Skąd ten sylwester?

Ostatni dzień roku to czas podsumowań, snucia planów i podejmowania postanowień oraz (a może przede wszystkim) dobrej zabawy w gronie znajomych, przyjaciół czy rodziny. Nim jednak zaczniemy przygotowywać się do dzisiejszego wieczoru, zachęcam do rzucenia okiem na niniejszy tekst, w którym odpowiem na pytanie: dlaczego rok kończy się 31 grudnia?

Aby to zrobić musimy, jak to zazwyczaj bywa w kwestiach istotnych dla naszej cywilizacji, skierować oczy naszej wyobraźni ku antycznemu Rzymowi. Mieszkańcy miasta na siedmiu wzgórzach tradycyjnie nowy rok obchodzili 1 marca, z początkiem miesiąca poświęconego bogu wojny.  Stąd zresztą, m.in. w języku angielskim miesiące: wrzesień, październik, listopad i grudzień nazywają się september, october, november i december, po łacinie znacząc tyle co „siódmy”, „ósmy”, „dziewiąty” i „dziesiąty”. Do końca trwania państwowości rzymskiej w Europie Zachodniej 1 marca był dniem świętowania, jednak od 153 r. przed n. Ch. konsulowie obejmowali swój urząd 1 stycznia, a słynna reforma kalendarza przeprowadzona przez Juliusza Cezara w 46 r. przed n. Ch. wyznaczyła wspomniany dzień na urzędowy początek nowego roku.

Czy dzięki temu 1 stycznia stał się powszechnie dniem rachuby nowego roku? Nic bardziej mylnego. W średniowieczu konkurowało ze sobą w tej kwestii kilka rozwiązań. Wenecjanie aż do 1797 Nowy Rok obchodzili 1 marca. W północnych Włoszech, południowej Francji i Anglii świętowano go w dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny – 25 marca. W Langwedocji popularne było liczenie nowego roku od Wielkanocy, przez co niektóre lata drastycznie różniły się długością. Bizantyjczycy i Rusini wskazywali na 1 września, który miał być dniem stworzenia świata. Kuria Rzymska, a za nią zdecydowana większość państw katolickich, aż do gregoriańskiej reformy kalendarza z 1582, nowe lata liczyła od 25 grudnia. Wreszcie kamputyści, czyli autorzy kalendarzy liturgicznych, trzymali się rozwiązania Juliusza Cezara i rachubę nowego roku rozpoczynali od dnia obrzezania Pana Jezusa, to jest 1 stycznia. System ten powoli zdobywał popularność. W Polsce Nowy Rok zaczęto obchodzić w tym dniu dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego (XIV w.).

Wojna karnawału z postem, Pieter Bruegel Starszy, 1559 r.

Czy przełom nowego i starego roku zawsze wiązał się z huczną zabawą? Słynna opowieść o rozpoczęciu tej tradycji w roku 999, za pontyfikatu papieża Sylwestra II, jest tylko legendą. Ludzie mieli obawiać się końca świata, który miał nastąpić w roku 1000 i gorączkowo odliczali ostatnie minuty roku. Gdy zaś po papieskim błogosławieństwie „Urbi et Orbi” Wieczne Miasto (i cały świat) trwały dalej, tłumy miały zacząć gwałtownie świętować.  Jak wskazałem wyżej, dzień Nowego Roku w wielu kalendarzach przypadał w ważne święta religijne i związane z nimi uroczystości absorbowały w tych dniach uwagę Europejczyków. Dopiero w XIX wieku wyższe warstwy społeczne zaczęły wyprawiać bale 31 grudnia, a większość ludowych tradycji związana z obchodami sylwestra zrodziła się wraz ze „spłynięciem” tego zwyczaju na warstwy niższe – na przełomie XIX i XX wieku.

Powyższe akapity wydają się wskazywać na to, że znaczenie dzisiejszego dnia wyrosło po trosze z przypadku, a po trosze pragmatycznie. Czy jest to jednak coś złego? Spójrzmy na dzisiejszego patrona. Święty Sylwester I, powszechnie czczony na Wschodzie i Zachodzie, był pierwszym papieżem Kościoła wolnego od prześladowań, gdyż to na jego pontyfikat przypadł edykt tolerancyjny z Mediolanu, i… właściwie nie wiemy o nim nic. Pierwszy historyk chrześcijaństwa, Euzebiusz z Cezarei, który poświęcił Konstantynowi Wielkiemu całe rozdziały, o papieżu jego czasów zaledwie wspomina. A jednak ten nie-męczennik musiał się za życia wykazać cnotami i heroizmem, by zostać wyniesionym na chwałę ołtarzy. Tak samo dzień dzisiejszy, który teraz być może wydaje się „pustą kartą” jest dla nas niepowtarzalną okazją. Wykorzystajmy go jak najlepiej na zasłużony odpoczynek i zabawę oraz na refleksję o roku minionym i snucie planów na rok przyszły.

Zabawa „Kosmos” na Forum Młodych 2021, fot. Monika Wójcik
Zabawa „Kosmos” na Forum Młodych 2021, fot. Mateusz Spodar

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Co robić w Święta?

Święta to taki magiczny czas, wszyscy czekamy na Wigilię, śpiewanie kolęd, prezenty, spotkanie z bliskimi, na Boże Narodzenie. Problem pojawia się, gdy świętowanie zamienia się w 2-3 dniowe oglądanie telewizji i siedzenie przy suto zastawionym stole, a poziom zapełnienia żołądka osiąga 200%. Przychodzi rozczarowanie i niesmak. W naszym wyobrażeniu Święta powinny przecież wyglądać inaczej, ale tak było od zawsze, więc czy można coś zmienić? Myślę, że zawsze warto spróbować. Oto kilka pomysłów, jak odmienić ten czas (kolejność przypadkowa):

  1. 1. Historie rodzinne

Opowieści babć i dziadków (czy rodziców) są bezcenne i niestety nie wiemy, jak długo będą dla nas jeszcze dostępne. Daj odczuć Twoim bliskim, że ich opowieści, ich historia jest dla Ciebie ważna i ciekawa. Zastanów się, jakimi pytaniami otworzysz ich pamięć. Może warto włączyć dyktafon i zachować je na zawsze?

  1. 2. Oglądanie rodzinnych zdjęć i filmów

To również może być tylko wstęp do rozmów i opowieści. Może nie od razu cały trzygodzinny film ze ślubu i wesela, ale gwarantuję, że będzie to czas pełen wzruszeń i śmiechu. Przygotuj albumy, filmiki, fragmenty filmów (warto wyświetlić je na telewizorze lub innym większym ekranie) i rozpocznij czas “A pamiętacie, jak…”.

  1. 3. Spacery, wycieczki

To na pewno będzie ożywczy punkt programu. Możesz wykorzystać czas po Mszy Świętej, bo z doświadczenia wiem, że niektórych ciężko wyciągnąć z domu, gdy już zasiądą za stołem. Dostosuj plan do warunków atmosferycznych i możliwości rodziny. Nie czuj jednak przymusu nierozdzielania się na podgrupy – dzieci chcą na sanki, a dziadkowie wolą odpocząć w domu – wszystko w porządku. Słuchajmy swoich potrzeb i nie czujmy presji, gdy mamy inny pomysł na te kilka godzin w czasie świąt.

  1. 4. Gry planszowe i nie tylko

Mój ulubiony punkt – głównym problemem będzie prawdopodobnie brak miejsca na stole 😊 Zastanów się, czy macie jakieś planszówki, w które może zagrać większa część rodziny albo podzielcie się na grupy i zagrajcie w kalambury, a może w zgadnij kim jesteś. Mogę się założyć, że dziadkowie też dadzą się namówić na coś prostego, co nie wymaga długiego tłumaczenia zasad. Jeśli w rodzinie są dzieci, to zobacz, czy nie mają interesujących pozycji na swoich półkach (polecam Kotka psotka i Liska Urwiska 😊). Są również gry skłaniające do pkt.1↑. Poszukaj czegoś, co będzie odpowiednie dla Twojej rodziny.

  1. 5. Seans filmowy

Miało nie być telewizji, ale… Co innego bezmyślne przełączanie kanałów pomiędzy Kevinem a trzema koncertami kolęd, co innego, gdy wybierzemy coś specjalnie – może historię przyjścia na świat małego Jezusa, może coś lekkiego i świątecznego. Na pewno powinno być uniwersalne, żeby wszyscy oglądali z przyjemnością. Przygotuj wygodne miejsce dla każdej osoby, herbatę, ściemnij światło i cieszcie się wspólnym oglądaniem.

  1. 6. Kolędowanie

Jeśli Boże Narodzenie to oczywiście kolędowanie. Może być spontaniczne, ale możemy się nieco się przygotować – kilka śpiewników, żeby nie kończyć po drugiej zwrotce, proste instrumenty. Niech to będzie radosne świętowanie narodzin naszego Boga – nasza modlitwa. A może starą tradycją zamienicie się całą rodziną lub grupą znajomych w kolędników i odwiedzicie sąsiadów i znajomych w przebraniach i z kolędą na ustach? A może zaprosisz do domu przyjaciół i przy gorącej czekoladzie (lub herbacie na niestrawność) zorganizujesz wieczór kolęd. To świetny pomysł także na kolejne dni grudnia i stycznia.

  1. 7. Poznaj lepiej swoich bliskich

Co powiesz na koszyczek z karteczkami, z którego każda osoba losuje pytanie dotyczące swojej osoby, poglądów (tylko nie politycznych 😉), wspomnień, marzeń. W internecie na pewno znajdziesz listy takich pytań. To może być wstęp do rozmów, do dzielenia się sobą. A może dowiesz się czegoś, co Cię zaskoczy i spojrzysz na swoich bliskich w inny sposób? Może lepiej ich zrozumiesz?

  1. 8. Wspólne czytanie

Może to być Opowieść Wigilijna, może Basia Zofii Staneckiej albo coś zupełnie innego. To na pewno zależy od obecnych osób, ich wieku i zainteresowań. Wspólne czytanie zawsze zbliża i buduje więzi. Może stanie się zwyczajem nie tylko świątecznym. A może co roku będziecie czytać tę samą książkę i stanie się to Waszą rodzinną tradycją?

  1. 9. Przygotowanie jasełek

Co myślisz o wspólnym przygotowaniu jasełek? Zaangażowanie się w taki projekt na pewno pozwoli Wam się lepiej wczuć w sytuację Marii i Józefa. Będzie też na pewno sporo śmiechu. To byłoby coś wyjątkowego, szczególnie dla dzieci – może dorośli przygotują krótkie przedstawienie specjalnie dla nich?

Przez wiele lat Święta Bożego Narodzenia kończyły się dla mnie na Pasterce, a Wielkanoc na Rezurekcji (kiedyś jeszcze tej porannej). Nie umiałam się cieszyć tym rodzinnym czasem, był raczej męczący i w zasadzie zupełnie nierodzinny, bo cóż jest rodzinnego we wspólnym siedzeniu przed telewizorem i obżarstwie. Mam jednak przekonanie, że w bardzo wielu przypadkach da się taki stan rzeczy zmienić i że zawsze warto spróbować. Przeżyjmy te Święta dobrze, z miłością do naszych bliskich i na Chwałę Bożą.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Brudnopis dżungli – „Niedźwiedź! Niedźwiedź!”

Loretto to wprost wymarzone miejsce na obóz wilczkowy. Drzewa, walcząc o przestrzeń dla swych koron, tworzą nad głowami gęsty zielony parasol, który chroni twarz przed palącymi promieniami słońca i przeszywającego zimnem deszczu. Catering nie musi tu przyjeżdżać i gubić się w labiryncie niemalże identycznych leśnych rozdroży – siostry loretanki mają na terenie swojego ośródka przytulną stołówkę.

– Kocham kuchnię sióstr! – zachwycała się Monika, o dwa tony za głośno i o dwa kroki za blisko mojej twarzy. – Kuchnia sióstr jest najlepsza! Pamiętasz Akelo wczorajszą jarzynową? Była taka pyszna!

Jednak największą zaletą tego miejsca jest rzeka. Piękny, przejrzysty Liwiec. Nie za szeroka, nie za głęboka, bo płyciuchna jak brodzik, nie za daleko i nie za blisko – choć wystarczająco blisko, by komary cieszyły się naszym towarzystwem.

Nad rzekę udawałyśmy się zwykle właśnie po obiedzie. Wilczki przebierały nogami i nie mogły wytrzymać do końca sjesty. Skomlały i prezentowały gotowe kostiumy, pospieszając mnie z ubraniem mojego. Zwykle w połowie planowanego odpoczynku po posiłku nie było nas już w obozie, a wylegujący się nad rzeką ludzie musieli zaakceptować wzmożony gwar i chlupot.

Wchodząc do wody, wnosiłam ze sobą ostatnie resztki senności. Nie będąc rannym ptaszkiem, od samej pobudki dźwigałam ciężar dziwnego zmęczenia i przytłumienia, po to by zrzucić go wraz ze zjedzeniem obiadu i włączyć tryb produktywności na sjeście. Spotkanie z rzeką było więc dla mnie punktem zwrotnym dnia. Potrzebowałam pobyć przez chwilę sama z hojnym chłodem Liwca, zanurzyć się w przyjemnej wodzie i zniknąć na parę minut, by chwilę później wynurzyć się świeża, wypoczęta i gotowa do pracy. Bagheera, wiedząc, że potrzebuje trochę ciszy, zabierała ze sobą wilczki na drugi brzeg, gdzie krzyki i piski były o kilka tonów bardziej akceptowalne. Mniej więcej w tej okolicy ze środka rzeki wyrastała niewielka wysepka, dzieląc Liwiec na dwa węższe strumienie. Zakręty budziły dreszcze ciekawości i rodziły w głowach wilczków najdziksze pomysły. Potencjalne niebezpieczeństwo czyhające w gęstwinie wodnych pałek ekscytowało dziewczynki, zamiast straszyć i wzbudzać ostrożność. Ufając jednak mojej drogiej Bagheerze ponad wszystkie przyboczne tego świata, pozwoliłam sobie nie śledzić wielkiej wilczej misji penetracji rzecznych kniej. Zamiast tego położyłam się w wodzie, zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie zapomnieć o całym świecie, by się odprężyć.

Mój odpoczynek nie potrwał długo.

Najpierw pojawił się krzyk. Jeden, pojedynczy, głośny dziewczęcy krzyk. Usłyszałam go wyraźnie pomimo zanurzonych w wodzie uszu. Zaraz po nim gwałtowny, zbliżający się i narastający chlupot. Chlupot tak wielki i głośny, jakby stado wołów biegło ku mnie przez rzekę, jakby ławica niezwykłych rozmiarów parła ku mnie pod prąd. I wtedy usłyszałam głosy wzywające mnie desperacko:

– Akelo!

Nie, nie otworzyłam oczu. Zamknęłam je tym szczelniej. Wiedziałam, że nie zdążę już wstać. Zastygłam w bezruchu, czekając na nadchodzącą falę.

– Akelo! – wołał płaczliwy dziewczęcy głos. – Akelo, niedźwiedź!

To mnie obudziło. Zerwałam się z energią, której w sobie nie znałam i stanęłam twarzą w twarz z pieniącym się wodą wilczkowym tsunami.

– Niedźwiedź, Akelo! Niedźwiedź! – krzyczała Monika, wlepiając we mnie przerażone oczęta. Przybiegła do mnie pierwsza i jak tylko znalazłam się w zasięgu jej rąk, przylgnęła do mnie jak przestraszone małpiątko. – Tam jest niedźwiedź, Akelo!

Przez myśl przemknęła mi cała moja dotychczasowa wiedza o brunatnych wszystkożercach w Polsce. Z analizy wszelkich posiadanych przeze mnie informacji wynikało, że niedźwiedzie można spotkać jedynie w Bieszczadach. Tak właśnie, nigdzie indziej tylko w Bieszczadach, w żadnym wypadku poza nimi. Tak przecież głosiła piosenka Artura Andrusa o Bieszczadach: “Na mieszkańca nam przypada samej ziemi 6 hektarów/Tona drewna, niedźwiedź i 2/3 księdza”.

Spojrzałam więc na drżące ciałko w czarno-różowym kostiumie, jak Jezus nieraz patrzył na faryzeuszy.

– Przecież w Liwcu nie ma niedźwiedzi – powiedziała, próbując uwierzyć we własne słowa.

Tymczasem reszta mojej gromady dobiegła do nas z godnym podziwu chluskiem i otoczyła mnie ściśle i z wszystkich stron, jak owce pasterza. Nie będę ukrywać, poczułam się jak zbawiciel.

Ledwie policzyłam moje stadko, wzrok mój przykuła nagle nadchodząca powoli sylwetka. Niespiesznym spacerowym krokiem, z beztroskim uśmiechem człowieka cudownie wyzwolonego, zbliżała się do nas Bagheera.

– Siemka, Akelo – rzuciła mi nonszalancko, jakby nie dostrzegała w ogóle zlepionych w jedną masę, oniemiałych i drżących ze strachu wilczków, pośród których stałam ledwie utrzymując już równowagę.

– Cześć – odparłam, mierząc ją badawczym spojrzeniem. – Czy tam za wysepką jest niedźwiedź?

Bagheera wzruszyła ramionami, jakby niedźwiedź był jedynie znajomym na drugim końcu szkolnego korytarza.

– Chcesz to sprawdź – zaproponowała, jakby wcale nie wierzyła w niedźwiedzie.

Jednak jej luźna, wręcz żartobliwa postawa zmniejszyła moje poczucie silnego zagrożenia i powagi sytuacji. Mimo to poczułam już w sobie przejmujący instynkt samicy chroniącej swoje młode i zaczęłam powoli wygrzebywać się z wilczkowej masy, odlepiając od siebie pojedynczo wilczki.

– Akelo! Musisz nam uwierzyć! – jęknęła Monika. – Tak naprawdę był niedźwiedź!

– Idę to sprawdzić – oświadczyłam bohatersko. – Zostańcie z Bagheerą.

– Nie, Akelo, nie idź tam! – pisnęła inna dziewczyna.

– Zaraz wracam – rzuciłam krótko, odwracając się, by stawić czoła niebezpieczeństwu.

Gdy dotarłam do drugiego brzegu i zmierzyłam wzrokiem zakręt za wysepką, dostrzegłam w wodzie coś dużego i ciemnego. Faktycznie była tam wielka, okrągła, poruszająca się brązowa sylwetka. Zaczęłam skradać się ostrożnie tuż przy krzakach, naśladując żołnierzy z komputerowych strzelanek mojego brata. Krok za krokiem zwalniałam, bojąc się coraz bardziej, że prawdopodobna dość specyficzna kłoda może okazać się niedźwiedziem. Niestety, rok pracy zdalnej mocno osłabił mój wzrok i wiedziałam, że muszę podejść naprawdę blisko, by rozpoznać czym faktycznie jest ów niezidentyfikowany obiekt brodzący.

Wtem niespodziewanie do wody z brzegu weszła druga sylwetka i zbliżyła się ze spokojem do niedźwiedzia. Wynurzyłam się z krzaków i ze wstydem odwróciłam się na pięcie.

– Szybko wróciłaś, Akelo – powiedziała Bagheera, ze spokojem jaki tylko ona umiała zachować w nieprzyjemnie bliskim otoczeniu 13 drżących wilczków. Uśmiechnęła się do mnie, głaszcząc najmocniej przylepionego do niej wilczka. – jak tam niedźwiedź?

– Co z niedźwiedziem, Akelo? – spytała zatrwożona Monika. – Poszedł sobie?

– To był mężczyzna – skrzywiłam się ze skrępowania. – To był bardzo duży, mocno opalony mężczyzna. Z żoną.

Wilczki wytrzeszczyły na mnie oczy ze zdziwieniem.

– Człowiek?

– Tak, człowiek – skinęłam

– Uff, a ja się przestraszyłam, że to był niedźwiedź! – zaśmiała się Monika, zupełnie nagle odzyskując humor.

– No nie wiem czy takie “uff’’ – mruknęłam, patrząc jak Bagheera z wysiłkiem powstrzymuje się od śmiechu. – Narobiłyście mu siary. Jakbyś się czuła, gdybyś wchodząc do rzeki zobaczyła dzieci uciekające przed tobą z wrzaskiem?

Szeroki uśmiech Moniki spadł z pluskiem do wody tak szybko, jak się pojawił wcześniej.

– Oj… – zarumieniła się dziewczynka, chichocząc nerwowo.

– Błagam, wyjdźmy już z tej wody… – jęknęłam, nie umiejąc ukryć swojego zażenowania.

Po raz pierwszy nikt nie zaprotestował.

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Dwa miasta. Listy Starszego Brata do Młodszego #7

Drogi czytelniku!

Jeżeli po raz pierwszy czytasz artykuł z cyklu „Listy Starszego Brata do Młodszego”, to zachęcam Cię, abyś najpierw zapoznał się ze wstępem znajdującym się na początku pierwszego artykułu: https://przestrzen.skauci-europy.pl/2021/04/poczatek-listy-starszego-brata-do-mlodszego-1/ Zaś zaznajomionych z cyklem czytelników zapraszam do lektury kolejnego listu.

***

Drogi Fryderyku!

W tym roku mamy cudowną jesień! Drzewa wystroiły się w różnobarwne liście. Mam nadzieję, że u Ciebie też jest tak pięknie. Taką „złotą polską jesień” właśnie uwielbiam. Mogłaby trwać wieczność lub przynajmniej do wiosny. Ale przecież nie piszę do Ciebie tego listu, żeby zachwycać się aktualną porą roku.

Kontynuując temat z ostatniego listu o przeprowadzce… Maria wróciła już od chrzestnej i udało mi się ją podpytać, co myśli o Twojej sytuacji. Nie zabrałem się jednak do pisania tego listu zaraz po rozmowie z nią, gdyż chciałem mieć dzień na przegryzienie się moich przemyśleń ze spostrzeżeniami żony. Wspólnie zauważyliśmy, że Twoja decyzja może być lepsza lub gorsza już na poziomie motywacji i wewnętrznych planów co do tego, co się będzie działo po przeprowadzce w wybrane miejsce.

Najniebezpieczniejszą sytuacją jest ta, gdybyś chciał się przeprowadzić do miasta Klary z nastawieniem, że teraz NA PEWNO spędzisz już z nią resztę życia i poza nią świata nie ma. Zakochani ludzie często stawiają właśnie swojego chłopaka/swoja dziewczynę na piedestale. Ale to nie jest dobre. Przecież Wy z Klarą nie jesteście zaręczeni. Ba, nawet zaręczyny nie są tak wiążące jak małżeństwo. A i w małżeństwie trzeba też mieć przestrzeń dla siebie i swoich hobby czy znajomych.

Dlatego wydaje mi się ważne, aby przy podejmowaniu decyzji o przeprowadzce w pobliże Klary pozostawić sobie w głowie myśl, że Wasze losy mogą się różnie potoczyć. Od razu też zalecałbym poszukanie swojej własnej przestrzeni w mieście. Mam bowiem znajomych, którzy poznali się na studiach w obcym dla obojga mieście. W czasie związku tak skupili się na sobie nawzajem, że robiąc listę gości na wesele zorientowali się, że nie mają praktycznie żadnych znajomych. Było to bardzo smutne doświadczenie.

Znalezienie „swojego miejsca” w obcym mieście jest też istotne z innego powodu. Odsuwa myśli o wspólnym przedwczesnym zamieszkaniu „bo przecież jesteśmy tu tylko we dwoje i nam samotnie” lub co gorsze „jesteśmy tu tylko we dwoje i nikt się nie dowie”. Dlatego dobrze, żeby otoczenie, w którym się znajdziesz, ciągnęło w tych kwestiach „do góry”, a nie „w dół”.

Z drugiej strony myślę, że nie jest czymś złym, gdybyś się zdecydował pójść na studia tam, gdzie sobie wymarzyłeś. Realizacja planów zawodowych jest ważna. Studia magisterskie to w Twoim przypadku półtora roku. Może warto przeżyć ten czas w trochę mniejszym komforcie, ale być zadowolonym przez resztę życia ze swojej wymarzonej pracy. Przez ten okres mógłbyś dojeżdżać w weekendy do Klary (i na odwrót). Znam kilka obecnie szczęśliwych małżeństw, które na etapie przed narzeczeńskim spotykało się właśnie w ten sposób przez kilka miesięcy czy lat i nie przeszkodziło im to zbudować trwałej relacji.

Znam też kilka par, które nie przetrwały próby tak dużej odległości, bądź w trakcie studiów zmieniały swoją uczelnię i miasto, aby ratować swój związek. Dlatego warto sobie to wszystko przemyśleć i przemodlić. Może jednak da się realizować Twoje plany zawodowe poza wymarzoną uczelnią? Może związek z Klarą nie jest na tyle ważny, żeby poświęcać dla niej część swoich planów? Myśl, myśl i zadawaj sobie pytania. Mam nadzieję, że moje (i Marii) refleksje pomogą Ci w podjęciu dobrej decyzji.

Porozmawiamy oczywiście o tym wszystkim na żywo, tak jak obiecałem w poprzednim liście. Wierzę, że do tego czasu będziesz już miał dużo swoich własnych przemyśleń i pomysłów na rozwiązanie Twojej sytuacji.

Pozdrawiam serdecznie

Twój Starszy Brat Teodor

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Najpierw brać

„Większa radość jest z dawania aniżeli z brania” napisał św. Paweł. I pewnie nie wyssał tego stwierdzenia z palca. Takie jest jego doświadczenie. Może już prężysz się w środku i myślisz, co by tu zrobić dla innych. Poczekaj! Gdzie tam tobie do św. Pawła! Gdzie Krym, a gdzie Rzym? On miał co dawać, bo najpierw dużo brał. A ty? Z pustego i Salomon nie naleje. Niby wszyscy to wiemy, ale… chyba ciągle o tym zapominamy. I czy w ogóle umiemy brać coś za darmo?

Całkiem za darmo

Kiedy dostajemy od kogoś prezent, czujemy się zobowiązani do odwdzięczenia się tym samym. Gdyby sprzedawca w sklepie nagle oświadczył, że on za nas zapłaci, poczulibyśmy się chyba nieswojo. „Czy ten człowiek uważa mnie za zupełnego biedaka?” – moglibyśmy pomyśleć. „A może to jakaś manipulacja?” Jesteśmy przyzwyczajeni, że w darmowych rzeczach tkwi jakiś haczyk i prędzej czy później będziemy musieli zapłacić, może nawet więcej. A jeśli faktycznie coś dostajemy, to możemy czuć się upokorzeni, przyłapani na braku niezależności. „Sam bym sobie przecież doskonale poradził”.

Takie patrzenie możemy przenosić na naszą relację z Bogiem.  Tymczasem tutaj sytuacja jest zupełnie inna. Łaska to po łacinie „gratia” – prawie jak gratis. Bóg chce nas obdarowywać całkiem za darmo. I nie ma w tym żadnego haczyka. Jest taki piękny fragment w Księdze Izajasza „przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, <dalejże, kupujcie> bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko!”.

Tylko, że z tą łaską to my mamy jeszcze jeden problem. Otóż nie mamy najmniejszej ochoty, żeby ktoś nam „robił łaskę”… Wolelibyśmy radzić sobie całkiem sami. Zbudować ogromną platformę. Wejść na największą górę, najlepiej z najcięższym plecakiem. Zrobić takie zimowisko, żeby o nim książki pisali. I oczywiście zbawić świat. Nikt wtedy nie będzie miał szansy dostrzec naszej kruchości i słabości. Wtedy to będziemy kimś.

Jezus dobrze nas zna. Stał się do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu, więc wie, jak to jest być człowiekiem. I wiedząc to, mówi „beze Mnie nic nie możecie uczynić”. I nie mówi tego z żadnym wyrzutem, czy pogardą. Łagodnie zachęca, żebyśmy też się do tego przyznali przed sobą i przed Nim. Nic się wtedy nie stanie. Jego miłość do nas będzie taka sama.

Niezależnie od okoliczności

Trudno nam wierzyć w taką bezwarunkową miłość. Ludzie traktują nas lepiej albo gorzej w zależności od wielu czynników: swojego stanu zdrowia i samopoczucia, tego, na ile spełniamy ich oczekiwania, na ile przypadliśmy im do gustu. Każdy doświadczył tego wiele razy i dlatego odnosi wrażenie, że w relacji z Bogiem będzie tak samo: jak nie zrobię czegoś dobrego, to już na mnie tak łaskawie nie popatrzy. A jak zrobię coś złego, to może lepiej w ogóle więcej się nie pokazywać?

Kiedy Szymon Piotr spotkał Jezusa, też tak myślał. Po cudownym połowie ryb stwierdził, że nie jest godny i powiedział: „odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Ale Jezus mu odpowiedział „Nie bój się”. I z czasem Piotr lepiej poznał Jezusa. Chociaż w kluczowym momencie zaparł się swojego Mistrza, to jednak, kiedy zobaczył Zmartwychwstałego Pana na brzegu, nie zawrócił łodzi, żeby uciec, gdzie pieprz rośnie. Zrzucił płaszcz i wskoczył do wody, żeby jak najszybciej znaleźć się obok Niego.

Bóg zawsze kocha tak samo – najbardziej. Niezależnie od tego, czy o Nim pamiętamy, czy nie, czy robimy coś dobrego, czy coś złego. Zawsze widzi nas takimi, jakimi nas stworzył. Można by się zastanawiać, „co On takiego we mnie widzi?” Coś widzieć musi, bo gdyby przestał nas chcieć, to przestalibyśmy istnieć. Co trzeba widzieć w człowieku, żeby oddać za niego życie? Warto nad tym pomyśleć. Spróbować spojrzeć na siebie tak, jak On patrzy. Potem też na innych, ale to dopiero potem. Najpierw na siebie.

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".