblubienicą – sprawił, że Apostołowie i Ewangeliści mówią o Niej bardzo mało, tyle tylko, ile było konieczne, by świat poznał Jezusa Chrystusa.
Maryja jest najdoskonalszym Arcydziełem Najwyższego, jest Arcydziełem, którego znajomość (św. Bernardyn) i posiadanie Bóg zastrzegł samemu sobie.
22.03 Dlaczego warto ofiarować wszystko Jezusowi przez Maryję?
Maryja uszlachetnia nasze dobre uczynki, ozdabiając je swymi zasługami i cnotami. Wyobraźmy sobie wieśniaka, który chcąc zdobyć sobie przyjaźń i przychylność króla, idzie do królowej i ofiaruje jej jabłko, stanowiące cały jego dobytek, z prośbą, by je ofiarowała królowi. Królowa przyjmuje ten ubogi i nikły dar wieśniaka, a położywszy go na wielką, szczerozłotą tacę, ofiaruje go w jego imieniu królowi. Wówczas jabłko, samo w sobie prawie żadnej nie przedstawiające wartości, byłoby przez wzgląd na złoty półmisek, a przede wszystkim na osobę, która je wręcza, podarunkiem godnym królewskiego majestatu.
23.03 O władzy Maryi
Ponieważ łaska doskonali naturę, a chwała łaskę, dlatego pewną jest rzeczą, że Pan Jezus w niebie tak samo jest Synem Maryi, jak Nim był na ziemi. Przeto zachował On względem Niej uległość i posłuszeństwo Najdoskonalszego Syna wobec Najlepszej Matki. Wszakże we wspomnianej zależności nie wolno upatrywać jakiegoś poniżenia lub jakiejś niedoskonałości dla Jezusa Chrystusa. Maryja bowiem stoi nieskończenie niżej od swego Syna, będącego Bogiem, i dlatego nie daje Mu rozkazów tak, jakby to czyniła matka ziemska względem podwładnego sobie dziecka. Maryja, przebóstwiona przez tę łaskę i chwałę, która przebóstwia wszystkich świętych, nie prosi o nic, nie żąda niczego, nie czyni nic, co by się sprzeciwiało przedwiecznej i niezmiennej woli Bożej.
Gdy więc czytamy w pismach św. Bernarda, św. Bernardyna, św. Bonawentury i innych świętych, że zarówno w niebie, jak i na ziemi, wszystko, nawet sam Bóg, podlega Najświętszej Maryi Pannie, to chcą oni przez to powiedzieć, że władza i moc, której Pan Bóg raczył Jej udzielić, jest tak wielka, że zdaje się, jakoby posiadała tę samą władzę, co Pan Bóg, a Jej modlitwy i prośby są u Pana Boga tak wszechpotężne, że uchodzą wprost za rozkazy przed Majestatem Bożym, który nigdy nie odrzuca próśb swojej ukochanej Matki, dlatego że zawsze są pokorne i zgodne z Jego wolą.
Jeżeli Mojżesz siłą swojej modlitwy zdołał tak dalece powstrzymać gniew Boży na Izraelitów, że Najwyższy i Nieskończenie Miłosierny Pan, nie mogąc mu się oprzeć, odezwał się do niego, by nie wstrzymywał zapalczywości Jego gniewu wobec tego buntowniczego ludu (zob. Wj 32,10), to cóż dopiero sądzić o modlitwie pokornej Maryi, godnej Matki Boga, która potężniejsza jest wobec Majestatu Bożego niż prośby i orędownictwo wszystkich aniołów i
świętych w niebie i na ziemi (św. Augustyn).
24.03 Nabożeństwo do Maryi konieczne jest do osiągnięcia życia wiecznego
Z faktu, że Najświętsza Dziewica potrzebna jest Bogu, mianowicie potrzebna warunkowo, bo taka jest wola Boża, wypływa logiczny wniosek, że ludziom Maryja jest tym bardziej potrzebna do osiągnięcia zbawienia wiecznego. Dlatego nie wolno nabożeństwa do Najświętszej Dziewicy stawiać na równi z nabożeństwem do świętych, jak gdyby było niekonieczne lub nadobowiązkowe.
Jeśli nabożeństwo do Najświętszej Dziewicy konieczne jest dla wszystkich ludzi chcących osiągnąć żywot wieczny, to o wiele potrzebniejsze jest ono dla tych, którzy są powołani do pełni doskonałości. Nie wierzę, by ktokolwiek mógł dojść do ścisłego zjednoczenia z Panem Bogiem i do doskonałej wierności Duchowi Świętemu, jeśli nie jest ściśle zjednoczony z Najświętszą Dziewicą i nie zależy całkowicie od Jej pomocy.
Tylko Maryja znalazła łaskę u Boga (por. Łk 1,30) bez pomocy innej ludzkiej istoty. Wszyscy, którzy po Maryi znaleźli łaskę u Boga, znaleźli ją jedynie przez Maryję i tylko przez Nią znajdą ją ci, którzy jeszcze przyjdą (św. Bonawentura). Maryja była pełna łaski, kiedy pozdrowił Ją Archanioł Gabriel (Łk 1,28); została przepełniona obfitością łask, kiedy Duch Święty na Nią zstąpił i w sposób tajemniczy Ją osłonił (zob. Łk 1,35). Tę zaś podwójną obfitość Maryja z dnia na dzień i w każdej chwili tak pomnażała, że osiągnęła niezmierzony i niepojęty stopień łaski. Najwyższy uczynił Maryję jedyną Skarbnicą swoich bogactw i jedyną Szafarką łask, aby według swojej woli uszlachetniała, podnosiła i wzbogacała ludzi, aby wprowadzała, kogo zechce, na wąską drogę wiodącą do nieba, aby przeprowadzała, kogo zechce, mimo wszelkich przeszkód, przez ciasną bramę życia, aby wreszcie dała tron, berło i koronę królewską, komu
Jej się podoba. Jezus jest zawsze i wszędzie owocem i Synem Maryi, a Maryja jest wszędzie prawdziwym drzewem, które nosi owoc żywota, i prawdziwą Matką, która rodzi Jezusa Chrystusa.
25.03 Maryja ukształtuje wielkich świętych czasów ostatecznych
Wszyscy możni narodów, powtarzam za św. Bernardem wyrażenie Pisma Świętego (Ps 45,13), z błaganiem upadać będą przed Obliczem Twoim po wszystkie wieki, zwłaszcza przy końcu świata. Najwięksi święci, dusze najbogatsze w łaskę i cnotę, modlić się będą najusilniej do Najświętszej Dziewicy i ciągle będą się w Nią wpatrywać jako w doskonały wzór do naśladowania i potężną pomoc we wszelkich potrzebach.
Powiedziałem, że stanie się to zwłaszcza przy końcu świata, i to wkrótce, gdyż Najwyższy wraz ze swoją Najświętszą Matką muszą ukształtować wielkich świętych, którzy tak dalece przewyższą świętością innych świętych, jak cedry Libanu przewyższają niskie krzewy, jak to Bóg objawił pewnej świętej duszy, której życie opisał Renty.
Wielkie te dusze, pełne łaski i gorliwości, będą powołane do tego, by stawiły opór nieprzyjaciołom Bożym, którzy zewsząd podniosą zajadle głowy. Zapałają one szczególniejszym nabożeństwem do Najświętszej Dziewicy, będą oświecone Jej światłem, będą karmione Jej mlekiem, kierowane Jej duchem, wspierane Jej ramieniem i otoczone Jej opieką tak, iż jedną ręką będą walczyć, a drugą budować (zob. Neh 4,10-12).
Teksty dodatkowe:
O nieprzyjaźni między Matką Bożą a Lucyferem
Tylko jeden raz położył Bóg nieprzyjaźń, ale nieprzyjaźń nieprzejednaną, która trwać będzie do końca świata i wzmagać się nieustannie: to nieprzyjaźń między Maryją, czcigodną Matką Bożą, a szatanem, między dziećmi i sługami Najświętszej Dziewicy a dziećmi i wspólnikami Lucyfera. Maryja, Najświętsza Matka Boża, jest największą nieprzyjaciółką, jaką Bóg przeciwstawił szatanowi. Już w raju ziemskim tchnął Bóg w Nią, choć wtedy istniała tylko w myśli Bożej, tyle nienawiści do tego przeklętego nieprzyjaciela Bożego, dał Jej tyle zręczności do ujawnienia złośliwości tego piekielnego węża, tyle siły do zwyciężenia, zdeptania i zmiażdżenia tego pysznego bezbożnika, że on nie tylko lęka się Jej więcej niż wszystkich aniołów i ludzi, ale poniekąd więcej niż samego Boga. Nie znaczy to, jakoby gniew, nienawiść i potęga u Boga nie były nieskończenie większe niż u Najświętszej Maryi Panny, gdyż doskonałości Maryi są przecież ograniczone. Raczej tłumaczy się to tym, że po pierwsze: szatan w swojej pysze cierpi nieskończenie więcej, że zwycięża go i karze nikła, pokorna służebnica Pańska, której pokora upokarza go bardziej niż potęga Boża, po drugie: Bóg dał Maryi tak wielką władzę nad szatanami, że jak często sami zmuszeni byli wyznać przez usta opętanych, więcej boją się jednego Jej westchnienia za jakąś duszą niż modlitw wszystkich świętych; więcej boją się jednej Jej groźby niż wszelkich innych mąk.
Co Lucyfer stracił przez pychę, Maryja odzyskała przez pokorę. Co Ewa zgubiła i zaprzepaściła przez
nieposłuszeństwo, Maryja uratowała przez posłuszeństwo. Słuchając węża, Ewa zatraciła siebie wraz ze wszystkimi swymi dziećmi i wydała je w ręce szatana. Maryja przez swoją doskonałą wierność Bogu ocaliła siebie i wszystkie swoje dzieci, i poświęciła je Majestatowi Bożemu (św. Ireneusz).
Bóg położył nie tylko nieprzyjaźń, lecz nieprzyjaźnie, bo nie tylko pomiędzy Maryją i szatanem, ale i pomiędzy potomstwem Najświętszej Dziewicy a potomstwem szatana. Znaczy to, że Bóg położył nieprzyjaźń, odrazę i skrytą nienawiść między prawdziwymi dziećmi i sługami Najświętszej Dziewicy a dziećmi i niewolnikami szatana. Nie kochają się oni wzajemnie i żadnej nie ma między nimi wewnętrznej łączności. Dzieci Beliala, niewolnicy szatana, miłośnicy świata – bo to na jedno wychodzi – prześladowali dotąd i w przyszłości prześladować będą bardziej niż kiedykolwiek wszystkich, co należą do Najświętszej Dziewicy, jak niegdyś Kain prześladował brata swego Abla, a Ezaw brata swego Jakuba. Wyobrażają oni potępionych względnie wybranych. Jednakże pokorna Maryja zawsze odnosić będzie nad pysznym szatanem zwycięstwa i tak świetne triumfy, że zetrze jego głowę, siedlisko pychy. Po wszystkie czasy Maryja odsłoni jego wężową złośliwość, odkryje piekielne jego zamysły, unicestwi jego diabelskie zamiary, a osłaniać będzie do końca wieków swe wierne sługi przed jego okrutnymi pazurami.
Ale moc Maryi nad wszystkimi szatanami zabłyśnie przede wszystkim w czasach ostatecznych, kiedy to szatan czyhać będzie na Jej piętę, to znaczy na wierne Jej dzieci i pokorne Jej sługi, które Ona do walki z nim wzbudzi. W oczach świata będą oni mali i biedni, poniżeni, prześladowani i uciskani, podobnie jak pięta w porównaniu do reszty członków ciała. Lecz w zamian za to będą bogaci w łaski Boże, których im Maryja obficie udzieli; będą wielcy i możni przed Bogiem; w świętości zostaną wyniesieni ponad wszelkie stworzenie przez swą gorącą żarliwość, a Bóg tak potężnie podtrzymywać ich będzie swoją mocą, że wraz z Maryją głęboką swą pokorą miażdżyć będą głowę diabła i staną się sprawcami triumfu Jezusa Chrystusa.
Maryja jako ulubione miejsce przebywania Trójcy Świętej
Maryja jest Świątynią i miejscem odpoczynku Trójcy Świętej, gdzie Bóg króluje w sposób wspanialszy i cudowniejszy niż gdziekolwiek indziej, nie wyłączając nawet Jego stolicy jaśniejącej wśród Cherubinów i Serafinów. Bez szczególniejszego przywileju żadne stworzenie, choćby najczystsze, nie ma wstępu do tej Świątyni.
 
 
Paweł Czuba HR

 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Niewiastę dzielną któż znajdzie? – Jolanta Kępa wędr.

„Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły.” (Prz 31; 10)
Ankę poznałam w październiku zeszłego roku, w pierwszym miesiącu mojej pracy w Centrum Rehabilitacji Neurologicznej. Początkowo nie sądziłam, że okaże się tak niezwykłą Kobietą. Cieszę się, że miałam przyjemność ją poznać, bo kolejny raz ktoś wywrócił do góry nogami moje myślenie na temat problemów i (nie)zwyczajnych trudności dnia codziennego.
 


W życiu „przed” była roześmianą, bardzo aktywną, kochającą ludzi, życie, góry w każdej odsłonie i sporty z nimi związane, osobą. Skończyła studia na AGH, zaczęła prowadzić biuro podróży w Zakopanem, skąd pochodzi, biegała (dosłownie!) po górach, wspinała się, jeździła na nartach (szczególnie ukochała ski-tour`y)… Któregoś dnia zachorowała. Ot tak, po prostu… Miała wtedy niecałe 26 lat (mniej więcej tyle ile ja, kiedy poznałam jej historię). Nic na to nie wskazywało, że w głowie ma tykającą bombę. A jednak dopadło ją – młodą i zdrową dziewczynę. Zasłabła nagle i poczuła, że zaczyna odpływać; na sygnale odwieźli ją na oddział ratunkowy szpitala. W tym miejscu film się urywa zupełnie. Kilka dni później, ale już w szpitalu w Krakowie Anka leżała zupełnie bezwładna, zaintubowana, otoczona niezliczoną ilością wszelakiej maści sprzętu medycznego. Lekarze nie wiedzieli do końca, co się stało, że młoda i silna dziewczyna, tak szybko   i dramatycznie podupadła na zdrowiu. Po serii badań i konsultacji okazało się, że miała udar pnia mózgu. Może nie do końca zdajecie sobie sprawę, jak wygląda pacjent po takim incydencie neurologicznym… Jest zamurowany w swoim ciele. Dosłownie. Niezwykłe jest to, że u Anki inteligencja, pamięć, odbieranie świata nic a nic nie ucierpiały. Tylko jak to wszystko, co wewnątrz buzuje, wyrazić, kiedy nie można ruszyć nawet najmniejszym palcem u nogi, kiedy oddycha za ciebie respirator, a ty możesz jedynie obserwować, jak świat pędzi dookoła ciebie?! Nie wiem, czy potrafię sobie wyobrazić, jak to mogło być frustrujące dla tak aktywnej, żywiołowej, zawziętej (w tym dobrym sensie) osoby (w końcu góralki z krwi i kości – a one z tego słyną!); pewnie do granic możliwości i o jeden krok dalej… Początkowo była wściekła na wszystko i wszystkich, potem, kiedy pierwszy szok minął, ostro zabrała się do roboty.
 
W tym roku Anka skończy 38 wiosen, ma za sobą prawie 13 lat morderczych treningów     na salach gimnastycznych i innych zabiegów rehabilitacyjnych. Jeździ na wózku, ma porażenie spastyczne czterokończynowe (nie może chodzić samodzielnie), mówi z ogromnym wysiłkiem i niewyraźnie, napisanie kilku linijek tekstu jest dla niej nie lada wysiłkiem (na miarę wspinaczki drogą o trudności VI.8 (polska skala trudności dróg wspinaczkowych więcej nie przewiduje…), potrzebuje pomocy w najprostszych czynnościach dnia codziennego, ale za każdym razem kłóci się, gdy ktoś próbuje ją na wyrost wyręczać. To są OGROMNE sukcesy w przypadku pacjentki z taką chorobą! Anka pogodziła się z chorobą, co absolutnie nie znaczy, że odpuściła rehabilitację. Dzień w dzień wyciska z siebie siódme poty podczas ćwiczeń, zmagając się o lepsze jutro. Z jednej strony walczy o sprawność tak, jakby to było możliwe do osiągnięcia we względnie niedługim czasie (choć tak po ludzku, z medycznego punktu widzenia nie ma na to szans), a z drugiej cieszy się z najmniejszych rzeczy – pogodnego dnia, uśmiechu i serdeczności ludzi dookoła, opowieści znajomych o górskich wędrówkach i wspinaczkach, wypadach narciarskich… Kiedy opowiadała mi pewnego popołudnia  o górskim życiu z czasów „sprzed”, jej oczy iskrzyły, widać było w niej prawdziwą radość życia! Niezwykłe doświadczenie. W Ance jest niesamowity, na swój sposób przyciągający spokój (chociaż potrafi wkurzyć się maksymalnie, kiedy coś nie wychodzi czy ktoś nie rozumie, co chce przekazać, ale tylko na chwilę), jest otwarta na Pana Boga pomimo trudnego doświadczenia choroby. Wiecie, czego codziennie od niej się uczę? Po pierwsze zgody na prowadzenie Bożymi ścieżkami, pogody ducha i uśmiechu nawet wtedy, gdy jest trudno, radości   z najdrobniejszych rzeczy, hartu ducha i zawziętości w walce o dobro (kiedy dostała niemałą sumę pieniędzy na rehabilitację, uzbieranych na balu charytatywnym, oddała je swojej partnerce wspinaczkowej, która uległa wypadkowi; w kolejnym roku sama zaangażowała się w organizację tegoż balu na rzecz innej potrzebującej osoby). Anka ma w sobie to COŚ, co czyni ją piękną i dzielną niewiastą! Zresztą sami możecie się przekonać o tym, oglądając film dokumentalny nakręcony przez jej znajomych…
https://www.youtube.com/watch?v=b__d2dQ6T7E 
fot. Magdalena Ircha
 
 
 
 
Jolanta Kępa wędr.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

O pokusach (2) – Agata Głażewska

Ostatnio  próbowałam przedstawić myśl sługi Bożego księdza Piotra Semenenki dotyczącą konieczności pokus i korzyści zeń płynących.
Dziś – zgodnie z dalszą częścią omawianego traktatu – napiszę o mechanizmie pokusy.
„Spotkanie z pokusą jest walką, wojną” – stwierdza autor. Dlatego musimy wziąć pod uwagę stronę atakującą , jak i atakowaną. Sługa Boży podaje pewne zasady związane z działaniem pokusy i podkreśla, że dotyczą one zarówno kuszenia do grzechu ciężkiego, jak i do najmniejszej niedoskonałości (uleganie tej ostatniej jest już dopuszczeniem przegranej).
 

1. Właściwe stanowisko wobec pokusy
Najlepszym przygotowaniem do zmagań z pokusą jest poznanie i – co więcej – uznanie własnej nędzy. Autor powołuje się na Sobór Trydencki, który – potępiając naukę Lutra uważającego pożądliwość za grzech – orzekł, że pożądliwość wprawdzie jest z grzechu i do grzechu ciągnie, ale grzechem nie jest.
Ksiądz Semenenko, doświadczony spowiednik i kierownik duchowy, stwierdza, że wiele dusz odchodzi od Boga, popadając w rozpacz, tylko dlatego, że nie uznają własnej nędzy. Chcą być czyste, piękne, zadowolone z siebie. Natomiast w takim podejściu jest dużo pychy.
„Tymczasem nędza dopomina się o swoje prawo obywatelstwa; ona chce być uznana, chce, byśmy widzieli w niej naszą własność, i dopóki tego przyznania z naszej strony nie będzie, dopóty nie będzie pokoju.”
2. Strategia, czyli historia pokusy
Autor przedstawia pokusę, która dotknęła w raju pierwszego człowieka. Adam miał mądrość daną mu przez Boga, jego zmysłowość poddana była rozumowi, natura nieskażona grzechem pierworodnym.
Kuszenie zaczęło się od wzbudzenia wątpliwości w słuszność Bożego zakazu. „W każdej pokusie jest owo „dlaczego”. Dlaczego Pan Bóg zakazał? Wtedy gdy to nieszczęśliwe „dlaczego” zaczyna pukać do duszy naszej, obowiązkiem jest nie słuchać go i zerwać się jak matka broniąca swe dziecię, bo to wąż, który rzuca jad wątpliwości do naszego umysłu i serca.”
Jeśli – pisze ojciec – zaczynamy wchodzić w dyskusję z pokusą, jesteśmy na pozycji przegranej. Wtedy bowiem pokusa naciera już na wszystkie strony. Zaczyna się od wątpliwości, przechodzi w pożądanie, a kończy się grzesznym uczynkiem.
3. Taktyka pokusy
Pokusa poprzez zmysły, serce i uczucie uderza na wolę. Dlatego też zasada, którą powinniśmy się kierować, brzmi: „nie iść nigdy za własnym uczuciem, choćby się zdawało dobrem, bo w każdym uczuciu jest szukanie pociechy.”
To szukanie własnej pociechy jest przyrodzone naszej grzesznej naturze. Szatan podaje nam kamień, a nam wydaje się on chlebem pociech, czymś dobrym i pięknym. Dlatego potrzeba nam oczu Chrystusowych, by widzieć wszystko w Jego świetle.
Szatan próbuje też działać przez naszą próżność, zarozumiałość i umiłowanie własnego zdania. Pisze o tym ksiądz Semenenko następująco: „Wszelkie upodobanie w sobie samym, przekonanie o swojej zacności, rozumie itd., jak tylko jest w nas ustalone, skoro tylko przyjdzie do ataku, to już przegraliśmy.”
4. Praktyczne rady do walki z pokusą
Po pierwsze, nie bać się szatana.
Po drugie, upokorzyć się, czyli przyznać do własnej nędzy: „trzeba szczegółowego przyznania się, trzeba palec na ranę przyłożyć.”
Po trzecie, wzywać na pomoc Chrystusa, prosić Go, by dał nam swoje serce i oczy, żebyśmy zobaczyli całą prawdę o sobie i pokusie.
Po czwarte, zaufać Chrystusowi, choćby nawet pokusy przerażały swoją brzydotą.
Ojciec zachęca tez, by – choć nie ma takiej konieczności – spowiadać się z pokusy.
Bardzo konkretne, logiczne, proste rady, choć – przy przyrodzonej nam pysze – tak trudne do wykonania.
fot. Jarosław Głażewski
 
 
 
Agata Głażewska,
Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)