Łaska – dar, który warto przyjąć

Rzeczy niemożliwe robimy od razu, na cuda trzeba chwilę poczekać. Na pewno nie potrzebujesz niczyjej łaski?

Mokry las pięknie pachnie. Deszcz nie pada już tak mocno, ale drogą ciągle spływa pełno wody. Grupa osób w pelerynach idzie pod górę po śliskich kamieniach. Niektórzy głośno sapią i zastanawiają się, jakim cudem misternie spakowany plecak zrobił się taki ciężki i czego jeszcze można było nie zabierać. Akela opowiada, co wilczki wymyśliły na obozie.

Tu jest dobre miejsce na obiad.  – zauważa ktoś z przodu.

Zatrzymują się. Każdy wyjmuje z plecaka, to, co wziął ze sobą do wspólnego przygotowania posiłku: kociołek, patelnię, jedzenie… Jedni szukają mniej mokrego drewna, drudzy kroją mięso i warzywa. W powietrzu unosi się nieśmiało smuga dymu. Potem cała chmura. W końcu jest i ogień. Może nie było jedną zapałką, ale płonie. Wiadomo, przecież, że chcieć to móc.

Skaut wszechmogący?

Dzięki służbie ma się świetną okazję, żeby zrobić czasem coś trudniejszego. Przełamać swoje lenistwo i wygodnictwo. Zahartować trochę swoją wolę i przestać być „ciepłą kluchą”. Nieprzyjemnie to robić, ale potem człowiek jest z siebie zadowolony. Takich okazji do zadowolenia pojawia się sporo: zdobycie stopnia albo sprawności, zbudowanie imponującej platformy, dobra zbiórka, mimo deszczu, udane spotkanie z rodzicami czy dogadanie się z sanepidem.

Okazuje się, że wystarczy trochę wysiłku i sprawy idą po naszej myśli. Zaczyna nam się wydawać, że chcieć to móc.  I zaczyna się problem.

Bo przecież „chcieć to móc” oznacza: być wszechmogącym. A żaden człowiek wszechmogący nie jest. Dobrze jest się starać i przygotować dobrą zbiórkę. I może być tak, że im bardziej się postarasz, tym zbiórka będzie lepsza. Ale niekoniecznie. Może zupełnie zachrypniesz i nie będziesz w stanie prowadzić śpiewogrania albo zapomnisz zabrać z domu kluczowego elementu gry. To dobra okazja, żeby uznać swoją niedoskonałość. Warto mieć silną wolę. Silna wola jednak nie załatwi wszystkiego, nie ma sensu, więc bezgranicznie jej ufać.

Egipski Ozyrys w Twojej głowie

Kto pójdzie do nieba? Ten, kto sobie zasłuży. Kto unikał grzechu i czynił  dobro? Jeśli tak myślisz, to bliżej Ci do starożytnego Egiptu, niż do chrześcijaństwa. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że po śmierci człowiek trafia na sąd Ozyrysa, gdzie zdaje sprawę ze swoich uczynków, a jego serce zostaje zważone na wadze. Potem następuje ocena czy zmarły zasłużył na raj, czy też zostanie pożarty przez potwora.

Brzmi egzotycznie, prawda? A jednak, w jakimś zakątku naszej chrześcijańskiej głowy, siedzi sobie taki właśnie Ozyrys ze swoją wagą. Szepcze, że musisz spełnić odpowiednie normy moralne, żeby kupić sobie szczęście po śmierci. A często go słuchamy. I boimy się, że na to szczęście nie zasłużymy. Być może robimy dobre postanowienia, staramy się być coraz lepszymi (i bardzo dobrze!), ale ciągle spowiadamy się z tego samego.

„Bój się Boga!” wołają niektórzy, kiedy ktoś robi coś niemądrego. I faktycznie, od momentu grzechu pierworodnego, człowiek boi się Boga, kiedy ma coś na sumieniu. Już w Księdze Rodzaju czytamy, jak Adam odpowiada Bogu, który go woła: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się”. Przed Bogiem każdy jest w pewnym sensie nagi, bo Bóg wie o nas wszystko. Takie stwierdzenie wywołuje niepokój i mamy ochotę ukryć się jak Adam. Bo waga Ozyrysa wyraźnie pokazuje, że nie zasługujemy na raj, możemy się za to spodziewać kary.

Krzyż Chrystusa przekreśla wagę Ozyrysa

Tymczasem w naszej wierze nie jest tak, jak podpowiada nam nasze rozumienie sprawiedliwości. Jest dokładnie na odwrót. Nie musimy zasługiwać na raj. Nie możemy kupić sobie wiecznego szczęścia, bo już zostaliśmy odkupieni. Cena została zapłacona. Bóg tak bardzo pragnie naszego dobra, że oddał swoje życie.

Na krzyżu Chrystus udowadnia nam swoją miłość. Czy musiał umrzeć tak straszną śmiercią, aby nas odkupić? Nie musiał, mógł zrobić coś łatwiejszego. Zapłacił najwyższą możliwą cenę, żeby żaden, nawet największy grzesznik, nie zwątpił, że zapłata jest wystarczająca, że miłość Boga obejmuje także jego.

Łatwo się przyzwyczaić nawet do tak niesamowitych rzeczy. Wyobraź sobie sytuację, w której jakiś człowiek poświęca za Ciebie swoje życie. A teraz uświadom sobie od nowa, że Bóg zrobił to naprawdę.

Im mniejszy, tym większy

Jesteśmy już zbawieni. Dlatego droga do świętości nie polega na zaliczaniu zadań ani zbieraniu punktów za dobre uczynki czy praktyki religijne.

Kto pierwszy został ogłoszony świętym? „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”. Tak, te słowa Jezusa usłyszał dobry łotr. A łotr to łotr, na pewno nie nazbierał w życiu wielu „punktów”. Jego przeciwieństwem jest bogaty młodzieniec, który „wszystkiego tego przestrzegał od młodości” i wyraził zainteresowanie osiągnięciem życia wiecznego. Pewnie był gotowy przestrzegać dodatkowych przepisów albo częściej spełniać pobożne praktyki. A jednak on nie usłyszał, że dziś będzie w raju. Odszedł zasmucony. Jak to? Dobry nie poszedł do nieba, a zły do piekła? Ano nie.

Dobry łotr uwierzył w miłość Chrystusa, pokochał Go i zapragnął przyjąć to, co On mu może dać – łaskę. Stało się to w ostatnich chwilach jego życia, kiedy nie mógł już po ludzku naprawić tego, zrobił źle. A jednak ten pokorny gest zaufania odwrócił jego sytuację o Natomiast bogaty młodzieniec dobrze sobie radził własnymi siłami. Być może w pokoju na ścianie miał napis „ Impossible” z dorysowanym człowiekiem, który wykopuje pierwszą sylabę. Wierzył w siebie. Wiedział, że jeśli postara się jeszcze bardziej, osiągnie jeszcze więcej. Jezus nie powiedział, że to źle. Jednak młodzieniec odszedł zasmucony. Nie potrafił zaufać Jezusowi, uwierzyć, że On lepiej wie, co przynosi szczęście. Wolał nadal polegać tylko na swoich zdolnościach, silnej woli, majątku.

Wolą Bożą szczęście człowieka

Bóg nie chce, abyśmy służyli Mu ze strachu przed karą albo z chęci zasłużenia na nagrodę. Wykupił nas, ale nie zrobił z nas swoich niewolników, tylko adoptował jako przybrane dzieci. Do niczego nas nie zmusza. Chce natomiast, żebyśmy uwierzyli w Jego dobre intencje względem nas. W to, że On, jako nasz Stwórca, najlepiej zna drogę do naszego szczęścia i gorąco go pragnie. Tak, wolą Boża jest nasze szczęście.

My też chcemy być szczęśliwi. Ale po grzechu pierworodnym człowiek widzi niezbyt dokładnie i często wydaje nam się, że szczęście jest tam, gdzie są tylko jego namiastki. Mylimy szczęście z przyjemnością. Wydaje nam się, że mamy lepszy pomysł, niż Bóg. I dla ułudy odrzucamy propozycję Boga.

Wydaje się to głupie, a jednak ciągle to robimy. Grzeszymy, czyli odrzucamy Boga. Łamiemy prawo? Gorzej: łamiemy Serce. 

Jednak Bóg jest cierpliwy. Zna naszą słabość. Zna nas „nagich” i nadal widzi w nas dobro. Nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika.

Całkiem za darmo

Z naszą słabością nie jesteśmy sami. Jeśli, jak dobry łotr, uznamy pokornie, że sami nie damy rady i okażemy zaufanie, Bóg nam pomoże – obdarzy nas swoją łaską.

Co to jest łaska? Po łacinie łaska to gratia – prawie jak gratis, czyli to, co dostajemy za darmo. Na łaskę nie trzeba zasłużyć, może ją dostać każdy. Co nie znaczy, że komuś się ona należy. Nikomu się nie należy. Jest jak nieoczekiwany prezent, dany bez żadnej okazji.

Wiemy już, że za darmo. Ale co właściwie dostajemy? Łaska to stan łączności z Bogiem, nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi. Dzięki temu możemy uczestniczyć w życiu Boga już tu na ziemi oraz mamy zapewnione ostateczne zjednoczenie z Bogiem w wieczności. Nadal brzmi enigmatycznie. Bo co to znaczy uczestniczyć w życiu Boga? Jeśli mówimy, że uczestniczymy w czyimś życiu, to mamy na myśli, że towarzyszymy tej osobie w tym co robi, martwimy się jej problemami, cieszymy z jej radości, przeżywamy to, co ona. To, co przeżywa Bóg, zobaczymy dokładnie w niebie, ale już teraz możemy to zobaczyć częściowo.

Andriej Rublow – Trójca święta

Popatrz na ikonę A. Rublowa Trójca św. Przedstawia ona trzy Osoby Boskie siedzące przy stole. Panuje między nimi doskonała jedność, zrozumienie, oddanie. Doskonała Miłość. Bóg jest tak szczęśliwy, że niczego nie potrzebuje, nic nie mogłoby uszczęśliwić Go jeszcze bardziej. Trójca św. nie jest zamkniętym gronem. Łaska to zaproszenie, żebyś też Ty też usiadł przy stole przedstawionym na ikonie i przeżywał to, co przeżywa Bóg.

Ale ja nic nie czuję

Łaska należy do porządku nadprzyrodzonego. Nie możemy jej zobaczyć ani poczuć. Możemy jednak zobaczyć jej skutki, kiedy popatrzymy w przeszłość. Nie jesteś doskonały, ale niektóre sprawy poszły do przodu, prawda?

Chrystus ustanowił sakramenty, czyli widzialne znaki otrzymywanej łaski, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że ją otrzymujemy. W momencie chrztu otrzymujemy łaskę uświęcającą  – Bóg udziela nam się po raz pierwszy. Później łaska może w nas wzrastać, kiedy korzystamy z kolejnych sakramentów. To tak, jakbyśmy siedzieli przy stole jeszcze bliżej Trójcy Świętej albo coraz lepiej znali język, którym posługują się Osoby Boskie i mogli pełniej uczestniczyć w rozmowie.

Łaskę uświęcającą możemy też stracić popełniając grzech śmiertelny. Oświadczamy wtedy Bogu, że nie chcemy uczestniczyć w Jego życiu, uważamy, że Jego Wola wcale nie jest najlepsza. W sakramencie spowiedzi Bóg, widząc nasz żal, zapomina o bólu, który Mu zadaliśmy i ponownie zaprasza nas do siebie.

Bóg zrobi za mnie wszystko?

Można pomyśleć, że skoro łaska zapewnia zbawienie, to żaden wysiłek z naszej strony nie jest już potrzebny. Ale Bóg nie chce zbawiać nas automatycznie, na siłę. Dał nam wolną wolę. Inaczej nie moglibyśmy Go kochać, bo miłość to kwestia decyzji. Bóg chce, żebyśmy przyjmowali Jego miłość i odpowiadali Mu miłością, tylko dlatego, że tak właśnie chcemy.

Mamy wybór, mamy więc też tę straszną możliwość odmowy. A skutki grzechu pierworodnego i działalność szatana sprawiają, że odmowa często wydaje nam się uzasadniona i atrakcyjna. Częste korzystanie z sakramentu Eucharystii oraz spowiedzi pomaga nam widzieć prawdziwie i nie dać się oszukać.

A co z przestrzeganiem przykazań? Przykazania mówią o praktykowaniu miłości do Boga i bliźniego. Jeśli doświadczamy uczestnictwa w życiu Boga i widzimy, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani, to w sposób naturalny chcemy Mu odpowiedzieć tym samym  – bezpośrednio i przez to, co robimy dla innych ludzi. Nie zbieramy „punktów za dobre zachowanie”. Chcemy sprawić radość kochanej Osobie i dlatego podejmujemy wysiłek pracy nad sobą. Żeby już więcej nie sprawić Bogu bólu.

Miłość nie jest uczuciem i nie zawsze towarzyszą jej przyjemne emocje. W takiej sytuacji Bóg tym bardziej docenia to, co dla Niego robimy. Widzi nasze starania i je przyjmuje, chociaż efekty często nie są niesamowite. Jak mama ciesząca się z rysunku, który dostała od trzylatka.

Warto się starać. Pokazywać Bogu, że chcemy Go kochać ze wszystkich sił. A resztę zostawić działaniu Jego łaski.

Popatrz jeszcze raz na ikonę.

„Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy”. (J 14, 23)

Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Kilka historii o patriotyzmie

O byciu semper parati

Michał bezmyślnie przewijał kolejne posty na Facebooku. Miał jeszcze chwilę przed wyjściem z domu na spotkanie z Anką.  Ale marnowanie czasu – pomyślał. W ostatniej chwili zobaczył jednak nowy wpis na stronie swojego osiedla. Przeczytał. Zaginęła kilkuletnia dziewczynka, sąsiedzi skrzykiwali się, żeby pomóc w poszukiwaniach. Zapadł już zmierzch, było zimno. Michał w jednej chwili sięgnął po telefon. Ciekawe czy system alarmowy ich starego zastępu jeszcze zadziała. Kto jak kto, ale oni znają tę okolicę jak nikt inny, nie mówiąc już o lesie za wiaduktem kolejowym. Spędzali tam właściwie każdą sobotę przez te kilka lat. Później drogi im się trochę rozeszły, ale czuł, że nadal mogą na siebie liczyć. I nie zawiódł się. 10 minut później grupa młodych mężczyzn z potrzebnym sprzętem, w ciepłych ubraniach spotkała się pod wiaduktem. Dobrze Was wszystkich widzieć. Odpowiedziało mu kilka głosów: Semper parati, czuwaj.

O starym i nowym rowerze

Zbierała na niego dobry rok. Jej stary 10-letni rower wiele już przeszedł i powoli jego czas się kończył. Prawdę mówiąc, za każdym razem, gdy na niego wsiadała, bała się, że jej staruszek się rozleci. Przed urodzinami tata oznajmił, że pozostałą kwotę do wymarzonego roweru dostanie od rodziców w ramach prezentu. Miała już oczywiście wybrany model. Firma znana, zagraniczna. Podekscytowana ruszyła na umówione spotkanie z szefową ogniska. Usiadły w parku – Asiu dobrze widzieć Cię taką szczęśliwą. Tylko tak myślę sobie jeszcze… Wiesz, ja też niedawno szukałam roweru dla chrześnicy na komunię i trochę czytałam o cenach, o jakości w różnych firmach i polskich, i zagranicznych. Wydaje mi się, że zdarza nam się iść na łatwiznę, na skróty i kupujemy to co jest modne, co popularne, znane. A nasze polskie firmy często nie ustępują tym zagranicznym. Ja staram się, kiedy mogę i uważam, że nie będzie to z jakąś stratą dla mnie, wybierać polskie produkty – to taki mój wkład w narodową gospodarkę – i puściła do niej oko. Rozmowa potoczyła się dalej – od rowerów, przez ubrania i kosmetyki po żywność. Joasia postanowiła jeszcze poszukać, poczytać. Może znajdzie dla siebie coś odpowiedniego, a przy okazji pozwoli zarobić jakiejś polskiej firmie. To byłby jej wkład w gospodarkę narodową.

O samochodach i kawie, której nie będzie

A niech to! Miały już ruszać na wędrówkowy szlak, a tu zepsuł się samochód i zamiast być już w górach szukały mechanika. Żadna z nich nie znała się na naprawach, a z księdzem duszpasterzem miały spotkać się dopiero jutro. Dobrze, że warsztat był niedaleko. Umówiły się, więc z panem mechanikiem, że odbiorą samochód za tydzień, gdy będą wracać ze swojej letniej wyprawy. Poszły na dworzec, złapały pociąg. Musiały zmodyfikować plany – miały 4 godziny opóźnienia i trasa zaplanowana na dzisiaj nie wchodziła w grę. Po tygodniu dobrego wędrówkowego czasu wróciły po odbiór samochodu, który nota bene pożyczyły na wędrówkę od znajomej HR-ki. Ustaliły wcześniej, że złożą się po równo na naprawę. Trochę drżały czy koszt nie przekroczy ich możliwości. Wyszło 500. To kwota brutto, ale jeśli paniom zależy to możemy zrobić bez faktury.  Większość z nich było studentkami, nie miały dużo pieniędzy, a na nieprzewidziane wydatki w zasadzie w ogóle. Było ich 5 – różnica na jedną między kwotą brutto i netto, wynosiła więc ok. 20 zł – kino albo dwie kawy na mieście. Popatrzyły po sobie. Mundur zobowiązywał, przyrzeczenie zobowiązywało. Poprosimy z VAT-em. Jakoś dadzą sobie radę.

O jedzeniu i przyjaźni

Janek kończył szykować bigos, na półmisku czekały też pierogi babci zabrane z domu w większej ilości. Za chwilę mieli pojawić się goście. Zorganizował kolacje, na którą on oraz pochodzący z Turcji Ahmed, Francuska Sophi i Japończyk Noriaki mieli przygotować swoje narodowe potrawy. Cała czwórka poznała się na studiach i bardzo polubiła, korzystali więc z tego semestru, który mieli razem spędzić w Krakowie jak tylko mogli. Prawdę mówiąc Janek dwoił się i troił, aby pokazać im jak najwięcej i jak najpiękniejszą Polskę. Organizował spotkania, wycieczki, proponował wyjścia do teatru, muzeów. Był dumny ze swojego kraju, opowiadał o jego historii, kulturze, zwyczajach. Jego przyjaciele także opowiadali o swoich ojczyznach. Okazało się, że w każdym kraju mieszkańcy narzekają na politykę i polityków (choć robią to mniej lub bardziej otwarcie), że każdy naród ma jakieś swoje przywary i że każdy kraj jest naprawdę ciekawy i piękny. Kolacja się skończyła, wkrótce skończył się też semestr i Janek pożegnał swoich przyjaciół na lotnisku. Miał nadzieję, że wkrótce uda im się spotkać ponownie, a przynajmniej tak się umówili – w najbliższe wakacje mają odwiedzić Sophi w Paryżu.

fot Monika Wójcik

Rozważania o patriotyzmie i świecie

Zastanawiam się nad definicją patriotyzmu – miłość do ojczyzny, miłość do swojego narodu, miłość do ziemi, kultury, historii. Świadomość błędów i wad, przywar jest konieczna, żeby ta miłość była dojrzała – to tak jak w miłości między ludźmi – kochamy pomimo wad i kochamy może też właśnie wady. Patriotyzm zakłada też w sobie szacunek dla innych, ciekawość świata za granicami kraju. W patriotyzmie nie ma wrogości do innych narodów, nie ma w nim miejsca na wywyższanie się i megalomanię (to są cechy szowinizmu). Polska jest dla nas wyjątkowa, bo jest nasza, bo tu wyrośliśmy i w nią wrośliśmy. Patriotyzm to gotowość do poświęceń.

Czy w dzisiejszym świecie patriotyzm jest trudny? Myślę, że i tak, i nie. Nie oddajemy już swojego życia na barykadach za swój honor i wolność przyszłych pokoleń, ale jakże ciężko nam czasami zdobyć się na te codzienne poświęcenia, małe ofiarności. Jak powiedział Kardynał Stefan Wyszyński:

Jednakże trudniej jest niekiedy żyć dla ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata.

No właśnie – ofiarność. Problem z dzisiejszym patriotyzmem może polegać właśnie na tym, że ta cnota stała się niemodna. Świat stał się miejscem, gdzie ja, moja wygoda, przyjemność są najważniejsze, a co za tym idzie z zasady nie poświęcamy się dla idei czy innych ludzi. To niewygodne – zabiera nam czas i jest zazwyczaj nieprzyjemne (co nie znaczy, że nie daje radości). W skautingu próbujemy zmienić ten sposób myślenia. Próbujemy pokazać, że to właśnie bycie dla innych może sprawić, że będziemy szczęśliwi, że Nasze życie będzie pełne. Służba w jednostkach nie jest zazwyczaj usłana różami, wymaga od poświęcenia czasu, sił, energii. Służba zaczyna się tam, gdzie kończy się przyjemność. To zdanie usłyszałam dawno temu i pomaga mi do dziś (a dziś służę innymi głównie jako żona i mama) bardziej kochać moją rodzinę i moje obowiązki.

Wyrazem patriotyzmu teraz mogą być bardzo różne działania:

  • Twoja służba w skautingu, jeśli wkładasz w nią serce, jest patriotyzmem. To praca w kształtowanie kolejnych pokoleń Polaków na dobrych ludzi. 
  • Troska o środowisko, naturę, którą staramy się rozwijać w skautingu, jest patriotyzmem. Chcemy, żeby świat stworzony przez naszego Boga był miejscem pięknym i czystym.
  • Służenie swoimi skautowymi umiejętnościami i doświadczeniem czy znajomością terenu dla dobra innych – np. tak jak w pierwszej historii – jest patriotyzmem.
  • Dbanie o dobrostan finansowy państwa, m.in. poprzez płacenie należnych podatków, wiązanie swojej przyszłości zawodowej z Polską, jest patriotyzmem. To też wyraz uczciwości i odpowiedzialności za społeczeństwo.
  • Wspieranie polskich firm poprzez wybieranie produktów wytwarzanych w Polsce jest patriotyzmem, (to tzw. patriotyzm gospodarczy).
  • Działanie w fundacjach i organizacjach pomagających innym jest patriotyzmem. Patriotyzmem jest też zrobienie zakupów starszej sąsiadce czy przyniesienie książek z biblioteki choremu sąsiadowi, bez formy zorganizowanej, z dobroci serca.
  • Noszenie maseczek i dezynfekcja rąk w dzisiejszych czasach to także wyraz patriotyzmu. To odpowiedzialność za innych, starszych, słabszych i wyraz szacunku dla pracy służby zdrowia. Nie mówiąc już o zdrowym wyrazie miłości własnej i miłości do swojej rodziny.
  • Patriotyzm to też dbałość o kulturę, język o zasady dobrego wychowania, aby żyło nam się jak najlepiej i jak najprzyjemniej w naszym kraju. Jeśli wyjeżdżamy za granicę ten punkt jest ważny podwójnie – jesteśmy przedstawicielami narodu i musimy troszczyć się o jego dobre imię.
  • …  (Twoje własne przykłady i pomysły)

Ciężko mi oddzielić bycie patriotą od bycia po prostu dobrym człowiekiem. Mam nadzieję, że to właśnie jest podstawa, którą pomaga nam rozwinąć harcerstwo – zaszczepia miłość do ojczyzny, daje wiedzę i umiejętności, odwagę do niesienia pomocy w potrzebie i niezgadzania się na zło, uczciwość wobec innych obywateli i aparatu państwowego, odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za nasze otoczenie i ludzi wokół.

Patriotyzm to umiłowanie własnej Ojczyzny, na którą składa się i rodzinna ziemia, i wytworzona na tej ziemi przez naród kultura, i cała jego tradycja, i pacierz przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, i melodia języka ojczystego, i ukochany nad wszystkie inne krajobraz, i rodzinny dom, i pamięć o ojczystych dziejach, i chwytająca ze serce matczyna kołysanka, i groby przodków, i cudowna poezja polskich romantyków, i prastara pieśń „Bogurodzica”, i polonez A – dur Szopena, i „Pożegnanie Ojczyzny” Ogińskiego, i niezliczona ilość innych zaszczepionych na zawsze w duszy Polaka wspomnień, przeżyć, uczuć, przekonań i głębokich umiłowań. Abp Stanisław Wielgus

Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Kwestia Cnoty

Cnota jest jednym z  tych pojęć, z  którymi stale spotykamy się w  naszym życiu chrześcijańskim i  harcerskim. Nie raz słyszymy o  niej na kazaniach, jak również przygotowując się do przyjęcia sakramentu bierzmowania czy też zaliczając stopnie, czy sprawności w  zielonej gałęzi, gdy uczymy się wymieniać trzy cnoty teologalne i cztery cnoty kardynalne, wreszcie spotykamy się ze słowem „cnota” na kartach Pisma Świętego. Na koniec bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to bierzcie pod rozwagę. (Flp 4, 8).  Lista, jaką Apostoł Paweł przedstawia mieszkańcom Filippi, jest szeroka i  mam wrażenie, że gdy sami myślimy o cnotach, to wiemy, że dzwony biją, ale nie wiemy, w którym kościele. Wiemy, że cnota to czynienie dobra, jakoś związane czy wyrażające się poprzez wiarę, nadzieję, miłość, roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i  męstwo. Jest to oczywiście prawda, myślę jednak, że, w ramach pogłębiania osobistej formacji, warto przyjrzeć się dokładniej pojęciu „cnoty”. W tym artykule przedstawię w pigułce jego historię i omówię cnoty kardynalne, gdyż trzy cnoty boskie – wiara, nadzieja i miłość, są tematem na tyle obszernym, że zasługują na, co najmniej, cykl tekstów.  

Greckie słowo areté, oznaczające cnotę, po raz pierwszy pojawia się u samych źródeł kultury europejskiej, w Iliadzie i  Odysei.  

Wspina się koń na nogi i pląta się w miedzi. 

Gdy wstawszy, lejce starzec swym mieczem przecina. 

Niosą Pryjamowego bystre konie syna: 

Hektor leci, którego niezwalczona cnota  

W kontekście eposów Homera, owa „niezwalczona cnota” oznacza dzielność wojskową. Osoba cnotliwa to mężny wojownik, który jak Achilles czy Odys śmieje się w  twarz przeciwnościom losu. Nie oznacza to jednak doskonałości moralnej. Pamiętacie pewnie, że gniew i  upór Achillesa sprowadza śmierć na jego przyjaciela Patroklesa. Dopiero parę wieków później pojęcie „cnoty” przeformułował Sokrates. Uważał on, że człowiek czyni zło tylko i  wyłącznie z  niewiedzy. Cnota, w  rozumieniu ateńskiego filozofa tożsama była wiedzy o  słusznym postępowaniu, tak więc cnota wiedza szczęście. Stanowisko to poszerzył jego uczeń Platon, który wyróżnił cztery cnoty, nazwane później kardynalnymi: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i  męstwo. Rozumienie cnoty swoich poprzedników ugruntował Arystoteles, rozbudowując i  grupując listę cnót oraz zestawiając każdą z  nich z  dwiema wadami. Na przykład męstwo jest zestawione z  jednej strony z  tchórzostwem, a z drugiej z brawurą. Z takiego spojrzenia na postępowanie człowieka maluje się obraz cnoty jako rozsądnej postawy między dwiema skrajnościami, czyli tak zwanego „Złotego Środka”. Aby go odnaleźć, człowiek musi nieustannie ćwiczyć się w cnotach, by wyrobić w sobie dobre nawyki.  

Refleksję filozoficzną nad cnotą podejmowało jeszcze wielu myślicieli antycznych, ale prawdziwy przełom nastał wraz z  pojawieniem się chrześcijaństwa. Wielcy święci jak Augustyn, Izydor z  Sewilli czy Tomasz z  Akwinu poświęcili wiele kart papieru na zapiski etyczne. Po pierwsze, za świętym Pawłem poszerzyli oni katalog cnót o  tak zwane cnoty teologalne, to jest odnoszące się bezpośrednio do Boga – wiarę, nadzieję i  miłość. Po drugie, święty Augustyn zauważył, że mimo iż rozum wie, że czyn, który chce popełnić człowiek jest złem, czasem człowiek przeciwstawia się swemu rozumowi. Tak więc źródłem każdej decyzji, jaką podejmujemy w  swoim życiu jest nasza wola. Cnoty są narzędziem, dzięki którym ową wolę podporządkowujemy dobrze wyćwiczonym rozumowi i  sumieniu. Oczywiście jest to niemożliwe bez Łaski Bożej, z  której strumieni czerpiemy w sakramentach świętych Kościoła.  

Czym jest więc cnota? Jest ona trwałym pragnieniem czynienia dobra, które pozwala nam dawać z  siebie to, co najlepsze. Tak jak pisałem wyżej, cnoty boskie odnoszą się do naszej relacji z  Panem Bogiem i  bez Łaski Bożej kierowanie się nimi jest niemożliwe. Cnoty kardynalne natomiast odkryli Grecy, kierując się nie Objawieniem, a  rozumem, choć oczywiście Duch Święty wieje, kędy chce i, jak wiemy z  kart Pisma Świętego, nawet poganie mogą usłyszeć Jego głos. Przyjrzyjmy się im uważnie.   

Roztropność jest czasem nazywana woźnicą cnót i  stanowi podstawę wszystkich innych. Jest ona umiejętnością poznania tego, co dobre, do czego warto dążyć, jak również tego, co złe, czego należy unikać. To dobieranie takich środków, które jak najszybciej pozwolą osiągnąć zamierzony cel. Aby ćwiczyć się w tej cnocie, musimy analizować zachowania własne i  cudze. Pamiętajmy o  rachunku sumienia, sięgajmy po rady naszych Opiekunów i  Matek Drogi, czy nawet przemyślmy zachowanie bohaterów książki, którą przeczytaliśmy, albo filmu, który obejrzeliśmy. Wadami, które przeciwstawiają się roztropności są niestałość, a  więc niechęć do zrealizowania zamierzonego czynu i  lekkomyślność, a więc działanie w emocjach, nieprzemyślane.  

Sprawiedliwość jest stałym i  trwałym pragnieniem oddania Bogu i  bliźnim tego, co im się należy. W  stosunku do Pana realizujemy ją przez pobożność. W stosunku do ludzi jest to wprowadzanie ładu w nasze życie społeczne. Nie tylko szanujemy prawa innych i  aktywnie działamy na rzecz ich obrony, lecz także dbamy dobre relacje z bliźnimi. Sprawiedliwość ćwiczymy od dziecka, gdy najpierw poznajemy siłę i słabość, a  później, przy pomocy naszych rodziców i  wychowawców, uczymy się, że nie należy krzywdzić słabszych i  drżeć przed silniejszymi. Jednak nie możemy zapominać, że sprawiedliwość domaga się aktywnego działania na rzecz bliźnich. Musimy dbać, by nasze serce nie zobojętniało na krzywdę ludzką, zarówno między narodami, jak i  w naszych rodzinach czy jednostkach. Z drugiej zaś strony musimy wystrzegać się utopijnych prób stworzenia raju na ziemi, gdyż jest to wyraz pychy.

Męstwo to wytrwałość w  trudach i  opieranie się pokusom. To ona jest źródłem siły męczenników, gdyż pozwala przezwyciężyć nawet strach przed śmiercią. Głównymi narzędziami kształtowania męstwa są wysiłek fizyczny, który uczy nas znosić ciężar bólu, oraz posty i  wyrzeczenia, które oczyszczają nas z  przywiązań do rzeczy doczesnych. Wadami, które utrudniają ćwiczenie się w tej cnocie są tchórzostwo, czyli niepohamowany lęk przed cierpieniem, oraz brawura, czyli działanie z  pogardą do zdrowia i  życia siebie oraz innych. 

Umiarkowanie pozwala opanować dążenie do przyjemności i  zapewnia równowagę w korzystaniu z  dóbr ziemskich. Podporządkowuje to, co zwierzęce w człowieku, temu, co boskie. Kierowanie się tą cnotą jest wielkim wyzwaniem we współczesnym świecie, gdyż podstawą gospodarki krajów bogatych jest konsumpcja, a  kultura masowa przedstawia zaspokajanie swoich pragnień jako wzór dobrego życia.  Cnotę tą kształtujemy przez wyrzeczenia. Nieoceniony jest tu trud wędrówek i  wyjazdów z naszymi jednostkami, gdyż pokazuje on, jak wiele rzeczy w naszym codziennym życiu jest nam niepotrzebnych albo zabiera nasz czas i  uwagę. Wadami, z  którymi musimy się mierzyć w kontekście tej cnoty są nieumiarkowanie, czyli podporzadkowanie się naszym pragnieniom doczesnym i  zwierzęcym instynktom oraz niewrażliwość, czyli celowe odrzucanie jakichkolwiek należnych nam dóbr i  przyjemności, tak jak zostało to opisane w  Ewangelii: Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. (Mt 6, 8).  

Mam nadzieję, że ten krótki artykuł będzie przede wszystkim dobrym narzędziem, które pomoże nam się lepiej formować i wytrwale dążyć do celu wszystkich cnót – zbawienia. Jeżeli zainteresowałeś się tematem, na koniec proponuję też parę lektur pogłębiających: 
1. W  Katechizmie Kościoła Katolickiego (http://www.katechizm.opoka.org.pl) znajdziesz poświęcone cnotom punkty 1803-1829, które po krótce przedstawiają katolickie rozumienie tej koncepcji etycznej.  
2. Nieco trudniejsze w lekturze, filozoficzne omówienie pojęcia cnoty znajdziesz w Powszechnej Encyklopedii Filozofii ( http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf
3. Szerokie omówienie tematu, zwłaszcza w kontekście współczesnych koncepcji etycznych i nurtów kultury, prezentuje klasyczna praca szkockiego badacza Alasdaira MacIntyre’a Dziedzictwo Cnoty. Studium z teorii moralności

Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Wejdź w tę muzykę…

fot. Monika Wójcik – Ogólnopolska Pielgrzymka Przewodniczek 2019

Kiedy kilka miesięcy temu rozważałem od jakich słów rozpocząć odnawianie Przestrzeni, czyli pisma dla szefowych i szefów Skautów Europy, niemal automatycznie pamięć we współpracy z łaską Bożą, zrodziły w mojej głowie tytułowe zdanie: Wejdź w tę muzykę…

  To zdanie otwiera we mnie mnóstwo wspomnień, jednak pragnąc przybliżyć jego wagę odniosę się tylko do dwóch z nich.

  Pierwsze będzie szczególnie bliskie fanom twórczości J.R.R. Tolkiena. W jego dziele “Silmarillion” stworzenie świata elfów, krasnoludów, ludzi, hobbitów i innych fantastycznych stworzeń, odbywa się za pomocą śpiewu. Wielkiego śpiewu Ainurów, będących odpowiednikiem archaniołów w świecie stworzonym przez Tolkiena.

  To wspomnienie mówi więc: wejdź w tę wielką muzykę tworzenia świata. Świata stworzonego i tworzonego. Znajdź coś dla siebie, w muzyce słów, przygotowywanej przez szefów dla szefów.

  Nasze skromne Shire skautingu jest również częścią wielkiej melodii stworzenia. Piękną niszą, opisywaną przez skautmistrzów wielu pokoleń, na szkielecie definiowanym obecnie jako 16 elementów metody – 5 celów, 5 motorów i 6 wymiarów. Na nich też opiera się wielogłos redaktorów odnowionej Przestrzeni.

Ilustracja: Agata Kocyan

  Jednak w tym chórze, uważne ucho rozpozna różne barwy i brzmienia. Są to poszczególne teksty, prezentowane na łamach Przestrzeni w tym miesiącu. Podążając do źródeł poszczególnych aspektów metody skautowej, pierwszy artykuł, którego spodziewać się można już jutro, wprowadzi nas w świat cnót, na których bazuje nasza praca nad celem „charakter”. Kolejny artykuł ukaże się 11 listopada, a odnosić się będzie do postaw patriotycznych kształtowanych w wymiarze Leśnej Szkoły Wychowania Obywatelskiego w skautingu. Po drugiej stronie pracy nad charakterem, leży uprzedzająca go łaska Boża. O jej roli, mocy i dyskretnej obecności w naszym życiu, opowie trzeci artykuł w tym miesiącu, planowany na 19 listopada. Nasz pierwszy cykl, w ostatni czwartek listopada domknie artykuł podążający za odpowiedzialnościami naszych podopiecznych, zmagających się z krzyżem życia nastoletniego.

  Muzyka słów i znaczeń, które jako redakcja Przestrzeni będziemy się starać przed Wami odkryć, bierze swój początek w wąskiej strużce tekstu, będącej drugim wspomnieniem, czy właściwie źródłem tytułu tego wstępniaka. Jest to wiersz autorstwa Grzegorza Przemyka, młodego poety, syna poetki Barbary Sadowskiej, zakatowanego przez milicjantów w czasie stanu wojennego. W świetle jego śmierci, nabiera on znaczenia profetycznego. W świetle jego życia, wnosi ducha w ten tekst i cały cykl artykułów listopadowych:

„Więc wejdź w tę muzykę synu
idę tylko tak w stopy zimno”


fot. Krzysztof Żochowski – Święty Krzyż 2013

Krzysztof Olaf Żochowski HR – asystent programowy redaktora naczelnego Przestrzeni. Pochodzi z 1. Hufca Garwolińsko-Pilawskiego, gdzie pełni funkcję zastępcy hufcowego. Jest asystentem namiestnika wędrowników. Student VI roku na kierunku lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Skauting dla chłopców: męska przygoda – Michel Menu

Jest to ostatni rozdział książki „Art et Technique du Scoutmestre” („Sztuka i technika szefa skautowego”) autorstwa Michel Menu, wydanej po raz pierwszy w 1965 r.

Michel Menu (1916-2015) – uczestnik francuskiego ruchu oporu (walczył między innymi pod Dunkierką), inżynier, doktor psychologii i nauk politycznych, w latach 1947-1956 r. namiestnik harcerzy (chłopców w wieku 12-17 lat) w ramach Scouts de France, odnowiciel metody harcerskiej według założeń Baden-Powella, twórca wyzwania Raider scout, które stało się impulsem do ilościowego i jakościowego wzrostu skautów katolickich we Francji (od 1949 do 1953 r. poziom Raider scout osiągnęło 220 francuskich drużyn), twórca samodzielnych zastępów działających od 1951 r., organizator wielkich obozów i zlotów harcerskich (podczas jednego z nich 700 zastępów zdecydowało się wziąć udział w misji stworzenia drużyn w nowych miejscach), propagator tzw. „skautingu misyjnego”, mąż i ojciec pięciorga dzieci.
Pisząc tę książkę nie zamierzałem pod żadnym pozorem stwarzać zwodniczo pozory, jakoby sam skauting był w stanie powstrzyma dryf kontynentów… czy nawet dryf kultury. To byłoby szydercze i pogardliwe dla waszej inteligencji. Ale byłoby jeszcze bardziej godnym pogardy pozwolić wam uwierzyć, że nic z tym nie możecie zrobić! Przynajmniej, jeśli chodzi o dryf kultury…
Przy użyciu narzędzia jakim jest skauting, jak prymitywne by ono nie było, przeprowadzamy operację na człowieku, na ludziach z prawdziwą skutecznością. Skautmistrz[1], który bierze odpowiedzialność za drużynę, może być pewny, że los świata w jednej miliardowej jest na moment w jego rękach[2]. A jedna miliardowa z naukowego punktu widzenia to już ogromna liczba! Czyż to nie całej ludzkości pomagamy rozwijać się, od chwili, w której wychowujemy jednego z jej przyszłych budowniczych? I czyż nie oświecamy całej ludzkości, gdy przekazujemy jej… skauta niosącego światło[3]?

Wychowanie jest najczystszym, najużyteczniejszym i najbardziej przyszłościowym powołaniem. Jest o wiele więcej mężczyzn niż sobie wyobrażamy, którzy byliby w stanie odpowiedzieć na powołanie do służby Skautmistrza. Mam na myśli mężczyzn między 25 a 30 rokiem życia, a nawet starszych, którzy jednak pozostali wystarczająco młodymi, żeby zrozumieć ukryte aspiracje dzisiejszego młodego Daniela[4] i wystarczająco dojrzałych, żeby obudzić w sobie… przenikliwość. Czy w Europie nie ma milionów kierowników? Dlaczego więc czasami brakuje nam Skautmistrzów? Znajdujemy u niektórych z pewnością dobre chęci, ale obawiają się oni, że skauting ich przesadnie zaangażuje i że nie pozwoli im „żyć własnym życiem”. Są trzy kryteria, które pomogą im rozeznać, czy mają powołanie do bycia Skautmistrzem.

Pierwsze kryterium jest sine qua non. Nie można go ominąć. To zdolność do… miłości! Miłości do życia w rozkwicie, miłości do młodych. Nie do młodych postrzeganych jako masa socjologiczna, ale do młodych z krwi i kości, którzy przechodzą obok nas pełni niepokoju ściskającego żołądek i do których wystarczyłoby być może mrugnąć okiem lub kopnąć ich w tyłek, żeby zaangażowali się zwycięsko w wielką grę zwaną życiem zamiast schodzić z dobrej drogi w ślepe uliczki.
Ponadto, trzeba posiadać gruntowny zmysł praktyczny, od urodzenia lub szybko wypracowany później. Nie trzeba znać się na rolnictwie, żeby zostać Skautmistrzem, pod warunkiem jednak, że nie będziemy należeć do tych, co ciągną stokrotki, chcąc, żeby szybciej rosły. Praktyczny wychowawca nie jest nerwowy, tylko cierpliwy i wie, że potrzeba 5 czy 6 lat, żeby przejść przez okres dorastania i że trzeba przez ten czas plewić i podlewać bezustannie, czekać i czasami przycinać gałązki, zanim pojawi się owoc.
W końcu, żeby być efektywnym Skautmistrzem, trzeba to lubić! Lubić z pewną dozą namiętności, tak jak inni lubią polowanie czy tenis. Chłopcy wyczuwają z odległości 500 metrów „życzliwą duszę, która chce ich dobra”, ale która odczuwa strach na widok siekiery lub kompasu. Można z pewnością spotkać Skautmistrzów, którzy angażują się w harcerstwo z poświęcenia. To niezwykle poruszające! Znałem takich, którzy dawali dowód „przykładnego ducha ofiarności”, tak jak pielęgniarki, które z litości poślubiają swoich pacjentów. Ale trzeba to powiedzieć wprost, powołania z pasji są mniej męczące niż powołania związane z heroicznym poświęceniem.

Otóż, człowiek może mierzyć 1,60 albo 1,90, ważyć 70 lub 100 kilo, być ślepym jak kret i… fałszować, ale jeśli łączy wszystkie powyższe kryteria, nawet jeśli tylko potencjalnie, to jest obiecujący jako Skautmistrz. Jego wiek nie ma wcale znaczenia. Pomiędzy 20 a 50 rokiem życia możemy być Skautmistrzem doskonale operacyjnym! Skauting w rzeczywistości potrzebuje mężczyzn dobrze znających życie, którym zawód dał pewność, doświadczenie i rozwagę, mężczyzn, których rozpromienia miłość do żony, a ich ojcostwo sprawia, że wzrastają.

To nie brak czasu i pieniędzy sprawia, że miliony chłopców nie mają swoich Skautmistrzów, ale rodzaj letargicznego odrętwienia, które może opętać człowieka, kiedy zamiast rozwijać poprzez czyny pełną siłę swojego wieku, spędza czas na kanapie. Cały więc obrasta w tłuszcz i potrzeba aż sześciu ludzi, żeby go zanieść na cmentarz!
Ileż ja widziałem tych wybitnych i obiecujących chłopców w wieku 19 lat, tych młodych stworzonych po to, żeby rozsiewać wokół radość życia, tych apostołów napędzanych ewidentnie przez łaskę, którzy w przeciągu 2-3 lat zatracają swoje ciało i duszę w małżeństwie. Wszystko przez to, że pomylili miłość z kawałkiem złota lub „talentem”, który trzeba było zakopać w ziemi, chroniąc przed dostępem powietrza. Ileż to ja znałem tych młodych par, rozpalonych w dniu ślubu, którzy zamiast razem wzrastać i doskonalić się wzajemnie, popychać jeden drugiego w stronę szczytu, zamykali się w swoich bunkrach! Dlatego, że pomylili oni miłość z systemem… redukcji głów lub podporządkowaniem sobie jednego przez drugie.
Możemy uciec od tej przedwczesnej starości, tylko jeśli zdołamy wykroić dla siebie chwilę wolności, nawet jeśli miałoby to być tylko kilka godzin w ciągu roku, w których będziemy mogli zadać sobie prawdziwe pytanie o sens życia, o sens… swojego życia! Niektórzy, szukając odpowiedzi, udają się na tydzień rekolekcji do klasztoru lub do Foyers de charité[5]. Inni wyruszają na 8-dniową wędrówkę razem z Goums[6]… na pustynię. To są właśnie doświadczenia obowiązkowe do przeżycia, i to nie jeden raz, skoro mamy całe życie przed samą!

Kiedy jesteśmy w związku małżeńskim i w pełni angażujemy się w obowiązki codziennego życia, podjęcie funkcji w skautingu wymaga oczywiście, żebyśmy umieli balansować ze swoimi planami, kierując się niezaprzeczalną i trwałą hierarchią priorytetów: najpierw oczywiście rodzina, potem zawód i działalność apostolska. Ale, jak pokazuje doświadczenie, możemy pogodzić te trzy zadania jednocześnie. Głęboki rozwój, stały wigor, jaśniejący blask miłości małżeńskiej nie wykluczają się z Ofiarowywaniem się innym.
Jeżeli chcemy przemienić nasze życie w życie apostolskie, musimy być gotowi na poświęcenie, którego nie sposób uniknąć, i rezygnować ze zbytecznych rzeczy. Ale trzeba przede wszystkim, żeby małżonkowie nie mylili miłości z hibernacją. Miłość jest jak ziarno gorczycy, które w zależności od troski jaką je otoczymy, może stać się ogromnym drzewem lub obumrzeć w ziemi. Można pielęgnować to ziarno na wiele sposobów, każda rodzina ma swój własny, ale nigdy nie może się to odbywać przez pomnażanie dwóch oziębłości lub dwóch przeciętności.
Mężczyźnie potrzeba ogromnego morza… do zmagania się z nim, stałych lądów… do odkrywania oraz zwycięstw… nad fatalizmem. Aby pozostał młodym, trzeba mu przygód na szerokich wodach. A żonie potrzeba mężczyzny… młodego!

Własny dom oparty na solidnych fundamentach buduje się w społeczeństwie, w konkretnej miejscowości i w Kościele. Dwóm małżonkom, stanowiącym jedno, potrzeba otwartych drzwi, otwartych rąk i otwartego serca. Kiedy patrzą na siebie, mają powód, żeby być szczęśliwymi i jest to szczęście, które nie blednie jak włosy wraz z upływem czasu. A kiedy my patrzymy na nich, nie widzimy przygnębienia i strachu przed zbliżającą się śmiercią.
W tym wtajemniczeniu, jakim jest drużyna harcerska, w pewnej oddaleniu od rodziny i szkoły, młodzi ludzie potrzebują kogoś, kogo będą mogli pokochać! Dobrowolnie, z własnego wyboru. Potrzebują człowieka, w pełni dojrzałego, który kochając skauting, zarazi ich tą miłością, potrzebują kogoś, kto kochając prawo harcerskie, sprawi, że pokochają je, tak jakby to było prawo każdego człowieka.
Pewnego pięknego wieczoru, drużynowy przybył na czuwanie modlitewne drużyny w Święto Zesłania Ducha Świętego ze swoją młodą żoną przy ramieniu. Była trochę zdziwioną brunetką. Chłopcy patrzyli na nią jak na objawienie. Pokochali ją od razu, od pierwszego wejrzenia, nie wiedząc, dlaczego. Pokochali ją jako tą, która „użyczyła” im tego człowieka, z którego powodu oni są tak dumni, że mają takiego Skautmistrza, który dzieli się z nimi swoim życiem szczęśliwego człowieka. Tak naprawdę, to żaden komunikat nie niesie za sobą ważniejszej treści niż przekaz szczęścia. Kiedy przybliżymy się do szczęścia w „żywej formie” w takim człowieku, bardzo szybko odkryjemy jego źródło w Tym, który jako jedyny może zmienić naszą doczesną ociężałość w łaskę zmartwychwstania.
Czyż nie jest kluczowym celem wszystkich aktywności w skautingu, żebyśmy wszystkim tym, którzy marzą o zostaniu „nosicielami Światła”, przekazywali Wiarę, która uczyni z nich autentycznych skautów niosących Światło?
A teraz?
Moi przyjaciele Skautmistrzowie, którzy czasami czujecie się tak zmęczeni, że chcielibyście przekazać swoją służbę komuś innemu, pozwólcie, że jako końcowy przekaz, dam wam jedną radę. Jeżeli chcecie zachować wasz młody zapał do niesienia Wiary wbrew wiatrom i burzom, miejcie oczy szeroko otwarte na swoje życie usłane różami, gdyż zawsze jest ryzyko, że to wszystko może się zawalić!

Zanurzcie się od czasu do czasu w kłębowisku młodych ludzi, wychodzących z liceum lub w pociągu, który zabiera zbłąkanych chłopaków do najbiedniejszych dzielnic. Wypada zrobić ten typ ćwiczenia bezpośrednio, bez żadnej osłony, tak, żeby dotknąć najciemniejszych zakamarków duszy…
Wybierzcie się na imprezę do klubu w jakiś sobotni wieczór. Jeśli zostaniecie tam przynajmniej dwie godziny, zrozumiecie z pewnością co może wywoływać u nastolatków „zamęt, zawroty głowy i lęk przed… nicością”.
Raz albo dwa razy w roku, w niedzielne popołudnie, zapuście się rowerem na powolną przejażdżkę na przedmieścia… Albo jeszcze lepiej, powróćcie do starych filmów takich jak: „Zapomniani” (Los Olvidados), czy „Buntownik bez powodu”. Przeanalizujcie twarze młodych w „West Side Story”.

To właśnie tutaj widać twarze mężczyzn, zbliżających się do trzydziestki. Niektórzy z nich przeszli już służbę wojskową, przeszkolenie z użycia broni i nauczyli się jak zabijać „nie patrząc”. Inni przeszli już zwycięsko przez obiecujące konkursy. Wielu zalecało się do „amazonek” na skuterach albo dali się zwieść wieczorowym akrobatkom. Ale ilu z nich będzie całkowicie głuchymi i ślepymi?
Z pewnością za 15 czy 20 lat nasze samoloty będą latały jeszcze wyżej, ulice naszych miast będą jeszcze szersze, będziemy manipulować naszymi genami z większą przemyślnością i etyką, ale czy ten świat, który będzie się kręcił coraz szybciej nie stanie się wielką areną cyrkową dla wzbogaconych proletariuszy? Czy to wszystko pomniejszy choć o jedną miliardową pytanie czy życie Człowieka ma większe znaczenie aniżeli śmierć?
Jeśli niektórzy ludzie patrzący dalejnie przekażą Wiary chrześcijańskiej młodym pokoleniom, w momencie, w którym są one w fazie pełnego rozwoju, gdzież będą one szukać Nadziei, która uzdrowi ich z tego okropnego zamiłowania do nicości, które tak często hamuje ich rozwój?
Jeśli teraz krzyk rozpaczy młodych ludzi, nie wystarcza wam do podniesienia się z miejsca i stanięcia na baczność, możecie jeszcze raz przeczytać fragmenty z Pisma Świętego: Łk 9,46 i Mk 9,38… Niedaleko od Góry Tabor, w Palestynie, niedługo przed Przemienieniem, nazajutrz po dniu, w którym Jezus zapowiedział swoją śmierć krzyżową, w czasie wielkich cudów, wybuchła między Apostołami sprzeczka o to, czy w Królestwie Bożym będzie hierarchia miejsc i kto w ostateczności będzie najważniejszy. Otóż, Ten, który umiłował życie, i jakże mógłby go nie umiłować, skoro sam jest prawdziwym. Życiem, zmęczony naszym hierarchizowaniem, wyciąga ręce w stronę małego żydowskiego chłopca, z pewnością ubrudzonego. Ciągnie go łagodnie za kaptur, żeby go przyprowadzić do siebie jak na namaszczenie. I w wielkiej ciszy jego Słowo rozbrzmiewa tak: „To dziecko jest największe w Królestwie Niebieskim”. I żeby to bezimienne wyróżnienie zapisało się w naszej pamięci aż do końca świata, oświadcza: Kto by to dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje”. Jeśli wzięliśmy sobie te słowa do serca, nawet tylko jeden raz w życiu, to zostaniemy młodzi przez… przynajmniej 50 lat, a Skautmistrzami na długo.
Tłumaczenie: Anna Latoch

[1] Wszędzie tam, gdzie użyto sformułowania „Skautmistrz”, chodzi o francuskie słowo Scoutmestre(dosłownie po polsku „skautmistrz”), które w istocie oznacza szefa jednostki, takiego jak Akela, drużynowy czy szef kręgu. Nie należy mylić tego słowa z polskim pojęciem „harcmistrza” oznaczającym jeden ze stopni w rozwoju pedagogicznym. Francuskie Scoutmestrejest tożsame z angielskim słowem scoutmasterużywanym przez Baden-Powella i oznaczającym po prostu drużynowego. Stąd chociażby tytuł jego książki „Wskazówki dla skautmistrzów”, które są podstawowymi wskazówkami dla drużynowych.
[2] Pogrubienia, kursywy i początkowe wielkie litery wyrazów są zgodne z wersją wydawcy.
[3] Mamy tu do czynienia z trudna do oddania grą słów, ponieważ jedno z określeń skauta we Francji brzmi éclaireur, co oznacza „niosący światło” lub „oświecający”. Francuzi stosują zamiennie słowo scout (skaut) i éclaireur, tak jak Polacy co do zasady zamiennie stosują skaut i harcerz.
[4] Odwołanie do biblijnej postaci Daniela proroka.
[5] Foyers de charité – dosłownie: Domy Miłosierdzia, są to wspólnoty, założone przez Martę Robin, które na podobieństwo pierwszych chrześcijan żyją razem i dzielą wspólnie wszystkie dobra i umiejętności. Ich głównym celem jest krzewienie Nowej Ewangelizacji, między innymi poprzez organizację rekolekcji.
[6] „Les Goums” to 8-dniowe wędrówki po pustyni, adresowane do młodych między 20 a 35 rokiem życia, zorganizowane pierwszy raz w 1969 roku przez Michela Menu, jednego z twórców skautingu katolickiego.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Więcej kochać (1929) – o. Jakub Sevin SI

List o. Jakuba Sevin do szefów skautowych
Więcej kochać
1929
Wszystko zapowiada, że rozpoczynający się rok będzie wspaniałym rokiem. Z mgieł jego poranka wyłaniają się trzy szczyty: Rzym, Orlean i Birkenhead[1]. W ich kierunku zwracają się wszystkie oczy i serca. 
Miłość do Papieża, tego Papieża, który tak bardzo kocha wszystkich skautów, który tak kocha Francję i którego powinniśmy wspierać, szczególnie miłować i pocieszać, my, którzy przyrzekliśmy służyć Kościołowi najlepiej jak potrafimy. Zwłaszcza w tych dniach, gdy wielu młodych Francuzów chce być dla Kościoła tylko synami zbłąkanymi i zbuntowanymi.
Miłość do Francji, „wielkiej ziemi” i kraju św. Joanny, który zawdzięcza jej zachowanie istnienia, wiary i jedności narodowej, i który chce wokół niej i jej sztandaru gromadzić swoje dzieci w jednym wiecznym i świętym uścisku. 
Wreszcie miłość do wszystkich naszych braci skautów, która rozkwitnie podczas nadchodzącego Jamboree, a która wypływa z pokładów braterstwa młodych. Tam „nie będzie już Greka ani poganina”, gdzie wszystkie warstwy społeczne i wszystkie rasy wymieszają się pod okiem jedynego Ojca w niebie.
Czyż to wszystko, moi drodzy szefowie, nie przemawia do nas wystarczająco dobitnie? Aby ten 1929 rok był rokiem wyjątkowym, rokiem wspaniałym, trzeba by rozświetlił się on całkowicie tą wspaniałością Boga, która zwie się miłością.
Chcę mówić wam o miłości takiej jaka ma królować w nas i między nami. W 1927 roku pisałem do was: „Najpierw myśleć”. Dziś dodaję: „Więcej kochać”.

Miłość można rozumieć w dwojaki sposób: z perspektywy Boga i bliźniego. W ten właśnie sposób program na ten rok łączy się z programem roku poprzedniego. To, co ostatecznie stanowi o naszej  wartości, to poziom miłości do Boga, moc i bogactwo stanu łaski oraz nasz faktyczny wiek – korzystny ciężar doświadczenia życiowego – czyli całość wspaniałych dni przeżytych w przyjaźni Bożej. Chrześcijanin, który jest skautem, nie może być dobrym skautem, jeśli nie jest dobrym chrześcijaninem. A cóż to za chrześcijanin, który spędza większość swojej egzystencji w otwartym konflikcie, lub też w ciągłych buntach i powrotach do swego Mistrza, któremu służbę chyba tylko udaje?
 
Tutaj ujawnia się prymat duchowości, którego nie mamy prawa ignorować. Podczas licznych egzaminów zadaje się Wam pytanie: W jaki sposób masz zamiar zabiegać o utrzymanie swoich skautów w stanie łaski uświęcającej?(Oczywiście zasadnicza rola w tej kwestii przypada duszpasterzowi.) Częste stawianie sobie tego pytania jest konieczne nie tylko dla tych, którzy jeżdżą na wyższe stopnie kursów dla drużynowych i przygotowują swoją odznakę leśną[2]. Czyż nie jest to nasza pierwsza powinność: pomóc powierzonym Wam duszom żyć życiem blisko Boga? To jest właśnie źródło ponadnaturalnego piękna widniejącego na twarzach tylu skautów. W Was również, w Was szczególnie powinno cudownie kwitnąć to piękno. I najlepszą odpowiedzią na wyżej zadane pytanie wcale nie jest następująca: „Móc zawsze spojrzeć w oczy moim skautom”. To nie jest wystarczająca motywacja.
Chciałbym zachwycić Was i waszych skautów tym właśnie stanem łaski. Znam takich, którzy przysięgają, że pozostaną w stanie łaski i w ten sposób pomagają Bogu. Dlaczegóżby nie? Nie przeszkadza to przecież powiedzieć pokornie za Joanną D’Arc: „Jeśli nie jestem w stanie łaski, Bóg mnie do niej doprowadzi. Jeśli zaś trwam w łasce, to Bóg mnie w niej utrzyma”. Nasza droga święta dobrze wiedziała kogo się trzymać!
Czyż to nie jest łaska nad łaskami i czyż codzienna modlitwa szefa skautowego nie pobrzmiewa słowami wypowiedzianymi przez Boskiego Mistrza po Ostatniej Wieczerzy: „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz żebyś ich zachował od zła”.
Prawo skautowe, które nie jest „słabą podróbką ducha ewangelicznego”, stoi na szczycie najlepszych możliwych środków, które są nam dane, byśmy pomogli w tym zachowaniu naszych młodych od zła. Nie obawiajcie się, że zbyt silnie je zaakcentujecie, albo że zbyt głęboko wejdzie ono w dusze waszych chłopców. W ostatnim czasie prawo skautowe było przedmiotem niedorzecznych ataków. Niektórzy  mają skłonność do traktowania go jako zbiór przepisów dotyczących tego co zewnętrzne i powierzchowny regulamin. Ci sami są skłonni nawet dodać, że warto oprawić je przyzwoicie, powiesić nad łóżkiem, w dobrym tonie jest zacytować je od czasu do czasu, gdyż jest ono częścią naszego ruchu…
Ale tu chodzi o coś zupełnie innego! Prawo skautowe, tak jak cały nasz skauting, jest środkiem do służby Bogu.Jest po to, aby lepiej Mu służyć. Tak jak reguły wszelakich grup religijnych i wspólnot, których wspólnym celem jest budowanie elit. Bez prawa nie bylibyśmy skautami – nigdy za wiele przypominania tego faktu tym, którzy przyrzekli go przestrzegać. Jednak przypominając im o tym najważniejszym obowiązku, nie można pozwolić sobie na zeświecczenie tego prawa, jak bardzo nam drogiego. Dokładamy starań, by go przestrzegać, ponieważ tak przyrzekliśmy, jasne, ale przede wszystkich dlatego, że przyrzekliśmy to Bogu. To Jemu daliśmy słowo i Jemu danego słowa dotrzymujemy, wiedząc, że nic nie możemy bez Jego łaski. Wypełniamy zatem dzieło miłości i poprzez miłość. Zawsze uważałem, że skaut, który składa swoje przyrzeczenie po uprzednim należytym przygotowaniu, dokonuje doskonałego aktu miłości.
A nasz bliźni? Ten bliźni tak liczny w ogromnej rodzinie skautowej? To dla nas honor, że możemy używać pięknego pojęcia brat w odniesieniu do nas jako chrześcijan, oczywiście nie czyniąc z tego słowa oficjalnego ani administracyjnego zwrotu. Powinniśmy być z tego tyleż dumni, co szczęśliwi. Czy jednak wystarczająco wgłębiamy się we wszystko, czego ten tytuł od nas wymaga? Czy jest on wystarczająco rzeczywisty, wystarczająco głęboki, wystarczająco ponadnaturalny?
Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Przypomnijcie sobie, jak, w ostatnich latach, wielkiej radości doświadczaliśmy dostrzegając na chodniku, w tramwaju, czy w pociągu spiżowy krzyż skautowy wpięty w ubranie nieznajomego? Przechodził przez nas wtedy dziwny dreszcz: podchodziliśmy i rozpromienieni wymienialiśmy pozdrowienie skautowe, ciesząc się możliwością zasalutowania trzema palcami. Elegancki licealista przechodził przez ulicę, by uścisnąć szorstką dłoń robotnika, i zostawali przyjaciółmi na zawsze.
A teraz? Przyzwyczajenie, ciągły wzrost liczebny. Zdarza się, że nie pozdrawiamy się, a jeśli nawet, to z obojętnością. Nieznany skaut pozostaje nieznanym, a szefowe, i to zarówno wilczków, jak i harcerek, czują się czasem traktowane jak obce osoby. Gdybyśmy jednak znali radość, którą można wlać w serce poprzez serdeczny uścisk dłoni młodszego brata skauta spotkanego w metrze w stroju roboczym; poprzez serdeczne pozdrowienie, dobrze wykonane, oraz w odniesieniu do szefowej poprzez szczególną uprzejmość wynikającą z więzi braterstwa…Czyż kurtuazja nie jest kwiatem braterskiej miłości?
To wszystko jednak są jedynie zewnętrzne oznaki. Miłość, szczególnie w gronie szefów, powinna mieć większą głębię. Miłość to stać się jednym, lecz pozostając nadal dwoma osobami. Czy jako szefowie z jednego miasta potrafimy współpracować i tworzyć wspólne akcje naszych drużyn? Czy znasz drużynę z sąsiedniej dzielnicy? Ile razy w roku Twoja drużyna spotyka się z jakąś inną? Wreszcie, skautmistrzu, czy znasz dobrze swoich podopiecznych? Czy zauważyliście kiedyś tę zabawną niekonsekwencję: wymagamy od drużyn i skautów, aby stawali się silnie zindywidualizowani, wspieramy wszystkie zdrowe kierunki rozwoju ich osobowości, ale jak tylko ktoś różni się od nas, krytykujemy!
Dbajmy zatem, jak to mówi św. Paweł, o zachowanie jedności ducha, zachowując pokój, który nas jednoczy[3].Nie ma różnych kategorii szefów: ważniejszych i mniej ważnych. Sam fakt istnienia hierarchii nie zmienia tego. Posiadanie kolejnych stopni kursów skautmistrzowskich nie powinno negatywnie wpływać na jedność między nami. Istnieją szkolenia dla szefów, jednak nie powinno być nigdy odrębnych „szkół” pośród szefów. Takie „szkoły” jednak powstaną, nawet wbrew waszej woli, jeśli tylko pozwolicie, aby przesadne sympatie i zachwyty zaczęły tworzyć ekskluzywne kluby stawiające w opozycji wobec siebie niektórych z Waszych szefów: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa, ja jestem Kefasa” mówili chrześcijanie w Koryncie, a Paweł musiał im przypominać: „Jesteście wszyscy Chrystusa!”. Tak samo i my, Skauci Francji. Umiejmy zatem kochać bez konfrontowania się wzajemnie: „kochać, to znaczy przestać więcej się porównywać”[4].
Skauci Francji, na przednówku Jamboree spójność narodowa pomiędzy naszymi drużynami powinna być jeszcze bardziej widoczna. Tutaj z przyjemnością zacytuję słowa jednego z szefów z Paryża:
 
„Będąc skautami nie jesteśmy ani trochę mniej Francuzami. Ciekawie jest dostrzec, że nawet w naszym skautingu potwierdza się ta ironiczna, trudna do określenia różnica pomiędzy Paryżem i prowincją. Czy nie byłoby dobrze, aby nasza wspólnota zachowała pełnię pierwotnie nadanego jej kierunku i aby stworzyła ciaśniejsze i bardziej serdeczne relacje pomiędzy naszymi drużynami z Paryża i prowincji? Trzeba pokazać paryżanom skauting z prowincji, którego często nie znają i traktują go jakby był pośledniej wartości. Z kolei skautom z prowincji trzeba pokazać skauting paryski, z którego nieco się podśmiewają i traktują jak skauting w pantofelkach… lub raczej w lakierkach. Oczywiście skauting tu i tam jest w trochę inny sposób praktykowany. I to właśnie dlatego w interesie wszystkich i z korzyścią dla wszystkich byłoby lepsze wzajemne poznanie się. Niech wiele drużyn z Paryża i obozuje z drużynami z prowincji: efektem będą owocne doświadczenia, jedni od drugich wiele się nauczą, stworzą się relacje pomiędzy szefami i zastępowymi oraz z pewnością idea skautingu będzie się rozwijać w nas wszystkich. Zbratane drużyny pomimo dystansu je dzielącego będą sobie pomagały duchowo i materialnie, a po upływie roku pracy będą się spotykały na kolejnym wspólnym obozie letnim, w jeszcze bardziej zażyłym braterstwie. Czyż to nie byłby wspaniały skauting?”
Znowu miłość… Tak, z pewnością! Pójdźmy dalej. Nie przypisujmy skautingowi charakteru wyspiarskiego tylko dlatego, że zrodził się na pewnej małej wyspie, Wielkiej Brytanii. Niech skauting w parafii, w mieście i w kraju nie pozostaje odseparowany od innych dzieł, jakby je ignorował, lub akceptował bycie ignorowanym przez nie. Dowiadujcie się, co się dzieje wokół was, poza wami. Poznawajcie wszystkich ludzi. Rozmawiajcie ze wszystkimi. Służcie wszystkim. Więź i miłość. Więź przez miłość.
 
Z tego punktu widzenia jest rzeczą znakomitą, że pójdziemy do Rzymu, pomieszani z tłumem pozostałych młodych pielgrzymów, być może pozbawieni naszych mundurów. Papież tego nie potrzebuje by nas rozpoznać! Z tej wyprawy do stolicy apostolskiej, na którą liczę, iż udacie się bardzo licznie, wrócicie wzmocnieni na duchu, z sercem jeszcze bardziej wypełnionym entuzjazmem i miłością: bardziej katoliccy, bardziej też zdolni zrozumieć wspaniałe spotkanie, jakim będzie Jamboree. Tam również nasze miłosierdzie powinno promieniować na miasteczko namiotów zamieszkane przez 50 tysięcy obozujących. O tym jednak będziemy mieli jeszcze okazję mówić. Tymczasem zauważam, że moje słowa wydłużają się w nieskończoność.
Rok 1928 przyniósł nam duży postęp w jakości organizacji ruchu. Haec oportuit facere[5]. Cieszmy się osiągniętymi rezultatami oraz poprzez naszą dokładność, naszą dyscyplinę, naszego ducha służby narodowi, pomagajmy w osiąganiu jeszcze większej doskonałości. Oby rok 1929 przyniósł nam dwa razy większy progres organizacyjny poprzez wzrost w Miłości Chrystusa. Zarówno koleżeństwo, jak i nawet pewien rodzaj braterstwa są w stanie wytworzyć się między nami bez Chrystusa, bez Jego miłości i bez dostrzegania Jego oblicza w naszych braciach. Jeśli jednak zrozumiemy tę miłość, moi bracia, jakaż zmiana dokona się w naszych życiach, naszym apostolacie i naszym skautingu.
Wspólnota trosk, jedność metody, pokrewieństwo intelektualne – wszystko to jest marnością w porównaniu z więzami duchowymi, którą tworzy żywa i promieniująca Komunia Świętych. Modlicie się za swoje drużyny, ale dlaczego słowa modlitwy skautowej napisane są w liczbie pojedynczej? Nie mówimy przecież: „Naucz nas dawać, a nie liczyć”, lecz „Naucz mnie dawać (…)”. W tym roku, w którym udamy się do Rzymu, Rzymu, w którym brakuje naszych braci, postarajcie się modlić codziennie o odrodzenie skautów katolickich we Włoszech i by Jamboree, które będzie opłakiwać ich nieobecność, doświadczyło kiedyś ich obecności żywej i tryumfującej. Na każdym ognisku obozowym módlmy się za cały ruch skautowy na całym świecie, a zwłaszcza za tych, którym brakuje prawdziwej wiary, aby za naszym wstawiennictwem otworzyli oczy na Światło, którego nic nie zdoła przysłonić. Do modlitwy wiernych dodawajmy każdego miesiąca modlitwę za miliony naszych braci i około milion naszych sióstr – harcerek: razem tworzymy całkiem sporą rodzinę! Poprzez miłość, jakkolwiek daleko by nie byli, zawsze jesteśmy w stanie do nich dotrzeć. Miejcie zatem, moi bracia, serca otwarte tak szeroko, jak szeroki jest świat.
Jeśli zatem ta pełna miłość się w Was rozwinie, zostaniecie prawdziwie szefami: godnymi braćmi i siostrami tej, w której Francja już od 500 lat czci pierwszą „drużynową”[6]. Ona mówiła, że przysłał ją Pan Nieba, by „przyniosła pocieszenie biednym i nieszczęśliwym”. Pociągała ludzi swoja radością, dobrocią, tą atmosferą ponadnaturalności, którą roztaczała wokół siebie i która otaczała ją niczym niewidzialna aureola. Przy niej grzech wydawał się niemożliwym… Czym były te wszystkie znaki, jeśli nie właśnie promieniowaniem miłości, które uczyniła ją świętą? I takie jest nasze życzenie składane wszystkim Wam: szefom i szefowym w ten jeden z pierwszych poranków nowego roku. Niech miłość do Boga i do ludzi, w duchu św. Joanny d’Arc i w duchu naszego Pana Jezusa wzrastała w nas ku wspaniałości doskonałej czystości, sit splendor Domini super nos[7], a cała armia Skautów i Przewodniczek Francji niech idzie z tym samym rozmachem i jaśniejącymi duszami na krucjatę honoru, oddania i czystości ku Chrystusowi, naszemu Mistrzowi.
Tłumaczenie: Grzegorz Waligórski
Redakcja i korekta: Błażej Marzoch, Paweł Czuba
 

[1] Mowa o trzech ważnych wydarzeniach roku 1929: pielgrzymce Skautów Francji do Rzymu, obchodach 500-lecia wystąpienia Joanny D’Arc w Orleanie, oraz nadchodzącym Jamboree w Birkenhead.
[2] Chodzi o odznakę dwóch drewienek, którą skautmistrzowie otrzymują wraz ze specjalną chustą (obecnie żółta, zielona lub szkocka chusta).
[3] List św. Pawła do Efezjan, 4, 1-3.
[4] Bernard Grasset, Remarques sur l’action.
[5] Haec oportuit facere et illa non omittere = To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać (Mt 23, 23).
[6] Ona jest pierwszym Jeźdźcem
Ale wszystko to uczynił Bóg, który dał jej
Taką siłę, większą niż Hektora i Achillesa
(Christine de Pisan o Joannie D’Arc)
[7] Niech światło Pana spoczywa na nas.
Prawo Szefa
 
1. Szef jest skautem.
2. Szef jest szefem.
3. Szef ma zawód.
4. Szef najpierw myśli, potem mówi, a zawsze się modli.
5. Szef ma Przybocznego i Zastępowych.
6. Szef potrafi zachęcać i umie dziękować.
7. Szef ma zdrowy rozsądek i jest poetą.
8. Szef wierzy, że rzeczy się wydarzą, a one się wydarzają.
9. Szef ma 21 lat – i się nie starzeje.
10. Amen.
 




Ojciec Jakub Sevin SI
“Le Chef”, marzec 1929

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

DOM … kilka refleksji na temat hufca i środowiska – Paweł Lochyński HR

Podejmując służbę hufcowego 7 lat temu miałem długofalowy cel: stworzyć środowisko wzajemnej odpowiedzialności, w którym HRzy, przewodniczki i wędrownicy wspierają się wzajemnie, stanowią zespół, grają w jednej drużynie dla dobra wspólnego. Budowę hufca przyrównać można do budowy domu: trzeba najpierw położyć fundament, którym niezmiennie zawsze musi być BÓG, postawić ściany, którymi będą kursy szkoleniowe, dachem będzie wspólnota hufca i parafii, drzwiami i oknami na świat będą Legwany, Watahy, Harce Majowe, Pielgrzymki. Sercem i piecem w domu są szefowie, którzy ogrzewają cały dom swoim zapałem, kominem jest krąg, a ociepleniem – wsparcie i zaangażowanie Rodziców. Wiedziałem, że każdy z tych elementów może funkcjonować osobno, ale … cóż się stanie z zapałem szefów (=piec), jeżeli zabraknie kręgu (=komin)? Jak ogromne musi być wykorzystanie energii szefów (=piec), jeżeli nie ocieplimy ścian i nie wykorzystamy wsparcia Rodziców (=ocieplenie domu)?  

Troska o hufiec jest naszym wspólnym dobrem. Jeśli będzie nam towarzyszyć troska o jednostki naszego hufca, jeśli ochoczo weźmiemy udział w pracy dla dobra innych, owocem będą odpowiedzialność, braterstwo, szczerość, dobrze rozeznane powołania do życia w rodzinie, powielania zakonne.
Troska o hufiec to też otwartość na ludzi, na tworzenie nowych jednostek, na podejmowanie nowej służby. Nie chowa się przecież światła pod korcem, ale na świeczniku, by oświecało domowników.
Myśląc „rozwój hufca” trzeba też myśleć „porządek”. Działać należy w sposób uporządkowany: krąg szefów – krąg młodych – drużyna – gromada. Krąg szefów to przede wszystkim wspólnota i formacja. Krąg młodych to czas intensywnej nauki przez przygodę, czyli jak służyć, jak skutecznie formować samego siebie? Jak stawać się godnym zaufania i odpowiedzialnym szefem? Drużyna będzie silna mocnym drużynowym. Od jego postawy zależy postawa przyszłych szefów – dziś harcerzy. Prosty skauting uczy najwięcej: regularność zbiórek, sumienność w wypełnianiu obowiązków, troska o każdego, umiejętne wprowadzanie nowych w życie zastępu (skaut Anioł, który będzie towarzyszył nowemu członkowi zastępu). I wreszcie gromada: bardzo ważny etap, etap startu w formację. Gromada musi przygotować wilczka do zadań, które czekać go będą w drużynie. Gromada to: dobra pedagogika, zaangażowane wilczki i wystarczająca liczba przybocznych. Gromada powinna składać się w 50% (minimum) z chłopców z terenu parafii, optymalnie ponad 75%. Należy wprowadzić zasadę, że pierwszeństwo do gromady zawsze mają dzieci z parafii, pozwoli to budować poczucie wspólnoty, odpowiedzialności za środowisko lokalne. Trzeba budować trwałe, mocne relacje, pielęgnując sąsiedzkie znajomości, kontakty. Bliskość lokalizacyjna ułatwia bliskość mentalną.
 
Szczep i szczepowi. Głównymi wyzwaniami stojącymi przed szczepowymi są: współpraca z parafią, współpraca ze szkołą, współpraca z rodzicami, budowanie wspólnoty, dbałość o relacje szefowie – Duszpasterze, szczególna troska o wilczki, które przechodzą do drużyny. Jak to zrobić? Przede wszystkim BYĆ, obecność na spotkaniu, zbiórce, chwila indywidualnej rozmowy, uświadamianie młodym, że są potrzebni, że na nich liczymy. Szczep jest niezwykle ważny i potrzebny, pomaga w zmianie myślenia kolorem żółtym czy zielonym. Pokazuje ciągłość, znaczenie każdego etapu, tę ciągłość dostrzegają również Rodzice, znający nie tylko szefa ich syna, ale także innych szefów w szczepie.
Każdy element budowanego domu jest ważny, by zauważyć całość. Jeśli hufcowy widzi całościowo, tak też zaczną dostrzegać skauting szefowie, skauci, ich Rodzice i środowisko lokalne. Skauting jest prosty!
Powyższe refleksje dotyczące hufca nie stanowią bezwzględnej wykładni do zaaplikowania. Stanowią raczej punkt wyjścia do refleksji i przemyśleń. Wybrane wskazówki można wykorzystać, co nie znaczy, że będą one zasadne i możliwe do wdrożenia we wszystkich środowiskach.
Paweł Lochyński HR od 26.09.2008 do 29.08.2015 pełnił funkcję hufcowego 1. Hufca Wrocławskiego (wcześniejsza nazwa Hufiec Dolnośląski).

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Konferencja 3 “Odejście o. Jakuba Sevin” – O. Sebastian Masłowski SI

o. Jakub Sevin SI – kulisy odejścia ze Skautów Francji


Rok 1924
Choć oficjalne odszedł w roku 1933, to już dziewięć lat wcześniej był tego zwiastun. W roku 1924 zrezygnował z funkcji commissionnaire général. Są jeszcze dwie ważne funkcje w organizacji: chef scout i aumônier général (duszpasterz generalny). Szef skautów chciał umocnić swoją władzę osłabiając rolę komisarza. Generał de Salins (chef scout) żądał dymisji o. Sevin jako komisarza generalnego. Co, oprócz chęci umocnienia swojej władzy, mogło być powodem dążenia do zdymisjonowania o. Jakuba z funkcji, jaką dał mu sam Baden-Powell? Przecież o. Sevin był jedynym, który przeszedł obóz szkoleniowy dla szefów w Gilwell i miał uprawnienia do szkolenia innych?
Niektórzy z rezerwą przyglądali się pewnym poczynaniom o. Jakuba. Między innymi chciał on stworzyć „zakon skautowy”, który stanowiłby rdzeń organizacji i jego celem byłoby służenie harcerzom. Niektórzy wyrażali obawy, że podzieli to organizację na tych, którzy do tego zakonu należą i na pozostałych. Duszpasterze skautowi należący do różnych zakonów bali się, że harcerze nie będą wstępować do ich nowicjatów tylko do tego zakonu skautowego, a duszpasterze diecezjalni, że harcerze nie będą wstępować do seminarium.

Przełożeni zakonni o. Jakuba, z którymi konsultował się w tej sprawie, radzili złożyć rezygnację z funkcji, aby „uspokoić nastroje”. O. Jakub przyjął to. Co ciekawe, ten sam komitet wykonawczy (comité exécutif), który go pozbawił funkcji komisarza generalnego, wysłał go z szefem skautów, generałem de Salins, do Rzymu. Tak naprawdę sytuacja była poważna. To był moment, kiedy ziemia się paliła pod nogami całej organizacji i było o włos od tego, że zostaną potępieni i zlikwidowani. On zaś nie unosił się honorem, nie obrażał się, nie mówił: „skoro mnie nie chcecie, to radźcie sobie sami”, tylko pojechał. A sprawa była poważna. Federacja została oskarżona w Stolicy Świętej, że jest teozoficzna, protestancka i interkonfesjonalna.
Niektórzy biskupi atakowali skautów. Np. arcybiskup Besançon atakował modlitwy skautowe, a także „Medytacje skauta nad Ewangelią”, które napisał o. Sevin. Dlatego jezuici szybko wysyłali do Rzymu prośbę, aby papież napisał list aprobujący tę książeczkę. W Rzymie odbyła się audiencja z oficjelami watykańskimi. Potem audiencja prywatna u papieża. Rok później Pius XI w czasie pielgrzymki skautów na rok jubileuszowy wygłosił pochwałę i aprobatę.
15 marca 1933
Reorganizacja formacji szefów. O. Sevin został zwolniony. Nowy skład ekipy opublikowano w majowym numerze „le Chef”.
W lipcowym numerze o. Sevin napisał list: „Mój generale! Zapoznałem się z propozycją, abym pozostał członkiem komitetu kierowniczego Skautów Francji. Z całym szacunkiem do uczuć, które pana inspirowały w złożeniu tej propozycji, żałuję, że nie mogę jej przyjąć. Z jednej strony, moje pozostanie w komitecie w momencie, gdy jestem zwolniony ze wszystkich funkcji, do których miałem dostęp, tworzyłoby anomalie, które właśnie pan chciał zlikwidować. Z drugiej strony, moja obecność krępowałaby aktualnych członków Komitetu, który w exposé na temat formacji szefów i międzynarodowego komisariatu uczynionym przez Szefa Skautów i generalnego duszpasterza, jednogłośnie zadecydowali o zwolnieniu mnie z mych funkcji (15 marca). Pominąwszy wszelkie inne rozważania, ze względu na nowe regulacje, które pan opublikuje, jak i ze względu na delikatność dla mych dawnych kolegów, widzę ku mojemu wielkiemu żalowi, panie generale, niemożliwym kontynuację bycia członkiem komitetu”.
Dopiero po tym liście wieść o usunięciu o. Jakuba ze wszystkich funkcji stała się powszechnie znana. W maju wielu nie zauważyło, że jego nazwiska nie ma na liście. Wśród skautów zawrzało. Oficjalny powód usunięcia go był podawany taki, że zostawienie o. Sevin w Chamarande (odpowiednik obozu szkoleniowego w Gilwell) oznaczało nieprzestrzeganie zasady oddzielenia duszpasterza od szefa (świecki szef i duszpasterz).
Ale to był tylko oficjalny powód. Jak to przebiegało?
Jakie to były funkcje:
– szef obozu szkoleniowego Chamarande;
– szef komisariatu zajmującego się relacjami międzynarodowymi;
– kierowanie czasopismem Le Chef (odpowiednik naszej „Przestrzeni”).

Przed oficjalnym wystąpieniem z żądaniem usunięcia o. Jakuba generał de Salins zagroził duszpasterzowi generalnemu kanonikowi Cornette, że jeśli ten nie poprze go przeciwko o. Sevin, dostanie dymisję. Klasyczny szantaż. Generał de Salins miał jasne podejście: jeśli o. Sevin nie przestanie natychmiast, będzie zdymisjonowany. Co miał przestać? Dla o. Sevin najważniejsze było formowanie chrześcijańskie. Tworzenie lepszych chrześcijan. Skauting był narzędziem do tego. [Ale jak zobaczycie w materiałach, które przeczytacie, to nie był wymysł Jakuba Sevin. To był wymysł Baden-Powella. On określił, że chrześcijaństwo jest podstawą skautingu. W innym miejscu powiedział wprost, że jeśli skauting ma nie być chrześcijański, to lepiej, żeby go nie było]. „Zakon skautowy” był jedną z idei. Ale starania o jego założenie zostały dwa lata wcześniej przerwane, bo w 1931 roku generał Ledóchowski zabronił mu tworzyć zakon dla skautów.

           
Ta wizja duchowo-religijna skautingu bardzo nie pasowała zwłaszcza dwóm członkom komitetu: hrabiemu de Kergorlay, i komendantowi Lhôpital, który miał bardzo laickie zapatrywania. Dla tych dwóch poczynania o. Jakuba były oburzające.       Nic dziwnego, że cisnęło im się na usta pytanie: Co robi ten zakonnik, do tego jezuita, na czele najważniejszego w Ruchu działu – działu formacji szefów? Mamy słowa hrabiego de Kergorlay: „Nie mam do ojca zaufania, ojca wpływ nas krępuje (…) wasz wpływ przeszkadza, zawadza, pochłania i chcemy go zmniejszyć”. W czasie zebrania komitetu 10 stycznia 1932 roku M. Lhôpital powiedział: „Bezużytecznym jest dokonywanie zmian między nami. Powiedzmy bez ogródek, wszystkie kroki, które podejmujemy, podejmijmy przeciwko o. Sevin”. Trudno o jaśniejsze stanowisko.
           
Po 1933 roku o. Sevin zostaje jedynie duszpasterzem drużyny w Lille. To wszystko. Niby nikt go nie wyrzucał. Sam przecież zdecydował się zrezygnować z bycia w komitecie. Ale widać, że wszystko tak zostało ułożone, aby był zmuszony do odejścia. Formalnie nikt go nie wyrzucał, formalnie sam odszedł. Ale znamy takie techniki pozbycia się kogoś robione w białych rękawiczkach. O. Jakub mógłby rozpętać wojnę. Wielu go popierało. Decyzja, która jakiś czas była nieznana, potem rozeszła się lotem błyskawicy. „Wystarczyłoby, aby wypowiedział jedno słowo, a więcej niż połowa federacji zgromadziłaby się wokół niego” – to słowa jednej z szefowych. Wiecie, jaka byłaby to wojna? I to wojna z szansą wygranej. Cóż bowiem mógłby zrobić komitet, który nie miałby kim rządzić, bo wszyscy się od niego odwrócili?. O. Jakub jednak nie powiedział ani słowa.
           
Co wniósł do skautingu o. Sevin? Prawo, zasady podstawowe, przyrzeczenie, modlitwę harcerza. Fundator pedagogiki i czasopisma, twórca stroju i insygniów, twórca pieśni: marszowych, na ognisko i na modlitwę, dusza żywej i oryginalnej duchowości proponowanej młodym. Był mistrzem myśli i tym, który kierował sumieniem wielu pokoleń szefowych i szefów.
           

Jak reagował na to wszystko, co go spotkało? Nie było też w nim żadnej goryczy. Gdy generał de Salins w styczniu 1936 wylądował w szpitalu, ten go odwiedził. Generał prosił go, aby wrócił do współpracy przy czasopiśmie „Le Chef”. O. Jakub się zgodził. Nie uniósł się honorem. Przecież to generał wcześniej usunął go z redakcji. Dalej utrzymywał kontakt z kanonikiem Cornette. W listopadzie 1936 roku usłyszał o pogorszeniu się jego zdrowia i odwiedził go. Kanonik umarł czterdzieści osiem godzin później. W 1937 roku umarł kolejny z tych, którzy go wygryźli, który przejął po nim funkcję komisarza. Komentując jego śmierć, tak napisał do Jacqueline Brière (założycielki sióstr Świętego Krzyża Jerozolimskiego, a więc swojej podopiecznej z kręgu duchowego): „Gazeta zawiadomiła o śmierci Komisarza de Kergorlay. Był on wielkim sprawcą mojego odejścia. Módlmy się za niego, bo umieszczam go pośród mych największych dobroczyńców duchowych”. Niesamowite słowa. Nazywać swoim dobroczyńcą duchowym tego, który tyle zła mu wyrządził. Do Edouarda de Macedo napisał: „nie mam ani urazy, ani goryczy względem odpowiedzialnych za to, co się stało, i życzę im dużo pokoju i radości”. Prowincjałowi napisał: „Dzięki Bogu, pozostaję spokojny…” Do innego jezuity napisał: „Módlmy się w spokoju, aby te wydarzenia nie uczyniły szkody duszom naszych szefów i szefowych, aby nasi chłopcy nie musieli cierpieć”
à widzicie? Myśli o tych najmniejszych, o tych, którym miał służyć. Nie musi więc udowadniać, kto tu rządzi. Ani walczyć o sprawiedliwość z kierownictwem organizacji. Jego główną troską jest dobro dusz tych, dla których to wszystko robił.
           
W roku 1947w Moisson we Francji odbyło się Jamboree – międzynarodowy zjazd skautów. Dziwnym trafem kierownictwo organizacji „zapomniało” go zaprosić. Nie skarżył się, że „zapomnieli”. Z uśmiechem po prostu zgodził się na to, rozbił namiot w podobozie zagranicznym. Wśród Skautów Francji nie było dla niego miejsca. Przecież to było jawne świństwo, które mu zrobili.
Na wiadomość o tym, co się stało w 1933 (przeczytali w „Le chef”), podniosło się w organizacji wielkie oburzenie. Wielu nie wierzyło. Czekali na jego powrót, naciskali go, żeby tego żądał. Skauci z Flandrii, którzy znali go lepiej niż pozostali, byli bliscy rewolty i sugerowali mu, żeby się odłączył. Pewne, że poszliby za nim bez wahania. Stworzyliby inną organizację. Wiecie, co by się działo? Jak widzicie, miał możliwości. Ludzie byli za nim. Mógł zacząć walkę. Postawiłby na swoim. Pokazałby, kto tu rządzi. Ale czy rzeczywiście byłoby to dla dobra tych najmniejszych? Wątpię. Tak te wydarzenia po latach skomentował nasz poprzedni przełożony generalny, Peter-Hans Kolvenbach: „Zmuszony tak niespodziewanie ustąpić, ojciec zaakceptował usunięcie się w cień. Zraniony, złamany, z pewnością, ale bez goryczy i resentymentu (urazy). Uczynił swoim podejście Jana Chrzciciela: «trzeba, żeby on wzrastał, a ja się umniejszał». I to właśnie uczyniło go wielkim.”             Zawsze słuchał przełożonych zakonnych. Był najświetniejszym przykładem tego, że „harcerz jest karny. Każde zadanie (polecenie) wykonuje sumiennie i do końca.”
Kiedy już powstały siostry Świętego Krzyża Jerozolimskiego i został ich kapelanem,  przyszedł moment, że przełożeni kazali mu je zostawić. I to też przyjął. Decyzja ostateczna przełożonych przyszła w liście dziewiątego marca 1950 r. Zrobiło na mnie wrażenie to, jak spędził ostatnie godziny swojego życia. Chory, leżący, z trudem mówiący. Szesnastego lipca 1951 roku jego stan bardzo się pogorszył. Umieścili go w łóżku. Dostał absolucję i sakrament chorych. Dali mu krzyż, który dostał w dniu ślubów zakonnych, który będzie już do samego końca trzymał w dłoni, albo przy sobie. Czasem czuwający przy nim słyszeli, jak mówił: „krzyż moich pierwszych ślubów, mój towarzysz”, „mój stary towarzysz”. Bardzo trudna noc. Stracił świadomość. Odzyskał ją rano. Siedemnastego lipca przyjął komunię. Po południu prosił, żeby mu dali jego krzyż. Ściska go mówiąc: „prawdziwy Krzyż”. Gdy wieczorem żegnali go: „Dobranoc ojcze, do jutra” odpowiedział: „W niebie”. W nocy powtarzał: „niebawem umrę, niebawem umrę”. Dziewiętnastego lipca też cały czas trzymał krzyż w ręce powtarzając: „mój towarzysz”, ‘to mój towarzysz”. To bardzo ważne. To na mnie zrobiło wrażenie. Zgodnie z tym, co św. Ignacy mówi, jezuita ma być człowiekiem III tygodnia Ćwiczeń Ignacjańskich. A III tydzień to podążanie za Chrystusem wszędzie, do końca, a więc w cierpieniu, po to, aby potem podążać za Nim też w chwale. III tydzień to męka i krzyż. Kiedy czytałem biografię tego człowieka, widziałem wyraźnie, że był człowiekiem III tygodnia. W sposób zdrowy. Nie masochistyczny. Przyjmował cierpienie, które na niego spadało. Choćby tę kwestię bycia wygryzionym ze skautów, także inne rzeczy. Te ostatnie godziny z krzyżem w ręku świetnie pasują do całego jego życia. To nie było przedstawienie. To był zewnętrzny wyraz tego, czym żył.
           
Przytoczę jego wiersze z roku 1902. Już wtedy złożył taką deklarację. I to, jak żył w ciągu kolejnych czterdziestu dziewięciu lat było zgodne z tym, co wtedy napisał:
31.12.1902
„Nie będę nic więcej kochał na tym świecie
niż Twoje Serce i Twój Krzyż
chcę z Tobą dzielić jego ciężar
w doskonałej radości
Chcę słuchać Twego głosu
I nie kochać niczego więcej na tym świecie
Oprócz Twojego Serca i Twojego Krzyża
(…) Tym lepiej więc, jeśli moje serce krwawi
Panie Jezu, to jest dla Królowania
I dla miłości Twojego Serca”
I dalej:
1902-1904
„Chcę podążać tą samą drogą
Co by mnie nie spotkało i ile by mnie to nie kosztowało
Pomimo strachu, pomimo wątpliwości
Aż do szczytu Golgoty
Aby naśladować Króla, którego kocham
Chcę przywdziać jego diadem
Chcę nieść mój krzyż ja sam
Jak On sam go niósł…

On jest moim Królem, to wszystko, co można powiedzieć
On jest moim Królem, to jedyna prawda
On jest moim Królem, moje serce pragnie
Podążać za Nim i będzie za Nim podążało”
„O Serce mojego Jezusa, Tobie ufam
To Ty, to Ty jesteś tym, do którego chcę być podobny
Zrób z moim sercem wszystko, co podoba Ci się zrobić”
5 września 1904 roku. Druga rocznica złożenia ślubów zakonnych:
„Jestem dla Ciebie i nie chcę kochać niczego na tym świecie
Oprócz twojego Serca, oprócz Twojego Krzyża
Chcę pod działaniem jego płodnej łaski
Przekształcić się w Ciebie tak jak powinienem”
Tu jego słowa z lat czterdziestych:
 „Jakub od Jezusa już więcej nie istnieje. Umarł. W jego miejsce nie spotykamy nikogo więcej niż tylko Jezusa we wszystkim (przeżyciu i poszukiwaniu), we wszystkim jest tylko cały Jezus: Jezus adorujący i modlący się, „jedno” z Ojcem. Jezus ukrzyżowany i cierpiący, zawsze w czasie mszy; Jezus promieniujący młodością i radością; Jezus całkowicie oddany i całkowicie biedny. Stąd odnowiony ślub, aby we wszystkim było więcej Jezusa, to znaczy: niczego celowo, czego by nie zrobił, albo nie pomyślał Jezus (albo Jakub od Jezusa, co jest tym samym); nic z motywów osobistych albo z interesowności; żadnej radości nie szukać w mych relacjach duchowych; nieskazitelność w zachowywaniu ducha reguły zakonnej. Wszystko musi we mnie umrzeć”
Jego śmierć:
„Powrót do domu ojca” – mówiłem o tym w kazaniu na Świętym Krzyżu.
Patrzcie jak to wszystko świetnie się uzupełnia. On rzeczywiście żył tym, o czym mówił. „Bez religii skauting jest bumerangiem rzuconym byle gdzie, w kierunku przygody. Czasem uderzy właściwie, czasem nie. Tylko religia wyznacza skautingowi cel do zrealizowania”. Bez tego będzie pusty. I Baden Powell, który mówi: „Skaut jest przede wszystkim wierzący: odrzucam skauting, który nie ma religii w swojej podstawie”.

 
O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Wędrowników

 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Konferencja 2 “Styl rządzenia, styl prowadzenia, styl działania” – O. Sebastian Masłowski SI

fot. Piotr Gorus

A. Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą.

Mówiłem wam o tym, że najważniejszym kryterium w działaniu, w decydowaniu, w przedsięwzięciach jest patrzenie na tych najmniejszych. Bo dla nich jest to wszystko. Im właśnie służymy. Stąd ich dobro powinno być istotne.
Nieraz mówi się w pedagogice o jasnych regułach, o jasnych zasadach, o wyraźnych granicach, o konsekwencji w ich stosowaniu. Bo to wszystko daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Są jasne prawidła i reguły gry. Można je poznać i zastosować. W rodzinach dysfunkcyjnych, nieważne, czy to alkohol, czy inne przyczyny dysfunkcji, nie ma żadnej przewidywalności. Nie da się poznać zasad i ich po prostu stosować. Zasady zmieniają się co chwilę. Raz za coś było się ukaranym, a drugim razem jest to ignorowane, albo nawet chwalone. Świetnie się zgadzam z tym, że powinny być jasne zasady.


Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Czynnik, który w psychologii jest jednym z kryteriów oznaczających, że dana osoba jest zdrowa psychicznie. To elastyczność. Znakiem zaś, że ktoś jest zaburzony, jest sztywność. Rozumiecie, jaka jest różnica między chwiejnością, brakiem kręgosłupa, chaosem, a elastycznością? Jaka jest różnica między porządkiem i byciem konsekwentnym, przewidywalnym a sztywnością? Elastyczność jest pomiędzy dwiema skrajnościami: sztywnością i brakiem zasad.
Sztywność oznacza brak dojrzałości. Ktoś, kto jest sztywny, nie potrafi sam decydować, boi się, czuje się niepewnie. Dlatego kurczowo trzyma się zasad. Ludzie na granicy rozsypania się często szukają grup, organizacji, gdzie są bardzo jasne, drobiazgowe zasady. Bo dzięki temu nie muszą się zastanawiać, co w danej sytuacji zrobić. Wszystko jest podane na tacy. Ktoś inny to określił. Ktoś inny zadecydował. Ta grupa nadaje jakąś strukturę. Bo oni sami w sobie struktury nie mają, korzystają więc ze struktury, która przychodzi z zewnątrz.
Dla kontrastu podam wam to, co Ignacy mówił o modlitwie, umartwieniach, czasie poświęconym na studia itd. w przypadku uformowanego jezuity. Powiedział, że nie będzie określał ile i jak. Jezuita niech się jedynie skonsultuje ze spowiednikiem. Dziwne, prawda? W wielu zakonach jest jasno w regule wyłożone co, jak, ile itd. A tu nic. Ale pomyślcie chwilę. Jeśli ktoś rzeczywiście jest dojrzały i uformowany, to sam wie najlepiej, ile i jak powinien się modlić, studiować itd. Jest w stanie to ocenić patrząc na siebie, na swoją sytuację życiową, na okoliczności zewnętrzne w otaczającym go świecie. Jest w stanie sam narzucić sobie odpowiedni poziom dyscypliny i odpowiedni poziom luzu. Sam jest w stanie określić dawkę. Sam jest w stanie dobrać potrzebne narzędzia, sposoby. To jest właśnie człowiek dojrzały.
Przytoczę tu bardzo ważną regułę podaną przez Ignacego. Ignacy masę rzeczy bardzo drobiazgowo określał. Książeczka Ćwiczeń Duchowych jest jak instrukcja obsługi, którą formułował i poprawiał wyciągając wnioski z praktyki dawania Ćwiczeń przez dwadzieścia pięć lat. Przez cały ten czas tworzył swoją instrukcję. Mimo jednak precyzji, metodyczności i dbania o wiele szczegółów, nie stworzył sztywnej struktury, lecz przeciwnie: elastyczną. Tu jest porządek, tu są jasne zasady, ale jest też elastyczność. Nie ma kurczowego, z uporem maniaka trzymania się czegoś bez względu na wszystko.
Oto maksyma: „Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego”
Nie można chcieć, aby wszyscy szli dokładnie tą samą drogą. Przyjrzyjcie się obrazkowi zrobionemu przez mojego współbrata. On świetnie wyjaśnia, dlaczego nie można. Po wąskiej ścieżce nad przepaścią jezuita ciągnie na łańcuchu rybę, która powinna być w wodzie. Ciągnie też węża i słonia, który praktycznie się nie mieści. Przerażony przyciska się do ściany, zlany potem. Zupełnie niepotrzebnie się męczy. Na nim siedzi ptak, który z przerażeniem zasłania oczy. A jezuity zupełnie to wszystko nie obchodzi. Idzie zadowolony. On się przecież mieści. Ścieżka jest dla niego w sam raz. A że inni ciągną ostatkiem sił, że to jest ponad ich siły, że to jest nie dla nich? Nieważne. On przecież się mieści, więc droga jest dobra. Problem w tym, iż nie dostrzega, że nie dla wszystkich. Dla niektórych tak, ale nie dla każdego.
rys. Krzysztof Mądel SI („Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego.”)
Na rekolekcjach ignacjańskich dlatego między innymi jest indywidualna rozmowa z osobą towarzyszącą, żeby dostosować rekolekcje do konkretnego człowieka. Metoda jest podana, ale w jej ramach jest pewne pole manewru. Poza tym może się zdarzyć, że dla jakiejś osoby ta metoda nie jest dobra. Rozmowy z kierownikiem duchowym mają za zadanie pomóc rekolektantowi rozeznać, jak to z nim jest. Bo chodzi w tym o wychowywanie do samodzielności, do dojrzałości. Na tym polega wzrost. Najpierw prowadzimy kogoś za rękę, wyjaśniamy wszystko drobiazgowo, określamy każdy krok, a potem osoba sama już powinna wiedzieć, co wybrać, jak zadecydować. Ten proces widać bardzo dobrze w książeczce ćwiczeń nawet w odniesieniu do metody modlitwy. Najpierw jest schemat drobiazgowo omówiony, potem jest coraz mniej podane, na końcu tak na dobrą sprawę nie ma nawet struktury. Nie musi być. Ona jest dla początkujących.
To jest zupełnie inny model kierownictwa duchowego niż ten rozumiany przez niektórych katolików jako kierownictwo duchowe i posłuszeństwo kierownikowi. Oni rozumieją to tak, że kierownik im ma powiedzieć, którą nogą mają dziś wstać z łóżka i jaki kolor koszuli ubrać, a następnie ile łyżeczek cukru wsypać do herbaty. Można i tak. Ale tym sposobem nie wychowa się nikogo do dojrzałości, nie wychowa się nikogo do samodzielności. Nie wychowa się nikogo z kręgosłupem.
Jest to natomiast świetna metoda wychowania sobie ludzi, którzy nie będą robili problemów, którymi łatwo się będzie rządzić, bo zawsze zrobią to, co im się każe. Nie będą podejmowali żadnej osobistej refleksji, nie wejdą w proces dokonywania wyboru, tylko posłusznie przyjmą wybór dokonany przez kierownika duchowego albo przełożonego. Super metoda. Wystarczy od małego urabiać ich w tym, że wszystko muszą mieć podane i określone. Wtedy będą się trzymać poleceń. Będą posłuszni. Ale ma to efekt uboczny: jak przyjdzie nowa, niestandardowa sytuacja, jak będzie trzeba zadziałać szybko, te osoby nie będą w stanie tego zrobić. Nie będzie bowiem jasnej instrukcji, co należy zrobić.
Szefowie, ojcowie. Nie można usiłować wszystkich prowadzić identycznie. To nie zadziała. Co z tego, że w przypadku twojego starszego syna to zadziałało? Nie znaczy to wcale, że musi zadziałać w przypadku młodszego. Pewne prawidłowości istnieją, to fakt. Ale nie jesteśmy identyczni. Każdy z nas jest inny.
Teraz pora na przykład. Widziałem drużynowego, który miał dar patrzenia na chłopców i dostosowywania wymagań, zadań na stopnie adekwatnie do ich sytuacji. Przecież struktura zadań na wywiadowcę i na ćwika pozwala na to. Pewne zadania są opcjonalne. Pewne rzeczy można dobrać do możliwości, zainteresowań, talentów chłopca. I widziałem, jak wywiadowca był wywiadowcy nierówny. Bo celem drużynowego tutaj nie było tylko to, żeby naszywka na rękawie świadczyła o jakimś poziomie wyliczonym i określonym co do miligrama. Nie. Wiedział, że niektórzy, choć może nie dorastają do poziomu wymagań, dla ich dobra powinni dostać naszywkę, bo to im doda zapału i zmobilizuje ich do dalszej pracy. Jak im się naszywki nie da, to się zniechęcą, skapitulują, przestaną się rozwijać. Potrzebują uznania. Potrzebują nagrody, choć brakuje im trochę do wymagań. I takim obniżał poprzeczkę. Przymykał na coś oko. Nie był sztywny. Dostosowywał sprawę do poziomu osoby. Wymagał, ale nie wymagał rzeczy ponad możliwości.
Względem innego gościa, który był świetny, wszystko robił ekspresowo i bez problemu, podkręcał śrubę tak, aby i dla niego zdobycie stopnia było wyzwaniem, a nie tylko pustą formalnością. Bo sprawa jest prosta: wtedy wcale by to nie było dla niego okazją do rozwoju, a poza tym, jak coś przyszło bez wysiłku, nie szanujemy tego. Gość dostawał więc wszystkie zadania straszliwie wyśrubowane. Może znalazłby się w Polsce ćwik na niższym poziomie niż ten gość jako wywiadowca. Był naprawdę świetny. Dlatego dostawał naprawdę trudne rzeczy. Żeby go zmotywować do pracy. Żeby się rozwinął.
To jest mądrość. To jest bardzo ważna umiejętność. Wymagać od każdego. Każdemu stawiać wyzwanie dostosowane do jego poziomu i jego możliwości. Głupotą by było stawiać każdemu taką samą poprzeczkę, stawiać takie same, identyczne wymagania, dawać dokładnie te same zadania do wykonania. Wtedy dla jednego coś będzie potwornie trudne, wręcz niewykonalne. I odpadnie. I się zniechęci. I zamiast go to rozwinąć, to go zmiażdży, złamie. A dokładnie ta sama rzecz dla drugiego będzie tak banalna, że nawet nie poczuje, że coś robi, nie włoży w to najmniejszego wysiłku. I też być może odpadnie. Z nudów. Bo to dla niego żadna frajda. Żadne wyzwanie. Po prostu strata czasu. Stawianie identycznych wymagań jest konieczne w testach mierzących poziom umiejętności, jak egzaminy z języka, matura, itd. Tak. Ale nie w wychowaniu. W wychowaniu chodzi o rozwój.
To jest bardzo ważne dla ojca, to jest bardzo ważne dla szefa. Nie trzymajcie się kurczowo schematu. Nie prowadźcie wszystkich identycznie. Każdy jest przecież inny. 
 

B. Ufaj Bogu, jakby wszystko zależało od Niego, działaj, jakby wszystko zależało od ciebie

Kolejna bardzo ważna zasada dotyczy różnych spraw. Naszej pracy, naszych planów, naszych dążeń, ale też tego, jak mamy rządzić oraz jak mamy wkładać wysiłek w wychowanie i kształtowanie tych najmniejszych.
Żeby ją zastosować, podobnie jak przy poprzedniej, potrzeba dużej dojrzałości. Ona też jest pomiędzy dwiema skrajnościami: biernością i zwalaniem wszystkiego na Boga z jednej strony, a woluntaryzmem, liczeniem tylko na własne siły z drugiej. Nam łatwo popadać w skrajności.
Ważne, żebyśmy robili, co możemy, ale oddawali sprawę Bogu. Bo nie wszystko od nas zależy. Bo nie mamy 100% kontroli nad rzeczywistością. Wiele rzeczy nas przerasta. Ale to nie znaczy, że w takim razie mamy usiąść i nic nie robić. Nie. Mamy robić wszystko, co w naszej mocy, aby dane przedsięwzięcie doszło do skutku. Trzeba jednak też wolności względem tego, co robimy, względem naszych planów, pragnień, zamierzeń, ambicji. W osiągnięciu wolności bardzo pomaga świadomość, że nie wszystko zależy od nas. Nieraz tak jest, że pomimo naszych szczerych chęci, pomimo ogromnej pracy włożonej w przedsięwzięcie, ponosimy klęskę. Nie wszystko od nas zależy. Trzeba uznać, że jest Ktoś większy od nas, Ktoś nad nami. De facto od tego zaczyna się modlitwa „Ojcze Nasz”, która jest instrukcją, jak się modlić. Zaczynamy od uznania, że jest Ktoś większy od nas. I to Jego Imię ma się święcić, Jego królestwo ma przyjść, Jego wola ma się wypełnić. Jego, nie nasza. Uznajemy Jego zwierzchność nad nami.

Rys. Krzysztof Mądel SI („Ufaj Bogu tak, jakby całe powodzenie spraw zależało wyłącznie od Niego; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał wszystko zdziałać, a Bóg nic zgoła.”)

 

Ale zawierzenie Bogu dotyczy też sytuacji sukcesu. Choć jestem silny i wiem, że sobie poradzę, powierzam sprawę Bogu. Nie wychodzę z założenia, że Go nie potrzebuję, bo poradzę sobie sam. Geniuszem Ignacego było to, że umiał rzeczywiście tak działać. Robił wszystko, co mógł, żeby zrealizować plany, projekty, jakie miał. Ale jednocześnie tak ufał Bogu, tak był wolny, że niezależnie od tego, czy wyszedł z tego sukces, czy porażka, był w stanie oddać sprawę Bogu.
Kiedyś zapytany, ile czasu by mu zajęło dojście do siebie, gdyby rozwiązano Towarzystwo Jezusowe, odpowiedział, że piętnaście minut. Rozumiecie? Piętnaście minut!!! Jego dzieło, nad którym tyle pracował, pomimo trudności, pomimo sprzeciwu ze strony różnych kardynałów, to Towarzystwo, będące jego dzieckiem, co do którego chciał, żeby się rozwijało, żeby przynosiło dobre owoce. I kwadrans by mu wystarczył, żeby odzyskać równowagę po tym, jak ktoś rozwali dzieło jego życia! Tyle bowiem trwa ignacjański „egzamin”, „rachunek sumienia”. I gdy papieżem został kardynał Carafa, który jeszcze przed założeniem jezuitów robił spore problemy i trudności, ta deklaracja Ignacego została zweryfikowana. Rzeczywiście tak było. Na wieść o tym zbladł, dotknęło go to. Potem poszedł do kaplicy. I po kilkunastu minutach wrócił uspokojony. Oddał sprawę Bogu. Tyle.
Przeczytamy też w następnej konferencji o sytuacji o. Jakuba Savin, o tym, ile on energii i sił wkładał w stworzenie skautingu i jak z zaufaniem Bogu podszedł do sprawy, gdy go de facto wygryziono z organizacji. A to było przecież jego dzieło, jego dziecko, dla którego nie szczędził czasu i energii.
Trzeba nam się nauczyć powierzać wszystko, co robimy Bogu i uznawać Jego zwierzchność nad tym, co z tego wyniknie. Tylko wtedy bowiem jesteśmy wolni. To jest ogromna sztuka: być w stanie zostawić coś, puścić. Nie uważać za swoje osobiste dzieło, swój osobisty zagonek, swój osobisty sukces. Także wychowywanie dzieci, wychowywanie synów trzeba tak postrzegać. To nie jest moje dzieło, to nie jest moja własność. To jest dar, jaki dał mi Bóg. I robię wszystko, co w mojej mocy, aby było jak najlepiej. Ale też ufam Bogu. Jemu oddaję pewne sprawy. Nie jestem w stanie w 100% wpłynąć na to, co i jak będzie robił mój syn. Mogę go kształtować. Ale nie wszystko ode mnie zależy. On jest wolny. On podejmuje wybory. Ja za nie jestem w stanie tego zrobić.
Przy władzy ważnym punktem jest kontrola. Człowiek chce kontrolować wszystko. Wtedy czuje się bezpiecznie. Wtedy ma wrażenie, że nic mu nie zagrozi. Gdy nie ma nad czymś kontroli, może wpadać w przerażenie i reagować gwałtownie. Ale poczucie kontroli to tylko złudzenie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować. Mój przyjaciel czekał niedawno na urodzenie się bliźniaków. Wszystko było okej. Rutynowy zabieg, rutynowa sprawa. W trakcie porodu sprawa przestała być rutynowa. Było o włos od śmierci. O włos od śmierci jego żony, o włos od śmierci jednego z dzieci. Przez wiele godzin toczyła się walka o życie. Skomentował mi to w tym stylu: „w życiu nie można niczego być pewnym, niczego przewidzieć”. On to powiedział z łatwością, bo jest we wspólnocie, która to powtarza cały czas. Powtarza cały czas, że to nie my kontrolujemy rzeczywistość, ale Bóg. I mamy Mu się poddać. Bo my możemy sobie nie wiadomo co planować, a tu nagle przyjdzie rak, wypadek, cokolwiek innego, np. krach na giełdzie i wszystkie misterne plany legną w gruzach. I z naszego kontrolowania sytuacji nie zostanie nic. Masa ludzi w takiej sytuacji popełnia samobójstwo. Bo stracili kontrolę nad życiem, nad rzeczywistością. Ale to było tylko złudzenie. Nigdy jej nie mieli. Dlatego też masa ludzi reaguje tak brutalnie, gdy czują, że tracą kontrolę. Panicznie się tego boją. Ale oni też żyją w złudzeniu. Żadna kontrola nie pochodzi od nas samych. „Nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby Ci to nie było dane z wysoka”. Dlatego właśnie mamy tak ufać Bogu, jakby wszystko zależało od Niego. Masa rządzących robi straszne rzeczy, podejmuje okropne decyzje, jeśli u ich podłoża leży strach przed utratą kontroli. Straszne decyzje wychodzą, jeśli motywem ich jest utrzymanie władzy i kontroli. Stąd w porannej medytacji było pytanie o kontrolę. Człowiek dojrzały umie być zależny. Umie też być niezależny. Nie przeraża go podleganie komuś. Nie przeraża go to, że nie on o wszystkim decyduje. Nie przeraża go też sytuacja, kiedy czuje, że to on ma decydować, że to od niego zależy to czy tamto. Nie ucieka od decyzji. Nie ucieka od odpowiedzialności.
Masa mężczyzn, zwłaszcza młodych chłopców, ma dziś straszny problem właśnie z tą kwestią. Boją się podjąć konkretne kroki, rezygnują z działania, bo czują presję, że muszą coś zrobić i boją się, że będzie klapa, że poniosą porażkę. Wolą więc nic nie robić. Na przykład nie próbują zagadać dziewczyny, bo jest ryzyko, że dostaną kosza. Nie podejmą żadnej trudnej akcji, bo jest ryzyko, że nie podołają. Czym innym jest rzucanie się z motyką na słońce, a czym innym unikanie wszelkiego ryzyka ze strachu przed porażką. To jest problem chłopców, to jest problem mężczyzn dzisiaj. I dlatego uciekają w świat wirtualny, gdzie jest bezpieczniej. Kwestia tego problemu, kryzysu męskości to oddzielny temat. Może na kolejne rekolekcje właśnie. Bardziej psychologizujące. Ale to też jest konieczne: zobaczyć jak jest. Zrozumieć, jak to działa, jaki jest mechanizm. Spróbować znaleźć przyczyny, źródła, dlaczego tak jest. Bo to może być punkt wyjścia do zmiany. 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Medytacja 2 – O. Sebastian Masłowski SI

 Mk 10,35-45: “Wtedy podeszli do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy. On ich zapytał: Co chcecie, żebym wam uczynił? Rzekli Mu: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie. Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Odpowiedzieli Mu: Możemy. Lecz Jezus rzekł do nich: Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane. Gdy dziesięciu pozostałych to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.”


Prośba CD 46: Aby moje pragnienia, decyzje i czyny były w sposób czysty skierowane ku służbie i chwale Jego Boskiego Majestatu.
 
Obraz: Jakub i Jan chcą coś załatwić u Jezusa. Chcą być na topie: po lewej i prawej stronie Jezusa, czyli chcą rządzić. Chcą coś znaczyć. Chcą być panami. Uważają, że wiedzą, czego pragną. Jezus mówi im wprost: nie wiecie, o co prosicie. Zobacz jeszcze raz tego małego chłopca. Nie masz nim rządzić. Masz mu służyć. Masz być jego niewolnikiem. Masz za niego dać życie.
 
fot. Piotr Gorus

Prośba: Abym zrozumiał wewnętrznie słowa Jezusa, który mówi, jak ma między nami być, jak mają wyglądać rządy i bycie wielkim w Jego królestwie.

 
1. Daj nam to, czego chcemy

Jakub i Jan są konkretni. Wiedzą, czego chcą. Mają wizję, plan. Nie kręcą, mówią jasno, co im się marzy. Jezus mówi im wprost: Nie wiecie, o co prosicie. Nie macie pojęcia, czego pragniecie. Chcecie rządzić w moim królestwie, chcecie być w nim grubymi rybami? Jesteście gotowi wypić kielich, który z tym się wiąże? Jesteście w stanie ponieść wszystkie konsekwencje podążania za mną? Odpowiadają: „Jesteśmy”. Mówią szczerze. Tak uważają. Uznają, że są na to gotowi. Jezus mówi: przyjdzie to na was, ale to nie znaczy, że będziecie rządzić.
 
–> Czego ja chcę? Czy wiem, czego chcę? Czy mam wizję rządzenia moją jednostką, ludźmi, których mam pod sobą? Co chcę zrealizować? Jak chcę to zrealizować?
 
2. Ci, którzy uchodzą za władców, uciskają poddanych i dają im odczuć swoją władzę.

Tak rządzą ludzie tego świata. Zależy im na tym, żeby było jasne, kto tu rządzi, kto tu decyduje. Nie chcą być lekceważeni. Nie chcą być traktowani bez należytego respektu. Gdy czują, że ich pozycja władzy, chwały i splendoru jest zagrożona, reagują gwałtownie. Karzą. Dają odczuć swoją władzę.

Nawet wtedy, gdy nikt nie podważa ich władzy, pokazują kto tu rządzi, bo mogą, bo nikt nie jest w stanie im w tym przeszkodzić. Bo może im to ujść bezkarnie. Przecież to oni decydują. Przecież to oni mają siłę pokazać innym, gdzie raki zimują. Czemu więc nie pokazać?
 
–> Jak ja rządzę? Przyjrzę się swoim ostatnim decyzjom. Przyjrzę się temu, co robię. Jak traktuję swoich podwładnych? Czy daję im odczuć swoją władzę? Czy pokazuję im, kto tu rządzi, czy daję im popalić, bo tak mogę, bo jestem w stanie to zrobić, bo nikt mi w tym nie przeszkodzi?
 
3. Nie tak będzie między wami

Jak odmienna jest koncepcja rządów Jezusa. Pokazuje coś kompletnie odwrotnego. Zamiast przywilejów, zaszczytów i prestiżu, więcej pracy. Zamiast tego, że teraz inni za nas wszystko zrobią, a my tylko będziemy pokazywać palcem, to my powinniśmy się spalać i eksploatować. Mamy być niewolnikami wszystkich. Dlaczego? Bo Jezus nie przyszedł po to, żeby mu służono, ale żeby służyć. Przyszedł po to, żeby się spalić dla nas. A my mamy Go naśladować. Mamy Go uosabiać. Mamy być Nim. Jego rękami, Jego nogami, Jego naśladowcami: “NIE ROBIMY NA ZIEMI NICZEGO INACZEJ NIŻ TYLKO SIĘ SPALAJĄC”. To jest fragment pieśni napisanej przez o. Jakuba. To jest droga, jaką nam zostawił Jezus.
 
–> Czy podejmując konkretne decyzje, chcę służyć, chcę dać swoje życie za tych najmniejszych, chcę się spalać dla nich? Czy chcę się spalać dla tego malca?
 
Rozmowa końcowa:
Porozmawiaj z Bogiem o roli, jaką ma dla Ciebie w skautingu, w rodzinie, w świecie. Roli starszego brata. Tę drogę pokazał nam Jezus, stając się naszym bratem. Choć był Panem, przyjął postać człowieka, choć był Panem, służył nam, choć był Panem, mył nam nogi (co było zadaniem służącego i niewolnika). Proś Go, aby dał Ci łaskę naśladowania Go w sprawowaniu tej władzy. Proś Go o łaskę, abyś uosabiał Go w oczach tych chłopców, do których jesteś posłany. Aby doświadczając Ciebie, mogli doświadczyć Jego: Jego miłości, Jego oddania. Tego, jak Mu zależy na nich. Tego, jak oddaje za nich swoje życie.



 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

 

 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)