Moc opowieści, czyli o fabule roku

Parę dni temu rozpoczął się w naszych jednostkach nowy rok harcerski. Jest to szczególny moment, gdy zaczynamy wdrażać nasze, uprzednio przygotowane, plany pracy. Istotnym aspektem kształtującym formę takiego planu w zielonej gałęzi jest wybór fabuły roku. Dlaczego jednak w ogóle namawiamy naszych podopiecznych, by w swoje puszczańskie aktywności wpletli fabułę „Opowieści z Narnii” czy fakty związane z bitwą pod Grunwaldem? Jakie korzyści z tego wynikają? Wreszcie – jak dobrze wybrać fabułę roku? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.  

Ludzie od zawsze odgrywali role w celach rozrywkowych. Czy to w postaci dziecięcych zabaw w dom albo w kowbojów i Indian, czy to sięgającego przecież starożytności teatru, czy to w zjawiskach zupełnie nowych, jak powstałe w latach 70. ubiegłego wieku gry RPG. Taka metoda spędzania wolnego czasu pozwala oderwać się od codziennej rzeczywistości w twórczy, poszerzający wyobraźnię sposób. Może odpowiedzieć na głębokie potrzeby i pragnienia trudno osiągalne we współczesnym świecie, jak odkrywanie nowych lądów czy rycerskie pojedynki. Słowem – odpowiednio zorganizowana może być formą przeżywania przygody.  W naszym ruchu funkcję systematyzującą to wcielenie się w rolę spełniają dwa duże bloki harcerskich aktywności – gry i ekspresja. Sprawiają one, że fabuła roku nie staje się obiektem pustych fantazji, ale osadzają ją w formach, które poprzez działanie budują zdrowie i zmysł praktyczny harcerzy. Samo wtłoczenie fabuły w życie drużyny również pomaga skonkretyzować abstrakcję. Jeżeli, na przykład, tematem roku jest rozbicie dzielnicowe, to pomysł na wyczyn pionierski w postaci zbudowania bramy obozowej przypominającej wrota zamku sam przychodzi do głowy. Podobnie jest z tematycznymi posiłkami na konkurs kulinarny, scenkami i piosenkami na ogniskach czy wreszcie rodzajami wyzwań jakie, przy odpowiednim zaadaptowaniu, mogą pojawić się podczas Wielkiej Gry. Fabuła roku może oferować naszym podopiecznym twórcze i rozwojowe doświadczenie. 

Jak starałem się wykazać powyżej, fabuła roku ma niebagatelne znaczenie. Tym bardziej powinniśmy się starać, by wybrać właściwą. By usystematyzować rozważania na ten temat, pozwoliłem sobie podzielić fabuły na trzy typy, każdy związany z nieco innymi wyzwaniami. Są to: fabuły oparte o dzieło kultury, fabuły oparte o wydarzenia historyczne i fabuły oparte na archetypach.

Typ pierwszy, czyli fabuły oparte o dzieła kultury zdają się być najpopularniejsze, a zarazem budzić najwięcej kontrowersji. Zanim wybierzemy konkretny film czy książkę, zastanówmy się, czy spełnia poniższe kryteria – ma w sobie pierwiastek przygody, jest jednoznaczna moralnie, jej wybór nie jest skutkiem mody czy trendu. Kwestia przygody rozumie się sama przez się. Jakkolwiek nas by nie pociągały rozterki Wokulskiego z „Lalki”, to jego życie kupieckie i romantyczne trudno będzie wpleść do gier w lesie. Powinniśmy się decydować na teksty, w których aspekt przygody będzie prosty do zaimplementowania w warunkach harcerskich, jak, na przykład, misja rycerzy Okrągłego Stołu z mitów arturiańskich. Kwestia jednoznaczności moralnej nie ma charakteru „chuchania i dmuchania”, by nasi podopieczni przypadkiem nie dowiedzieli się, że ludzie potrafią robić straszne rzeczy. Jest raczej kwestią właściwej optyki i kierowania się moralnością katolicką w poszukiwaniu wzorców. Nie będzie dobrym wzorem James Bond, który notorycznie dopuszcza się cudzołóstwa, nie będzie dobrym wzorem pełen cynizmu wiedźmin Geralt. Natomiast już Andrzej Kmicic, z uwagi na swoją metamorfozę i świadome walczenie z własnymi wadami, jak najbardziej powinien imponować. Wreszcie kwestia mody nie oznacza, że mamy sięgać tylko do literatury dawnej i czarno-białych filmów. Jest raczej zwróceniem uwagi na to, by zaoferować naszym podopiecznym światy fikcyjne inne od tych, którymi żyją na co dzień. Tematyka „Gwiezdnych Wojen”, gdy chłopaki na co dzień czytają komiksy i grają w gry komputerowe osadzone w tym uniwersum, a ich młodszy brat dostał ostatnio dmuchany miecz świetlny, w pewnej mierze zatrze niecodzienność harcerskich aktywności.

Typ drugi, czyli fabuły oparte na wydarzeniach historycznych, jest bardzo modularny. Może być ogólny, na przykład, starożytność, może się odnosić do panowania poszczególnych władców czy innych, ściślejszych okresów historycznych, jak pierwsi Piastowie, może wreszcie wskazywać na konkretne wydarzenie. Jeżeli planujemy przyszłoroczny obóz pod Grunwaldem, tematyka bitwy z Krzyżakami nasuwa się sama. W tym typie nadal jest istotny wspomniany wyżej aspekt przygodowy oraz moderowanie wyborów naszych podopiecznych tak, by nie poruszać trudnych zjawisk historycznych nietaktownie. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek rozsądny człowiek na to pozwolił, ale mimo to należy zaznaczyć, że harcerze nie powinni się w ramach fabuły roku wcielać w zaborców, hitlerowców czy sowietów albo innych sprawców ludzkich krzywd. 

Typ trzeci, czyli wybór archetypu, to temat roku skupiony na zbiorowym wyobrażeniu o pewnych grupach ludzi – poszukiwaczach skarbów, odkrywcach, Indianach i tak dalej. Może czerpać zarówno z kultury, jak i historii. Myślę, że ma potencjał być najbardziej wygodny i elastyczny. Aspekt przygody jest weń wpisany. W kwestiach moralnych również na drużynowym spoczywa duża odpowiedzialność odpowiedniego naświetlenia właściwych postaw, szczególnie przy tak szerokich pojęciach. Na przykład wikingowie to zarówno pogańscy najeźdźcy, który przez wielki prześladowali Wyspy Brytyjskie, jak i katolicki kupiec Leif Eriksson, który jako pierwszy Europejczyk postawił stopę na amerykańskiej ziemi. 

Ten krótki tekst jest zaproszeniem do dyskusji i polemiki. Osobiście z zieloną gałęzią miałem styczność, przede wszystkim, jako członek drużyny harcerskiej. Tym niemniej skonsultowałem się ze znajomymi szefami w sprawie fabuły roku i podjąłem próbę uporządkowania naszych rozważań w formie artykułu. Jeżeli jednak pominąłem jakiś kluczowy aspekt albo popełniłem wyraźny błąd, to czekam na twoją, Drogi Czytelniku, odpowiedź. 

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Dlaczego warto wracać do lektur szkolnych?

Każdy z nas powinien poświęcać, z rozsądkiem i umiarkowaniem, wolny czas na odpoczynek. Nie jest niczym złym spędzanie go na odbieraniu treści należących do tak zwanej kultury popularnej, jak seriale telewizyjne, filmy hollywoodzkie, gry video czy muzyka rozrywkowa. Czasem jednak może nas najść ochota na obcowanie z kulturą wysoką. Wycieczka do muzeum czy obejrzenie filmu, na przykład, z watykańskiej listy ważnych i wartościowych filmów fabularnych. Możemy również zdecydować się na literaturę wysoką. Co jednak wybrać? W tym wypadku zaskakująco pomocne mogą być lektury szkolne.

W medialnych dyskusjach nad kanonem lektur szkolnych często za jego główny cel uważa się promowanie czytelnictwa. Jest to tylko częściowo prawda. Taką rolę spełniają, przede wszystkim, tytuły dedykowane młodszym klasom szkoły podstawowej. Choć i niektórym z nich nie można odmówić uniwersalnej wartości, o czym dobrze wiedzą wszyscy, który zetknęli się, na przykład, z „Księgą dżungli”. Głównym i najważniejszym celem kanonu lektur w starszych klasach szkoły podstawowej i szkole średniej jest natomiast przedstawienie  „w pigułce” najważniejszych nurtów kultury polskiej i europejskiej. Wynika to ze specyfiki przedmiotu jakim jest język polski, na którym, poza gramatyką rodzimego języka, uczniowie zapoznają się z historią literatury i kultury. Oczywiście, kanon lektur jest zbiorem ustalanym ministerialnie, co może sugerować jego arbitralność, ale utwory Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Prusa, Sienkiewicza czy Wyspiańskiego były zalecane młodym do czytania od kiedy po 1918 roku odradzała się polska oświata, a niektóre z nich nawet wcześniej, w szkołach zaborców. Są to dzieła, które w znacznym stopniu uformowały ducha naszego narodu. Fakt, że nadal można trafić na dyskusje o wpływie literatury romantycznej na pokolenia powstańców czy talencie literackim i zasługach Sienkiewicza dla polskiej kultury tylko potwierdza ciągłą aktualność ich dzieł. Natomiast w przypadku literatury europejskiej  w kanonie znajdują się utwory, które wywarły wpływ na umysły całego świata, jak chociażby dramaty Szekspira.

Święty Krzyż 2013, fot. Paweł Przypolski

Nasuwają mi się dwie taktyki wykorzystania kanonu lektur do nawigowania po wodach literatury pięknej. Pierwsza, szczególnie przydatna w przypadku literatury dawnej, przedromantycznej, to zwrócenie uwagi na utwory, które poznajemy w czasie naszej edukacji szkolnej jedynie we fragmentach. Zwrot ku „pełnym wersjom” pozwoli nam budować na tej wiedzy o utworze i jego kontekście, która jeszcze nam w głowach została, a zarazem pozwoli, przez zetknięcie się z całością, uzupełnić luki. A przecież tylko fragmentarycznie poznajemy eposy Homera, „Boską komedię” Dantego czy nawet „Chłopów” Reymonta.

Druga taktyka jest już bardziej zindywidualizowana. Warto, moim zdaniem, spróbować powrócić do lektur, które były trudne, wynudziły albo zdawały się niezrozumiałe. Być może jeżeli pochylić się nad nimi „na spokojnie”, w wolnej chwili; bez presji czasu i widma oceny za znajomość treści a zarazem dysponując już jakąś uprzednią wiedzą o nich, będzie się je nam czytało zupełnie inaczej. Jeśli nadal męczą i nudzą – nie ma problemu, można zawsze zrezygnować lub odłożyć je na później.

Literatura, o ile ktoś nie zajmuje się nią naukowo czy finansowo, pełni w naszym życiu rolę, przede wszystkim, rozrywkową. Jak pisałem we wstępie, nie ma nic złego w tym, gdy odpoczywamy przy kryminałach, reportażach czy fantastyce. Warto jednak raz na jakiś czas sięgnąć po tak zwaną literaturę wysoką. Przede wszystkim, poszerzy ona nasze horyzonty, być może przedstawi jakieś wartościowe zagadnienie czy ważny problem związany z ludzkim losem. Nie można też zapomnieć, że są to zazwyczaj, pod względem językowym, utwory misternie skomponowane i być może sam akt czytania dostarczy nam odczuć estetycznych. W wyborze takich tytułów lektury szkolne zdają mi się solidnym fundamentem, na którym warto budować.

Gra “Wojna na Północy”, Eurojam 2014, fot. Krzysztof Żochowski

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Eko vs harcerstwo

Żyjemy w XXI wieku i jako społeczeństwo musimy się zmagać z wieloma globalnymi problemami. Jednym z nich jest między innymi zanieczyszczenie środowiska oraz ogromne ilości śmieci, które są produkowane każdego roku, a z którymi nie ma powoli co robić. Myślę, że jako harcerze i harcerki, a jako szefowie zwłaszcza, powinniśmy zainteresować się tym tematem, gdyż jak mówi 6 punkt Prawa Harcerskiego: „Harcerz/harcerka widzi w przyrodzie dzieło Boże, szanuje rośliny i zwierzęta.”. Na szczęście coraz więcej ludzi widzi problem oraz wiążące się z nim konsekwencje i pragnie wprowadzić zmiany. Olga Michałowska podjęła się zadania pisania e-booka na temat ekologii w harcerstwie. Bardzo się cieszę, że udało mi się z nią chwilę porozmawiać na temat e-booka, gdyż pomysł wydaje się interesujący. Zapraszam Cię do przeczytania naszej rozmowy.

Magdalena Baster: Cześć Olga, z tego co wiem piszesz e-booka pod tytułem „Eko vs harcerstwo”, prawda?

Olga Michałowska: Cześć Magda. Tak, zgadza się.

Skąd taki pomysł, to znaczy dlaczego akurat taki temat?

Chciałam poruszyć taką tematykę, bo w harcerstwie za mało się rozmawia o ochronie środowiska; organizuje się obóz i nie stosuje się substancji, które byłyby przyjazne Ziemi, zużywa się duże ilości materiałów jednorazowych, które spokojnie można by ograniczyć i niestety na części obozów nie segreguje się śmieci…

Okej, czyli piszesz go, żeby uświadomić ludzi i zwrócić uwagę na problem?

Tak, dokładnie. Na początku uświadomić, a potem stworzyć przestrzeń na to, żeby mieli okazję wprowadzić jakieś zmiany do swojego życia i do życia swoich jednostek tak, żeby nie robić wszystkiego na raz, tylko po kolei.

Czy była jakaś konkretna sytuacja, która natchnęła cię do napisania e-booka?

Jestem po prostu małym eko-świrem i od dziecka mam różne pomysły w tym kierunku, które realizuję i wprowadzam w życie. Kiedy zostałam szefową, zobaczyłam, ile w harcerstwie jest rzeczy, które można by zmienić, żeby bardziej zadbać o planetę i… zaczęłam pisać e-booka.

Olga Michałowska, fot. Archiwum prywatne

Myślę, że ludzie mogą być ciekawi, jak się do tego zabrałaś.

Bardzo prosto – przepytałam trzy największe organizacje harcerskie w Polsce z tego, jak obozują i na tej podstawie oraz zbierając swoje doświadczenia starałam się wyciągnąć wnioski i dopasować treść e-booka do potrzeb ludzi – bo to ma być e-book odpowiadający na potrzeby społeczeństwa.

Masz już jakiś pomysł jak będzie wyglądał e-book w środku?

Robię podział na rozdziały, w ten sposób, że na przykład tematyka obozu będzie podzielona na kilka sektorów: kuchenny, ekspresji, sanitarny itd. W każdym z nich będą napisane rzeczy, które można zmienić nie tylko będąc w lesie, ale także na wyjazdach w budynkach, szkołach i tak dalej – taki poradnik.

Mogłabyś podać jakiś przykład?

Jasne – na przykład kwestia śmieci. Bardzo ważne jest ograniczenie ich ilości na przykład, poprzez wprowadzenie wielorazowości. Popularne jest używanie plastikowego sznurka podczas pionierki, co generuje masę śmieci, a można by spokojnie użyć naturalnego sznurka (chodzi np o bawełnianą linkę żeglarską), który jest bardziej wytrzymały. Może się to początkowo wydać dużo droższe, ale po czasie okazuje się, że jest to bardziej ekonomiczna metoda. Jest to jednak bardziej uporczywa metoda, gdyż sznurek trzeba przy depionierce złożyć, a nie wyrzuć do kosza,  ale można te zmiany robić powoli, a nie wszystkie na raz. W zupełności wystarczy na pierwszym obozie zastąpić sznurek, naturalnym tylko na stole, albo tylko do wyplecenia własnej pryczy, żeby się nie zniechęcić.

Można też zastąpić plastikowe butelki z wodą na biwakach lub zimowiskach dzbankami filtrującymi i do nich nalewać wodę z kranu i dawać dzieciom.

Chciałabym też skupić się na tym, żeby harcerze, harcerki używali środków biodegradowalnych, które nie szkodzą glebie, bo z tego co widziałam w ankietach, ludzie wlewają w naszą ziemię na przykład bardzo mocną chemię do prania ubrań.

To prawda, ale ludzie i tak będą musieli prać ubrania na obozach, masz na to jakąś alternatywę?

Tak, w e-booku  będą wymienione różne środki, których można używać, między innymi jest to zwykłe szare mydło, które nie zawiera dodatkowych substancji, które mogłyby szkodzić ziemi (przynajmniej w tak niewielkich ilościach), a w zupełności wystarcza.

Kolejną, pokrewną sprawą, jest mycie się. Tu też można to zrobić lepiej lub gorzej, prawda?

Wiadomo. Najlepiej by było myć się w misce, a nie bezpośrednio w rzece, bo wtedy woda z mycia przepływając przez ziemie dodatkowo się filtruje i nie wszystkie substancje z płynów do mycia spływają prosto do rzeki. Jeśli chodzi o mycie się w jeziorach, to jest to najgorsza możliwa opcja, bo jak wiemy woda w jeziorze stoi i nie ma nawet jak odpłynąć i później często dochodzi do zakwitu, co jest nie fajnym zjawiskiem.

Możesz jeszcze powiedzieć twoje największe odkrycie, które zrobiłaś pisząc tę książkę

Myślę, że najbardziej fascynuje mnie to jak różnorodnie podchodzi się do tematu. Każde środowisko ma inne zwyczaje obozowania. Mam takie odkrycie, które sprawdzi się głównie u wilczków – kiedy zamawiamy catering, zamiast styropianowych pudełek, można zamówić jedzenie w termosie. Wtedy nie marnuje się jedzenia bo każdy nakłada sobie tyle ile faktycznie zje i nie produkuje się niezliczonej ilości śmieci typu styropianowe/ plastikowe opakowania. Potem można taki obiad, który nie został zjedzony, odgrzać tego samego dnia np. na kolację i w ten sposób powstaje nam taki obieg zamknięty.

A masz taką rzecz, która zadziwiła cię, negatywnie?

To, że ludzie nie widzą potrzeby wprowadzania zmian, i uważają że jest to szerzenie “eko” propagandy. Przeraża mnie również użycie takiej ostrej chemii, no bo to jak już mówiłam może ona spowodować wiele szkód. To chyba tyle, ale było więcej takich rzeczy, które zaskoczyły mnie na plus, znalazłam też dużo inspiracji, więc nie jest tak źle.

Jak to jest  z podejściem harcerek? Bo to jest tak, że na obozie chodzi głównie o to, żeby przetrwać i nie zawsze myśli się o dobru Ziemi.

Trochę tak jest, ale z drugiej strony, czasem można zaszczepić w harcerkach drobne nawyki, które potem mogą przenieść ze sobą do domu. Miałam kiedyś taką sytuację, że po obozie wilczkowym rodzice mówili, że dzięki nawykom, które dziecko wyniosło z obozu zaczęli segregować śmieci.

Bukiet obozowych kwiatów, fot. Monika Wójcik

Masz jakiś pomysł, jak uświadamiać młodych?                                                                   

Po pierwsze przykład szefowej czy szefa, po drugie elementy edukacyjne na zbiórkach, na przykład spotkanie z jakąś osobą, która jest obeznana w tematach ochrony środowiska. Dla wilczków mogą to być gry. Przed obozem warto napisać maila z listą bezpiecznych środków do mycia – możliwości jest naprawdę bardzo wiele. Należy po prostu zapoznać młodych z podstawowymi zasadami dotyczącymi bycia przyjaznymi dla planety, żeby mieli świadomość, po co wprowadzać nowe rozwiązania i sami chcieli to robić.

Jak wprowadzać zmiany w życie?

Małymi kroczkami, chodzi o to, żeby nie robić od razu wielkiej  rewolucji, bo wtedy łatwo się zniechęcić. Nie musi być super idealnie, tylko ważne żebyśmy mieli z tył głowy taką myśl, czy nie dałoby się tego zrobić w sposób lepszy dla Ziemi. 

Dziękuje Ci bardzo, że zgodziłaś się porozmawiać ze mną. Myślę, że temat ekologii jest bardzo ważny i dobrze żebyśmy pamiętali o tym w codziennym życiu, nie tylko na obozie.

Dziękuję bardzo.

Czy języki miłości pomagają kochać świadomie?

Myślę, że każdy kiedyś zastanawiał się nad znaczeniem słów „kocham cię”. Może myśleliście nad nimi, kiedy ktoś powiedział je w stosunku do Was? A może to Wam przyszło je wypowiedzieć?

Miłość ma różne oblicza. Inaczej kocha się rodziców, inaczej rodzeństwo, dzieci, przyjaciół, czy męża lub żonę. Ale każda miłość swój początek bierze z Krzyża. To właśnie na Krzyżu Jezus dał nam wzór, jak kochać doskonale; tym bardziej potrafimy kochać, im bardziej nasza miłość jest podobna do Jego miłości.

Miłość, chociaż sama w sobie jest bardzo prosta i przejrzysta, lubi być przez nas komplikowana. Z czego to wynika? Przede wszystkim z naszych potrzeb, które są bardzo odmienne. Jedna jest miłość, ale wiele sposobów jej wyrażania.

Gary Chapman, amerykański psycholog, antropolog i doktor filozofii, z zauważył, że wiele nieporozumień wynika z różnego sposobu okazywania sobie miłości. Na podstawie swoich obserwacji stworzył teorię języków miłości. I tak właśnie wyróżnia języki: dotyku, drobnych przysług, akceptacji, czasu wartościowego i prezentów.

Warto zauważyć, że nie opisują one jedynie miłości w stosunku do naszego ukochanego czy ukochanej, ale też do rodziców, dzieci, naszych podopiecznych czy każdej innej osoby. Czasem odkrycie tego, jaki ktoś ma język miłości, może wiele ułatwić w naszej relacji z tą osobą, w przyjaźni, zwykłej życzliwości, czy nawet w pracy. Używanie języka miłości drugiej osoby może ułatwić komunikację, bo taka osoba czuje się przez nas szanowana i doceniona.

Posługiwanie się językami miłości możemy porównać po prostu do posługiwania się językami obcymi. Jeżeli spotykamy osobę innej narodowości, którą chcemy poznać, musimy nauczyć się mówić w jej języku. Nieważne jak dużo opowiadalibyśmy jej o sobie w swoim języku, nie wniosłoby to nic w naszą relację. Analogicznie, jeżeli bardzo wyraźnie chcielibyśmy okazać komuś miłość, ale okazywalibyśmy ją w swoim języku miłości, a nie w języku tej drugiej osoby, to ona nie będzie czuła się kochana. A nawet jeśli, to na pewno nie będzie czuła się kochana w takim stopniu, w jakim mogłaby się czuć.

Przejdźmy do przykładów. Mąż całymi dniami ciężko pracuje, żeby zapewnić byt swojej rodzinie. Jego językiem miłości są drobne przysługi i on poprzez pracę okazuje miłość swoim bliskim. Jego żona teoretycznie wie, że on to wszystko robi z miłości do niej i dzieci. Ale jej językiem miłości jest czas wartościowy. Zatem żona nie czuje się kochana, bo mąż nie ma dla niej czasu. Natomiast kiedy on wraca z pracy, żona nie okazuje mu, że docenia jego pracę. Nie chwali go, a on tych pochwał potrzebuje, ponieważ jego drugim wiodącym językiem jest język akceptacji. I przez ten brak doceniania, on też nie będzie się czuł kochany. I to może być naprawdę wspaniałe, kochające się małżeństwo, ale z takich błędów komunikacji i wzajemnego nierozumienia potrzeb, mogą wynikać liczne, zbędne konflikty.

Żeby ograniczyć takie konflikty, warto mówić o swoich potrzebach i swoim języku miłości drugiej osobie. A równocześnie starać się posługiwać i wyrażać swoje uczucia wobec niej za pomocą jej języka.

Język akceptacji, zwany też językiem wyrażeń afirmatywnych, mają osoby, które potrzebują czuć się doceniane. Potrzebują, żeby zauważać ich wysiłek, potrzebują być chwalone za różne rzeczy. I nie ma tutaj znaczenia za co. Może to być pochwała za dobry obiad, ładny makijaż, czy za awans w pracy. Dużą wagę przywiązują do słów. Osoba, która nie ma tego języka często nie widzi potrzeby chwalić, dlatego że jest dla niej oczywiste, że przykładowo obiad był dobry, bo zawsze jest dobry. Ale jeżeli wiemy, że nasz współmałżonek ma ten język, naszym zadaniem jest starać się pamiętać, aby chwalić go za najmniejsze rzeczy. Dzięki temu będzie czuł się akceptowany i kochany.

Drugim językiem jest język czasu wartościowego. Osoba, która ma taki język, potrzebuje czuć, że ktoś poświęca jej czas, że ktoś „marnuje” swój czas dla niej. Słowo „marnuje” oznacza tutaj, że druga osoba mogłaby poświęcić swój wolny czas po pracy na obejrzenie meczu, czytanie książki, czy na inną rzecz, którą lubi, a zamiast tego poświęca ten czas nam. Nawet jeśli taki spacer sam w sobie nie jest atrakcyjny dla naszego chłopaka, bo woli on spędzać czas aktywnie, to pójdzie na ten spacer ze względu na nas. Język czasu wartościowego jest mocno związany z potrzebą rozmowy, czucia się wysłuchanym i zrozumianym. Jednak to nie znaczy, że oglądanie filmu w milczeniu się do niego nie zalicza. Jeśli towarzyszy temu poczucie bycia razem, to nie ma znaczenia, czy jest to film, wymienianie opon samochodowych, robienie pizzy, czy wyjazd na Majorkę.

Język miłości prezenty charakteryzuje się tym, że dana osoba potrzebuje jakiś materialnych znaków miłości. W żadnym wypadku nie chodzi o materializm i wartość pieniężną tych rzeczy, tylko o jakiś widoczny wyraz przyjaźni czy miłości. To może być liścik, zdjęcie, czy nawet serduszko narysowane szminką na lustrze w łazience przed wyjściem do pracy. Dziewczyna, która ma ten język miłości zasuszy listek, który chłopak podniósł z ziemi i dał jej na pierwszej randce. Niektórzy wolą cieszyć się chwilą i zachowywać cenne momenty w swojej pamięci, a inni, właśnie osoby z językiem prezentów, będą pamiętały o tym, żeby taki moment uchwycić na zdjęciu, na które będą mogły potem patrzeć i wspominać.

Język drobnych przysług zwany jest czasami też językiem służby. Osoby z tym językiem jako największy wyraz Miłości traktują pomoc drugiej osobie, odciążenie jej z obowiązków. Kiedy żona sama z siebie pomyśli o zawiezieniu dzieci do szkoły, żeby mąż mógł się dłużej wyspać, wtedy on, jeśli ma ten język miłości, poczuje się najbardziej na świecie kochany. Osoba z językiem drobnych przysług, widząc, że ktoś na imprezie zmywa naczynia zamiast grać w planszówki czy tańczyć, chętnie pójdzie go zmienić. Jeżeli żona z tym językiem poprosi męża o wymianę żarówki, a on o tym zapomni, a zamiast tego po pracy przyniesie jej kwiaty, ona będzie czuła się dotknięta, bo nie zrobił tego, o co go poprosiła. I kwiaty nie będą miały większego znaczenia. Będzie się nimi cieszyć dopiero wtedy, kiedy żarówka zostanie wymieniona.

Ostatnim z języków jest dotyk. Sfera seksualna jest tylko małym elementem tego języka. Sam dotyk jest dużo szerszym zagadnieniem. Obejmuje trzymanie się za rękę z chłopakiem, zmierzwienie włosów synowi, czy przytulenie się do przyjaciółki. Dla dziewczyny z tym językiem, która siedzi z chłopakiem na grillu u znajomych, ważne będzie, aby na tym grillu siedzieć obok niego, położyć mu głowę na ramieniu, po prostu być blisko. Ona może przez całego grilla rozmawiać z przyjaciółką, a on z innymi znajomymi, ale dla niej będzie się liczyć to, że jest obok. Wiadomym jest, że dotyk jest czymś, czego potrzebujemy w związku czy małżeństwie, kiedy jesteśmy zakochani. Dlatego warto zastanowić się, czy potrzebujemy tego dotyku też od innych osób i na tej podstawie stwierdzić, czy jest to nasz wiodący język. Ważną rzeczą jest też to, że każde dziecko ma ten język. Oznacza to, że rodzice, nawet jeśli dotyk nie jest dla nich naturalnym sposobem wyrażania miłości, powinni się uczyć okazywać ją w ten sposób w stosunku do swoich dzieci, które bardzo potrzebują przytulenia, pogłaskania po głowie i wzięcia na kolana.

Eurojam 2014, fot. Jan Żochowski

Choć naszą miłość wyrażamy wobec wielu ludzi i wobec każdej z tych osób jest ona inna, szczególną wagę przykładamy do miłości małżeńskiej. Amerykańska psycholog dr Dorothy Tennov przeprowadziła badania, na których podstawie stwierdziła, że etap zakochania trwa średnio dwa lata. Podczas tego etapu często wszystko jest piękne i kolorowe. Jednak kiedy zakochanie mija, wcale nie musi być nagle strasznie. Jeżeli świadomie budujemy swoją miłość, w oparciu nie tylko o uczucia, ale i o rozum, i decyzję o wspólnym budowaniu życia i walki o zbawienie ukochanej osoby, czas po zakochaniu może być równie piękny. Świadomość języków miłości może nam w tym pomóc.

Na koniec warto wspomnieć też o tym, że miłość małżeńska jest skarbem całej rodziny. Jeżeli miłość między małżonkami jest widoczna, bardzo pozytywnie wpływa to na ich dzieci. Nie można dać dziecku większego skarbu niż wzajemna miłość rodziców.

Julia Bednarek HR


Studentka 3 roku dietetyki klinicznej na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu, pracuje jako instruktorka wspinaczki i prowadzi Soultrace - Ogólnopolski Projekt sportowo-ewangelizacyjny. W wolnych chwilach chodzi po górach i uprawia wszelakie sporty od wspinaczki, przez enduro do frisbee. Lubi też pisać, podróżować i poznawać ludzi. Przed pandemią wolontariuszka wrocławskiego hospicjum, do czego ma nadzieję powrócić. W skautingu pełni służbę szefowej wrocławskiego Ogniska Młodych Przewodniczek im. świętej Filomeny i asystentki hufcowej ds. żółtej gałęzi. Przed złożeniem Fiat należała do Ogniska św. Edyty Stein.

Przejście – mały krok czy duży skok?

Czuwaj, Drogi Czytelniku! Specjalnie dla Ciebie zebraliśmy mądrość Akel z różnych stron Polski na temat przejścia wilczka z gromady do drużyny. Wszyscy wiemy jak wiele wysiłku wymaga od Starych Wilków przygotowanie kandydatów na harcerzy do nowego etapu ich skautowej przygody. Nie masz w tym jeszcze doświadczenia? Zobacz jak robią to inne Akele!

Kiedy i w jaki sposób zaczynasz przygotowywać wilczki do przejścia?

Emilka Myrta z Radomia:  Już na zimowisku zaczynam rozmawiać z wilczkami, które mają w następnym roku przejść do drużyny. Intensywne przygotowania to maj, z obozem włącznie.

Michał Krupa:  Już we wrześniu informuję kto przechodzi tego roku do drużyny.

Hania Dunajska:  Na wiosnę zaczynam mówić trochę wilczkom o tym, jak jest w drużynie, co ja sama tam pozytywnego przeżyłam. W drugim półroczu mamy dwie zbiórki szczepu, żeby wilczki poznały trochę harcerki i zobaczyły, że nie są takie straszne. 

Jak wygląda twój plan w przygotowywaniu wilczka do przejścia?

Hania Dunajska:  Mamy dwie zbiórki szczepu, jedną organizuje gromada – ta zbiórka jest bardziej wilczkowa, drugą drużyna – ta jest bardziej zielona. Wtedy np. na grze wilczki i harcerki są w mieszanych grupach, żeby mogły się trochę poznać. To dobrze działa. Poza tym pod koniec roku robię spotkanie dla przechodzących wilczków i ich rodziców, mówię im o drużynie i odpowiadam na wszystkie pytania jakie się pojawiają. Te dwa elementy są dobre. Myślę, że mogłoby być więcej rozmów z wilczkami na ten temat np. na obozie – jakieś spotkania wieczorem/w ciągu dnia tylko dla tych najstarszych wilczków, poświęcone na luźne rozmowy o drużynie. Żeby pobyć trochę bez “maluchów”, które ściągają na siebie większość mojej uwagi, kiedy wszyscy są razem.

Emilka Myrta z Radomia:  Rozmowa, przede wszystkim rozmowa i lepsze poznanie wilczka, by przekazać drużynowej ważne informacje, by lepiej wybrać, w którym zastępie będzie. Z wilczkami w maju jest zawsze zbiórka szczepu, harcerki rozmawiają wtedy dużo z wilczkami. Też w trakcie zbiórek zwracanie uwagi, że np. “a tego będziecie się uczyły w przyszłym roku w drużynie”. Również ja czasami im opowiem jak to było być harcerką w drużynie. Widzę, że takie rozmowy przynoszą bardzo dobre rezultaty. Wilczki czują się wysłuchane, widzą, że przejście do drużyny to kolejny, naturalny etap. Dzięki rozmowie nie czują, że “to temat owiany tajemnicą” tylko ważna kolej rzeczy, która ich czeka. 

Akela Anonim:  Opowiadam jak ja byłam w zastępie i jak było super, nastawiam wilczki pozytywnie. Myślę, że plan działa

Michał Krupa1. Poinformowanie go we wrześniu. 2. Opowiadanie na zimowisku, jakie miałem przygody w drużynie. 3. Wspólna zbiórka z zastępami i gromadą, gdzie co 15 minut przychodzi inny zastęp i prezentuje techniki harcerskie (gotowanie, techniki sceniczne, węzły, etc.), przy tej okazji zapoznanie chłopców z przyszłymi kolegami z drużyny. 4. Przypomnienie na obozie o fakcie ich przejścia i opowiedzenie o różnicach obozowania.

Akela Anonim:  Opowiadanie różnych przygód z bycia harcerką np. na obozie na dobranoc, zachęcanie wilczków, integrowanie się z drużyną podczas Mszy Szczepu, zorganizowanie biwaku z harcerkami.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze przy przejściu wilczka?

Angelika z Lasek:  Że odchodzi z gromady. :C I przygotowanie reszty do obrzędu.

Akela Anonim:  To, czy to przejście nie będzie zakończeniem harcerskiej drogi wilczka, czy zostanie dalej w drużynie.

Emilka Myrta z Radomia:  Jednocześnie smutek i duma. Często mam też myśli, czy mogłabym coś więcej zrobić, lepiej go przygotować. Ale najczęściej jest to duma i mimo wszystko radość. 🙂

Akela Anonim: To, że będzie mniej wilczków w gromadzie i trzeba robić nabory, czego nie znoszę 😉 A tak szczerze to chyba rozstanie z dziewczynką. 🙁

Michał Grabarczyk: Wątpliwości, czy mu się spodoba w drużynie.

Przejście wilczka z 2. Gromady Pilawskiej do 2. Drużyny Pilawskiej, fot. Emilia Wawer

Co jest najtrudniejsze dla wilczka, który przechodzi?

Akela Anonim:  Opuszczenie innych wilczków z gromady, często swoich młodszych.

Michał Grabarczyk: Zmiana towarzyszy.

Akela Anonim:  Myślę, że to że opuszcza swoje koleżanki, lęk przed nieznanym i nowym. Też sąd honorowy i różne krążące historie z nim związane. Trochę łatwiej mają wilczki, których starsze rodzeństwo jest w harcerstwie. Przede wszystkim nie mogą doczekać się tego momentu, są bardziej zorientowane dzięki różnym opowieściom w domu. 

Emilka Myrta z Radomia:  Zmiana i pożegnanie się z innymi wilczkami i ze mną i myślę, że samo przejście do drużynie, gdy wilczek staje na apelu po drugiej stronie. Potem jest już łatwiej, ale samo przejście, jest zawsze dla nich trudne. 

Filip Talarek z Lasek:  Ojj chyba strach przed czymś nowym.

Angelika z Lasek:  Nauczyć go tekstu.

Hania Dunajska: Myślę, że dla wilczków bardzo stresującym momentem jest sąd honorowy, chociaż próbuję im tłumaczyć, że to nic strasznego, a “zielone” są przyjaźnie nastawione. Oprócz tego wilczki nie chcą za bardzo się rozdzielać, a wiadomo, że nie pójdą wszystkie do jednego zastępu, tylko do czterech… 

Jak przygotowujesz rodziców wilczka do “przejścia” ich dziecka?

Hania Dunajska:  Robię dla nich spotkanie pod koniec roku i tłumaczę jak to będzie wyglądało w drużynie, czym jest zastęp i odpowiadam na ich pytania. Proszę ich też, żeby starali się mieć cierpliwość i ufać zastępowej, która pewnie będzie wkładać z zastęp mnóstwo sił i energii, ale może jeszcze nie zawsze wszystko będzie umiała sprawnie zorganizować. I żeby być z nią w stałym kontakcie np. zawsze mówić o nieobecności, bo jedna osoba stanowi dużo większy procent zastępu niż gromady, każda harcerka jest częściowo za zastęp i jego działania odpowiedzialna.

Filip Talarek z Lasek:  Mówię trochę twardo, że szósta klasa to już czas się pożegnać z gromadą (z drobnymi wyjątkami jak trzeba).

Emilka Myrta z Radomia: Rozmowa, odpowiadam na pytania. Na ostatnim zebraniu proszę, by zostali rodzice przyszłych harcerek by wytłumaczyć o co w ogóle chodzi. 

Akela Anonim:  Bardziej przygotowuję do tego same dzieci, rodzice otrzymują tylko informację, że dziecko “przejdzie”. 

Michał Krupa:  Po prostu opowiadając o różnicach między gromadą, a zastępem. O sposobie przekazywania informacji o zbiórkach (informacje przekazane Zastępowego prosto do syna, a nie do Rodziców), sposobie pracy dziecka w zastępie, o różnica obozowania na wyjazdach.

Akele, Akele, Akele z różnych stron, dajcie nam więcej swojej mądrości!

Hania Dunajska: Zastępowe, kochajcie przechodzące wilczki! 😉 

Filip Talarek z Lasek:  Twarde ustawienie granicy (6 klasa podstawówki) to jest dla mnie coś ważnego. Bo jak się ustala 12 lat, no to w sumie nie wiem, kiedy ma przejść i w ogóle. A zasada “6 klasa – drużyna” jest dla mnie bardzo klarowna.

Akela Anonim:  Mój sąd honorowy odbył się podczas obozu, gdy całą gromadą odwiedziłyśmy obóz harcerek, które były niedaleko nas. Spędziłyśmy z nimi cały dzień i miałyśmy okazję zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Emilka Myrta z Radomia:  Ważne, by Akela podeszła do wilczków, które przeszły po Apelu. Może nie od razu, ale potem by np. spytać się do jakiego zastępu przeszedł jaki wilczek. Pokazać, że to, że przeszły nie znaczy, że nie można dalej rozmawiać. 😀 

Michał Grabarczyk:  Celem namacalnym wilczka jest pójść do drużyny, 3 lata w gromadzie przygotowują go właśnie do tego. 

Michał Krupa:  Służba Akeli trudna nie jest. Fakt, trzeba dołożyć wszelkich starań, ze wszystkich sił w to, aby rozwój wilczków był jak najbogatszy, ale radość płynąca z tego jest widoczna przez lata.

Dziękujemy wam, Akele, za podzielenie się z nami swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Zaiste, przejście wilczka do drużyny jest wielkim skokiem, które pokonuje się małymi, cierpliwymi krokami.

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Wstążeczki – przepis na skauting idealny?

Obóz letni. Poranek. Budzę się. Przecieram oczy, patrzę na zegarek.

– Motyla noga! Zaspałem – uświadamiam sobie. – Panowie wstawać, mamy pół godziny opóźnienia. Wstajemy! 3, 2, 1… Jedna pompka, druga pompka… – nie zdążyłem doliczyć do pięciu, wszyscy już na nogach. – KORMORAN SIĘ BUDZI!! – krzyczę.

– wcale nie marudzi… – odpowiadają mi zaspanym głosem.

– Głośniej, chłopaki, żeby Kraal usłyszał. KORMORAN SIĘ BUDZI!?

– WCALE NIE MARUDZI.

– Świetnie. No to rozgrzewka. Ruchy, ruchy! Wstążeczki „Sport” nie dostaje się za leżenie! Jedno okrążenie, drugie, trzecie, skłony, pompki.

– Czas na toaletę – oznajmiam, jednak chłopaki protestują – Antek, woda jest lodowata, jutro się umyjemy! 

– O nie, nie. Czyżbyście zapomnieli, że do „Czystości” wlicza się także liczba wziętych pryszniców? Rozumiem chłopaki, że jest zimno, ale wiecie – kontynuuję – drużynowy obserwuje. Bierzcie rzeczy.

Idziemy, ale ja nie lubię tracić czasu, mówię – Hej ludzie, pomyślcie nad nowym okrzykiem. – To zawsze dodatkowe punkty do „Ekspresji”… – myślę sobie.

Apel, śniadanie i zaczynamy pionierkę.

– Kuba, Mati, zróbcie stół. Tu macie szkic… – czekaj, Mati, wiązanie musi być estetyczne – sznurek przy sznureczku. Może jednak ja pomogę Kubie ze stołem, a ty pójdź kopać lodówkę.

Pracujemy. Dochodzi dwunasta.

TUUUU TU TU – w całym lesie rozchodzi się dźwięk rogu, a po chwili wszyscy zgodnie krzyczą – INTENDEEEENCI!

– Miska! Gdzie jest miska? – Janek nerwowo rozgląda się po gnieździe.

– W skrzyni – odpowiadam. Wiem, bo schowałem ją tam przed porannym sprawdzaniem czystości.

Rozpoczyna się wyścig. Nie dziwi, że po 10 sekundach przy Kraalu pojawia się pierwszy intendent. Dobrze jest być tym pierwszym. Można liczyć na coś ekstra. Bonusową czekoladę na przykład.

Wracają intendenci, a po chwili do mych uszu dociera kolejny sygnał. TUUUU TUUU TUUU TU TU – Muszę iść. Drużynowy oznajmia nam, że każdy obiad będzie oceniany w czterech kategoriach: smak, wygląd, pomysł, pełnowartościowość – w końcu wstążka za gotowanie to nie tylko Konkurs Kulinarny.

Wracam do gniazda. Bartek jest kucharzem od niedawna. Daję mu więc solidną garść porad, co mógłby zrobić lepiej. Trzeba zawalczyć o każdy punkt.

Po obiedzie czas wolny. Siadam. Chłopaki leżą. Odpoczywam… znaczy, staram się. W końcu wyrzuty sumienia biorą górę – Jak można tak leżeć, kiedy jeszcze tyle do zrobienia? – pytam sam siebie.

– Chłopaki – zaczynam – jak już tak odpoczywamy, to chociaż pomyślmy nad scenką na wieczorne ognisko. Nigdy nie dostaliśmy wstążeczki za ekspresję. W tym roku musimy dać z siebie 200% – namawiam ich.

Po odpoczynku wracamy do pracy. To ostatni dzień pionierki. – Ruszcie się, bo będziemy kończyć pionierkę po nocy – zachęcam chłopaków.

– 15 dni później –

Obóz dobiega końca, jestem wyczerpany.

– Koniec kurna! KONIEC! – wykrzykuję, gdy autokar pojawia się w mieście. Moją radość potęguje 5 nowych wstążeczek na proporcu.

Drużynowy też wygląda na szczęśliwego – 3 metry kolorowych tasiemek, kłębek muliny, igła i chłopaki dają z siebie 200% procent – rzuca do swojego przybocznego. W końcu skauting robi się sam. – kontynuuje – Czyż to nie prawdziwy sukces wychowawczy?

Obóz 1. Drużyny Kozienickiej 2020, fot. Piotr Krekora

Powyższa (nieco przerysowana) historia jest zbiorem pewnych zachowań z obozów letnich. Skondensowałem w niej moje obserwacje, poczynione na przestrzeni kilku lat, by zilustrować, w jaki sposób system wstążeczek może oddziaływać na chłopaków w drużynie. W dalszej części artykułu omówię cel stosowania wstążeczek i wspólnie zastanowimy się nad sensownością tego rodzaju motywacji.

Po co nam wstążeczki?

Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju wykorzystanie motoru „interes”. Wstążeczka jest artefaktem, zwiększającym atrakcyjność zwycięstwa. A zdobywane na zasadzie konkursu dają przestrzeń do rywalizacji, do wykazania się, czy do pokazania, że jest się lepszym od innych. Wstążeczki pomagają też przekonać chłopaków, by zrobili coś, co samo w sobie nie jest wystarczająco zachęcające, ale co w naszej opinii, jest wartościowe.

Prawdą jest, że często z pozoru zwykły kawałek materiału z napisem „Pionierka” wyzwala w chłopakach niesamowite pokłady energii. Motywuje, by dawali z siebie 200%, by pracowali dniem i nocą. Robili rzeczy ponadprzeciętne – dziewięciometrową wieżę czy kaplicę bez użycia kawałka sznurka. Prawdą jest, że wstążeczki potrafią być motywatorem do zrobienia trzydaniowego posiłku na „Kulinarkę” czy genialnej scenki na ognisko.

Tylko czy dążąc do takich sukcesów, nie gubimy prawdziwego celu? Czy nie zapominamy o tym, co najważniejsze? Bo przecież głównym celem skautingu jest wszechstronny rozwój chłopaków. Chcemy, by nasi chłopcy stawali się coraz lepszymi chrześcijanami i obywatelami.

Bez wątpienia kaplica na czopy to super sprawa. Nie wtedy jednak, gdy chłopaki rezygnują z wieczornej modlitwy w zastępie albo odpoczynku, by kończyć ją po nocach.

Trzydaniowy obiad na „Kulinarkę”, podany na samodzielnie wykonanej przez chłopaków drewnianej zastawie, to marzenie wielu drużynowych. Dzięki wstążeczkom takie dzieła się urzeczywistniają.

Wydaje się, że zastęp wracający z 5 wstążeczkami z obozu pracuje wzorowo. Czy więc w takim zastępie może coś nie działać?
Niestety tak. Przede wszystkim system funkcji. Bo zastępowemu tak bardzo zależy na wygranej, że na „Kulinarce” przejmuje dowodzenie nad przygotowywaniem posiłków. Kucharz jeszcze nie ma tak dużego doświadczenia i w perspektywie wygrania wstążeczki lepiej, by zajął się tym ktoś bardziej doświadczony. Gdy zdejmuje się odpowiedzialność z funkcyjnych po to, by zdobyć ten wymarzony kawałek materiału, gubi się to, co w skautingu najważniejsze. Chłopaki przestają czuć się ważni, kompetentni, potrzebni. A przecież, by czegoś się nauczyć, trzeba popełniać błędy. System, który punktuje tylko sukcesy, nie daje przestrzeni dla pomyłek.

Wydaje mi się, że konieczność stymulacji nagrodami, świadczy o niewłaściwym dopasowaniu zajęć do marzeń i pragnień chłopców. Jeśli motor „interes” działałby dobrze, to harcerze robiliby to, co naprawdę ich pociąga. W końcu zadaniem drużynowego jest właściwe ukierunkowanie energii chłopca. Nie przekierowanie, nie centralne sterowanie, nie narzucanie. Znalezienie w nim dobra i zachęcenie do rozwijania go.

Cała trudność polega na dobrym poznaniu chłopaków i właściwym odpowiedzeniu na ich potrzeby. To co wydaje się nam wartościowe, ważne i potrzebne, z perspektywy chłopaków może być po prostu nudne. Jeśli polegamy wyłącznie na swoich preferencjach, może okazać się, że tworzymy sztuczne potrzeby. Weźmy dla przykładu poranne sprawdzanie czystości. Tylko najpierw pomyślmy, po co to robimy? Może, by się sanepid nie przyczepił, może żeby było estetycznie, by nie latały muchy, by łatwo i szybko móc znaleźć miskę, apteczkę czy łopatę. Czystość ma dużo zalet, dlaczego więc większość chłopców nie chce sprzątać? Może z braku świadomości konsekwencji życia w brudzie? Bo każemy im posprzątać i nie pozwalamy im, by przekonali się o negatywnych skutkach bałaganu na własnej skórze? Może dlatego, że Kraal sam nie daje przykładu, co może świadczyć, że przedstawiane przez nas zalety wcale nie są takie ważne? Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę z tego, że bez sprawdzania czystości, ciężko by chłopcy sami zadbali o porządek. Jeśli czystość ma rzeczywiście tyle zalet, to chłopaki prędzej czy później powinni zacząć o nią dbać. I pewnie już nigdy nie będą mieć tak pięknie ułożonych śpiworów i ubrań złożonych w prostokąt. Bo widocznie jest to strata czasu. Rozmawiajmy na radach, wskazujmy na zalety porządku w gnieździe, dawajmy przykład. To nie jest prosta droga. Jednak tylko w taki sposób mamy szansę, by te dobre praktyki chłopaki przenieśli do swych domów, gdzie już nie będzie drużynowego, który kontroluje i nagradza.

Czasem odnoszę wrażenie, że każdy pojawiający się problem próbujemy rozwiązać za pomocą wstążeczek. Chłopakom nie chce się śpiewać? O to może zróbmy wstążeczkę „Rozśpiewany zastęp” albo zacznijmy wliczać śpiewanie w drodze do „Ekspresji”. Gotują byle jak, byle szybko? To zamiast samego „Konkursu kulinarnego”, zacznijmy oceniać każdy obiad.

Ocenianie coraz to nowych aktywności może przyczynić się (co najwyżej) do wyścigu szczurów na obozie i frustracji zastępowych, którzy dla wstążeczki będą gotowi (nieświadomie) poświęcić system funkcji i rozwój zastępu.

Oczywiście część osób powie: „Jak to tak, bez wstążeczek? Przecież chłopaki nic nie będą robić przez całe dnie”.

Jeśli jednak biorą oni udział w Wielkiej Grze tylko z powodu wstążeczki, to czy takie uczestnictwo ma sens?

Ktoś dalej powie: „Ale tak działa świat, dzisiaj nikt nic nie robi bezinteresownie”. Nie wątpię.  Tak samo, jak w to, że dzisiaj każdy korzysta z telefonu.  A jednak w harcerstwie ich unikamy. Staramy się nie ulegać bezkrytycznie temu, co dzieje się na świecie. Może i ze wstążeczkami się uda.

Powiedzieliśmy „NIE” karom, stawiając na naturalne konsekwencje. Może czas postawić kolejny krok?

„NIE” dla nagród. Tylko co w zamian? Może… konsekwencje?

Nie sprzątacie w gnieździe? Nie dziwcie się, że nie możecie znaleźć strojów na grę i spóźnicie się na pierwszą fazę. Nie chce wam się gotować obiadu? – no to jedzcie suchy makaron. Bądźmy konsekwentni w tych naszych konsekwencjach, bo nagroda w gruncie rzeczy bardzo się od kary nie różni. Zaburza naturalne konsekwencje.

Wróćmy też do tego, co nas do harcerstwa zachęciło. Grajmy dla zabawy, dla zdrowej rywalizacji. Rozwijajmy się w swojej funkcji po to, by być potrzebnym zastępowi. Róbmy wspaniałą pionierkę, by godnie i wygodnie obozować. Obozujmy dla obozowania tak po prostu, dla kontaktu z naturą. Budujmy wspólnotę na ogniskach i śmiejmy się na scenkach. Nie przyszliśmy do harcerstwa po wstążeczki. Nie pozwólmy, by odbierały nam przyjemność ze zwykłych czynności, poprzez ocenianie każdego aspektu obozowego życia. Rozwijajmy się, ale bez spiny, bo inaczej zamienimy się w szkołę albo korporację.

Czyli co, rezygnujemy ze wstążeczek?

Mam inny pomysł.

Wstążeczki dla wszystkich, znaczy… nie do końca.

Pozwólcie, że wytłumaczę na przykładzie wstążeczki z pionierki. Drużynowy spotyka się na początku roku z każdym z zastępowych i wspólnie rozpisują cel na tegoroczną pionierkę. Jakiś wyczyn lub wyczyny, które zastępy zrealizują na obozie letnim, a do czego będą przygotowywać się na zbiórkach. Precyzują, co musi zostać zrobione i kto jest za co odpowiedzialny. Na koniec roku, jeśli udało im się tego dokonać, dostają wstążeczkę. Jeśli nie, nie otrzymują jej.

Już słyszę głosy sprzeciwu: „Ale skoro każdy może dostać wstążeczkę to nie będzie ona już taką motywacją”. Nie zaprzeczam. Wstążeczki w takim systemie byłyby raczej wskaźnikiem dobrze wykonanej pracy, a nie nagrodą. Jak wspominałem wyżej, chcemy, by chłopcy działali z własnych chęci i by robili to dla siebie, a nie dla wstążeczek.

Ponadto taki sposób pozwala dopasować poziom do poszczególnych zastępów. W „starym” systemie słaby technicznie zastęp nawet się nie starał, bo i tak nie miał szans z tym doświadczonym. Z kolei ten bardziej wyrobiony też nie dawał z siebie wszystkiego, bo przecież „i tak wygramy”.

Dzięki innym (niekoniecznie niższym lub wyższym, po prostu indywidualnym) wymaganiom, zastęp zyskuje cel, który jest wyzwaniem, ale który jednocześnie jest dla nich osiągalny.

Podobne zmiany można poczynić z Ekspresją. Przykładowy cel: swobodne posługiwanie się przez zastęp technikami: żywe obrazy, pantomima, kukiełki i zaprezentowanie umiejętności na ogniskach (odpowiedzialny Tomek); nauka pięciu nowych szant (odpowiedzialny Bartek) i pięciu nowych gier na ekspresję (Tomek); zdobycie sprawności Wodzireja przez Tymka i Śpiewaka przez Bartka.

Oczywiście nie wszystkie wstążeczki da się łatwo przenieść do takiego systemu. Ciężko jest też przewidzieć zachowania ludzi i nie wiem, czy nowe podejście dobrze zadziała w praktyce. Żeby je wypróbować potrzeba czasu. Celem tego artykułu nie jest pokazanie gotowych rozwiązań, a raczej wskazanie problemu. Mam nadzieję, że nowe światło, które rzuciłem na temat wstążeczek, zachęci was do refleksji i jeszcze bardziej świadomego doboru narzędzi do pracy z chłopakami.

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie przyboczny w 5 Drużynie Radomskiej.

Skąd się biorą prawa przyrody?

Zasada najmniejszego działania

Niejednemu szefowi ten podtytuł może kojarzyć się ze sposobem, w jaki wilczki wyplatają swoje prycze albo z rozkładem kąpieli harcerzy na obozie. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta: tak działa Wszechświat.

W fizyce „działanie” jest oczywiście precyzyjnie (i bardzo skomplikowanie) zdefiniowane. Zatrzymajmy się więc na intuicyjnym stwierdzeniu, że działanie mówi nam, ile energii będzie kosztować zrobienie danej czynności w dany sposób. Zasada najmniejszego działania stwierdza, że Wszechświat „wybiera” takie sposóby wykonania wszystkich procesów, aby kosztowały one jak najmniej energii.

Skąd to wiemy? Można powiedzieć, że po prostu się tego domyślamy. Oparliśmy na takim założeniu całą współczesną fizykę i – jak dotychczas – wszystko w niej działa. Można by też spróbować argumentacji a contrario (czyli przez obalenie jego zaprzeczenia): gdyby Wszechświat robił coś większym, niż potrzeba, wysiłkiem, a my moglibyśmy ten proces odwracać wysiłkiem mniejszym, to powtarzając ten cykl w nieskończoność, świat produkowałby dla nas niejako za darmo nieskończoną ilość energii. Czy nie wydawałoby się to dziwne?

Najważniejsza kobieta w historii matematyki

Emmy Noether – „najważniejsza kobieta w historii matematyki” – udowodniła, że jeżeli działanie jest względem czegoś symetryczne, to w opisywanej przez nie czynności można doszukać się któregoś z podstawowych praw fizyki: jednej z zasad zachowania. Może to być na przykład zasada zachowania energii, pędu, momentu pędu, ładunku… To, której z nich się spodziewać, zależy od tego, względem czego działanie jest symetryczne. A może być symetryczne na przykład względem przemieszczenia, jak dywan z powtarzającym się wzorem czy względem przesunięcia w czasie, jak zapętlony gif.

Ilustracja: Liliana Sowińska

Wyobraźmy sobie, że w bezwietrzny dzień truchtamy wzdłuż długiego chodnika. Na przebiegnięcie pierwszych 100 m zużywamy tyle samo energii, co na przebiegnięcie ostatnich 100 m. A więc działanie nie zależy od miejsca, w którym jesteśmy – jest symetryczne względem przemieszczenia i w takim przypadku działa zasada zachowania pędu. Inny przykład: żonglowanie pomarańczami kosztuje nas tyle samo energii, jeśli obrócimy się na pięcie o dziewięćdziesiąt siedem stopni lub dowolny inny kąt.  Działanie jest symetryczne względem obrotu i spełniona jest zasada zachowania momentu pędu. Jeśli coś posiada tyle samo energii teraz, ile wczoraj i ile będzie miało w przyszłym miesiącu (choć rodzaj tej energii może się zmieniać), to działanie jest symetryczne względem przesunięcia w czasie, i prawdziwa jest zasada zachowania energii. Richard Feynman mówił, że te zasady są najogólniejszymi prawami fizyki i że zbiór pozostałych praw jest nimi „jakby przeniknięty”.

Pułapka!

W poprzednim akapicie z pomocą pani Noether udało się nam zrobić coś niebywałego: wgryźliśmy się w działanie przyrody i wycisnęliśmy z niej zasady, którymi się rządzi. Jednak korzystanie wyłącznie z tych zasad czyniłoby fizykę niesłychanie żmudną i nudną.

Ponadto dopuściliśmy się na pozór niewielkiego nadużycia: nie ustaliliśmy, czym jest kluczowa dla pojęcia działania energia. Moglibyśmy to teraz naprawić, ale wtedy stanie przed nami cała powaga tego niedopatrzenia: otóż energia nie ma swojej jednoznacznej definicji. Jest w fizyce pojęciem pierwotnym, jak punkt w matematyce, i oznacza coś, co jest zachowane. W takim ujęciu zasada zachowania energii może być równie dobrze nazwana zasadą zachowania czegoś, co jest zachowane. Bez sensu, prawda? Na co dzień nie zauważamy tego problemu, ponieważ mamy intuicje związane z tym słowem: tryskać energią, produkować energię, zużywać energię… Zostaliśmy złapani w pułapkę fizyki teoretycznej, która w zasadzie jest działem matematyki, nauki formalnej (czyli operującej tylko na abstrakcyjnych obiektach), pozbawionej narzędzi do chwycenia materialnej rzeczywistości za rogi.

 Czym są prawa przyrody?

Musimy zatem poszukać innej odpowiedzi na pytanie, czym są prawa przyrody. Szybko okaże się, że sami uczeni nie są w tym temacie zgodni. Oto kilka cytatów znanych fizyków obrazujących ten rozdźwięk:

  • N. Bohr: „Prawa fizyki tworzy umysł ludzki, by opisać przyrodę jako ład i harmonię”
  • D. Bohm: „Konieczne zależności między przedmiotami, zdarzeniami i warunkami wdanym czasie i czasie przyszłym”
  • W. Heisenberg: „Regularności zmiany czasoprzestrzeni”
  • M. Planck: „Kategorie myślenia, które umysł ludzki wytwarza, by doświadczenia egzystencjalne uczynić sensownymi”
  • P. Dirac: „Formy matematyczne odzwierciedlające głęboką strukturę przyrody”

Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt istnienia różnych rodzajów tych praw. Prawa deterministyczne, na przykład znane ze szkoły prawa Newtona, mają tę własność, że pozwalają przewidzieć przyszłość danego układu na podstawie tego, co działo się na początku. Stoją one u podstaw determinizmu przyrodniczego, a ponieważ w szkole uczy się w zasadzie tylko tych praw, może to doprowadzić do wyciągania przez wielu ludzi błędnych wniosków natury filozoficznej o determinizmie świata.

Jednak istnieją też prawa, w których stan końcowy wyznaczamy z pewnym prawdopodobieństwem, np. prawo rozpadu promieniotwórczego czy cała fizyka kwantowa. Tutaj mamy do czynienia z indeterminizmem przyrodniczym: losowością pewnych zdarzeń, która z niczego nie wynika – przyroda po prostu czasami bywa nieprzewidywalna i już.

Jak widać, odpowiedź na pytanie „czym są prawa przyrody?” nie jest oczywista ani nawet jednoznacznie ustalona.

Oczy szeroko otwarte.

Spróbujmy zatem odpowiedzieć przynajmniej na pytanie, skąd wzięły się te pozostałe prawa. Fizyka jest nauką empiryczną, czyli doświadczalną – jej prawa są próbą odpowiedzi na obserwacje świata sformułowane w języku matematyki. Kiedy zachęcamy wilczki i harcerzy do obserwowania roślin i zwierząt, warto mieć w pamięci, że jest to pierwszy krok do poznania i chwycenia za rogi całego kosmosu. Wyjątkowo wnikliwe i uparte patrzenie, w często dosyć nieoczywiste rzeczy i miejsca, nazywamy eksperymentami.

Obóz 3. Gromady Radomskiej 2013, fot. Marcin Jędrzejewski

Pierwsze kilka tysięcy lat nauki polegało w zasadzie na upartym patrzeniu w gwiazdy, czego ukoronowaniem było Prawo powszechnego ciążenia zaproponowane przez sir Isaaca Newtona w XVII wieku. Kilka tysięcy lat patrzenia w gwiazdy może się wydawać czasem dość długim, jednak w rzeczywistości i tak mamy dużo szczęścia – dzięki temu, że w układzie słonecznym jest tylko jedna gwiazda, planety poruszają się regularnie po eleganckich, eliptycznych trajektoriach. Gdyby słońc było więcej, wciąż mogłaby istnieć planeta z warunkami odpowiednimi do powstania na niej życia, jednak jej trajektoria byłaby tak poplątana, że przez wieki żadna z żyjących na niej istot nie wymyśliłaby żadnego prawa. Można powiedzieć, że na ulubionych przez scenarzystów Gwiezdnych Wojen planetach z podwójnymi gwiazdami (i malowniczymi podwójnymi zachodami słońca) rozumne życie powinno być albo bardzo proste, albo wybitnie inteligentne.

Zobaczmy, jak szuka się praw przyrody współcześnie. Bardzo wnikliwymi eksperymentami są analizy cząsteczek i fal docierających do nas z kosmosu – od fal radiowych, przez światło widzialne, po promieniowanie rentgenowskie. Opiera się na tym cała astronomia i astrofizyka. To wszystko, co mamy do dyspozycji, aby snuć opowieści o prawach rządzących kosmosem. Stąd wiemy o tym, jak zbudowane są gwiazdy i jak mogą ewoluować, że Wszechświat powstał miliardy lat temu w Wielkim Wybuchu i że tylko 5 % jego substancji to znana nam materia. Stąd też na przykład wiemy, że Wszechświat się rozszerza, i to rozszerza się coraz szybciej. Próbujemy też ustalić, czy będzie to trwało wiecznie, czy też kiedyś się zatrzyma lub nawet zacznie kurczyć z powrotem.

Piękne, prawda?

Na koniec możemy zastanowić się nad językiem, który służy nam do formułowania praw rządzących przyrodą. Dla fizyki jest nim oczywiście matematyka. Jakie są alternatywy? Myślę, że jedna z nich to sztuka: świat można namalować, opisać słowem lub muzyką, może nawet zatańczyć…  (Warto zauważyć, że we wszystkich tych językach – również w matematyce – prawa przyrody są przybliżone. Świat po prostu jakiś jest i niespecjalnie interesują go słowa, których użyjemy do stwierdzenia tego faktu).

Piękne, prawda? Podobno piękno składa się z trzech elementów: harmonii dzieła z tym, co na zewnątrz, wewnętrznej proporcji i ciężkiego do uchwycenia „tego czegoś”. Niektórym osobom łatwo jest zauważyć wszystkie trzy elementy w prawach fizyki, tak jak inni odnajdują je w dziełach sztuki: szczególnie wtedy, kiedy formułowanie lub poznawanie praw przyrody jest połączone z wizją odpowiedzi na odwieczne pytanie ludzkości: „dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”.

Maciej Szulik


był Akelą 1. Gromady Krakowskiej. Z wykształcenia fizyk. Pochodzi ze Śląska, ale jego prawdziwym domem są góry.

Jak zachęcić dzieci do współpracy?

Na podstawie II rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Każdy szef w żółtej i zielonej gałęzi (a i w czerwonej pewnie też), a już na pewno taki, który był na wyjeździe ze swoją jednostką, wie doskonale jak trudno czasami dogadać się z dzieciakami, tudzież młodzieżą. Nie raz puszczają nerwy na widok stanu obozowiska lub gdy zorientujesz się, że obóz już się kończy, a dany wilczek jeszcze ani razu się nie umył. Chłopcy zrobili coś głupiego na explo, dziewczyny plotkują zamiast robić obiad, panuje ogólny bałagan. Nasze przyzwyczajenie – często z naszego własnego dzieciństwa i rodzinnego domu – podpowiada nam, żeby:

  1. Obwiniać i oskarżać – “Znowu nie dogasiliście porządnie ogniska! Nigdy nie możecie zrobić tego dobrze?! Chcecie podpalić las?”
  2. Przezywać – “Taki chlew w obozowisku, tu chyba mieszkają brudasy nie harcerze!”
  3. Straszyć – “Jeśli za trzy minuty nie będziecie na placu apelowym w pełnym umundurowaniu będziecie robić pompki”
  4. Rozkazywać – “W tej chwili idźcie po chrust!”
  5. Moralizować – “Czy zdajecie sobie sprawę, jakie to niebezpieczne nie wstać na wartę? Wartownik jest strażnikiem obozu, musi dać znać, gdyby działo się coś złego. A jakby przyszli jacyś obcy ludzie i nie miałby kto nas ostrzec. Myślicie, że to tylko dla zabawy wystawiamy warty? Nie! Zachowaliście się nieodpowiedzialnie, zawiedliście…”
  6. Ostrzegać – “Uważaj, nie spadnij z platformy, nie podchodź tak blisko krawędzi, jesteś strasznie wysoko!”
  7. Przyjmować postawę męczennika – “To ja tu dla was czas swój oddaje charytatywnie, a wy mi tak…”
  8. Porównywać – “Dlaczego nie możecie być jak zastęp x, one zawsze tak szybko potrafią się zebrać do wyjścia.”
  9. Stosować sarkazm – “Zostawiłyście kotlety na ogniu, no pięknie, to po prostu genialny pomysł.”
  10. Prorokować – “Jeżeli teraz nie potrafisz pogodzić szkoły z harcerstwem, to co będzie jak zostaniesz wędrownikiem? Zupełnie nie będziesz miał na nic czasu.”
Obóz 1. Drużyny Garwolińskiej 2019, fot. Maciej Makulec

Zastanówmy się jednak, jak czuje się osoba słysząca takie słowa i czy wpłynie to na nią pozytywnie, czy nie podkopie to jej poczucia własnej wartości, czy będzie z nami chętniej współpracować. Moim zdaniem niekoniecznie, a i nasz autorytet w jej oczach nie będzie prawdziwy. Jest kilka innych, lepszych sposobów, aby zachęcić dziatwę do współpracy:

  1. Opisz, co widzisz lub przedstaw problem – “Ognisko nie jest zagaszone. Potrzebna jest woda.”; “Kotlety zaraz się spalą” – ważne, by nie stosować formy “ty” – nie mówimy “nie zgasiłeś ogniska” oraz nie pytać “dlaczego” – “dlaczego tu nie jest sprzątnięte”- bo prawdopodobnie zostanie to odebrane jako atak/obwinianie.
  2. Udziel informacji – “W pozostawionym na wierzchu jedzeniu zalęgną się mrówki”; “Brudną wodę po myciu wylewamy do dołów chłonnych” – ważne, żeby udzielać informacji, o których druga strona nie wie, inaczej zostanie to odczytane jako złośliwość lub też, że uważamy tę osobą  za niemądrą.
  3. Jeden wyraz – “ognisko”, “chrust”, “kotlety” – wydajemy polecenie/zwracamy uwagę na jakąś rzeczy używając jednego wyrazu, tak aby druga strona zrozumiała jakie ma wykonać zadanie. Nie używamy imion w ramach stosowania tego sposobu, gdyż wypowiemy je wielokrotnie z dezaprobatą druga strona zacznie je kojarzyć z niezadowoleniem.
  4. Porozmawiaj o swoich uczuciach – “złości mnie kiedy moje polecenia są ignorowane”.
  5. Napisz liścik – “harcówka pilnie doprasza się o posprzątanie” – można go oczywiście zaszyfrować:-).

Przez cały czas pisania artykułu przewijają mi się w głowie słowa Janusza Korczaka – “Nie ma dzieci – są ludzie”. Pomimo, a może przede wszystkim dlatego, że dzieciaki w jednostkach są w pewnym sensie naszymi podwładnymi, podopiecznymi, musimy tym bardziej szanować ich i uczyć, że każdemu należy się szacunek. A on wyraża się w dużej mierze w sposobie, w jaki się do nich odnosimy. Często brak nam umiejętności, zarówno panowania nad naszymi emocjami w sytuacjach trudnych i stresujących, jak również wypowiadania swoich myśli w sposób nie godzący w godność i poczucie własnej wartości drugiej osoby. Jest to na pewno ważny temat do pracy nad sobą.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Jak pomóc dzieciom radzić sobie z uczuciami?

Na podstawie 1. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Z kim nie lubimy rozmawiać?

Wyobraź sobie taką sytuację: przygotowujesz na zajęcia prezentację na zadany temat. Najpierw dużo czytasz, szukasz ciekawostek w różnych źródłach, potem starasz się jasno i atrakcyjnie ująć poznane treści. Poświęcasz na to dużo czasu. W końcu nadchodzi dzień twojego wystąpienia. Stresujesz się przez prawie całe zajęcia, bo prowadzący w żółwim tempie omawia kolokwium. Na prezentację zostaje ostatnie 10 minut. Pomijasz połowę, żeby zdążyć powiedzieć o najważniejszych kwestiach. Prowadzący przerywa ci stwierdzeniem, że właściwie nie o to mu chodziło, to jest nie na temat, ale dobrze, postawi trzy, a teraz do widzenia. I wychodzi.

Wracając do domu, spotykasz znajomą osobę i opowiadasz jej, co cię spotkało. Poniżej kilka wersji odpowiedzi twojego rozmówcy. Co czujesz podczas każdej z nich? Którą chciałbyś usłyszeć, a której wolałbyś uniknąć?

Zaprzeczanie uczuciom: „No co ty, nie przesadzaj, nie ma się czym przejmować. Przecież wiesz, że to nie koniec świata. No już, uśmiechnij się!”

– Odpowiedź filozoficzna „Nie żyjemy w świecie idealnym. Takie jest życie, trzeba się z tym pogodzić”.

– Rada: „Tylko nie poruszaj tego tematu z prowadzącym, jeśli nie chcesz sobie zaszkodzić. Pokorne ciele dwie matki ssie, warto o tym pamiętać”.

– Pytania: „Co dokładnie ci powiedział? A nie dało się zrobić tej prezentacji na następnych zajęciach? Dlaczego nie poszedłeś za nim i nie porozmawiałeś?”

– Obrona drugiej strony: „Najwyraźniej miał gorszy dzień. A skoro powiedział, że prezentacja jest nie na temat, to pewnie tak było. Ciesz się, że w ogóle ci ją zaliczył”.

– Żal: „Ojej, biedactwo, że też przytrafiło ci się coś takiego. Tak mi cię szkoda”.

– Psychoanalityk-amator: „Pewnie prowadzący przypomina ci twojego ojca, który w dzieciństwie często cię lekceważył. Dlatego jesteś taki zdenerwowany”.

– Odpowiedź empatyczna: „Och, to musiało być przykre. Napracowałeś się i takie lekceważące potraktowanie musiało być trudne do zniesienia”.

I jak, którą odpowiedź chciałbyś usłyszeć?

Dziecko też człowiek

Kiedy rozmówca udziela rad lub wygłasza „mądrości”, zwykle wcale nam nie pomaga. Przeciwnie, czujemy się jeszcze gorzej. Usprawiedliwianie drugiej strony oraz dopytywanie powodują, że musimy się bronić. Chyba jednak najgorsze są zapewnienia, że wcale nie mamy powodu, żeby czuć to, co czujemy. Słysząc je, mamy ochotę zakończyć rozmowę i chłodno się pożegnać.

Odpowiedź empatyczna to to, co każdy chciałby usłyszeć. Czujemy się lepiej, kiedy rozmówca naprawdę nas słucha, czyli „wczuwa się” w sytuację, docenia to, co przeżywamy
i pozwala nam o tym opowiedzieć. Wtedy nieprzyjemne uczucia słabną, a my jesteśmy w stanie poradzić sobie z nimi, a także znaleźć samodzielnie rozwiązanie problemu.

Tak samo jest z dziećmi. Kiedy akceptujemy ich uczucia, czują się dobrze, łatwiej im się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji. Potrafią same sobie pomóc, jeśli zostaną wysłuchane
i otrzymają empatyczną odpowiedź.

Skała Narady, Obóz 3. Gromady Garwolińskiej

Indiański wojownik kontra Mickiewicz

Niestety język empatii nie jest dla nas naturalny. Często uczucia wydają się czymś wstydliwym, a ich pokazanie obnażeniem słabości, więc staramy się tego unikać. Wygląda na to, że kamienna twarz indiańskiego wojownika jest ideałem również w naszej kulturze. „Miej serce i patrzaj w serce” błaga wieszcz, ale nam ciągle bliżej do preriowych dzikusów.

Dobra wiadomość jest taka, że języka empatii można się nauczyć. Czy warto się wysilać? Ks. M. Dziewiecki pisze: „Jesteśmy w stanie kochać i czuć się kochanymi wtedy, gdy obok są ludzie, których rozumiemy, i którzy empatycznie wczuwają się w nasze myśli, przeżycia i pragnienia”.

Poniżej wskazówki praktyczne. Myślę, że ich zastosowanie umożliwia nie tylko dogadanie się z najbardziej problematycznym wilczkiem w gromadzie, ale też podniesienie jakości każdej relacji.

Wreszcie praktyka

1. Słuchaj dziecka bardzo uważnie.

Oderwij wzrok od komputera/telefonu/książki. Nie udawaj, że słuchasz.

2. Zaakceptuj uczucia dziecka słowami „och”, „mmm”, „rozumiem”.

Słowa tego typu zachęcą dziecko do wyrażania swoich uczuć i myśli oraz do samodzielnego szukania rozwiązań.

Powstrzymaj się na razie od dawania rad. Mały człowiek poradzi sobie sam, jeśli nie będziesz mu przeszkadzać obwinianiem i pouczeniami.

3. Nazwij uczucia dziecka.

Wbrew pozorom nazwanie uczuć dziecka nie powoduje pogorszenia sytuacji. Potwierdzenie jego przeżyć przyniesie mu ulgę. Nauczy się też od Ciebie nazw różnych uczuć, a rozpoznawanie uczuć to pierwszy krok do poradzenia sobie z nimi.

4. Zamień pragnienia dziecka w fantazję.

Czasem samo zrozumienie czyni sytuację łatwiejszą do zniesienia. Dziecku łatwiej przestać się czegoś domagać lub czemuś sprzeciwiać.

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Pragnienie zmian – praca nad nawykami

Artykuł napisany na podstawie części Podstawy książki Atomowe nawyki Jamesa Clear’a

Jako skauci, a także i może przede wszystkim szefowie, mamy obowiązek dbać o własną formację, rozwój, doskonalenie. To w dużej mierze łączy się z uporządkowaniem naszego życia, nadawaniem mu pewnych ram i stałych elementów, np. wyznaczenie czasu na modlitwę, troska o odpowiednie odżywianie się i aktywność fizyczną. Trudno jest wprowadzić wielkie zmiany w ciągu jednego dnia, dużo efektywniejszym rozwiązaniem jest dodawanie małych usprawnień, drobnych nawyków i konsekwentna praca z nimi każdego dnia. Panowanie nad swoim życiem, pewna przewidywalność dnia, daje nam dodatkowo poczucie sprawczości i pewność siebie. Krok po kroku możemy czynić nasze życie takim, jakie chcielibyśmy, by było.

Atomowe zmiany

Nawyk jest działaniem lub też zachowaniem, które jest powtarzane regularnie, a często też automatycznie. Może wznosić nas na wyżyny, lecz równie łatwo sprowadzić do parteru. Nasze życie i jego ścieżka – wznosząca lub też opadająca – jest zaś kształtowana przez sumę pojedynczych decyzji podejmowanych przez nas każdego dnia. Jeśli zdecydujemy się na jednorazowe zjedzenie zupki chińskiej prawdopodobnie nic nam się nie stanie. Jeśli jednak zaczniemy odżywiać się nią regularnie, stanie się to naszym nawykiem, nasze zdrowie będzie poważnie zagrożone.

Każdego dnia powinniśmy podejmować niewielkie, wręcz atomowe decyzje, które mają nas prowadzić ku lepszemu. Niech to będzie nawet prawie niedostrzegalny 1% postępu dziennie – w ciągu roku takie decyzje zaprowadzą nas do poprawienia danej sprawy 37 razy. Problem polega zazwyczaj na początkowym braku widocznych rezultatów, a co za tym idzie szybkiemu zniechęcaniu się i porzucaniu dobrych – drobnych zmian. Niewiele zmienią 3 wyjścia na basen czy siłownię, ponieważ gdy chcemy zadbać o naszą sylwetkę, potrzeba konsekwencji i regularności. Aby zauważyć rezultaty, musimy zebrać pewien potencjał wykonanych działań, a droga do przełomu (który jest sumą naszych zachowań) wymaga początkowego zmierzenia się z rozczarowaniem oraz cierpliwości.

Aby tę drogę przebyć, warto zmienić nieco swoje myślenie. Jest początek kolejnego roku i pewnie część z was (ja również😉) wyznaczyła sobie cele do zrealizowania w kolejnych miesiącach. Jednak wyznaczone cele mają często niewielki wpływ na rezultaty – np. w zawodach sportowych wszyscy zawodnicy mają taki sam cel, wygrani i przegrani. Dużo ważniejsze wydaje się opracowanie systemów, które pomogą nam robić coś lepiej, efektywniej. Są to procesy, które prowadzą do osiągnięcia celów. (przykład: cel – zdobycie stopnia wędrowniczki, system – regularność spotkań z szefową, kierownikiem duchowym, sposób wyznaczania i realizacji zadań, tryb pracy nad dziełem, itd.). Systemy mają tę zaletę, że nie są krótkotrwałe, nie zakładają tylko chwilowej zmiany do czasu zrealizowania celu, lecz jej kontunuowanie, ciągły rozwój.

Tożsamość

Możemy zmieniać swoje zachowanie na trzech poziomach: rezultatów, procesów do nich prowadzących lub też tożsamości, czyli sposobie w jaki o sobie myślimy. Nasze zachowania zazwyczaj są wynikiem naszej tożsamości. Dopiero zmiana na tym najgłębszym poziomie zapewni nam utrwalenie nawyków zamiast codziennej walki ze sobą. Dopóki nie zaczniemy myśleć o sobie jako o np. czytelniku, nie będziemy sięgać automatycznie po książki w wolnym czasie. Zmiana, która nie zostanie poparta przeobrażeniem myślenia o sobie, nie przetrwa. Naszym celem powinno być zatem nie tyle zrobienie czegoś, a zostanie kimś – biegaczem, osobą dbającą o zdrowie, osobą rozmodloną. Gdy dodatkowo będzie to dla nas powód do dumy i radości, motywacja do przestrzegania nawyku będzie o wiele większa.

Przekonania o sobie mogą nas bardzo ograniczać. Niektóre z nich niesiemy ze sobą już od dzieciństwa – zostały nam wpojone nieopatrznie przez dorosłych. Może to być przeświadczenie o tym, że wszystko psuję, jestem beznadziejny w grach zespołowych, jestem nieśmiały, itd. Ponieważ mam takie przekonanie o sobie, zachowuję się w sposób, który temu przekonaniu odpowiada, co prowadzi do wzmocnienia danego przekonania. Koło się zamyka. Prześledźmy, czy nie ma w nas takich zastanych wizji, które przeszkadzają nam być takimi, jakimi byśmy chcieli.

Zatem nawyki określają naszą tożsamość, ale też przez nawyki możemy wizję siebie samego zmienić – tożsamość zmienia się poprzez dostarczenie sobie wielu dowodów na to, że jesteśmy inni, niż nasze przekonanie. Najważniejsze jest wielokrotne powtarzanie danego zachowania – nie będziemy myśleć, że jesteśmy pilnymi uczniami/studentami, jeśli raz przygotujemy się do zajęć – to wymaga ponawiania, ciągłego działania. Zmiana tego kim jesteś, polega na zmienieniu tego co robisz.

Nabywanie lepszych nawyków nie polega na zaśmiecaniu dnia sprytnymi sztuczkami. Nie chodzi o to, by co wieczór nitkować jeden ząb, każdego ranka brać zimny prysznic, albo codziennie ubierać się w to samo. Nie chodzi też o osiąganie zewnętrznych oznak sukcesu, takich jak zarabianie większych pieniędzy, chudnięcie czy życie w mniejszym stresie. Przyzwyczajenia mogą pomóc ci to wszystko osiągnąć, ale zasadniczo nie chodzi w nich o osiągnięcie czegoś. Chodzi o stanie się kimś.

James Clear

Pętla Nawyku

Mózg wytwarza nawyki w odpowiedzi na regularnie napotkany problem – nawyk jest sprawdzoną metodą prób i błędów, przychodzącym automatycznie rozwiązaniem danego problemu i ma za zadanie odciążyć świadome działanie mózgu. Można powiedzieć, że jest on pójściem mózgu na skróty – wykorzystuje on poprzednie doświadczenia do osiągania zadawalających efektów.

Ilustracja: Agata Kocyan

Sposób nabywania nawyku składa się z czterech etapów powtarzanych po wielokroć. Są to kolejno sygnał, pragnienie, reakcja i nagroda. Sygnał (1) jest pewną informacją, którą mózg wyłapuje z naszego otoczenia lub też wnętrza, o możliwości sięgnięcia po nagrodę. Sygnały dla każdego są sprawą indywidualną, dla jednej osoby coś jest sygnałem, dla innej będzie bez znaczenia. Dopiero sygnał zinterpretowany w odpowiedni sposób przeradza się w pragnienie (2), czyli chęć zmiany. Jest to siła napędowa każdego działania – pragniemy nie nawyku samego w sobie, ale zmiany naszego stanu wewnętrznego, np. rozrywki, ulgi, zaspokojenia ciekawości. Kolejnym etapem jest reakcja (3), czyli właściwe działanie czy myśl, nawyk. Aby reakcja nastąpiła, dane zachowanie nie może być dla nas zbyt trudne – jeśli wymaga ono zbyt wielkiego wysiłku, zostanie po prostu odrzucone. Reakcja prowadzi do nagrody (4), która jest celem każdego nawyku. Nagroda daje nam uczucie satysfakcji oraz jest dla nas nauką, w jaki sposób postępować w przyszłości. Nagroda zostaje przez mózg powiązana z sygnałem. Aby zachowanie przerodziło się w nawyk, muszą wystąpić wszystkie cztery etapy – usunięcie lub ograniczenie choćby jednego spowoduje, że nawyk się nie wykształci. Następowanie po sobie tych etapów jest nazywane pętlą nawyku.

Sygnał – stresująca sytuacja na uczelni
Pragnienie – chęć rozładowania napięcia
Reakcja – idziesz na kawę i ciasto do kawiarni
Nagroda – rozładowujesz stres, stresujące sytuacje na uczelni zostają skojarzone z wizytą w kawiarni

Przykład pętli nawyku

W skautingu dużo mówimy o pracy nad sobą, samowychowaniu, rozwoju. Wiele razy próbujemy coś zmienić w naszym życiu, ale pomimo najszczerszych chęci, nie udaje nam się. Wynika to między innymi z faktu braku wiedzy na temat działania naszego mózgu i psychiki. Warto poszerzać swoją wiedzę i wykorzystywać ją w praktyce. Może oszczędzić nam to frustracji spowodowanej wiecznie niedotrzymanymi postanowieniami i pozwolić zrozumieć, jakie błędy popełnialiśmy, podejmując je. Bardzo polecam książkę Atomowe nawyki Jamesa Clear’a, na podstawie początku której napisałam ten artykuł, a która w dalszej części podpowiada w jaki sposób uczynić rzeczy oczywistymi, atrakcyjnymi, łatwymi i satysfakcjonującymi, aby rozwijanie dobrych nawyków było dla nas codziennością.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.