Szefie, najpierw zrozum!

Masz objąć służbę w jednostce. Trzeba się jednak do tego jakoś przygotować. W większości wypadków (a przynajmniej tak powinno być) jedziesz więc na jeden z obozów szkoleniowych: Dżunglę, Adalbertusa, Jadwigę, Inigo lub W drodze. Tam słuchasz konferencji, uczysz się, czym jest Skała Narady czy Apel Ewangeliczny. Czasem nawet dostajesz gotowe materiały np. scenariusze gier. Wracasz więc naładowany teorią i odrobiną praktyki. Zaczynasz rok harcerski i z zapałem wprowadzasz to wszystko w życie. I co? I nie do końca działa. Ale jak to?

Hmmm, najlepiej opiszę to na pewnym przykładzie. Wyobraźmy sobie świeżo upieczonego szefa kręgu. Już na początku swojej służby staje on przed zadaniem przygotowania wędrowników do pierwszego obrzędu na Młodej Drodze. Chcąc być dobrym szefem, sumiennie zaplanował sobie na wrzesień, październik i listopad konferencje o Eligo Viam i związanych z tym wyborach. Zaprosił księdza, zaprosił doświadczonego HR-a, a w grudniu czekał na listy od wędrowników. Efekt jednak  był mierny. Kilku chłopaków złożyło listy, ale pozostali utknęli w miejscu. Mijają kolejne miesiące. W kręgu przybyło nieco odznak EV, bo w końcu szefowi kręgu udało się „wcisnąć” swoim wędrownikom jakichś HR-ów i było co zapisać na papierze. Jednak został jeszcze jeden wędrownik bez Opiekuna Drogi. Chciałby dalej się formować, być w kręgu, ale jakoś nie może znaleźć odpowiadającego mu Starszego Brata, mimo iż z pozostałymi wyborami EV nie miał problemów. „Szkoda, ale chyba trzeba będzie się z nim pożegnać” myśli sobie szef kręgu. „Ewentualnie jakoś go przepchnąć bez Eligo Viam”. No i właśnie tu widać, na czym polega problem tego szefa…

Opisywany przeze mnie szef kręgu nie zrozumiał, o co chodzi w obrzędzie Eligo Viam. Nie spróbował wyszukać jego istoty. Kiedy weźmiemy ceremoniał do ręki i przestudiujemy odpowiedni fragment, dowiemy się, że w gruncie rzeczy w tym obrzędzie chodzi o dwie sprawy. Pierwsza to pragnienie życia duchem wędrowniczym. Druga to chęć rozwoju i formacji osobistej prowadzącej m.in. do podjęcia służby Harcerza Orlego. Cztery wybory to tylko pewna rama. Ważna i potrzebna. Ale w podejściu indywidualnym powinniśmy umieć dostosowywać te środki. Dlatego wędrownika z przykładu należałoby dopuścić do Eligo Viam i pozwolić mu się dalej rozwijać, gdyż chce tego, co jak napisałem jest istotą obrzędu. Starszego Brata możemy mu na jakiś czas „odpuścić”, mając nadzieję, że znajdzie takiego, z którym wytworzy dobrą relację i spotka się więcej niż dwa razy (pierwszy i ostatni).

Niestety, nie zawsze na obozach szkoleniowych, szczególnie tych pierwszego stopnia, przyszli szefowie wnikliwie poznają istotę tego, co przyjdzie im robić. „Technikaliów” jest sporo, czas goni, więc kto by jeszcze spamiętał „dlaczego to wszystko tak wygląda?”. A to przecież najważniejsze pytanie! Dlatego zachęcam, żeby nie zatrzymywać się w rozwoju i nie poprzestawać na pierwszym stopniu kursu. Polecam jeździć na kolejne stopnie obozów szkoleniowych, na spotkania śródroczne namiestnictw i na kursy skautmistrzowskie (np. Iziqu i Kudu). Kiedy zrozumiesz metodę, to, co jest jej istotą, będziesz lepszym szefem dla swoich podopiecznych. Być może dzięki temu uratujesz dla skautingu (i nie tylko) jakiegoś chłopaka lub dziewczynę, którzy pozornie nie wpisywali się w „ramy”. Może nie będziesz ciągnąć wyuczonego schematu Skały Narady, który w Twojej gromadzie dawno przestał działać, a twórczo go odświeżysz uzyskując pożądany efekt. Ważne, żeby wiedzieć i rozumieć, po co podejmuje się konkretne działania. Nie robić tego bezmyślnie lub „bo zawsze tak było”.

Dlatego zachęcam wszystkich: zostańcie entuzjastami metody!

Fot. na okładce: Krzysztof Noworyta

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Z życia szefowej. Znowu wędrówka

Z ulgą zamknęła za sobą drzwi. Niby już wiosna, a takie zimno. Na szczęście zostało za drzwiami. Jak dobrze wrócić do domu. W lustrze mignęło odbicie potarganych wiatrem włosów. Po chwili raźny turkot czajnika zagłuszył bębnienie deszczu.

Czwartek właściwie kończył tę najbardziej roboczą część tygodnia Eli. W piątek już tylko wykłady. Usiadła przy biurku z błogim poczuciem, że nic nie musi. Ciepło herbaty z cytryną łagodnie rozeszło się wzdłuż przełyku. Kilka razy machinalnie przesunęła Facebooka. Koleżanka z podstawówki jest zainteresowana festiwalem naleśników. Promocja na skarpetki w muchomory. Te obok, w liski, całkiem fajne. Ale już bez promocji. Skauci z Przemiłowa mieli zbiórkę w Przemiłowie w sobotę i ugotowali zupę. Znajomy z młodym psiakiem. Na filmiku zgrabne damskie ręce w przyspieszonym tempie robią coś z kolorowej włóczki. O, ale ładne wyszło. Można by zrobić na zbiórce. Czy na najbliższą sobotę planowałyśmy już coś konkretnego? Ela przełożyła kilka kartek w kalendarzu. Trafiła na właściwy tydzień i poczuła jak jej wnętrzności zamieniają się w kamień, a cały spokój momentalnie się ulatnia. Przecież w ten weekend jest wędrówka…

* * *

Zawsze człowiek pakuje to samo, a nigdy te rzeczy nie chcą się znaleźć – myślała Ela gorączkowo grzebiąc w szufladzie w poszukiwaniu latarki. Przelała trochę płynu do mycia naczyń do malutkiej plastikowej buteleczki. Brać polar oprócz swetra, czy nie? Niby lekki, ale wiadomo, jak to potem jest. Każdy mały nadmiar w plecaku potrafi wgnieść człowieka w ziemię. W końcu przypięła karimatę i ciężko tupiąc pobiegła na autobus. Próbowała nie rozdeptać żadnej z różowo-białawych dżdżownic, które jak zwykle w czasie deszczu powyłaziły na chodnik. Podmuch zimnego wiatru wcisnął jej włosy do lewego oka. Wskoczyła do autobusu. Trzymając się lepkiej rurki, pospiesznie wdychała duszne powietrze. Wzdłuż kręgosłupa spływała jej strużka potu.

W mieszkaniu została parująca herbata i apetycznie otwarta powieść o pożółkłych stronach.

***

Cisza. Czasem tylko przerywana dalekim kwileniem jakiegoś ptaka albo silniejszym podmuchem wiatru, który poruszał w górze liśćmi. Ela pomału podniosła głowę. Siedziały na karimatach albo plecakach, każda pochylona nad grubą księgą o cienkich kartkach. Musnęła je po kolei ukradkowym spojrzeniem. Weronice jest zawsze zimno, teraz też siedzi w kurtce. Czasem aż się trzęsie i robią jej się sine usta, ale nawet wtedy potrafi się tak ciepło do człowieka uśmiechnąć.  Klaudia jest jak czołg, chyba nic jej nie zniechęci. Nawet pole namiotowe wyglądające jak jedna wielka kałuża. Skąd ma tyle energii? Wydaje się, że wszystko idzie jej w życiu jak po maśle. Ale czasem wspomina o młodszym bracie. Urodził się ciężko chory, nie wiadomo za bardzo, co będzie dalej. W tych chwilach uśmiech Klaudii gaśnie. Ale zaraz wraca, żeby dodać otuchy innym. Ania robi niesamowite rzeczy ze swoją drużyną. Świecą jej się oczy, kiedy opowiada, jak wyglądał ostatni ZZZ albo gra. Aż słuchającemu przychodzą do głowy pomysły, które wcześniej nie miały odwagi się tam pojawić. Magda nie błyszczy na forum. Jak zacznie coś opowiadać z tymi wszystkimi nieistotnymi szczegółami, to można zasnąć idąc. Ale jak zostanie się trochę z tyłu i idzie tylko z nią, to potrafi tak zapytać, że nawet skończony introwertyk zaczyna opowiadać jej o tym, co u niego najlepsze i co najgorsze. Ona prawie nic nie mówi, ale jakoś potem sprawy przedstawiają się w lepszym świetle. Kasia często się denerwuje. Zwłaszcza jak ktoś coś zawali, na przykład zapomni zabrać garnka. Ale to ona pierwsza widzi, co jest do zrobienia i po prostu zaczyna to robić. Są naprawdę dobre – pomyślała Ela. – Przecież żadnej nie jest całkiem łatwo. Czasem w rozmowie wymknie się jakaś skarga, prośba o modlitwę, błysną łzy w oczach. A mimo tego robią tyle dobrych rzeczy, tyle mają w sobie życzliwości i zaangażowania. Naprawdę są dzielne. A co ja tu robię? – zdziwiła się nagle Ela. Spojrzała wokół jak człowiek, który dopiero się obudził, a potem w dół na swoją chustę. Poczuła, jak ogarnia ją całą ciepła fala wdzięczności. – Jestem przecież jedną z nich… jak dobrze!

Ognisko św. Edyty Stein, fot. Basia Perek

Fot. na okładce: Basia Perek

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Leczo, czy spaghetti? Czyli o miłości wędrownika

Wyobraź sobie, że jesteś na wędrówce w górach. Wstajesz rano i wychodzisz z namiotu. Słońce też się już pomału budzi, ale jest jeszcze rześko. Modlitwa, toaleta, szykowanie śniadania. Ty się bierzesz za rozpalanie ognia, ktoś za składanie namiotu, ktoś inny za krojenie szyneczki. Wszystko przebiega sprawnie. Jest pięknie, jest stylowo.

O właśnie… Zdarza nam się dość często mówić o stylu wędrowniczym. A czym on właściwie jest? W skrócie: uzewnętrznieniem ideałów. Bardzo podobnie definiujemy mundur. Bardzo lubię to połączenie, bo pozwala na prostą mnemotechnikę odnośnie do tego, czym konkretnie wyraża się styl: krzyż w centralnym miejscu i munduru, i życia wędrownika, dalej: chusta wędrownicza symbolizująca prostotę, pokorę i służbę oraz przynależność do braterskiej wspólnoty (z obrzędu przyjęcia do kręgu). A więc w pierwszym akapicie idealnie uzewnętrznił się duch służby w Twoim kręgu. Dość definicji, maszerujmy dalej.

Śniadanie zjedzone, wyruszacie w trasę. Pierwszy odcinek OK. Msza święta. Kontynuujecie marsz. W pewnym momencie okazuje się, że mapa jest trochę nieaktualna. Pojawiają się małe problemy z nawigacją. W końcu trzeba to przyznać otwarcie: zgubiliście się. Zaczyna padać deszcz. Idziesz. Uwiera Cię garnek, który niesiesz w plecaku. Ale skoro pada, już wolisz tak iść, niż zatrzymywać się, by przepakować rzeczy. Noga za nogą. Nastrój 2/10. W końcu się odrobinę przejaśnia, ale dalej jest chłodno. Znajdujecie miejsce na obiad, dopiero gdy w brzuchach już dość głośno burczy. Zmęczenie doskwiera, drewno mokre… Średnio Ci się chce zabierać za przygotowanie posiłku. Najlepiej byłoby teraz paść na karimatkę, przykryć się i zdrzemnąć. Ale z drugiej strony widzisz, że Tomek właśnie opatruje swoje obtarcia na stopach, Romek rozwiesza przemoczony śpiwór, a ksiądz ewidentnie potrzebuje drzemki bardziej niż Ty – w sumie nie dziwne, ma 60 lat, a dalej chodzi z Wami na wędrówki. Bierzesz się ostatkiem siły woli za rozpalanie ognia mokrym drewnem. A może… odpuszczasz i czekasz aż ktoś inny się tym zajmie?

Wędrówka, fot. Radosław Maksymiuk

Styl został wystawiony na próbę. I bardzo dobrze, bo tylko w ten sposób możesz się rozwijać. Chodząc na kolejne wędrówki, będziesz siłą rzeczy wystawiany na takie większe i mniejsze próby. I choć prawdziwy zmysł służby na początku może być dużym wyzwaniem, po odpowiedniej liczbie pokonanych kilometrów po prostu wchodzi w krew. Możesz czytać mnóstwo mądrych artykułów, książek i encyklik o prostocie, pokorze czy służbie. Możesz słuchać wielu mądrych konferencji HR-ów, ale czy to sprawi, że zmienisz swoje postępowanie i będziesz lepiej służył? Zastanówmy się, jak to działa w innych gałęziach. Czy w gromadach oczekujemy, że po kwiecistym wykładzie Akeli wszystkie wilczki staną się altruistami? Jeśli chcemy, żeby harcerz był bardziej zaradny, raczej nie damy mu podręcznika o zaradności. Zapraszamy ich za to do przestrzeni wolności, jakimi są nasze gromady i zastępy i pozwalamy, by wilczek się posprzeczał z drugim wilczkiem, a harcerz rąbnął młotkiem w palec. Pozwalamy im działać i popełniać błędy po to, by sami zrozumieli, co mogą zrobić lepiej i się (skutecznie) rozwinęli. Czemu inaczej miałoby to wyglądać w czerwonej gałęzi? Tu skauting dalej jest robiony w praktyce, a nie w teorii.

Warto zastanowić się nie tylko nad samym działaniem w stylu wędrowniczym, ale też motywacją do niego. Wstępując do kręgu, przyjmujesz pewne zasady. Szef kręgu nie wydaje za bardzo poleceń, sam się bierzesz do roboty, bo tak to po prostu działa. Z czasem pewnie zauważasz, że ten styl jest opłacalny, wszystko przebiega miło i sprawnie, przekonujesz się do niego. Kiedy jednak daje o sobie znać zmęczenie, głód, deszcz, taka prosta motywacja może nie wystarczyć. Wtedy patrzysz na Romka, Tomka, księdza i decydujesz się (lub nie) przekraczać samego siebie w darze dla nich. Niektórzy może skojarzyli poprzednie zdanie z definicją miłości: bezinteresowny dar z siebie. I słusznie. Myślę, że w kręgu każdy przechodzi podobną drogę: od życia stylem niejako na siłę / bo tak szef każe, do momentu w którym coraz bardziej go rozumie, przyjmuje jako swój, a służba staje się wyrazem miłości. I każdy przechodzi tę drogę w swoim tempie. Czytając Ewangelię dowiadujemy się, że miłość jest w życiu czymś najważniejszym. Okazuje się, że gotowanie spaghetti w deszczu jest jej najlepszym szkoleniem. Dobra, może nie najlepszym, bo to dość proste danie i nie trzeba aż tyle siły woli, żeby się przemóc do pracy (na wyższy poziom szkolenia rekomendowałbym np. leczo). Mnie takie spostrzeżenie pozwala jeszcze bardziej docenić wędrówki. Nie dość, że mam frajdę ze zdobywania szczytów i przeżywania przeróżnych przygód w doborowym towarzystwie, to jeszcze, niejako w gratisie, wystawiam się na okoliczności (inaczej: przebywam w przestrzeni wolności), które mnie prawdziwie rozwijają.

Pewnym sprawdzeniem, tego co tu piszę o rozwoju na wędrówkach i skuteczności motoru działanie, jest pytanie, czy przenosimy te przyzwyczajenia na grunt codzienny. Czy mamy tę naturalną wewnętrzną motywację, by służyć swojej rodzinie? Czy wyrobiliśmy sobie zdolność zauważania ludzi potrzebujących? Czy w obliczu wojny na Ukrainie odpowiadamy realnym działaniem wsparcia dla uchodźców i czy nie wypalamy się w nim, kiedy w społeczeństwie zapał już słabnie? Takie zjawisko lubimy nazywać zgrabnie jednością życia. Jest to stan, w którym nie rozdzielamy różnych sfer życia na harcerskie/kościelne/codzienne i którego osiągnięcie zajmuje trochę czasu. Powiedziałbym, że jeśli widzisz, że jesteś blisko jedności życia, to podejmuj Wymarsz Wędrownika. Ale jeśli widzisz, że nawet nie przybliżasz się do tego ideału, to znak, że coś z Twoją formacją wędrowniczą jest nie tak. Tak jak harcerz nie zdobywa w pierwszym roku stopnia ćwika, ale jeśli nie złożył nawet przyrzeczenia, to wiedz, że coś się dzieje.

W ten sposób, na przykładzie jednego aspektu stylu wędrowniczego, chciałem przekonać Was, że wędrówka, oprócz oczywistej frajdy, którą przynosi (a może dzięki niej?), naprawdę nas rozwija. Jeśli ktoś by się mnie spytał, jak dobrze przygotować się do małżeństwa, powiedziałbym, że oczywiście słuchanie mądrych konferencji jest cenne, ale jak chcesz się przygotować naprawdę dobrze, to zakładaj plecak i ruszaj w trasę z braćmi z kręgu. A ja trzymam kciuki za deszcz.

Link do artykułu w formie audiobooka: https://www.youtube.com/watch?v=WWORuJ2ff_k

Fot. na okładce: Radosław Maksymiuk

Prowadź, to znaczy inspiruj!

O roli szefa i powierzaniu odpowiedzialności. 

Na jednej ze zbiórek naborowych wyciągnąłem krzesiwo i pytam: “czy ktoś chce rozpalić ognisko?” Zgłaszają się niemal wszyscy chłopcy. Przekazuje krzesiwo w ich ręce i zaczynają rozpalać. Znaczy… starają się, ale zadanie okazuje się zadziwiająco trudne. Po kilku minutach nieudanych prób, gdy wszyscy chętni spróbowali już swoich sił, pytają mnie: “Panie Antku, czy mógłby nam Pan pomóc?” Pokazuję im jak przygotować materiał na rozpałkę, biorę krzesiwo i po kilku sekundach mamy ogień. A “Pan Antek” zyskuje w oczach chłopców.  

Wszyscy wiemy, że istotą metody jest samowychowanie młodych, a o powierzaniu odpowiedzialności słyszeliśmy już wiele. Ale czy robimy to w dobry sposób? Poniższy artykuł traktuje o rzeczach fundamentalnych, o roli szefa, wynikającej z istoty skautingu. Połączyłem w nim teorię z praktycznymi pomysłami, by dostarczyć Ci gotowych wskazówek do poprawy pracy z jednostką.  

Kim szef nie jest?   

Skautmistrz nie może być ani profesorem, ani oficerem, ani katechetą, ani specjalistą, fachowcem”  

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

To może w takim razie szef to menadżer albo przywódca?   

Nie. Rolą przywódcy jest takie prowadzenie zespołu, by ten dążył wytrwale do wyznaczonego celu, by kończył zadania z sukcesem. Na pierwszym miejscu stawiane jest tu powodzenie projektu, a ludzie, choć ważni, są raczej elementem, a nie podmiotem zainteresowania. Nie uważam, żeby takie podejście było złe w firmie. W końcu jej celem jest dostarczanie wartości dla klientów, a nie rozrywka dla pracowników. Ale skauting to nie przedsiębiorstwo i jego dążeniem nie jest sprawnie działająca grupa, ani 100% wykonanie planu pracy. Dla nas to, czy scenka na ognisku była udana czy też nie, jest mało ważne. To sytuacja wychowawcza, której celem jest rozwój wodzireja, który ją przygotował. I takie podejście jest też zdrowe dla szefa, bo przestaje przejmować się rzeczami, które choć są najbardziej widoczne, to jednak mniej ważne. Szef powinien wspierać w rozwoju, stwarzać przestrzeń do samowychowania się młodego człowieka. “Dziewczyna i chłopak muszą wziąć sprawy tej wielkiej łodzi, jaką jest ich życie, we własne ręce” (B-P) I do tego prowadzi formacja skautowa, której zwieńczeniem jest wymarsz/fiat – wzięcie całkowitej odpowiedzialności za swój rozwój. 

Kim więc powinien być szef?  

“Skautmistrz musi być starszym bratem dla swoich chłopców, to znaczy ma patrzeć na świat z ich punktu widzenia, musi prowadzić, przewodniczyć i budzić entuzjazm dla właściwych rzeczy. Jak prawdziwy starszy brat musi zachowywać tradycje rodzinne i pilnować by były one przestrzegane, pożądana jest tu pewna stanowczość. Oto i wszystko.” 

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

Proste? Na pierwszy rzut oka tak. Ale zagłębiając się w ten temat mocniej, możemy napotkać pewne trudności. Choćby dlatego, że taki obraz starszego brata rzadko kiedy ma odzwierciedlenie w obecnej rzeczywistości. Nie każdy z nas ma starszego brata, ale z pewnością, każdy ma pewne intuicje co do jego roli. To określenie posiada liczne konotacje, więc aby uniknąć nieporozumień, chciałbym na potrzeby tego tekstu, na nowo zdefiniować pojęcie opisujące rolę i zadania szefa. 

Szef jako Inspirator, czyli osoba mająca pozytywny wpływ na Inspirowanych (nie wychowanków czy podwładnych, bo te pojęcia nieadekwatnie definiują relację między chłopakiem/dziewczyną, a szefem).   

Aby mieć wpływ Inspirator potrzebuje dwóch rzeczy:  

autorytetu i relacji.  

Jak kształtować swój autorytet?  

Wiadomo, że wiele zachowań inspirowani wchłaniają przez nasz przykład. Warto więc byśmy prezentowali sobą dobry poziom. Nie chodzi o to, by być chodzącym ideałem, ale przykładem dążenia do niego, inspiracją do pracy na sobą. Skauting daje nam ku temu narzędzia: spotkania z opiekunem drogi, stałym spowiednikiem, kursy szkoleniowe itd.  

Inspirowanym imponuje też umiejętność stworzenia przygody i brania w niej udziału. Pociąga ich energia i harc bijące od inspiratora. Ale także jego wytrwałość w dążeniu do celu. Niezłomność, wypływająca z przekonania o słuszności misji oraz zgodności z zasadami, którymi żyje.  

Wywoływanie filmu – Legwan Mogielnica 03.2021, fot. Antoni Biel

Negatywny wpływ na autorytet inspiratora ma, bez wątpienia, brak osobistego zorganizowania. Dlatego tak ważna jest sumienność i punktualność. Jednak inspirator to też człowiek, czasem powinie mu się noga. Ważne jest wtedy, by umiał przyznać się do błędu.   

Nie zapominajmy, że autorytet żyje prawem harcerskim. Szczególnie widoczny w jego życiu jest 8 punkt. Inspirator nie może być sztywny. Gdy trzeba zachować powagę to jest poważny, ale w pozostałym czasie, zawsze radosny. Ma do siebie dystans i lubi żartować.  

Warto zastanowić się, których z powyższych cech nam brakuje, co potrzeba jeszcze doszlifować. Ale tak jak już wspominałem, chodzi o rozwijanie się w dobrym kierunku, a małe potknięcia wcale nie przeszkadzają w byciu autorytetem. One też niosą przekaz. Pokazują inspirowanym, że można popełniać błędy. Ważne, by mimo tych niepowodzeń ciągle iść naprzód.  

Wpływ inspiratora będzie tym większy, jeśli autorytet podeprzemy relacją. 

Jak więc rozwijać relacje z inspirowanymi?  

Przede wszystkim szukać okazji do spotkań, być dostępnym na zbiórkach czy wyjazdach. Śmiać się razem z nimi. Pytać o zainteresowania, pasje, szkołę, pomysły na gry. Okazywać zaufanie, przez powierzanie odpowiedzialnych zadań, pomagać w ich wykonaniu i chwalić dobrze wykonaną robotę. Nagradzać inicjatywę. Szczerze mówić o swoich odczuciach. Jasno i konsekwentnie komunikować oczekiwania. Rozmawiać o zachowaniach, które nie są właściwe.  

Zainteresowanie i poważne traktowanie, nie tylko dostarczają nam wiedzy o problemach i potrzebach inspirowanego, lecz także budują jego wiarę w siebie. Uwaga poświęcona przez kogoś starszego, skutkuje wzrostem jego poczucia własnej wartości i sprawia, że czuje się on potrzebny. To z kolei daje przestrzeń motorowi odpowiedzialność.  

Powierzanie odpowiedzialności jest głównym narzędziem wpływu inspiratora. Cała zagwozdka polega jednak na tym, że trzeba pogodzić w nim, dwie pozornie sprzeczne idee: dawanie pełnej odpowiedzialności i obdarzanie odpowiedzialnością na miarę inspirowanego. Odpowiedzią na ten problem jest podejście obszarowe, zilustrowane na schemacie.  

Na działania grupy, można spojrzeć jak na puzzle. Pojedyncze elementy tworzą statek, morze, brzeg, roślinność, niebo, które razem dają kompletny krajobraz. Jeden puzzel oznacza pojedyncze, proste zadanie. Grupa elementów tworząca żagiel to projekt, składający się z kilku zadań, a cały statek jest odrębnym obszarem działalności grupy. I tak dajemy całkowitą odpowiedzialność inspirowanemu najpierw w jednym puzzelku – np. przynieś siekierę na zbiórkę, naucz zastęp nowego węzła. Potem dajemy mu do ułożenia żagiel – np. zrób grę terenową, skoordynuj budowę tratwy. Następnie obejmuje on ster kierowania całym statkiem – np. pionierką zastępu. Do niego należy określenie kierunku rejsu i rozdzielenie mniejszych zadań innym.  

Do poziomu umiejętności i chęci działania trzeba dopasować sposób traktowania.  

Przychodzący do zastępu świeżak lub starszy członek w nowym dla siebie obszarze, jest pełen energii. Chce działać. Wszystko jest dla niego nowe i fascynujące. Nie wie jeszcze, że pewnych rzeczy nie potrafi zrobić, dlatego mocno wierzy w siebie. Sygnalizuje on pierwsze własne pomysły, które warto wykorzystywać, chociaż na początek bardziej oczekuje wzięcia udziału w przygodzie, niż samodzielnego jej tworzenia. Warto dawać mu proste zadania i gdy sobie z nimi nie radzi, pokazywać jak je wykonać: przynieś na zbiórkę łopatę i sznurek; zbierz drewno, „ale patrz to co zebrałeś jest żywe – nie będzie się palić, a poza tym jako harcerze szanujemy przyrodę – poszukaj martwego i suchego drewna – to te które łatwo się łamie”. 

Kiedy weźmie udział w kilku grach i trochę się podszkoli, można poprosić go o zrobienie własnej gry dla zastępu. Będzie to dla niego pierwsze trudniejsze zadanie, warto więc, by nie skończyło się totalnym niepowodzeniem. Dobrze byłoby usiąść z nim i pomóc w jej zaplanowaniu, potem w rozłożeniu punktów przed zbiórką. Następnym razem wystarczy jedynie szczere zainteresowanie: ‘’jaki masz pomysł na tą grę’’, ‘’jak chcesz nagrodzić zwycięzców?’’ A po wykonaniu dokładna informacja zwrotna z pochwałą. To szczególnie ważne, by inspirowany nie stracił wiary w siebie, by pokazywać mu, że potrafi, przez dostosowywanie poziomu trudności zadań do jego możliwości. W przeciwnym wypadku, gry nie zrobi – powie, że zapomniał, ale tak naprawdę, to nie umiał, albo nie wiedział, że potrafi. 

Gdy już podstawy mamy opanowane, a inspirowanego zaczynają nudzić proste zabawy, trzeba po raz kolejny zwiększyć obszar jego odpowiedzialności. Przekazać funkcję, czyli powierzyć pieczę nad rozwojem zastępu w danej technice. Funkcyjny z prawdziwego zdarzenia sam powinien wykazywać inicjatywę. Powinien wiedzieć czego chce chłopaków nauczyć, jaki ambitny harc zaproponować. Po pewnym czasie, zdobędzie wiedzę z danego obszaru większą od zastępowego. W takim przypadku nieuzasadnione byłoby jakiekolwiek kontrolowanie tego jak idzie mu wymyślanie gry czy wyczynu dla zastępu. Taki ekspert powinien mieć wolna rękę w obszarze swojego działania. A kiedy funkcja przestanie go rozwijać i zacznie nudzić, to warto zastanowić się nad jej zmianą na inną np. na funkcje zastępowego, a wtedy cykl oddziaływania zatoczy koło.   

Powyższy opis dotyczy zielonej gałęzi, bo w niej najłatwiej to zilustrować. Schemat ten jest jednak bardzo uniwersalny i można go stosować na różnych poziomach.  

Apel rozpoczynający rok formacyjny 2020/2021 środowiska radomskiego, fot. Zuzia Pytlewska

Generalną zasadą jest, by w zadaniach o pewnym stopniu skomplikowania i nowych dla inspirowanego oddziaływać poprzez instruowanie – jasno określić cel działania i w razie potrzeby pokazać sposób jego realizacji. Oraz pamiętać o dostarczaniu świeżakowi częstej informacji zwrotnej.  

Adeptowi, który powoli traci wiarę we własne możliwości, a brak zdolności do wykonania zadania samodzielnie, frustruje, potrzeba wzmocnienia pozytywnego i wyznaczania zadań na jego miarę. Wspierania, polegającego na zainteresowaniu postępami oraz pomaganiu w odnajdywaniu sposobów wykonania projektu. Ważne jest tu chwalenie i motywowanie do działania.  

Kiedy kompetencje adepta wzrosną, zadania zaczną go nudzić, to znaczy, że powoli staje się ekspertem. To znak, że trzeba powierzyć mu obszar, w którym to on będzie rządził i swobodnie decydował. Nie można jednak przestać się nim całkowicie interesować. Konsultacja na początku i podziw wyrażony po dobrze wykonanej pracy powinien wystarczyć.  

Powierzanie odpowiedzialności wszystkim w jednakowy sposób, może mieć fatalne skutki. Nie można traktować świeżaka jak eksperta, gdyż doprowadzi to do pozostawienia go samemu sobie. Z kolei nadopiekuńczość wobec eksperta, wywoła u niego frustrację. Będzie czuł, że mu nie ufamy, że nie jest traktowany poważnie. Ważne jest więc, by nauczyć się prawidłowo rozpoznawać na jakim etapie jest nasz inspirowany i dopasować wsparcie do jego potrzeb i możliwości.  

Fot. na okładce: Antoni Biel

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie drużynowy 9 Drużyny Radomskiej.

Kształtowanie kobiecości – myśli Edyty Stein (św. Teresy Benedykty od Krzyża)

Edyta Stein przyszła na świat jako najmłodsze dziecko w żydowskiej rodzinie. Urodziła się 12.10.1891r. we Wrocławiu, w Dzień Pojednania. Po ukończeniu szkoły, liceum i czterech semestrów studiów, podczas których zajmowała się głównie psychologią, Edyta wyjechała do Getyngi, gdzie studiowała fenomenologię u Edmunda Husserla. Była wykładowcą z propedeutyki filozofii, historii i niemieckiego w jednym z wrocławskich gimnazjów. Następnie została asystentką Husserla i doktoryzowała się u niego z filozofii. Była wybitnie uzdolniona, co zauważali jej nauczyciele.

W 1922 r. przyjęła chrzest w Kościele katolickim. Na jej nawrócenie miały wpływ m.in. pełna wewnętrznego pokoju, wynikająca z wiary, postawa żony zmarłego prof. Reinacha i lektura autobiografii św. Teresy z Avila. Edyta Stein przez wiele lat była wykładowcą w liceum i seminarium nauczycielskim, a następnie w Instytucie Pedagogiki Naukowej. W latach 1929-32 zajmowała się kwestiami dotyczącymi kobiet – wygłaszała odczyty na zaproszenie żeńskich organizacji katolickiej inteligencji. Jej starania o habilitacje i praca dydaktyczna zostały przekreślone z powodu wejścia w życie ustawy NSDAP dotyczącej eliminacji ze stanowisk państwowych osób pochodzenia niearyjskiego.

W 1933r. wstąpiła do Karmelu w Kolonii, gdzie przyjęła imię zakonne Teresy Benedykty od Krzyża. W 1938r. z powodu narastającego antysemityzmu musiała uciekać do Holandii, gdzie ją zaaresztowano. Zginęła w Oświęcimiu w 1942r. 11.10.1998r. została kanonizowana przez św. Jana Pawła II, który podczas uroczystości z tej okazji powiedział:

„Miłość do Chrystusa była ogniem, który zapalił życie siostry Teresy Benedykty od Krzyża na długo przedtem, zanim uświadomiła sobie, że została całkowicie nim ogarnięta. Na początku jej ideałem była wolność. Przez długi czas Edyta Stein przeżywała doświadczenie poszukiwania. Jej umysł nie ustawał w kontynuowaniu badań, a jej serce żywiło nadzieję. Przeszła trudną drogę filozofii i u jej kresu została nagrodzona: odnalazła prawdę, a raczej została zdobyta przez prawdę. Odkryła bowiem w końcu nowe imię prawdy, którym był Jezus Chrystus. Od tej chwili Słowo Wcielone stało się dla niej wszystkim. Patrząc jako karmelitanka na ten okres swojego życia, pisała do jednej z benedyktynek: „Kto szuka prawdy, świadomie lub nieświadomie szuka Boga”.

W tym tekście postaram się jak najwierniej – poprzez zestawienie cytatów – odtworzyć główne wątki poruszane przez Edytę Stein w trakcie jej wykładów dotyczących kobiet. Myślę, że pomimo upływu lat, spostrzeżenia przez nią poczynione są wciąż aktualne. Przyjrzyjmy się zatem bliżej następującym kwestiom: jakie cechy są charakterystyczne dla kobiet, dlaczego mogą one stać się wartością oraz jakim mogą ulec wypaczeniom, a także w jaki sposób kobiecość może być kształtowana poprzez formację.

Edyta Stein (św. Teresa Benedykta od Krzyża)

Jakie cechy są charakterystyczne dla kobiet, dlaczego mogą one stać się one wartością oraz jakim mogą ulec wypaczeniom?

Na początku Edyta Stein nakreśla rysy kobiecej natury:

„Postawa kobiety jest osobowa – i ma to wieloraki sens. Po pierwsze, w to, co robi, chętnie angażuje całą swoją osobę. Interesuje ją następnie żyjąca, konkretna osoba, zarówno w odniesieniu do jej własnego życia osobistego, jaki i do innych osób oraz ich spraw osobistych. (…)

U kobiety jest naturalne dążenie do całości i pełni – znowu w podwójnym kierunku: sama chciałaby być człowiekiem integralnym, rozwinąć się w pełni i wszechstronnie; chciałaby też dopomóc do tego innym i tam, gdzie ma do czynienia z człowiekiem, chciałaby zająć się całym człowiekiem.”

Te charakterystyczne dla kobiet cechy same w sobie nie przestawiają jeszcze żadnej wartości – zyskują ją dopiero wtedy, gdy zostaną odpowiednio ukształtowane. Edyta Stein tłumaczy sens postawy osobowej i ukierunkowania na całość. Osoba jest ważniejsza od rzeczy materialnych, a przedmioty są przeznaczone dla użytku ludzi. „(…) za wszystkim, co na świecie przedstawia jakąś wartość, jest osoba Stwórcy, który wszelkie wyobrażalne wartości zawiera w sobie i przewyższa jako ich prawzór.” Najwyższym ze stworzeń jest człowiek będący osobą. Natomiast tendencja do całościowego postrzegania pomaga kobiecie uwzględniać równocześnie wiele wymiarów, których np. może dotyczyć problem, z jakim boryka się dany człowiek. Ponadto chroni ją przed koncentracją na doskonaleniu określonych zdolności przy zaniedbaniu innych i czyni ją uważną na to, czy rozwój innych przebiega w sposób harmonijny.

Następnie Edyta Stein pokazuje, jak zniekształcone mogą zostać naturalne predyspozycje kobiety:

„ (…) skłonność do nadawania znaczenia własnej osobie; angażowanie do tego siebie samej i innych; szukanie miłości i podziwu, niezdolność przyjmowania krytyki, odczuwane jako atak na własną osobę. To pragnienie znaczenia i nieograniczonego uznania rozszerza się na wszystko, co należy do osoby. Własny mąż musi być uznawany za najlepszego, własne dzieci muszą być najpiękniejsze, najmądrzejsze i najbardziej uzdolnione. To właśnie jest ta ślepa miłość kobieca, która mąci rzeczową ocenę (…). Do tego nadmiernego podkreślania ważności własnej osoby dołącza się nadmierne zainteresowanie innymi. Niestosowne ingerowanie w ich życie osobiste, próby podporządkowania sobie innych. Obydwie te rzeczy – nadmierne akcentowanie własnej i cudzej osobowości – łączą się ze sobą w kobiecym poświęceniu się i w dążeniu do oddania się całkowicie drugiemu człowiekowi w taki sposób, że nie służy to własnemu człowieczeństwu kobiety ani człowieczeństwu drugiego, a jednocześnie kobieta taka traci zdolność wykonywania innych zadań.

Z tym zakłamanym dążeniem do podkreślenia własnego znaczenia wiąże się także wypaczone pragnienie całości i dopełnienia: pragnienie orientowania się we wszystkim, a stąd pokosztowania wszystkiego i nie zagłębiania się w niczym. (…) Kto jakąś rzecz gruntownie opanuje, ten jest bliżej pełnego człowieczeństwa niż ten, kto nigdy nie ma pod nogami twardego gruntu.”

O tym, jak ustrzec się tego typu nieprawidłowości, będzie jeszcze mowa później. Tymczasem wróćmy do poruszanej wcześniej sprawy: Kim jest ów człowiek integralny, o którym wspominała Edyta Stein? To osoba, w której obraz Boga zachowuje najwyższą możliwą czystość, „wolą kieruje rozum, a władze niższe są pod kontrolą poznania i woli”. Każdy ma w sobie pragnienie by się nim stać. U kobiet to dążenie może być bardziej widoczne ze względu na jego związek z przeznaczeniem do bycia towarzyszką i matką.

„Być towarzyszką-czyli ostoją i wsparciem; żeby zaś tym być, trzeba samemu mocno się trzymać a to jest możliwe tylko wtedy gdy wewnątrz wszystko jest należycie uporządkowane i zrównoważone. Być matką – czyli piastować autentyczne człowieczeństwo i strzec go, i dopomagać w jego rozwoju. Znowu – żeby temu sprostać, trzeba je najpierw mieć samemu i dobrze wiedzieć, co to znaczy; w przeciwnym razie nie można być przewodnikiem na tej drodze.”

Edyta Stein zwraca uwagę na to, że „(…) tajemniczy proces rozwoju nowego stworzenia w matczynym organizmie jest tak głęboką jednością rzeczywistości cielesnej i duchowej, że nietrudno zrozumieć, że jedność ta charakteryzuje całą naturę kobiecą.” W związku z tym istota każdej kobiety jest przeniknięta przez macierzyństwo tzn. niezależnie od tego czy jest lub będzie żoną i mamą, może odnaleźć i rozwinąć w sobie predyspozycje do wspierania rozwoju człowieczeństwa w innych ludziach.

„Duchowe predyspozycje związane z jej przeznaczeniem na małżonkę i matkę nie zamykają się w ścisłych granicach małżeńskich relacji i fizycznego macierzyństwa, lecz mogą w swym oddziaływaniu służyć każdemu, kogo kobieta spotka w swym życiu. W ten sposób także kobieta pozbawiona możności małżeństwa i macierzyństwa, albo dobrowolnie z nich rezygnująca, może realizować swe przeznaczenie w sposób bardziej uduchowiony. Wszędzie, gdzie człowiekowi samotnemu, a w szczególności znajdującemu się w materialnej lub duchowej potrzebie, dopomaga, otaczając go współczującą i rozumiejącą miłością i radami, tam jest towarzyszką życia, sprawiającą, że »człowiek nie jest sam«.”

Aby kobieta potrafiła wyjść naprzeciw drugiemu człowiekowi i odpowiedzieć na jego potrzeby, jej dusza powinna przybrać określony kształt, scharakteryzowany przez Edytę Stein w taki sposób:

(…) dusza kobiety musi być szeroka i otwarta na wszystko, co ludzkie; musi być cicha, żeby gwałtowne wichury nie gasiły słabych płomyków; musi być ciepła, żeby nie uschły delikatne kiełki; musi być jasna, żeby w zakamarkach i fałdach nie zagnieżdżały się szkodniki; zamknięta w sobie, żeby czynniki zewnętrzne nie zagrażały życiu wewnętrznemu; uwolniona od samej siebie, żeby znajdowało w niej miejsce życie kogoś drugiego; a wreszcie ma być panią samej siebie i swego ciała, ażeby cała jej osoba była gotowa usłużyć na każde wezwanie.” 

Zadaniem kobiety jest poszukiwanie ukrytego wewnątrz innych skarbu i ciężaru. Jej wewnętrzna przestrzeń musi się poszerzać, by mogła pomieścić w sobie to, co odkryje. „Dusze kobiet są tak często i tak bardzo w stanie poruszenia, a ruch już sam z siebie często tworzy zakłócenia ciszy; kobiety mają nadto wielką ochotę to uzewnętrzniać i o tym opowiadać.” Jednak „(…) kiedy pełne szmerów ja całkowicie zniknie, wtedy pojawi się wolna przestrzeń i cisza – wtedy coś innego będzie w mogło w niej znaleźć dla siebie miejsce i stanie się dosłyszalne.”„Dusza kobiety jawi się naprzód jako mroczna i ciemna nieprzenikniona dla siebie samej i dla innych. Promienną czyni ją dopiero Boskie światło.”

W tym momencie można się zacząć zastanawiać, co zrobić, by wypracować w sobie wyżej wymienione wyżej cechy. Jednak, jak pisze Edyta Stein: „Myślę, że w grę wchodzi tutaj nie tyle różnorodność przymiotów, zajęcie się każdym z nich osobno i przyswojenie ich sobie, co raczej prosty, całościowy stan duszy, ujmowany z różnych stron w tych przymiotach. Stanu tego nie możemy stworzyć własnymi siłami, konieczna jest tu pomocą łaski.”

Formacja: praca i środki nadprzyrodzone-łaska

Wiemy już na czym polega potencjał kobiety. Jednak jej naturalne predyspozycje mogą się rozwinąć tylko wtedy, gdy zostaną poddane odpowiedniej formacji. Jako jedno z narzędzi służących kształtowaniu charakteru Edyta Stein wymienia pracę.

„Jak można teraz ten surowy materiał specyficznych cech kobiecych, z wszystkimi jego wadami i słabościami (…) przekuć w oczyszczoną i wartościową kobiecość? Pomocny jest tutaj zwłaszcza pewien środek naturalny: solidna, rzeczowa praca. Każda taka praca, niezależnie od jej rodzaju – gospodyni domu, rzemiosło, nauka itd.- wymaga stosowania się do praw danej rzeczy, pozostawienia na boku własnej osoby, myślenia o sobie, jak również wszelkich humorów i nastrojów. Kto tego się nauczył, ten stał się „rzeczowy”, stracił coś z „nadmiaru osobowości” i osiągnął pewną wolność od siebie samego, a jednocześnie przeniósł się w jakimś punkcie z powierzchowności do głębi i ma coś, na czym może się oprzeć. Już ze względu na tę wielką zdobycz osobistą – abstrahując całkowicie od wszelkiego przymusu ekonomicznego – każda dziewczyna powinna posiąść solidne wykształcenie zawodowe i po tej nauce mieć jakieś zadanie, które będzie w całości wypełniać. (…) Ponieważ rzeczowa praca, którą uważam za lekarstwo na wady specyficznych cech kobiecych, jest tym, do czego jest na ogół z natury skłonny mężczyzna, można by też powiedzieć: odtrutkę na „nadmiar kobiecości” stanowi pewien dodatek męskiej natury. Znaczy to jednak zarazem, że na tym stopniu nie możemy pozostać. W ten sposób osiągnęlibyśmy tylko jakieś upodobnienie do typu męskiego, co rzeczywiście zdarzało się w początkach ruchu kobiet, i nie byłby to wielki sukces ani dla nas samych, ani dla innych. Musimy pójść dalej i od postawy rzeczowej przejść do prawdziwej osobowej (…). Tutaj potrzebne jest jednak poznanie autentycznego człowieczeństwa, czyli idealnego obrazu, a także poznanie jego założeń, jak też odchyleń od niego – w nas samych i w innych – swoboda spojrzenia, uniezależnienie się od nas samych i od innych oraz potrzebna do podjęcia pewnych koniecznych, praktycznych ruchów siła, której absolutnie nie można nabyć samymi ludzkimi środkami. Żadna wiedza książkowa nie może naszym ślepym oczom dać tej ostrości spojrzenia, żaden wysiłek woli nie może dać energii potrzebnej do wycinania dzikich pędów nas samych i w drogich na ludziach. Konieczna jest pomoc środków nadprzyrodzonych.”

Warto podejmować pracę nad sobą, jednak nasze wysiłki mają ograniczoną skuteczność. Osiągnięcie dojrzałości jest możliwe tylko dzięki łasce. Ona bowiem może przemieniać naszą naturę od wewnątrz, podczas gdy my sami próbujemy nadać sobie kształt od zewnątrz.                                

„Człowiek dojrzały, który budzi się do życia w duchowej wolności, zostaje oddany w swe własne ręce. Jako mający wolną wolą, może sam pracować nad swoim kształtem, może dobrowolnie uruchamiać swe władze duchowe i w ten sposób troszczyć się o ich kształtowanie: na kształtujące go wpływy może się otwierać albo się na nie zamknąć. Tak jak siły kształtujące go od zewnątrz, podobnie on sam jest związany danym mu materiałem i pierwszą działającą w nim siłą nadającą kształt; nikt nie może uczynić siebie samego czymś, czym nie jest ze swej natury. Istnieje tylko jedna siła kształtująca, która w przeciwieństwie do dotychczas wymienionych nie jest zamknięta w granicach natury, lecz może jeszcze od wewnątrz przemieniać sam wewnętrzny kształt: jest to siła łaski.”

Oprócz otwierania się na przemieniającą moc łaski, która jest kluczowym elementem formacji, warto zadbać również o pewne inne sprawy, na które mamy wpływ. Tak jak ciało potrzebuje wartości odżywczych z pokarmu, który jest dostarczany z zewnątrz, tak też dusza potrzebuje stosownej „strawy” aby mogła wzrastać. 

„Możliwość wzrastania jest uwarunkowana przyjmowaniem czegoś. (…) tylko to, co dusza przyjmuje wewnętrznie, wchodzi w jej własny byt w ten sposób, że możemy mówić o wzroście i formacji; to, co przyjmują wyłącznie zmysły i rozum, pozostaje poza stanem jej posiadania.”

„W duszy kobiety znajduje się szczególnie silnie wrodzone pragnienie takich karmiących duszę wartości: jest ona otwarta na piękno, łatwo zachwyca się tym, co moralnie szlachetne, przede wszystkim jednak otwarta jest na najwyższe ziemskie wartości – na wartości niewymowne, osadzone w samym bycie duszy. Dlatego bez wątpienia słusznie jeszcze kilka lat temu w formacji dziewcząt w dużej mierze uwzględniano materiały „kształtujące uczucia”: literaturę, sztukę, historię.”     

Edyta Stein podkreśla znaczenie ćwiczenia rozumu dla formacji – także tej duchowej. 

„Jeśli dusza ma być należycie uformowana, a nie zdeformowana, musi mieć zdolność porównywania i rozróżniania, określania oceny i miary. Nie powinna – ulegając nieokreślonemu entuzjazmowi – kierować się marzycielstwem; powinna mieć subtelny zmysł odczuwania i wyostrzony, krytyczny osąd.

Składa się na to w pierwszym rzędzie dobrze wyćwiczony rozum. Mimo, iż zdolność abstrakcyjnego myślenia jest zazwyczaj niższa u kobiet i samo czysto rozumowe przyjęcie nie decyduje jeszcze w sposób istotny o formacji, to w królestwie ducha kluczowe znaczenie ma rozum; stanowi on oko, przez które przenika światło do mroków duszy.”                           

„Rozum (…) może i powinien być przymuszany do działania. (…) Kształtowanie rozumu nie powinno jednak dokonywać się kosztem kształtowania uczuć. Równałoby się to czynieniu środka celem.”

Kształtowaniu należy poddać także uczucia i wolę. Okazje ku temu stwarza praktyczne działanie. Edyta Stein wspomina również o tym, że obejmująca całość formacja powinna zawierać ćwiczenie ciała – ciało i dusza mają rozwijać się harmonijnie, a nie jedno kosztem drugiego (jednak ciało ma podlegać duszy).

„Należy przy tym pamiętać, że oprócz teoretycznego istnieje również rozum praktyczny. Wyćwiczenie tej władzy jest sprawą nadzwyczaj doniosłą dla dalszego życia, a polega ono nie na rozwiązywaniu problemów teoretycznych, lecz na posługiwaniu się nim przy pełnieniu konkretnych zadań. Odpowiada to także naturze kobiety, ponieważ jest ona nastawiona bardziej na konkret niż na abstrakcję. Zawiera się w tym jednocześnie ćwiczenie woli, od której ciągle się czegoś oczekuje: dokonywania wyboru, podejmowania decyzji, rezygnowania z czegoś, ofiar itd. Jest to też nieodzowne dla należytego kształtowania uczuć. Czy entuzjazm jest autentyczny, czy rzeczywiście sprawy wyższe przekładamy nad niższe itd., okazuje się dopiero wtedy, gdy przekonanie i wewnętrzne nastawienie trzeba przełożyć na działanie.”

„Człowiek jest w końcu z samej swej natury przeznaczony nie tylko do otrzymywania, ale także do działania, do kształtowania otaczającej go rzeczywistości zewnętrznej. Dlatego aktywizacja własnych zdolności praktycznych i twórczych stanowi istotną część procesu formacji. A od większości kobiet oczekuje się w życiu przydatności praktycznej. Kobiety praktyczne, energiczne, stanowcze i ofiarne potrafimy wychować tylko wtedy, gdy pozwolimy im działać już w wieku szkolnym.”

Zdaniem Edyty Stein „sednem wszelkiej formacji kobiet musi być formacja religijna.” Tłumaczy to w ten sposób:

„Moglibyśmy też powiedzieć, że religijna formacja równa się posiadaniu żywej wiary. Posiadanie żywej wiary oznacza poznanie Boga, kochanie Go i służenie Mu. Kto zna Boga (w tym sensie i w tej mierze, w jakiej poznanie Boga – dzięki światłu przyrodzonemu i nadprzyrodzonemu – jest możliwe), ten może Go tylko kochać, a kto Go kocha, temu nie pozostaje nic innego, jak Mu służyć. Tak więc żywa wiara jest sprawą rozumu i serca, działaniem woli i czynem. Kto potrafi ją w sobie obudzić, ten ćwiczy wszystkie swe władze. Obudzenie jej domaga się jednak zaangażowania wszystkich władz; nie wystarczy tu sama sucha nauka, rozmowa; nie wystarczy też samo uczucie budzące entuzjazm; konieczne jest uczenie się religii, które rodzi się pełni własnego życia religijnego i wprowadza w głębiny Bóstwa oraz potrafi ukazać Jego łaskawość; które roznieca miłość i domaga się potwierdzenia jej czynem, gdy samemu się ich dokonuje.”

Tak jak zostało wspomniane na początku tego tekstu, kobiety charakteryzuje nastawienie na osobę i dążenie do całości i pełni. Później była mowa o macierzyństwie, które wiąże się z oddaniem siebie samej. Gdy połączymy te wszystkie aspekty, zrozumiałe staje się dlaczego kobiety mają w sobie pragnienie, by w pełni oddać samą siebie drugiej osobie (lub Osobie).

(…) jest w niej [kobiecie] naturalne pragnienie całkowitego oddania się na własność. Gdy dobrze zrozumiała, że wziąć ją całkowicie na własność nie potrafi nikt inny poza Bogiem oraz że całkowite oddanie się na własność komuś innemu jest grzeszny rabunkiem wobec Boga, wtedy takie oddanie się nie będzie już dla niej ciężarem, wtedy uwolni się też od samej siebie. Wtedy też oczywiste stanie się dla niej zamknięcie się w swej twierdzy; przedtem była wystawiona na gwałtowne, ciągle przenikające do jej wnętrza ataki z zewnątrz i sama też wychodziła z siebie, żeby na zewnątrz szukać czegoś, co by mogło zaspokoić jej głód. W tej swojej twierdzy jest władczynią jako służebnica swego Pana i w ten sposób, gotowa jest usługiwać każdemu (…)”

Kobieta może osiągnąć wolność od samej siebie, gdy odda siebie Temu, który ją stworzył. Jej pragnienie bycia kochaną tylko dzięki Niemu może zostać w pełni zaspokojone. Kobieta znajdująca oparcie w Bogu zyskuje pewien stopień wewnętrznej niezależności od innych ludzi, a równocześnie staje się zdolna do tego, by ich prawdziwie kochać. Dzięki temu, że zaufała Bogu, nie musi się już niczego obawiać – jej życie jest kształtowane przez łaskę „Bo kto się odda Panu, ten nie ginie, gdyż Pan mocen jest ustrzec go, oczyścić, wysublimować i nadać właściwą miarę.”  Wzorem integralnego człowieczeństwa, które może stać się udziałem każdego, kto odda się Bogu, jest Jezus.

„(…) gdzie mamy konkretny obraz integralnego człowieczeństwa? Obraz Boga w ludzkiej postaci znalazł się wśród nas w Synu Człowieczym Jezusie Chrystusie. Gdy rozważymy ten Obraz, taki, jaki do nas mówi w prostym przekazie Ewangelii, wtedy otwiera on nasze oczy. Im lepiej poznajemy Zbawiciela, tym bardziej ulegamy tej wzniosłości i łagodności, tej królewskiej wolności, której obce są wszelkie inne więzy poza poddaniem się woli Ojca: wolności od wszystkich stworzeń, stanowiącej jednocześnie podstawę miłosiernej miłości do każdego stworzenia. A im głębiej przenika w nas ten Obraz Boga, im bardziej rozbudza naszą miłość, tym bardziej wrażliwi stajemy się na wszelkie odchylenia od niego w nas samych i w innych; otwierają się nasze oczy na rzeczywiste poznanie człowieka, wolne od wszelkiego upiększania. A kiedy już brak nam sił i coraz trudniej jest nam wnosić widok ludzkiej słabości nas samych i u drugiego, wtedy trzeba znowu tylko spojrzeć na Zbawiciela; On nie odwrócił się ze wstrętem od naszej nędzy, ale właśnie z powodu tej nędzy przyszedł do nas i wziął ją na siebie. (…). Gdy jesteśmy bezradni i nie wiemy, gdzie szukać pomocy, wtedy On sam nam dostarcza lekarstwa. Przez swe sakramenty oczyszcza nas i umacnia. A gdy zgodnie z jego wolą zwracamy się do niego z ufnością, wtedy Jego duch coraz głębiej nas przenika i przekształca. Przyłączając się do Niego, uczymy się obywania się bez ludzkiego wsparcia oraz zyskujemy wolność i moc, które musimy mieć, ażeby służyć wsparciem i podporą dla innych. On sam nas prowadzi i pokazuje nam, jak mamy prowadzić innych. W ten sposób przez Niego osiągamy integralne człowieczeństwo i jednocześnie odpowiednią osobową postawę. Kto na Niego patrzy i do Niego się zwraca, ten widzi Boga, prawzór wszelkiej osobowości i kwintesencję wszelkich wartości. Tutaj jest odpowiednie miejsce na oddanie się, do którego skłonna jest kobieca natura; tutaj znajdujemy też z drugiej strony absolutną miłość i oddanie, których na próżno szukamy u ludzi. Oddanie się Chrystusowi nie czyni nas ślepymi i głuchymi na to, czego potrzebują inni; przeciwnie – szukamy teraz obrazu Boga we wszystkich ludziach i chcemy im wszędzie dopomagać do życia wolności. Teraz możemy w związku z tym również powiedzieć: specyficzna wartość kobiety polega w istocie na szczególnej wrażliwości na działanie Boga w duszy, a pełnię osiąga wtedy, gdy z ufnością i bez oporu poddajemy się temu działaniu.”

Myśli Edyty Stein najlepiej podsumowują jej własne słowa:

„(…)specyficzne cechy kobiece wskazują na doniosłe zadanie: rozwijania autentycznego człowieczeństwa w sobie samej i w innych. W tych specyficznych cechach kobiecych obecne są jednak również niebezpieczne zarodki, które zagrażają rozwojowi jej specyficznych wartości i tym samym należytemu wypełnianiu tego zadania. Niebezpieczeństwom tym można zapobiec jedynie poprzez staranne ćwiczenie się w szkole pracy i dzięki wyzwalającej mocy łaski Bożej. Naszą misją jest bycie sprawnym narzędziem w rękach Boga i realizowanie Jego dzieła w miejscu, do którego nas zaprowadzi. Jeśli je wykonujemy, wtedy czynimy to, co najlepsze dla nas samych, dla naszego bliższego otoczenia i tym samym jednocześnie dla całego narodu.”

Źródła:

„Światłość w ciemności” Edyta Stein-s. Teresa Benedykta od Krzyża

„Kobieta. Pytania i refleksje” Edyta Stein-s. Teresa Benedykta od Krzyża  

„Zawód mężczyzny i kobiety według natury i łaski” w: Z własnej głębi. Wybór pism duchowych, 1978, t. II, str. 35, Edyta Stein 

Polecam przeczytać również:                                                                   

Mulieris dignitatem − list apostolski Jana Pawła II o godności i powołaniu kobiety

Przemówienie Kard. Stefana Wyszyńskiego prymasa Polski do dziewcząt polskich                                                                                                                     

Wrocławianka


Sympatyk Skautów Europy

Z Biblią na Bonda

Na samym początku śpieszę z informacją, że tekst nie będzie zawierał spoilerów. Sam ich nie lubię i szanuję to, że inne osoby mogą mieć podobne odczucia. Brak odniesień do fabuły nie przeszkadza mi jednak na zachwycanie się nią w kontekście najnowszego filmu z Danielem Craigiem w roli agenta 007, noszącego tytuł „Nie Czas Umierać”. Będzie natomiast sporo nawiązań do pozostałych filmów z serii, połączonych z ich interpretacją w świetle Słowa Bożego. Innymi słowy – odniosę się do serii filmów o Jamesie Bondzie odkodowując je przy pomocy Pisma Świętego.

Po co chodzimy do kina?

Standardowy zespół objawów przy pójściu na film do kina młodych dorosłych to cola, popcorn i miła osoba towarzysząca. Przed pójściem na film „Nie Czas Umierać” nie spełniłem tych wszystkich wymagań, nie mniej seans uznaję za niezwykle udany. Tym bardziej, że dodatkowym gościem zabranym ze sobą do kina była w moim przypadku Biblia, przy której regularnie modlę się podczas Godziny Drogi. Zabrałem ją celowo, aby pomogła mi w mojej Przestrzennej misji specjalnej, czyli napisaniu tego artykułu. Nie zawiodłem się, o czym napiszę na końcu.

Jest wiele powodów, dla których chodzimy do kina. Pytanie o jeden główny, ociera się o pytanie po co w ogóle potrzebna jest nam kultura i sztuka. Biorąc pod uwagę fakt, że za przewodnika po dziełach kultury wziąłem sobie Pismo Święte, postanowiłem podejść do tego pytania metodycznie, analogicznie do wchodzenia w relację z Bogiem poprzez modlitwę myślną Lectio Divina. Pewien żyjący w średniowieczu kartuz opisał stopnie, po których czytający Pismo Święte wznosi się do Boga. Są to znane wielu z nas lectio, meditatio, oratio i contemplatio.

Lectio odpowiada uważnemu czytaniu fragmentu Pisma. W odniesieniu do filmu, tudzież innego dzieła kultury, jest to skupienie się na historii, jaką one przekazują. Meditatio, to w odniesieniu do Pisma Świętego rozważanie, dosłownie „przeżuwanie słowa”. Przy filmach są to dla mnie szczególnie momenty, w których coś przykuje moją uwagę i znajdę w jakimś fragmencie odniesienie do innych dzieł kultury lub sytuacji życiowych.

Oratio to modlitwa fragmentem Pisma, który szczególnie przykuł naszą uwagę. Czy można się modlić nie tyle podczas oglądania filmu, co samym oglądaniem filmu? Osobiście uważam, że tak. Czym jest bowiem modlitwa, jeśli nie mówieniem i słuchaniem Pana Boga. W czasie modlitwy filmem mówią moje myśli, a słucham przekazu, który przychodzi wraz z rozwojem fabuły i interpretacji, którą w kontekście własnego życia podsyła mi moje sumienie.

Wreszcie contemplatio, czyli miłosna obecność przy Bogu. W kontekście dzieł kultury myślę, że wiele cech wspólnych można znaleźć w procesie oczyszczenia, tj. katharsis. Towarzyszy ono oglądaniu, uniesieniom, emocjom i oczyszczaniu z nich, w ramach bycia poprowadzonym przez dzieło sztuki.

Po co nam zatem dzieła sztuki? Są paliwem. Nie dla tej wspomnianej machiny interpretacyjnej – ona pozwala jedynie uzyskać więcej energii, jak silnik o dużej mocy. Są przede wszystkim paliwem dla naszej duszy. Święty Paweł mówił o tym, że nasz byt składa się z ciała, duszy i ducha. Dusza jest mieszkaniem dla ducha naszego i Ducha Świętego. Nasz duch karmi się między innymi dziełami kultury. Duch Święty uzewnętrznia w nas swoją obecność, podczas karmienia osobowej relacji z Bogiem. Idąc na nowego Bonda z Biblią, wzmocniłem więc obydwu mieszkańców własnej duszy.

Powyższa interpretacja roli dzieł sztuki w życiu człowieka, jest jedynie autorską tezą. Nie na wszystko jestem w stanie zdobyć przypis ani nie wiem, czy uzyskałbym na nią imprimatur. Pozwoliła mi jednak przeżyć niezwykle owocnie czas spędzony w kinie. Pozwala również czerpać więcej ducha i mocy z różnych innych dzieł kultury.

Zasady są po to, aby ich przestrzegać

Trzymając się zasad można oszczędzić sporo czasu spędzanego na wymyślaniu własnych. Podążając za wskazaniami średniowiecznego mnicha, wiele osób odnajduje więcej głębi w czytaniu Pisma Świętego, niż gdyby robiło to „po omacku”.

Trzymając się biblijnej interpretacji świata, a także metody interpretacji samych świętych pism, można dojść do ciekawych wniosków przy interpretacji dzieł kultury.

Do tak przygotowanego umysłowego warsztatu wprowadziłem mega paliwo w postaci filmu „Nie czas umierać”. Wywołał on mnóstwo skojarzeń jednak, aby uniknąć bezpośrednich odniesień do fabuły, skupię się na samej koncepcji filmów o Bondzie.

Misja Królestwa

W ramach bezpośrednich przygotowań do Wymarszu Wędrownika interpretuje się wraz ze swoim Opiekunem Drogi tekst tego obrzędu. Ważne, by odnieść go nie tylko do natury rzeczy stworzonych, ale również do studium przypadku własnego życia. Co ciekawe, spośród wielu pytań, na które odpowiada przyszły Harcerz Rzeczypospolitej, tylko jedno odnosi się do tego, co jest celem powierzonej mu misji. Jest to oczywiście Królestwo Chrystusa.

Odnosząc życie harcerza lub harcerki, nie tylko HRów i HRek, będących częścią ruchu zawierzonego Maryi, podejrzewam, że często nasze tajne misje wprowadzania Królestwa Jej Syna w całym swoim życiu i świecie, który nas otacza, wymagają sporo ekwilibrystyki myślnej, słownej i behawioralnej. Oglądając serię filmów z Jamesem Bondem będącym w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, można tu znaleźć wiele analogii do własnego życia harcerskiego.

Obrzęd Wymarszu Wędrownika, Święty Krzyż 2021, fot.: Marek Sydor

Kolejną piękną w mojej ocenie analogią, jest porównanie do sytuacji, która również jest elementem każdej Bondowej historii, to znaczy splatania się życia osobistego Bonda z wielką misją światową, którą aktualnie pełni. Odnosząc to do swojego życia: jest to poszukiwanie miejsca na tej ziemi, w drodze do nieba, znane pod nazwą rozeznawania powołania. Przez tajemnice wiary jest ono związane z Wielką Misją – Zbawieniem i Odkupieniem rodzaju ludzkiego, które wypełnił Jezus Chrystus na krzyżu. Nasze małe sprawy, nasi mali szefowie „M”, może nie są zbyt podobni w pełnionych misjach do szefów i misji MI6, ani tym bardziej do ogromnych spraw wiary. Ale czy nie są właśnie nimi w naszych sercach?

Pewnym kontrowersyjnym wątkiem każdego filmu z Bondem jest jego, w zależności od serii, większa lub mniejsza rozwiązłość seksualna. Cóż, rozbijając wątki romantyczne Bonda na czynniki pierwsze, można w nich moim zdaniem odnieść się do i wzmocnić kulturowo, nie tylko powołanie do małżeństwa, ale ogólnie powołanie do miłości z krwi i kości.

Te czynniki to: otwartość na łaskę Bożą, umiejętność wejścia z nią w relację i udzielenia szczerej odpowiedzi na jej wezwanie. Dalej, nieprzywiązywanie się w sposób transcendentno-kultyczny do rzeczy i osób tego świata oraz nieustawanie w poszukiwaniu pereł i cieszenia się z odkrytych skarbów Królestwa Bożego w najbliższym otoczeniu.

Jak to dostrzegłem w filmach o agencie 007? Znalazłem jeden prosty sposób – krytycy filmowi mnie znienawidzą.

Słowa, które stają się ciałem

Skarby te znalazłem w ogromnej potrzebie cnót wszelkich, z miłością agape na czele, poprzez umiłowanie prawdy, słowność, szczerość, szlachetność, wierność, stałość, odwagę, męstwo i wiele wiele innych, którą to potrzebę wypełnia za nas Bond. James Bond.

Jego misje – mają wypełnienie w jego czynach, jego słowa – mają moc honorowego zobowiązania, które staje się obowiązującym statusem w relacji czy świecie fabuły filmu.

Cnót nie trzyma się w worku. Są pojęciami abstrakcyjnymi, które opisują stan człowieka, będącego w ciągłej gotowości do pełnienia dobra. Myślą, mową uczynkiem i zadbaniem. Pragnienie cnót, poszczególnych cech czy zachowań, nie jest więc potrzebą naprawienia świata – to się robi przy okazji. „Pragnienie pragnieniem zostaje” cytując Grzegorza Przemyka w słowach z wiersza o Jonatanie. Pragnienie cnót, staje się pragnieniem konkretnego człowieka, który je wypełnia. Relacji z nim. Osobowej miłości. Nie jest jakąś tam potrzebą porządku. Odwiecznym upragnieniem świata jest Serce Jezusa, jeśli ufać litaniom. Serce Boga. Człowiek nie rodzi się z takim Sercem. Może je ukształtować świadomie otwierając się na Bożą łaskę i ćwicząc w dobrej woli.

Jak to się ma do rozwiązłości Bonda? Cóż. Znam tylko stronę męską tego pragnienia, które ona wyraża i to raczej w ramach studium przypadku niż przeglądu. Nie mniej, mam nadzieję, że opisując ten auto-przypadek zilustruję pewną prawdę.

Przez chemię do gwiazd

W obecnym szefowo-HRowym stadium rozwoju, wciąż działa na mnie chemia mózgu. Neuroprzekaźniki skaczą sobie po synapsach, tworząc różne myśli i odczuci. To dobrze. To oznaka życia, najważniejsza ze wszystkich. Patrząc od strony śmierci, tylko śmierć mózgu jest nieodwracalna dla człowieka tej ziemi. Patrząc od strony życia, ile życia w mózgu tyle nadziei.

Ogarniając uniwersum własnej głowy, realizujemy jedną z dwóch najważniejszych misji rozwoju biologicznego. Są to wzrost i różnicowanie. Psychika wzrasta wraz z człowiekiem. Dobrze by było, gdyby również adekwatnie się rozwijała. Potrzeba do tego sporej determinacji, skupienia i pracy umysłowej. Efektem tych wysiłków może być nawet Królestwo Chrystusa w całym swoim życiu. Dlatego warto się tego rozwoju podjąć.

Kiedy różnicując drogi powołania, w ramach życiowych misji, dorosły mężczyzna postanowi aktywnie zmierzać w kierunku małżeństwa, nie wystarczy wola walki. Trzeba czasem dokonać rozeznania bojem. Mam tu na myśli próby wchodzenia w relacje z kobietami, którym ma się zamiar ofiarować swoją miłość.

Oglądając Bonda można zatrzymać się na następującym schemacie: dostrzeżenie kobiety, próba (zazwyczaj udana) zdobycia jej serca, konsumpcja związku.

Jednak filtrując to, co przekazuje nam historia agenta 007, przez pełnię człowieczeństwa, objawioną w Słowie Bożym, można dostrzec o wiele więcej.

Decydując się na związek z kobietą, nie decyduje się na związek z jedną jej wersją, tylko wszystkimi obliczami. Tak jak wszyscy ludzie odnajdują prawdę o sobie w Chrystusie, tak wszystkie pragnienia wyrażane pod adresem przedstawicielek płci przeciwnej realizowane są w ramach związku. Tzn. mogą być, choć niestety nie zawsze są. Wystarczy odrobina wyobraźni, wiele miłości, konsekwencja w wierności. Patrząc na różne partnerki Bonda, można wtedy nie tylko zachwycać się pięknymi aktorkami lub zazdrościć powodzenia aktorowi, ale też ucieleśniać jego misje osobiste we własnej misji osobistej dla wybranki serca.

Oddać Królowej co Królowej, a Bogu co Boże

Patrząc z perspektywy wielu godzin spędzanych na filmach o Bondzie i jeszcze większej liczbie godzin spędzanych w życiu na Godzinie Drogi, podsumowanie najnowszej misji agenta 007 oddałem Słowu Bożemu, które zabrałem ze sobą na seans. Otrzymałem Słowo z księgi proroka Izajasza: „Czyś nie Ty osuszyło morze, wody Wielkiej Otchłani, uczyniło drogę z dna morskiego, aby mogli przejść wykupieni?” (Iz 51,10).

Zachęcam wszystkich fanów przygód agenta 007 do podobnego prześwietlenia filmu „Nie Czas Umierać”. Czasem Drogi, Czasem Światła, Czasem Życia. Polecam. Warto.

Krzysztof Żochowski


Krzysztof Olaf Żochowski HR – Sekretarz Redakcji Przestrzeni. Pochodzi z 1. Hufca Garwolińsko-Pilawskiego, gdzie pełni funkcję szefa kręgu wędrowników. Jest asystentem namiestnika wędrowników. Obecnie pracuje jako lekarz stażysta w Szpitalu Powiatowym w Garwolinie.

Czy warto być HR?

Jak to jest z tym Fiat i Wymarszem? Po co to komu? Czy częściej to ważne osobiste wydarzenie, czy jedna z harcerskich formalności? Czy ma realny wpływ na codzienne życie? Czym kierują się osoby składające Fiat lub mające Wymarsz?

Te pytania zadaliśmy HR-kom i HR-rom. I poprosiliśmy ich o szczerość. Mamy nadzieję, że przemyślenia, którymi się z nami podzielili, będą dla Ciebie inspiracją do poszukiwania własnych odpowiedzi.

Motywacja

Dlaczego Fiat/Wymarsz? Żeby mieć lampkę albo kijek? Te akcesoria nie wydają się zbyt praktyczne 😉 HR-ki i HR-rzy, zapytani o swoje motywacje oraz o to, czy teraz byłyby takie same jak wtedy, odpowiadają następująco:

Moją motywacją było wewnętrzne poczucie spójności jako takiej, gdy po wielu latach odkrywania siebie w skautingu, w Kościele i w życiu osobistym uznałam, że czuję się w miarę jednością i chcę to kontynuować służąc jako HRka. Chciałam też czegoś „więcej”, choć kocham Ognisko, wtedy czułam, że wzięłam z niego wszystko, co mogłam, że bardziej chcę dawać niż brać. W sumie to naprawdę „po prostu czułam”, że to już 🙂 Moje motywacje byłyby podobne, bo wciąż odkrywam siebie i ten rozwój, miejmy nadzieję, nie ustanie.

HR-ka od roku, Fiat w wieku 23 lat

Oficjalnie zakończyć formację. Dać świadectwo. Teraz byłyby takie same.

HR od 12 lat, Wymarsz w wieku 27 lat

Bycie związanym ze Stowarzyszeniem w życiu dorosłym, chęć służby, pogłębienie więzi z Bogiem. Tak, teraz mam nadal tę samą motywację.

HR-ka od 14 lat, Fiat w wieku 24 lat

Podjęcie decyzji o tym, że chcę zawsze być blisko stowarzyszenia/służyć mu, a także, że podjąłem już najważniejsze decyzje o swoim powołaniu, rozwoju osobistym i nie wyciągnę dużo więcej ze stowarzyszenia. Teraz motywacja byłaby taka sama, ale myślę, że miałbym wymarsz rok wcześniej.

HR od 5 lat, Wymarsz w wieku 25 lat

Wejście w kolejny etap rozwoju, który będzie dawał kolejne wyzwania/zadania, gdyż zauważyłem, że powoli przestałem się już rozwijać w kręgu. Zauważyłem również, że osiągnąłem już pewną dojrzałość, która daje mi pole do „wymarszu” w dorosłość. Również chęć służenia jako Opiekun Drogi.

HR od 4 miesięcy, Wymarsz w wieku 24 lat

Uznałam, że to dobry czas. Z Ogniska zaczerpnęłam dla siebie tyle ile mogłam, również dałam od siebie sporo i przyszedł czas, by dać przestrzeń do rozwoju młodszym przewodniczkom w Ognisku, ponieważ mimo wszystko naturalnym jest, że starsi wiodą prym, mimo woli wpływają na kształt Ogniska bardziej niż inni. Szczególnie najmłodsze przewodniczki, które nie czują się jeszcze pewnie by decydować, chętnie podążą za głosem starszych, co nie jest zbyt dobre. Generalnie wyciągnęłam z formacji przewodniczki tyle, ile byłam w stanie i poczułam, że nadszedł czas, by zaangażować się w inny sposób i otworzyć się na to, by głównie dawać innym. Istotnym było uświadomienie sobie, iż Fiat nie jest końcem i rodzajem uroczystego wycofania się, zakończenia przygody skautowej, a jedynie otwarciem innych możliwości. Nie musi się on wiązać ze skautową emeryturą, a nawet nie powinien. Ważnym dla mnie było uświadomić sobie, że nie muszę ustawać w służbie po Fiat 😉

HR-ka od 2 miesięcy, Fiat w wieku 23 lat

Formacja harcerska stała się sposobem na moje życie i z perspektywy lat uważam to za trafione.

HR od 29 lat, Wymarsz w wieku 23 lat

Publiczne świadectwo dla młodszych, mające być dla mnie umocnieniem na przyszłość. Tak żeby nie zmienić wyznawanych wartości nigdy o 180st, wiedząc, że się do czegoś publicznie zobowiązuję i inni ludzie polegają na moim słowie i świadectwie. Uznałem, że taka zewnętrzna motywacja będzie mi pomocną w chwilach słabości. Dziś motywacja do Wymarszu byłaby taka sama.

HR od 7 lat, Wymarsz w wieku 28 lat

Chciałem wyraźnie zacząć wymagać od siebie więcej, poza tym czułem, że po prostu chcę – to przecież normalny etap osobistej formacji skautowej. 😉 Teraz to chyba nie miałbym już motywacji do Wymarszu, bo nie działam w skautingu tak aktywnie jak kiedyś.

HR od 2,5 roku, Wymarsz w wieku 25 lat

Przyszedł taki moment, że chociaż było mi dobrze w Ognisku, wiedziałam, że już swoje z niego zaczerpnęłam i czas na dalszy rozwój, już nie samemu, ale u boku przyszłego Męża. Poza tym, sama świadomość tego, że coś wybrałam, że zdecydowałam się żyć konkretnymi wartościami jest czymś ważnym, a jak się tę świadomość przypieczętuje adoracją, obrzędem, wyborem dewizy i symbolu – staje się też dodatkową motywacją, żeby o to dbać.

HR-ka od pół roku, Fiat w wieku 21 lat

Było kilka ważnych motywów. Jednym z nich było danie świadectwa. Potwierdzenie, że wybór drogi z Bogiem to decyzja na całe życie, a nie tylko ulotny akt w przypływie młodzieńczych górnolotnych uczuć. Teksty obrzędu Fiat są aktualne w chrześcijańskiej codzienności i dają szczególną moc w chwilach trudnych. Chciałam także wyrazić poprzez złożenie Fiat, że osoba, która ma liczne obowiązki stanu może jeszcze dać coś z siebie na służbę dla innych.

HR-ka od 5 lat, Fiat w wieku 37 lat

Skauting to moja pasja i w dorosłym życiu chcę kierować się tymi samymi ideałami, w których wzrastałem. Wymarsz to była też ważna chwila … wyjście w dorosłe życie, ale też chęć służenia w Stowarzyszeniu jako HR i jako osoba dorosła. 

HR od 14 lat, Wymarsz w wieku 24 lat

Jedna z formalności, czy ważne, osobiste wydarzenie?

Wszystkie odpowiedzi, które dostaliśmy, wyraźnie wskazują na to drugie. Dla zewnętrznych obserwatorów obrzęd może wydawać się mniej lub bardziej sztuczny. Jednak wygląda na to, że dla osoby składającej Fiat/ mającej Wymarsz obrzęd  oraz czas przygotowania do niego jest głębokim przeżyciem, ważnym momentem w życiu – nie tylko harcerskim, ale ogólnie w życiu. Poniżej wybrane wypowiedzi HR-ów i HR-ek, które to pokazują. 

Nigdy nie myślałam o Fiat jak o czymś do „zaliczenia”. Myślę, że to bardzo smutna opcja i wcale niepotrzebna. Jeśli nie chcesz go składać, nie musisz. I tak będzie w porzo 😉

Tak, był ważnym wydarzeniem. Choć równie ważny był ponad roczny okres przygotowania do Wymarszu. 

Za czasów mojej młodości nie brzmiało to patetycznie, że coś robi się dla Boga, Polski i bliźnich.

I to, i to. Uważam, że Wymarsz jest naturalną konsekwencją bycia wędrownikiem, ale też jest to wydarzenie, które wyraźnie zobowiązuje do konkretnych postaw życiowych – dlatego jest ważne.

Najważniejszy w tym wszystkim był moment, w którym zdecydowałam, że chcę złożyć Fiat i że czuję się na to gotowa. To tak naprawdę w tamtym momencie wydarzyło się we mnie najwięcej. To, co najbardziej mnie poruszyło w samym obrzędzie, to, że zjechało się na niego wiele ważnych dla mnie osób, które chciały tego dnia ze mną być.

Niezmiennie, od wielu lat, uważam ten moment za ważny obrzęd o wybitnym charakterze inicjacyjnym. Jest to bardzo ważne wydarzenie w moim życiu. Wymarsz wędrownika nadal stanowi poważne wyzwanie, aby w życiu osobistym starać się realizować te ideały, które obiecałem realizować. Jest to bardzo trudne, ale konieczne.

Fiat był dla mnie niezwykle osobistym wydarzeniem, poprzedzonym długim przygotowaniem. Uczestniczyły w nim ważne dla mnie osoby. W tym dniu właśnie za nie bardzo dziękowałam Bogu.

Wcześniej myśl o Fiat nie wywoływała we mnie ogromnych emocji, miałam jednak w sobie poczucie, że to dobry czas, właściwy. Z drugiej strony do głosu także dochodziła niepewność i wewnętrzne pytania co później. Na parę tygodni przed przeważał stres spowodowany organizacją i ogarnięciem wszystkiego, żeby wyszło to dobrze, a inne odczucia najwyraźniej oczekiwały na sam moment obrzędu, który był dla mnie ogromnie ważny, emocjonalny i zapamiętam go na zawsze.

Wymarsz podczas wędrówki na Święty Krzyż 2019, fot. Paweł Przypolski

Realny wpływ na życie?

Wszyscy wiemy, jak łatwo zapomnieć o dobrych postanowieniach… Zwłaszcza, jeśli są bardzo ambitne i niezbyt konkretne. Czy z Fiat/Wymarszem jest podobnie? Z wypowiedzi HR-ek i HR-ów wynika, że niekoniecznie. Przynajmniej część z nich twierdzi, że bycie HR wpływa na ich codzienność.

Przypomina mi on o moim powołaniu, serio! Wiem, że jestem powołana do macierzyństwa, ale do posiadania własnych dzieci jeszcze mi daleko. Dzięki powiedzeniu właśnie „Fiat” Panu Bogu przed całym skautingiem, wiem, że mogę to powołanie realizować w inny sposób – odwiedzając przewodniczki na wędrówkach, służąc na obozach szkoleniowych, czy po prostu rozmawiając z tymi, którzy tej rozmowy o skautingu i nie tylko, chcą.

W podświadomości został tekst WW, który przypomina mi się często. Także podczas wgłębiania się w tekst WW w ramach przygotowania młodszych braci, tekst mi się przypomina i staram się nim głębiej żyć.

Moja więź z Bogiem jest pielęgnowana szczególnie przez słowa mojej dewizy, o której pamiętam każdego dnia, Fiat przypomina mi że jestem powołana do służby.

Często w trudnych chwilach, chwilach zwątpienia przypominam sobie słowa wymarszu lub nawet się nimi modlę. To mi pomaga. Oprócz tego oczywiście na co dzień czuję się częścią ruchu, służę młodszym braciom itp.

To, ile dało mi harcerstwo, wciąż mnie mobilizuje, by promować ten sposób na życie.

Treść Wymarszu jest pełna mądrości, pozwala trzymać się właściwego toru, jest to dla mnie taka dobra baza do rachunku sumienia raz na jakiś czas. Przypomina, że praca nad sobą nigdy się nie kończy.

Myślę, że ma, chociaż nie zawsze może zdaję sobie z tego sprawę. Podczas Wymarszu wędrownik otrzymuje Boże błogosławieństwo, które umacnia w nim trwanie w podejmowanych w Wymarszu zobowiązaniach. Wierzę, że ja również zostałem w ten sposób umocniony i dlatego moje życie wygląda tak jak wygląda.

Tak jak wcześniej Przyrzeczenie, Fiat motywuje do ciągłej, codziennej walki o to, żeby żyć jak najlepiej i mierzyć jak najwyżej. 

W zdecydowanej większości przypadków nie. Odwołuje się do niego jedynie w momencie podjęcia decyzji o nowym zaangażowaniu w Ruchu, rozważając również aktualną sytuację rodzinną. W życiu zawodowym, społecznym, rodzinnym -nie.

Zobowiązanie do wspierania ruchu powoduje, że muszę utrzymać pewien poziom moralny w moim życiu. Nasza wspólnota dobrze mnie pionizuje. Dlatego, że mam swoich podopiecznych, rozwijam się, żeby im lepiej pomagać. Bez tego mógłbym się zatrzymać, czyli cofać.

Staram się o konkrety. Stałą formację we wspólnocie: Ekipy Naszej Pani, stały spowiednik, kierownik duchowy. Sakramenty Święte.

Jest to wyraźny punkt odniesienia w postępowaniu moralnym. Zwłaszcza w chwilach, kiedy moje obecne postępowanie nie licuje z ideałami HR-a.

Najcenniejsze są rozmowy z młodszymi braćmi na temat obrzędów, a szczególnie Wymarszu. To pozwala na nowo odkrywać treść, pogłębiać i konfrontować ją z rzeczywistością.

Motywuje do podejmowania służy każdego dnia.

Czy warto zostać HR?

Czy warto być HR? Poleciłbyś Fiat/Wymarsz każdej wahającej się osobie? Dlaczego? Odpowiedzi na te pytania można podzielić na dwie grupy. Część odpowiadających twierdzi, że tak, warto i podaje uzasadnienie. Druga część mówi, że to zależy, kwestia jest indywidualna. Niektórzy podają wskazówki dla wahających się, które mogą pomóc w podjęciu dobrej decyzji.

Tak. Tak. „Mężczyznę poznajemy po tym jak kończy, a nie jak zaczyna.”

Tak. Bez tego nasza pedagogika byłaby niepełna. Jest to jej zwieńczenie.

Warto być harcerzem! Przejście przez etap wymarszu (fiat) to konsekwencja wcześniejszych wyborów. Jeżeli ktoś się waha, to warto najpierw cofnąć się w czasie – najpierw do tych momentów, gdy wszystko było jasne i proste, a potem do tego, co się pokomplikowało i teraz jest przyczyną zawahania. Na każdym etapie naszej formacji powinniśmy mówić, co jest OK, a co nam się nie podoba. Metoda jest sprawdzona, więc trudno uwierzyć, że kogoś mogła rozczarować, a jeżeli rodzą się jakieś dylematy, to czym prędzej trzeba o tym napisać w Przestrzeni.

Tak, warto. Fiat rozpoczyna nowy etap, a w życiu nie można stać w miejscu. Jeśli nie idziemy dalej to efekt jest taki jak byśmy się cofali. Tylko podjęcie nowej dalszej drogi może nas rozwijać. Fiat to podsumowanie dotychczasowej drogi, spakowanie plecaka i ruszenie w świat…

Tak, ponieważ to naturalny etap w rozwoju, który związuje nas z Ruchem, ale dobrze rozumiany nie ogranicza nas. Łączy się z odpowiedzialnością przed innymi, ale z mojej obserwacji wynika, że jest ona podobna jak innych wykształconych, wierzących, patriotycznie nastawionych osób.

Na pewno warto żyć treścią Wymarszu, to publiczne świadectwo jest dla mnie dodatkową motywacją do trzymania się obranej drogi i kierowania się wybranymi wartościami. A bycie opiekunem drogi jest dla mnie mocno rozwijające. 

Poleciłbym, ponieważ jeżeli realnie traktuje się rozwój w czerwonej gałęzi, to Wymarsz jest niezbędnym, naturalnym przystankiem i weryfikatorem tego, co się przepracowało. Skoro rzeczywiście szło się wędrowniczą drogą rozwoju osobistego i osiągnęło dojrzałość, to czemu nie zaznaczyć tego Wymarszem.

Oczywiście, że bym poleciła! Jednak bez presji, wydaje mi się że istotnym jest, aby samemu poczuć, że to najwyższa pora, nie należy się spieszyć, chociaż zwlekanie również nie jest najlepszym pomysłem. To zdecydowanie jest kwestia indywidualna, jednak warto porozmawiać i znaleźć powód wahania. Dopiero na takim konkrecie można pracować 😉 

Stanowczo tak, ale nie jako coś, co ma ułatwić niepodejmowanie żadnych działań skautowych, a coś co ma pomóc rozwijać się podopiecznym i sobie. Jeżeli zostaje się HR i zawalczy się o posiadanie podopiecznych, a potem o nich samych, to polecam. Sam wymarsz dla wymarszu, bo czas i pora to raczej nie.

Polecam, jak najbardziej. Jeszcze jak! Fiat jest dla Ciebie, możesz z niego wyciągnąć jak najwięcej, ale gdy jednak myślisz, że nie chcesz jeszcze podejmować tego zobowiązania, to też okej. Postaraj się jednak do niego przygotowywać: pracuj na śladach, rozmawiaj z Matką Drogi, szefową Ogniska, innymi HR-kami. Bo same przygotowania dają wiele, to są wartościowe treści i rozmowy. Dają one niesamowite pole do poznania i pokochania siebie. A serce dzieli się tym, czym jest napełnione 🙂

Warto, ale to bardzo indywidualna kwestia. Nie naciskałbym na to, jeśli ktoś się waha i ma sensowne wątpliwości to myślę, że nie polecałbym na siłę. W końcu jest to zobowiązanie, a my staramy się żyć w wolności.

To jest bardzo indywidualna decyzja, jeśli skauting to styl Twojego życia, chcesz nadal trwać przy zadaniach i prawach skautowych i dawać siebie innym to Fiat jest najlepsza bramą.

Czy warto być HR? -TAK. Poleciłbyś Fiat każdej wahającej się osobie? -NIE! Tak samo nie polecałabym małżeństwa komuś, kto nie jest pewny co do swojej decyzji. Fiat to nie „zdawanie” do kolejnej klasy albo awans. Bez osobistej pewności i przekonania, że to jest MOJE zobowiązanie i MOJA decyzja ten obrzęd nie ma sensu. Dałabym czas na decyzję.

Bardzo warto, ale wahających się osób nie naciskałbym jakoś mocno. Wymarsz jest dla chętnych i czujących się do tego gotowymi. Myślę, że w decyzji na Wymarsz najcenniejsze są refleksje nad słowami ceremonii, uświadomienie sobie tego, o co w tym wszystkim chodzi. Takie refleksje po prostu warto w życiu i tak w którymś momencie podjąć, Wymarsz zatem jest do tego świetną okazją.

Oczywiście, że warto 🙂 Ale czy poleciłabym każdej wahającej się osobie? Nie. Każdej poleciłabym rozważenie tekstu obrzędu Fiat i wyzbycie się myślenia, że Fiat to jakaś odległa perspektywa czegoś niezrozumiałego. Ale Fiat to decyzja, więc musi być podjęta w wolności i zrozumieniu. Dlatego nikogo bym na siłę nie przekonywała. Natomiast ze swojej strony mogę powiedzieć, że: 1. warto było 2. cieszę się, że tak wybrałam 3. nie, po złożeniu Fiat naprawdę od razu nie pojawiają się zmarszczki, sprawdzone info 😉

Teraz Twoja kolej! Życzymy głębokich przemyśleń i dobrych rozmów!

Fot. na okładce: Monika Wójcik

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Mniej znaczy więcej – o przygotowaniach do OPP opowiada ekipa Namiestnictwa Przewodniczek

Już niedługo, w trzecim tygodniu września, od 17 do 19 dnia miesiąca, wszystkie przewodniczki z Polski zjadą się do Sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej.  To wyjątkowe wydarzenia ma bardzo siostrzany i skautowy charakter. Więcej o przygotowaniach, znaczeniu i tegorocznej edycji opowiadają nam organizatorki – Justyna i Ania.

Ogólnopolska Pielgrzymka Przewodniczek, fot.: Monika Wójcik

Szymon: Drogie Panie, na początek opowiedzcie coś o sobie, kim jesteście, co robicie i jak angażujecie się w organizację tegorocznej pielgrzymki?

Ania: Jestem Namiestniczką Przewodniczek i w tym roku z razem Justyną, która jest szefową OPP, organizuję pielgrzmkę. Wcześniej przez trzy lata ja byłam szefową tego wydarzenia. Tak się tu znalazłam.

Justyna: Jestem asystentką namiestniczki, w ostatnim roku byłam asystentką hufcowej od czerwonej gałęzi. W tym roku jestem szefową OPP, a w poprzednich latach pomagałam w przygotowaniach. Postanowiłam jednak zaangażować się bardziej, bo uważam, że to wspaniałe wydarzenie.

Szymon: Czy dobrze kojarzę, że miałaś coś wspólnego z Euromootem?

Justyna: Dokładnie tak, razem z Karolem Kucharem odpowiadałam za naszą polską ekipę przygotowującą Euromoot.

Szymon: OPP – co właściwie oznacza ten tajemniczy skrót?

Justyna: Ogólnopolska Pielgrzymka Przewodniczek.

Szymon: OPP, to pielgrzymka inna niż pozostałe ponieważ…

Justyna: Dla mnie inna ponieważ uczestniczą w niej tylko dziewczyny, kobiety, przewodniczki i jest skautowa. Skautowa i kobieca. 

Ania: Jest to pielgrzymka, na której wszystkie się znamy. Nie jesteśmy dla siebie obce. Idzie się w swoim ognisku, które jest wspólnotą. Nie są to ludzie anonimowi i przypadkowi. Nawet, jeśli się nie znamy z imienia, to jesteśmy przewodniczkami, tworzymy wspólnotę przewodniczek. To jest dla mnie najbardziej wyjątkowe. Choć, gdy patrzy się z boku, to pielgrzymka jak pielgrzymka – idziemy w kolumnie, czasami śpiewamy, celem wędrówki jest sanktuarium maryjne, Gidle są niedaleko Jasnej Góry.

OPP, fot.: Monika Wójcik

Szymon: Dlaczego ta pielgrzymka jest skautowa? Kiedy można to zauważyć?

Justyna: Myślę, że w charakterystycznych dla czerwonej gałęzi. Bycie w ognisku, gotowanie na ogniu, Godzina Światła, Jutrznia, spanie w namiotach, proste życie. Wyruszamy w drogę i żyjemy w prostocie drogi, co jest charakterystyczne dla czerwonej gałęzi i skautów. Ale też dla pielgrzymów.

Ania: Mamy też wieczorną ekspresję. To wszystko, to są  standardowe elementy wędrówki, które są obecne w czerwonej gałęzi, w ogniskach.

Szymon: Gidle to piękne, ukryte wśród pól sanktuarium Matki Bożej przyzywanej jako Uzdrowicielki Chorych. Nie należy do najbardziej znanych. Jak to się stało, że przewodniczki z całego kraju pielgrzymują właśnie tam?

Ania: Miejsce zostało wybrane w 2017 roku. Wtedy po raz pierwszy odbyła się tam pielgrzymka. Szukałyśmy miejsca, które mogłoby co roku nas przyjmować. Wcześniej sanktuaria się zmieniały. Gidle zostały wybrane też z praktycznego punktu widzenia. Są mniej więcej w centrum Polski.Dominikanie, kustosze sanktuarium, gościnnie nas przyjęli. Już piąty raz, uwzględniając przerwę na pandemię, czwarty, będziemy w tym miejscu.

Szymon: Potwierdzam, że Ojciec Przeor bardzo pozytywnie wyraża się na Wasz temat. Gdy spotkałem go z Zastępowymi i usłyszał hasło ,,Skauci Europy”, to wiedział, o co chodzi i zachwalał współpracę z Wami.

Ania: Oj tak! My również uwielbiamy Ojca przeora.

Szymon: Ile osób brało udział w pielgrzymce na przestrzeni lat?

Ania: Zawsze było około 250-300 osób. Możemy powiedzieć, że około 300. Ile dokładnie osób pojawi się w tym roku wie Justyna, jesteśmy świeżo po zamknięciu zapisów.

Justyna: Na chwilę obecną mamy zgłoszonych 280 osób, czyli bardzo możliwe, że pojawi się ostatecznie około 300.

Szymon: Wspomniałyście o różnych elementach skautowych na pielgrzymce, a jaki jest jej plan, przebieg? Czy z każdym dniem wiąże się jakaś charakterystyczna aktywność?

Ania: W tym roku troszkę zmieniłyśmy, ale zacznijmy od stałych elementów. Dzień pierwszy jest dniem dla ogniska. Nie wymyślamy, skąd dziewczyny idą. Mają podane dokąd mają dotrzeć, ale  same planują sobie trasę. Zawsze jest adoracja, droga, ekspresja sobotnia, nabożeństwo powitalne, po dotarciu do sanktuarium w Gidlach. Pobyt w bazylice rozpoczynamy od nawiedzenia figurki Maryi. W niedzielę jest uroczysta niedzielna Msza Święta, apel i spotkanie z gościem. Małym dodatkiem są spotkania w gałęziach, kiedy.  namiestniczki przedstawiają plany na rok. To taki bonus.

Szymon: Czy w tym roku są jakieś zmiany?

Ania:  Zawsze było tak, że adoracja była w sobotę. W tym roku przesunęłyśmy ją  na piątek. Dzięki temu sobota nie jest tak bardzo intensywna, jak było to do tej pory.

Szymon: Czyli adoracja odbywa się w tym roku bardziej lokalnie na trasach?

Ania: Nie do końca, ponieważ odbędzie się, gdy już wszyscy dojdą na miejsce noclegu. Trwa mniej więcej godzinę. Połączona jest z obrzędem nałożenia krzyży. Wy też chłopaki macie krzyż pielgrzymkowy. My mamy krzyż metalowy. Gdy ktoś dostaje go na pielgrzymce, to nosi już do końca życia. Z tym samym krzyżem przyjeżdża się na kolejne pielgrzymki. Jeśli ktoś pojawi się pierwszy raz, to właśnie wtedy otrzyma go po raz pierwszy.

Szymon: Kto bierze udział w przygotowaniu ekspresji? Czy ogniska mogą się zgłaszać? Jest jakiś konkurs? Czy może wyznaczacie?

Justyna: Podejście do tematu ekspresji zmieniało się wielokrotnie. Kiedyś ognisko, które przygotowywało ekspresję wybierało następne, które za rok ją przygotuje. Później przeszłyśmy do formy konkursowej i przez dwa lub trzy lata to działało. W tym roku ekspresję przygotuje ekipa namiestnictwa we współpracy z chętnymi przewodniczkami.

Ania: Dokładnie! Jak słyszysz, my na Pielgrzymce Przewodniczek szukamy, zmieniamy, eksperymentujemy. Co roku jest inaczej. Są stałe punkty programu, ale mogą być w inny dzień. Pielgrzymka pozostaje niespodzianką i nigdy nie wiadomo do końca, co Cię czeka.

Szymon: Zatem, czy warto, a raczej dlaczego warto wziąć udział w OPP?

Justyna: Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to po to, by dziewczyna, przewodniczka zobaczyła, że nie jest sama; że nie istnieje tylko jej ognisko. Są inne środowiska i przewodniczki. Jest nas naprawdę dużo. To daje poczucie wspólnoty, gdy widzi się trzysta dziewczyn, które wspólnie się modlą. Tym co nas łączy jest skauting i Pan Bóg. To daje poczucie siły i pozytywnie nakręca do działania w swojej jednostce. Ze mną, w nieznane, wyrusza trzysta przewodniczek, to piękne. Dla mnie to bardzo ważne.

Ania: Nie bez powodu pielgrzymka jest na początku roku. Chcemy ten rok zawierzyć Bogu. Podejmowanie służby nie przychodzi bez wysiłku. Dla tych, którzy przeżyli obozy, wędrówki, wędrówki i obozy szkoleniowe, to nabranie sił na nowy rok pracy. Są to swego rodzaju rekolekcje w drodze.

OPP, fot.: Monika Wójcik

Szymon: Rok 2021 wiąże się z pewnymi zmianami, co jeszcze będzie charakterystyczne? Czy możecie zdradzić temat, dane zaproszonych gości, powiedzieć coś więcej o ekspresji?

Justyna: Zawsze jest temat przewodni. W tym roku to ,,Mniej znaczy więcej” słowa zaczerpnięte z Encykliki papieża Franciszka. Będzie to temat przewodni. Można zobaczyć to na naszym fanpage’u na Facebooku, bo opiekun duchowy brat Szymon, kapucyn, nagrał film, w którym tłumaczy, o co chodzi w tym haśle. Będziemy nad nim zatrzymywać się w Godzinach Światła, homiliach, rozważaniach. Będzie przestrzeń, by się nad tym zastanawiać i rozważyć tę encyklikę i ten temat.

Ania: Jeśli chodzi o ekspresję, to tutaj idziemy tematycznie w stronę czerwonej metody. Będziemy mówić o formacji przewodniczki, o kolejnych szlakach, o FIAT . Będziemy się dzielić. Będą świadectwa ciekawych osób. Będzie ona mocno czerwona. Myślę, żę będzie dla niektórych porządkująca i systematyzująca. Będziemy mieć też dwa obrzędy FIAT, w piątek i sobotę.

Szymon: Myślę, że wiem już dostatecznie dużo, ale możecie jeszcze coś dodać. Może podzielcie się, czym OPP jest dla Was.

Ania: Myślę, że jeśli chodzi o przewodniczki, które to będą czytać, bo to je mogę zaprosić, to myślę, że to wyjątkowy czas. Czas rzeczywiście przygotowany dla nich. Wystarczy przyjechać i być. Warto być i jak najlepiej ten czas wykorzystać.

Szymon: A czy jest miejsce dla kogoś z zewnątrz?

Ania: Oczywiście! Można zapraszać swoje koleżanki. Każda przewodniczka może kogoś zabrać. Zaopiekujemy się i przygarniemy.

Justyna: Zdarza się, że jest ktoś z zewnątrz, w tym roku przyjeżdżają przewodniczki z Francji i zostaną przypisane do jakiegoś ogniska. Myślę, że dla kogoś z zewnątrz to idealna okazja, by rozpocząć swoją przygodę ze skautingiem. Ania: Ja też myślę, że to super wydarzenie na początek roku harcerskiego. Można wszystko oddawać Bogu i zaufać, bo będzie dobrze.

Szymon Helbin


Drużynowy z Krakowa, asystent hufcowego ds. harcerzy. Drużynowy od 2017 roku. Zafascynowany metodą Samodzielnych Zastępów oraz twórcą katolickiego skautingu o. Jakubem Sevinem. Pochodzi z Radziechów koło Żywca, a na codzień mieszka, pracuje i studiuje w Krakowie. Prywatnie nauczyciel szkół Sternika z Krakowa zainteresowany edukacją spersonalizowaną.