Konferencja 1 “O władzy” – O. Sebastian Masłowski SI

fot. Szymon Zając

Mt 18, 1-5: “W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.”

 

Mt 20,24-28: “przewodzący narodom uciskają je, dają im odczuć swoją władzę.”

 

Mk 10,41-45: „ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swoją władzę. NIE TAK BĘDZIE MIĘDZY WAMI.”

Mocny, zdrowy mężczyzna. Przygoda, odkrywanie świata, zdobywanie, zwyciężanie. Czyż to nie jest kwintesencją zielonej gałęzi? Czyż to nie jest kwintesencją tego, czego dziś szuka każda korporacja? Elastyczny gość, przed którym stawiamy wyzwania, a on je pokonuje. Jedno za drugim. Wynegocjuje najniższą cenę, gdy trzeba coś kupić. Gdy trzeba coś sprzedać, załatwi podpisanie korzystnego kontraktu tak, aby zmaksymalizować zyski.
Ale wiemy, że nasz ideał rozwoju się na tym nie kończy. Bo po coś jeszcze są ci z czerwonej gałęzi. I u nich ideałem nie jest zdobywanie, wygrywanie, bycie na szczycie, ale przelewanie krwi. Oddawanie życia dla tych najmniejszych.
Oczywiście, już wcześniej te idee są przemycane harcerzom (choćby w geście salutowania: kciuk przytrzymuje mały palec – silniejszy podtrzymuje słabszego itd.), ale dla nich zasadniczo liczy się wygrana.
Zobaczcie, że bycie dla najmniejszych to jest punkt, który tak bardzo nie interesuje tych, którzy są na szczycie, których pozycja jest obiektem westchnień wielu. Np.:
·         Np.: Świetnych prawników, którzy wygrają sprawę nie do wygrania – mniejsza o to, gdzie jest prawda. Liczy się, żeby wygrać.
·         Świetnego managera, który w dżungli współzawodnictwa odstawił innych daleko. Poradził sobie w świecie intryg i w wyścigu szczurów.
·         Szefa firmy czy dyrektora, który wykosił konkurencję.
Zobaczcie, że to ta sama zabawa. Zmieniły się tylko zabawki. Już nie zdobywa podkładek po śrubkach, które zastępują denary w czasie wielkiej gry, tylko zera na rachunku bankowym. Już nie przechytrzył przeciwników znajdując lukę w systemie na wielkiej grze, wykorzystując dostępne legalnie możliwości, ale znalazł lukę w przepisach skarbowych. Już nie ma na ramieniu kolekcji naszywek, ale dobry samochód w dobrym garażu przy domu w odpowiedniej dzielnicy i wakacje na Mallorce, na Gran Canarii, czy też na Hawajach.
I takiego pracownika potrzebuje korporacja. Człowieka, któremu ta zabawa, ta gra się nie znudziła. Bo potrzeba kogoś, kto będzie się piął w górę. Zostanie dyrektorem oddziału, potem regionu, potem czegoś tam jeszcze.
Ktoś, komu nawet nie chodzi już tak bardzo o pieniądze. Ma ich już dosyć. Co jakiś czas dokupi sobie kolejną zabawkę, ok, ale jemu chodzi o wygrywanie, dominowanie. WYGRYWANIE, WYGRYWANIE. To jest samiec α – tak dziś poszukiwany towar. Wielu takich dużych chłopców spotykamy na co dzień.
Nam zaś chodzi o przejście na kolejny etap rozwoju. Przejście z etapu wojownika – który musi wygrać i to jest najważniejsze – do etapu ojca, który troszczy się o tych najmniejszych. Taki pracownik nie jest aż tak poszukiwany. Niewielu mężczyzn oprze się pokusie wygrywania. Mam kolegę, który pracuje w banku, ma możliwości samodzielnego przydzielania kredytów na spore sumy, dom, dwie córki. Był przez chwilę dyrektorem, ale zrezygnował. Gdy zaproponowali mu znowu – odmówił. Woli zarabiać mniej, ale mieszkać tam, gdzie mieszka, nie przeprowadzać się za kolejnymi coraz wyższymi posadkami. Słabo. Na wyższym stołku przyniósłby dużo więcej zysków korporacji.
Przeszedł na wyższy etap rozwoju. Oczywiście, jego dom rodzinny mu w tym pomógł. Jego rodzice byli nauczycielami, którzy chcieli poświęcać czas swoim synom. Byli dla swoich dzieci. Byli z nimi. On to nieświadomie naśladuje. Chce poświęcić czas swoim córkom. Jest z nimi. Choć to nie znaczy, że nie istnieje dla niego nic poza dziećmi. Ma swoje zainteresowania. Rozwija się. Biega. Bierze udział w maratonach.
Bardzo istotną rzeczą jest, aby ten, kto ma władzę, był ojcem. Bo to sprawi, że dla niego od wygrania potyczki ważniejsze będzie ochronienie dzieci. To będzie dojrzałe sprawowanie władzy.
 
Jeśli tego nie ma, dzieją się straszne rzeczy. Konkretne szkody. Choć osobnik wygrywa.
Ten, kto ma władzę, nie lubi, aby podwładni „grali mu na nosie”, wmanewrowywali w różne decyzje. W końcu to on jest szefem i on tu rządzi. à  Prawidłowo. Czy ktoś się do tego przyczepi?
fot. Piotr Gorus
Jednak jeśli zapomnę o tym, że mam być ojcem dla tych najmniejszych, w tym dbaniu o to, abym miał posłuch, może umknąć mi istotna kwestia: jakie konsekwencje będzie to miało dla tych najmniejszych, dla szeregowych harcerzy, dla wilczków. Dlatego właśnie w medytacji kazałem wam przywołać najmniejszego harcerza czy też wilczka z waszej jednostki. Bo to o niego chodzi, bo dla niego robimy to wszystko. Nie dla wielkości Skautów Europy. I przy podejmowaniu decyzji musimy patrzeć, jakie ta decyzja pociągnie konsekwencje dla każdego z tych najmniejszych.
W przeciwnym razie może się zdarzyć, że ucierpią ci na samym dole, choć szef wygra. Nie pozwoli, żeby podwładny grał mu na nosie. Nie pozwoli się wmanewrować w decyzję, którą jego podwładny mu podsuwa i de facto manipuluje w tym kierunku, żeby przełożony „podporządkował się” jego decyzji. Nie da z siebie szydzić. Nie da się nabić w butelkę. A że jako efekt uboczny jakiś zastęp się rozleci – trudno. Że ktoś odpadnie – trudno.
Gdy ktoś z szefów u podłoża swych decyzji kieruje się zasadą: „ja tu rządzę, nie będzie tak jak ty chcesz, ale jak ja chcę”, może wyrządzić masę szkód. Może podjąć wiele działań, które jasno pokażą, kto tu rządzi, pokażą, że nie będzie tańczył, jak mu zagrają, ale jako efekt uboczny dokonają się konkretne szkody w życiu jednostek, w życiu tych najmniejszych. Bo nie kierował się zasadą „co będzie dla nich najlepsze”, ale: „nie pozwolę, by ze mnie kpiono, bo ja tu rządzę. Muszę mieć posłuch i szacunek”. A czasem lepiej by było dla dobra tych najmniejszych, gdyby ustąpił. Ale to oznaczałoby konieczność wyzbycia się dumy szefa. Tego, że on tu rządzi, że jego zdanie jest na wierzchu i że on wygrywa. To oznaczałoby konieczność wyjścia na głupka, frajera, który daje się manipulować, jest słaby i niezaradny…
Tylko bardzo dojrzały człowiek jest w stanie coś takiego zrobić. Ten, dla którego od tego, kto tu rządzi, ważniejsze jest: CO BĘDZIE LEPSZE DLA TYCH NAJMNIEJSZYCH.
To zjawisko występuje wszędzie. Nie tylko u skautów.
Bywają i w innych miejscach szefowie, przełożeni, którzy podejmują na pierwszy rzut oka zadziwiające, niezrozumiałe decyzje. Dziwne decyzje personalne, dziwne przenoszenie ludzi. Wyznaczanie kogoś do pracy, gdzie się nie nadaje, albo gdzie się bardzo męczy i ci, dla których pracuje, też się z nim męczą, bo po prostu się do tego nie nadaje. Dziwne rzeczy. Niezrozumiałe to wszystko. Czy rzeczywiście są one dziwne i niezrozumiałe? Tak, jeśli nie znajdziemy klucza interpretacyjnego, który jest w stanie je wyjaśnić.
Kiedyś miałem okazję obserwować tego typu zjawiska i w pewnym momencie olśniło mnie. Odnalazłem klucz interpretacyjny, który pasował. Wyjaśniał większość obserwowanych zdarzeń. Oto ten klucz: Jeśli pojawia się choć cień wątpliwości, że ktoś nie rozumie, kto tu rządzi, musi być natychmiast poddany reedukacji w tej kwestii”. Tym to sposobem mający władzę dba, aby dany delikwent zrozumiał, kto tu rządzi. Stąd dziwne roszady, przesunięcia, dziwne decyzje.

Czy na tym korzystają ci najmniejsi? Nie. Ale mniejsza o to. Najważniejsze, że jest jasne, kto tu rządzi. Nikt mu nie gra na nosie. On tu ma władzę i On decyduje.

Ktoś bardzo dobrze skomentował zjawisko niewłaściwego sprawowania władzy. Ujął to w celnym sformułowaniu: „Postępuje nie jak ojciec, ale jak urzędnik” – TO JEST SEDNO SPRAWY: Żeby dobrze sprawować władzę, trzeba być ojcem. Bo prawdziwy ojciec dba o swoje dzieci. Nawet jeśli broją. Władca, przełożony zaś chce po prostu mieć porządek, chce pozbyć się problemu i ewentualnie udowodnić, kto tu rządzi. Ojciec zaś chce dobra dziecka. I nawet decydując się na ukaranie, szuka takiej metody, aby dla dziecka wynikło z tego coś dobrego, żeby dziecko się czegoś nauczyło. Nie tylko tego, żeby było sprawiedliwie.
O tym właśnie czytamy w Ewangelii. O tym mówi Jezus w rozważanych przez nas na medytacji fragmentach.
Dlatego trzeba się uniżyć jak to dziecko. Bo tylko ten jest naprawdę wielki. Bo wygrał ze swoją ambicją. I nie będzie nią zaślepiony. I przyjmie takie dziecko w imię Jezusa. A Jezus się identyfikuje właśnie z tymi najmniejszymi i ich los jest Mu bliski.
W filmie o o. Jakubie Sevin słyszeliśmy o byciu starszym bratem. Ale starszy brat jest jak ojciec. Też dba, też chroni, też się opiekuje. Tylko dystans jest mniejszy. To ktoś bliższy. Ktoś, kto się nie wywyższa. Nie jest Panem, ale kimś bliskim. I zaangażowanym.
Każdy z nas odczuwa w tym zakresie pokusę: Żeby udowodnić, kto tu rządzi.
Stąd słowa Jezusa: NIE TAK BĘDZIE MIĘDZY WAMI.
 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Medytacja 1 – O. Sebastian Masłowski SI

Mt 18, 1-5: “W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.”

 

Mk 9,33-37: “Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.”

 
Prośba CD (Ćwiczenia Duchowe) 46: Aby moje pragnienia, decyzje i czyny były w sposób czysty skierowane ku służbie i chwale Jego Boskiego Majestatu.
 
Obraz: Wyobraź sobie scenę: Jezus, który pokazuje nam dziecko. Wyobraź sobie małego wilczka, małego harcerza, najmniejszego z Twojego szczepu, z Twojej drużyny. Zobacz, jak Jezus go stawia przed Tobą, obejmuje ramionami. On go kocha. Nie chce, żeby stała mu się krzywda. Przyjrzyj się temu malcowi, jego twarzy, jego oczom, jego zaufaniu. Jezus daje Ci go za wzór. Masz się stać ufny i oddany Chrystusowi tak, jak ten mały chłopiec jest ufny i oddany swojemu Akeli, swojemu drużynowemu. Jezus każe Ci go przyjąć. Gdy przyjmiesz tego malca, przyjmiesz samego Jezusa.
fot. Szymon Zając

 

Prośba: Abym poznał, czego chce ode mnie Jezus w tym konkretnym miejscu, gdzie jestem. Abym poznał, jak mam sprawować władzę, jak używać siły, autorytetu, które posiadam.
 
1. Kto jest największy?

Ludzi to zawsze interesuje. Kto jest większy, kto jest mniejszy, kto jest najlepszy, kto jest gorszy. Współzawodnictwo. Odznaczanie się, bycie „na wierzchu” mamy we krwi. Chcemy rządzić, chcemy zdobywać, chcemy wygrywać. Kto jest największy wśród nas? Kto tu rządzi? Z rządzeniem wiąże się też kontrola. Chcemy kontrolować sytuację. Nie lubimy być zależni. Nie lubimy podlegać innym, podporządkowywać się.
 
–> Jak się czuję, kiedy tracę kontrolę? W których sferach mojego życia nie mam kontroli?

Czy mam kontrolę w drużynie, szczepie, gromadzie, hufcu, czy wiele rzeczy wymyka mi się spod kontroli? Jak się wtedy czuję, jak reaguję? Jak podchodzę do tych, którzy zagrażają mojemu kontrolowaniu sytuacji?
 
2. Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.

Cechą dziecka jest to, że właśnie nie kontroluje sytuacji. Od niego wiele rzeczy nie zależy. Musi się podporządkować innym. Często się buntuje z tego powodu. Marzy o czasie, kiedy będzie duże i będzie mogło samo decydować o wszystkim. Ale na dziś nie ma wyjścia. Musi słuchać. Musi się poddać komuś większemu od siebie. Patrzcie na tego malca, którego przywołaliście w obrazie. Od jak wielu ludzi jest on zależny. Ilu się musi podporządkować: szóstkowemu, zastępowemu, drużynowemu, szczepowemu, hufcowemu. Patrzcie na tego malca.
 
–> Jan reaguję na myśl, że muszę się stać jak zależne dziecko, muszę się poddać Komuś większemu od siebie? Muszę się zgodzić, że nie wszystko będzie ode mnie zależało?
 
„Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”
 
3. Kto by przyjął takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje

Cały skauting, cała władza, wszystkie akcje są właśnie dla tego malca. Są robione ze względu na niego. On tu jest najważniejszy. Dla niego to się robi. Nie dla setek ważnych osób, nie dla prestiżu, nie dla rozwoju drużyny, hufca, nie dla zdobycia husarii. Dla tego malca. Żeby się rozwinął, żeby wzrastał, żeby dojrzał. Bo w nim mieszka Jezus. Bo przyjęcie tego malca, najmniejszego, najmniej zaradnego, najmniej istotnego w całej strukturze to przyjęcie Jezusa.

Bez niego przecież drużyna by sobie świetnie radziła, nic by się nie zawaliło, nikt by nawet nie poczuł szczególnie boleśnie jego odejścia, wykruszenia się. To właśnie w nim Jezus mieszka i właśnie dla niego jest to wszystko, co robimy.
 
–> Czy podejmując różne decyzje dotyczące drużyny, hufca, różnych akcji, mam przed oczyma tego najmniejszego? Czym mam przed oczyma to dziecko, dla którego nie jestem panem, władcą, ale starszym bratem? Bo bycie szefem to bycie starszym bratem. Bratem, który ma chronić, kochać. Ma autorytet, ale to jest autorytet starszego brata, nie władcy.
 
Rozmowa końcowa:
Porozmawiaj z Bogiem o roli, jaką ma dla Ciebie w skautingu, w rodzinie, w świecie. Roli starszego brata. Tę drogę pokazał nam Jezus, stając się naszym bratem. Choć był Panem, przyjął postać człowieka, choć był Panem, służył nam, choć był Panem, mył nam nogi (co było zadaniem służącego i niewolnika). Proś Go, aby dał Ci łaskę naśladowania Go w sprawowaniu tej władzy. Proś Go o łaskę, abyś uosabiał Go w oczach tych chłopców, do których jesteś posłany. Aby doświadczając Ciebie, mogli doświadczyć Jego: Jego miłości, Jego oddania. Tego, jak Mu zależy na nich. Tego, jak oddaje za nich swoje życie.



 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Jak zostałem harcerzem – O. Sebastian Masłowski SI

Odpowiedzialny za „Przestrzeń” poprosił mnie, abym przed zamieszczeniem materiałów z rekolekcji, które prowadziłem w Wielkim Poście dla wędrowników, dał się bliżej poznać tym, którzy mnie jeszcze nie spotkali. Chciał, abym w ramach przedstawienia napisał, jak to wszystko się zaczęło. Tekst ten może jednak pełnić też inną rolę. Można by go równie dobrze zatytułować: „Jak pozyskać duszpasterza”. W gruncie rzeczy bowiem moje zostanie harcerzem wiąże się w pierwszej kolejności z tym właśnie zagadnieniem.


Ci, którzy słyszeli mnie pół roku temu na Świętym Krzyżu wiedzą, że po raz pierwszy w życiu  spotkałem Skauta Europy jakieś osiem lat temu. Długa jednak była moja droga od tego spotkania do stanu obecnego. Przez dwa – trzy lata tenże harcerz utrzymywał ze mną dość częsty kontakt. Miałem okazję go poznać, zobaczyć, jak działa, jak funkcjonuje, jak myśli. Mogłem też nieco poznać jego świat wewnętrzny. Przy okazji różnych spotkań opowiadał mi wiele o skautingu. Można było wyczuć w nim fascynację, zachwyt. To było autentyczne, ale w żaden sposób nie wywoływało we mnie chęci zaangażowania się w przedsięwzięcie. Cóż, jedni zbierają znaczki, inni biegają po krzakach. Jeśli ich to nie demoralizuje, a wręcz przeciwnie – rozwija, bardzo dobrze. Na zdrowie! Nie oznacza to jednak, że ja muszę mieć z tym cokolwiek wspólnego. Mój chrześniak od kilku lat fascynuje się jazdą na deskorolce. Trenuje godzinami, jeździ na zawody. Ale to nie oznacza, że ja, choć bardzo go lubię, też zacznę jeździć na deskorolce.

Po około trzech latach słuchania opowiadań o skautingu zdarzyło się tak, że miałem lukę do wypełnienia w pracach duszpasterskich. Musiałem bowiem wypełnić różnymi pracami okres dwóch miesięcy. Mogłem tę lukę zapełnić inną pracą, ale ponieważ tyle się nasłuchałem o skautingu, a nie miałem nic ciekawszego do roboty, postanowiłem zobaczyć, jak to funkcjonuje w praktyce. I tak pojechałem na pierwszy obóz. Nie dlatego, że mi na tym bardzo zależało, nie dlatego, że marzyłem o poznaniu tych wspaniałych skautów i w końcu nadarzyła się okazja. Po prostu była luka, nie widziałem nic pilniejszego ani ciekawszego na horyzoncie, więc wybrałem się.
Na obozie, pełnym świeżaków pierwszej klasy, którzy tak ja  w większości przypadków byli na czymś takim po raz pierwszy w życiu, zacząłem obserwować to wszystko, co się działo wokoło. I zobaczyłem świetną metodę kształtowania młodych ludzi. Metodę czynienia z nich osób odpowiedzialnych, zaradnych, umiejących współpracować ze sobą nawzajem, umiejących stanąć na wysokości zadania i nie zdezerterować w sytuacjach nieoczekiwanych, które spotykają ich po raz pierwszy w życiu i nie mają pojęcia, jak się z nimi uporać. Zobaczyłem też świetną metodę przekazywania wiary bez przeładowania religijnymi praktykami. Religijność była aplikowana w dawkach możliwych do strawienia dla ludzi w tym wieku. Metoda świetna. Czemu taka świetna? Przecież organizuje się wiele „wakacji z Bogiem”, gdzie program też nie jest przeładowany praktykami religijnymi. Msza święta odprawiona przez księdza i potem zabawa. Tutaj jednak było coś ciekawego: wiara była przekazywana przez osoby świeckie. Wiemy dobrze, że  rodzice dużo lepiej niż ksiądz przekazują dziecku wiarę. Jeśli oni tego nie zrobią, ksiądz wiele nie zdziała. On może wspomagać ten proces. Nie jest jednak w stanie zrobić tego za rodziców. Tu zaś wiarę przekazywali drużynowi, zastępowi. Nie przez napuszone kazania, ale przez proste rzeczy, które w czasie życia obozowego są naturalne i oczywiste tak, jak oddychanie: wspólna modlitwa, apel ewangeliczny, uczestnictwo we Mszy Świętej. Po prostu odniesienie do Boga obecne jest w każdej chwili. Zastępowy podobnie jak ojciec rodziny każdy posiłek zastępu zaczyna i kończy modlitwą. Drużynowy nie tylko goni chłopców do spowiedzi czy komunii i opowiada niestworzone historie o Bogu, ale sam żyje sakramentami. Oni to widzą, bo przebywając z nim siłą rzeczy go obserwują. Nie znaczy to od razu, że drużynowy jest ideałem moralności. Znaczy natomiast, że walczy o relację z Bogiem, o swój własny rozwój duchowy. To działa lepiej niż długie godziny gadania. To jest dla chłopców bardziej przekonujące niż słowa i czyny księdza, który „musi tak mówić, czy tak robić, bo ma taki zawód”. On musi. Drużynowy, przyboczni i zastępowi nie muszą. Skoro więc oni tak robią, choć nie muszą, coś w tym musi być.
Pomyślałem sobie: „gdybym ja spotkał coś takiego, gdy byłem w tym wieku…”. Widziałem, że to działa. Właściwie intuicyjnie wszedłem w „system”. Stworzyłem z drużynowym tandem, choć na Adalbertusie nigdy nie byłem i nikt mi nie mówił, że istnieje coś takiego jak „tandem wychowawczy”. Określenie „tandem” na to, co powstało, pojawiło się samo w mojej głowie. Po prostu najlepiej pasowało do opisania tego, co się działo. W masę innych rzeczy wszedłem intuicyjnie i bez żadnych szkoleń zacząłem działać zgodnie z metodą. Jakiś czas później odkryłem dlaczego. Powodem jest to, że o. Jakub Sevin był jezuitą. On stworzył tę metodę, u której podstaw, korzeni jest duchowość ignacjańska, którą znam, w którą przez lata się zagłębiałem. Chciałem przecież towarzyszyć duchowo ludziom przyjeżdżającym na rekolekcje ignacjańskie i przygotowywałem się do tego na różne sposoby. Dlatego właśnie szybko poczułem się „u siebie”. Bo choć może nazwy były inne, pewne opakowanie też, w rezultacie cele były te same. Ta sama była też strategia i metoda. „Modlitwa harcerza” też była mi dobrze znana już od nowicjatu. W tej pedagogice jest sposób myślenia, który znam, bo wypływa ona z duchowości ignacjańskiej.
Przez kolejne pięć lat jeździłem na obozy, zimowiska, raz prowadziłem rekolekcje dla zastępowych i przez cały czas, swoim zwyczajem, obserwowałem. Widziałem jak na dłoni, co wyrastało z tych świeżaków, którzy na początku nie umieli zagotować wody na herbatę, a po dwóch latach zdobyli husarię. Widziałem rozwój i postępy. Nie u każdego takie same. Nie każdy zostawał od razu mistrzem świata, ale wielu pokonało ogromną drogę rozwoju, choć nadal odstają od tych wybitnych. Nie to jednak jest ważne. Ważniejsza od tego, jak się prezentują na tle pozostałych, jest inna skala: z jakiego punktu zaczynali i gdzie są dzisiaj.
Każdy rok i każdy wyjazd przekonywał mnie coraz bardziej, że to działa. To jest wartościowe. Chcę mieć swój wkład w rozwój tego dzieła. Oczywiście mógłbym to robić nadal „będąc z boku”. Chciałem jednak uczynić jasny krok, czytelny dla wszystkich. Krok, który świadczyłby, że jestem całym sercem za tą drogą rozwoju, jaką oferuje skauting w wydaniu Roberta Baden-Powella i o. Jakuba Sevin, i chcę w niej uczestniczyć.
Jak widać, nie było łatwo mnie przekonać. Dwa, trzy lata gadania, abym w ogóle zechciał zobaczyć, co to jest. Potem minęło pięć lat obserwowania rzeczy od środka, zanim postanowiłem dołączyć. Nie zrażajcie się więc drużynowi, że powiedzieliście jakiemuś księdzu o skautingu, a on jakoś tak nie wykazał zainteresowania. Nawet jeśli w pełni wierzycie w swoje słowa, jesteście do nich przekonani, jesteście autentyczni, to jeszcze za mało. Potrzeba czasu. Gdy będziecie z nim przebywać, gdy pozna was lepiej, wtedy zwiększy się szansa, że pojedzie z wami na obóz, a z czasem może z wami zostanie. Tak jak ja. Ale trzeba było na to prawie ośmiu lat. 
 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Książki i biografie (3) – Hathina poleca… Barbara Piotrowska – Dubik “Kwiaty na stepie”

Są książki, które zadomowiają się na stałe w umyśle, a przede wszystkim w sercu osoby czytającej. Nie sposób o nich zapomnieć. Losy bohaterów, ich emocje, przemyślenia, kłopoty stają się bliskie jak losy przyjaciela. Jedną z takich książek w moim życiu jest pamiętnik z zesłania do Kazachstanu, napisany przez panią Barbarę Piotrkowską – Dubik.

Gdy autorka miała dwanaście lat, wybuchła wojna, a ona z mamą, dwoma braćmi i wujkiem Zbyszkiem została wywieziona w głąb Rosji. To był – jak pisze – „koniec dziecięcego świata, radości, koniec marzeń.” Zaczął się nowy, straszliwy etap w jej życiu. Stała się świadkiem dantejskich scen na peronie, kiedy to wyrzuconych ze swych domów Polaków pakowano do bydlęcych wagonów, aby w zimnie, głodzie i uwłaczających ludzkiej godności warunkach wywieźć w nieznane. A potem… nieznośny ciężar codzienności w Kazachstanie: bezdomność, głód, praca ponad siły w polu lub przy pasaniu świń, pięćdziesięciostopniowe mrozy w zimie i nie do wytrzymania upały w lecie… „Są momenty, że załamuję się – zwierzała się nastoletnia Basia – nie wytrzymuję ciężaru codziennego dnia. Jesteśmy niedostatecznie ubrani, niedożywieni i coraz mniej odporni.” Życie w tych warunkach wydaje się koszmarem. Drogą przez mękę. Jednak jest w tej książce coś, co nie pozwala utracić wiary w Boga, Jego troskliwą Opatrzność i ludzką dobroć. Basia w pewnym momencie tak wspomina swoje dzieciństwo: „Na wszystko patrzyłam dziecięcymi, ufnymi oczyma. Nie wierzyłam wówczas w zło i okrucieństwo.” Myślę, że wiele z tego spojrzenia: ufnego, dziecięcego pozostało nawet w zetknięciu z brutalną i okrutną rzeczywistością. Tym bardziej że właśnie wtedy w niejednej sytuacji dokonywał się cud człowieczeństwa. Przykłady można mnożyć. Zbyszek, brat mamy, dobrowolnie pojechał do Kazachstanu, by opiekować się siostrą i jej dziećmi. Poświęcił swoje młode, 23-letnie życie. W sytuacjach ekstremalnych dodawał wszystkim otuchy. Przerażonych, upchniętych w wagonie ludzi zachęcał: „Dość płaczu i lamentu! Musimy sobie pomagać, musimy przetrwać, bo to najważniejsze.”
Nie tylko Zbyszek tak bardzo się poświęcił. Basia wspomina księdza Fedorowicza, który dobrowolnie przyjechał na nieludzką ziemię towarzyszyć swoim wiernym, a przede wszystkim karmić ich Chlebem Pańskim.
 
Czasem zastanawiam się, co dawało tym ludziom siły do przetrwania. Jak to się stało, że przeżyli? Oddam znowu głos autorce: „Myślę, że to, że zostaliśmy wychowani w wierze i patriotyzmie, w miłości do Boga i do Ojczyzny. I choć krzyż utrudzenia był o wiele za ciężki na nasze dziecięce ramiona, przetrwaliśmy. Przetrwaliśmy, bo miłość była silniejsza od zła i przemocy. Przetrwaliśmy, bo Twoje Imię, Boże, wypowiadaliśmy z wiarą, miłością i ufnością, oczekując ratunku od Ciebie. Przetrwaliśmy dzięki pomocy rodziny, przyjaciół, znanych i nieznanych ludzi dobrej woli z różnych stron świata i tych miejscowych, którzy dzielili z nami wspólny los.”
Jan Stanisławski “Kwiaty na stepie”

 

Wzrusza mnie głęboko wiara Basi i jej rodziny. Kiedy pewnego dnia pasała świnie, wszystkie jej się porozłaziły tak, że straciła je z oczu. Obawiała się kary. I wtedy spojrzała na góry, na rozkwitające kwiaty i na niebo. Zaczęła się modlić: „Kim ja jestem wobec Ciebie, Boże? Czy mogę wołać do Ciebie jak do Ojca? Proszę, nie opuszczaj mnie, przyjdź mi z pomocą. Jestem teraz pasterką świń, zagubioną wraz z nimi na stepie, ale jestem Twoim dzieckiem… Bądź ze mną! Modlę się o szczęśliwe zakończenie dzisiejszego dnia pracy, a także w intencji najbliższych. Już nie rozpaczam. Dziecięca ufność i wiara dają nadzieję, że Ten, który wszystko stworzył, nie zapomni także i o mnie. Wypowiadam Jego Imię z miłością, z głębi mojego serca.” Polacy obchodzą tu, na wygnaniu święta: Boże Narodzenie, Zmartwychwstanie, Wszystkich Świętych…. Te dni różnią się od innych. Mamusia wysypuje na stół prawdziwą, białą mąkę, przechowywaną specjalnie na święta. Mąkę, którą dostali w paczce z kraju. Stół nakrywają serwetą, kładą sianko, na środku krzyż i książeczka do nabożeństwa, opłatek z Ojczyzny i kaganek zamiast świecy… Jest barszcz z białych buraków, kawałek chleba i makuch. Potem białe kluski z przyrumienioną na maśle cebulką, na deser kompot z suszu owocowego. Prawdziwa uczta! Oczywiście nie może się obyć bez śpiewania kolęd i modlitwy: „Odczuwamy Twoją obecność, Panie Jezu, pośród nas. Dzielimy się opłatkiem ze łzami w oczach, składamy sobie życzenia serdeczne płacząc. Myślimy o naszych najbliższych. Jaka jest ich wigilia?”  
Piękna jest wzajemna troska o siebie nawzajem, zdolność do wyrzeczeń, by sprawić radość drugiemu. Wzruszający jest opis imienin Basi: „Nadchodzi 4 grudnia, ucałowaniom i życzeniom nie ma końca. Jędrulek ( najmłodszy z rodzeństwa) ściska w rączce jeden cukierek, który zachował specjalnie dla mnie na ten dzień, jeszcze z paczki. Wręcza mi go z dumą.
 
-Dziecinko kochana, jakie to wielkie wyrzeczenie z twojej strony, żeby do tej pory nie zjeść cukierka, zwłaszcza gdy ich tutaj w ogóle nie ma.
 
Dzielę ten cukierek na kilka kawałeczków.” Mama przygotowuje uroczysty – jak na tamte warunki – posiłek. Nie jeden nawet, ale aż trzy tego dnia. Znajomi i przyjaciele przychodzą z życzeniami. Przynoszą laurki. Na nich napisy: „ile dziadów na odpuście, ile liści na kapuście, ile kropli wpada w morze, daj Ci chłopców tyle, Boże.” Nieludzka ziemia zamienia się w przedsionek nieba, bo tyle tam dobroci i życzliwości, tyle ludzkiej przyjaźni. To są właśnie owe „kwiaty na stepie”, o których mówi tytuł pamiętnika. I dlatego opowieść o Golgocie Wschodu tchnie nadzieją i wiarą w człowieka, który – wbrew warunkom – potrafi zachować ludzką godność.
fot. Jarosław Głażewski

 

 
Agata Głażewska,
Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

List do brata 4 (“Złote praktyki” współpracy z duszpasterzem) – Łukasz HR

foto z archiwum 1. Hufiec Śląski

Drogi Maćku,

 
Odbyło się nasze pierwsze posiedzenie Rady Naczelnej nowej kadencji. Rady rześkiej, młodej (choć wszyscy jesteśmy młodzi duchem w naszym ruchu), złożonej z ludzi zaangażowanych, którym zależy na rozwijaniu tego dzieła, jakim są Skauci Europy w Polsce. Jednym z głównych omawianych tematów była współpraca szefa z duszpasterzem i rola duszpasterza w życiu jednostki, środowiska, w pracy rocznej. Temat ważny, temat-rzeka. Powiedzmy sobie jasno i na początku, a potem jeszcze Ci to powtórzę pewnie na końcu i jak się spotkamy – nie ma pełnego realizowania charyzmatu (takiego sformułowania pozwolę sobie użyć), stylu, metody skautingu europejskiego bez tandemu wychowawczego szef-duszpasterz. Dla naszego wychowania potrzebujemy księży nie tylko jako szafarzy sakramentów, ale jako współwychowawców. Wychowawców mających trochę inne środki, których nie masz Ty jako szef. Tego, co ma ksiądz, nie masz Ty i nie zastąpisz w tym księdza; w tym, co masz Ty, nie zastąpi Cię ksiądz.


Od razu Ci powiem, że powstanie z tego ciekawy materiał, który najpierw trafi do naczelników a potem do hufcowych. Materiał zbierający ciekawe przemyślenia, najlepsze praktyki, materiał, do którego będzie można sięgnąć. Bo do ważnych spraw trzeba ciągle wracać. Coś raz usłyszane nie jest jeszcze zapamiętane i wdrożone w życie. Pamiętasz tę maksymę? I kolejna złota zasada działania: naśladujmy najlepsze praktyki, bez żadnej krępacji, bez fałszywie pojętej dumy itp. Tu nie ma żadnych copy rights, ochrony praw autorskich etc. Naśladujemy najlepszych, tych, którym wychodzi. Na tym polega rozwój świata.

A zatem teraz tylko kilka myśli, mam nadzieję, że takich, które akurat dla Ciebie i innych szefów w Twoim hufcu okażą się ciekawe.

Ksiądz nie jest u nas szefem (jest takie hasło i ono jest prawdziwe). Ale! Czy czujesz potrzebę i szukasz  konsultacji z nim w sprawie ustalenia rocznego planu pracy, planu obozu, ważnych decyzji dla środowiska. A tym bardziej w kwestii rozwoju każdego chłopaka czy dziewczyny w drużynie, nie mówiąc  już o  ognisku czy kręgu. Czy liczysz się ze zdaniem księdza i uwzględniasz je? Księdza, który najczęściej ma jednak trochę więcej doświadczenia życiowego, inne, głębsze spojrzenie. Szef samowystarczalny, zadufany w sobie, wszechwiedzący i najmądrzejszy… Oj, wtedy zaczyna być groźnie.

Ksiądz ma dużo obowiązków, inne grupy, potrzebuje konkretów odpowiednio wcześniej. Nie w przeddzień, gdy dzwoni szef z prośbą o odprawienie następnego dnia Mszy Świętej na wypadzie zastępu zastępowych. Bądźmy poważni! Bycie młodym szefem nie powinno oznaczać bycia szefem niepoważnym, niezorganizowanym, roztrzepanym. Jasne, cały czas pracujemy nad sobą, ale błagam, unikajmy takich sytuacji. Warto spotkać się przy herbacie, z kalendarzem w ręku, wpisać w notes, a potem przypomnieć kilka dni wcześniej. Upewnić się, że nic się nie zmieniło.

Nie wolno świadomie czy podświadomie oczekiwać od księdza tylko „serwisu sakramentalnego”, takiej swoistej pomocy drogowej. Ksiądz musi czuć się potrzebny! Musi nie tylko wiedzieć, że potrzebujemy sakramentów, że jest dwudziestu chłopaków do wyspowiadania. Powinien wyczytywać w sposób niewerbalny z Twojego słowa, gestu, uśmiechu, atmosfery, że jest mile widziany i ma co robić, a nie po odprawieniu Mszy na obozie czuć się jak piąte koło u wozu. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, ale… Niech chłopcy rozmawiają z księdzem, niech on czuje się zachęcony, aby poruszać z nimi poważne tematy, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać…

Ty musisz to czuć! I odnawiać w sobie to czucie. A tak będzie, gdy utrzymasz wysoką temperaturę swojego życia duchowego. Zależy Ci wtedy, aby Twoi chłopcy też byli bliżej Pana Boga, bo sam wiesz jak dobrze jest Tobie być blisko Niego. Sam wiesz, ile zawdzięczasz swojemu spowiednikowi, kierownikowi, różnym księżom, w parafii, na rekolekcjach. Jeśli wiesz, wtedy chcesz, aby i inni korzystali z tego dobra.

foto z archiwum 1. Hufca Śląskiego
I jeszcze jedna sprawa. Dziwne byłoby, gdyby szczep istniejący przy parafii był kompletnie nieobecny w jej życiu, a harcerze niewidoczni. I tu mamy zagadnienie, które ks. Marek żartobliwie nazwał napięciem między syndromem bycia „strażnikami halabardy” a „pasażerami na gapę”. Z jednej strony gdy harcerze w parafii robią wszystko (nie tylko służą do Mszy Świętej, ale koszą trawę, zbijają ołtarze na Boże Ciało, noszą ławki, ustawiają katafalk przed pogrzebem i rozściełają dywan na ślub, są na każde zawołanie i jak trzeba, to „trzymają halabardę” przy wejściu). Z drugiej strony, gdy niby są, a jakoby ich nie było. Nigdy ich nie ma, nigdy w kościele w mundurach, nieobecni na odpuście, na parafialnych wydarzeniach, głęboko zaszyci w lesie, pojawiają się tylko na koniec roku szkolnego, szukając w ostatniej chwili księdza na obóz. Trzeba znaleźć złoty środek, pamiętając, że wychowujemy do służby również Kościołowi w wymiarze dotykalnym, parafialnym, a bycie obecnym w mundurze umacnia chłopaków czy dziewczyny. Czyni ich też bardziej apostolskimi. Tutaj też wielka rola szczepowych, aby taki „złoty środek” był rzeczywistością. To szczepowy powinien rozmawiać z księdzem proboszczem, wspierać drużynowego w wysiłkach szukania księdza, ułatwiać ten kontakt, swoją dojrzałością troszczyć się o ten aspekt działalności szczepu. Tak, szczepowi, to Wasze wielkie zadanie. Przyjaźnić się z księżmi, zapraszać na obiady do Waszych rodzin i pomagać Waszym drużynowym i akelom we współpracy z księdzem.

Obiecałem krótko. Na razie tyle w telegraficznym skrócie.

fot. Piotr Gorus

Do następnego spotkania!


Pozdrawiam,
Twój starszy brat Łukasz

Łukasz HR. Opiekun, obywatel, mąż, ojciec. Pisz do Łukasza, Łukasz odpowie, prawdę Ci powie.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Świętokrzyskie kazanie 2015 (“Błogosławieni ubodzy w duchu”) – O. Sebastian Masłowski SI

Jakieś osiem lat temu spotkałem małego, dożartego 15-latka. Był skautem Europy. Potraktowałem go tak, jak wszystkich, którzy do mnie przychodzili, zgodnie z duchowością rekolekcji ignacjańskich stworzonych przez założyciela mojego zakonu: stworzyłem przestrzeń, w której mógł wyrazić i wypowiedzieć to, czym żyje, to wszystko, co jest dla niego ważne. Dużo miejsca w tych opowieściach zajmował skauting. On żył skautingiem. On nim się fascynował. Po trzech latach słuchania go pojechałem z nim na obóz. Miał już 18 lat. Był drużynowym. To, co zobaczyłem, przekonało mnie. Zobaczyłem bowiem świetne narzędzie, które pomaga w rozwoju. W tym, żeby wyrosnąć na dojrzałego, odpowiedzialnego, zaradnego człowieka. Na kogoś, kto szuka Boga w swoim życiu.

Powiem teraz o chłopcach, bo z nimi jeździłem na obozy. Ta metoda pozwala chłopcom być chłopcami. Nie próbuje na siłę zrobić z nich dziewczynek, nie próbuje też na siłę zrobić z nich starych dziadków. Pozwala im cieszyć się życiem, młodością, dzieciństwem. Ale równocześnie przygotowuje  do tego, co będzie później, bo przecież dzieciństwo nie trwa wiecznie. Młodość też nie. Co zobaczyłem na obozie? 13-letnich żółtodziobów, którym zagotowanie wody zajmowało ponad godzinę, więc śniadanie jedli na sucho, bez herbaty. Platformę robili ponad tydzień i nie skończyliby jej do końca obozu, gdyby nie interwencja Kraala. Na konkurs kulinarny zrobili coś, co z trudem udawało się przegryźć i przełknąć. Było niejadalne. Rok później wygrali konkurs kulinarny. Trzy lata później zdobyli husarię. Te same ślamazary! TO JEST ROZWÓJ! NIE MA NAJMNIEJSZYCH WĄTPLIWOŚCI!

Masę rzeczy z tej pedagogiki i z tej metody stosowałem i wyczuwałem intuicyjnie, choć nie byłem na żadnych szkoleniach. Szybko zrozumiałem dlaczego. Stworzył ją nie tylko Baden-Powell, ale w dużej części też Jacques Sevin – tak jak ja jezuita. Tak jak ja duchowy syn św. Ignacego. I właśnie osobiste doświadczenie św. Ignacego i jego parcie w kierunku rozwoju stanowi fundament pedagogiki stworzonej przez Jacquesa Sevin. Dlatego tak wiele rzeczy wyczuwałem i stosowałem intuicyjnie. Bo fundament tej pedagogiki jest mi bardzo dobrze znany i drogi. Jacques Sevin trzy lata temu został ogłoszony Sługą Bożym. Czekamy na cud, aby było możliwe oficjalne ogłoszenie go świętym.
Wiecie dlaczego rozwój jest taki ważny? BO MUSIMY SIĘ NA COŚ PRZYGOTOWAĆ.
I mówi o tym zarówno Ignacy, jak i Jacques Sevin. I choć skauting świetnie przygotowuje do dorosłego życia, zdobycia sensownej, dobrze płatnej pracy, kształtuje tak dziś będące w cenie umiejętności miękkie, nie to jest celem. Nie jest celem stworzenie człowieka, który świetnie radzi sobie w życiu, który ma dobrą pracę, który dobrze zarabia. To jest efekt uboczny. CO WIĘC JEST CELEM? Celem jest stworzenie człowieka, który szuka Boga, zmierza do Boga i w rezultacie JEST GOTOWY na spotkanie z Nim. (Podkreślam tu słowo „GOTOWY”. Jeszcze będę do niego nawiązywał) Jest gotowy na spotkanie z Bogiem. Harcerze być może jeszcze o tym celu nie wiedzą. Są młodzi. Mają czas. To nie ten etap rozwoju, są do niego dopiero przygotowywani. Wędrownicy już powinni to wiedzieć.
Celem skautingu nie jest, żeby ktoś miał świetną pracę, świetną żonę, świetne dzieci i dużo pieniędzy. Ile to wszystko jest warte, słyszeliśmy w liście św. Jakuba: „teraz wy, bogacze, zapłaczncie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało (…) Zebraliście w dniach ostatecznych skarby” (por. Jk 5, 1-6). To wszystko zgnije, przeminie, zniszczeje.
Bardzo podobną myśl zawiera hasło naszej tegorocznej pielgrzymki: „Błogosławieni ubodzy w duchu”. (Mt 5,3) Ubogi w duchu jest wolny. Ubogi w duchu JEST GOTOWY. Powtarzam: JEST GOTOWY, gdy trzeba zostawić to wszystko: pieniądze, żonę, dzieci, dom, i iść na spotkanie z Bogiem. To nie znaczy, że ich nie kocha. To nie znaczy, że o nich nie dba. Kocha ich, dba o nich, trudzi się dla nich, nieraz nie śpi po nocach, słania się ze zmęczenia zabiegając o nich, ale jest gotowy, gdy trzeba, zostawić ich i iść na spotkanie Bogiem. BO TO JEST CEL. Ubogi w duchu jest gotowy umrzeć. JEST GOTOWY. Kiedy patrzymy na ludzi wokoło, widzimy, że nie wszyscy są gotowi. Gotowy jest tylko ten, kto przeszedł drogę rozwoju. A do postępowania na drodze rozwoju może nam posłużyć wszystko, co nas spotyka. I to, co radosne, przyjemne i to, co niesie ból, cierpienie. UBOGI W DUCHU JEST GOTOWY.
Znacie harcerskie zawołanie? „Czuwaj” – tak mówimy po polsku. Może nie wszyscy są w stanie zrozumieć, o co w nim chodzi.  Anglicy mówią: „Be prepared” – bądź przygotowany, bądź gotowy.
Francuzi: „Scout – toujours prêt” – skaut  zawsze gotowy. I to właśnie znaczy polskie „czuwaj”. „Bądź gotowy”, „Bądź przygotowany”, bo kto czuwa, ten nie przegapi właściwego momentu, kto czuwa, nie prześpi go. Jest przygotowany. Na co? NA ŚMIERĆ. Na spotkanie z Bogiem. Może niektórych to dziwi. Uświadomcie sobie jednak, co powtarzacie regularnie co tydzień. Co powtórzycie za chwilę w Credo: „oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie” W przyszłym świecie, nie w tym.
Przedstawię wam  teraz, co na ten temat mówi Jacques Sevin w książce „le scoutisme”, część z tego to jego własne słowa, część cytuje za innymi: „Śmierć jest dla skauta jedną z rzeczy, na które on musi „być gotowy” [être prêt]. To jest wielki egzamin, „największa próba (test), jakiemu człowiek może być poddany” i wielu harcerzy przeszło go z honorem.  Pewien francuski harcerz powiedział tak: „«Kiedy jestem na drodze, aby grać w drwala, i tata woła mnie, abym wrócił do domu, nie boję się mojego taty» (…) dla skautów to jest śmierć: wraca się do domu”. Śmierć to powrót do domu. Powrót do domu Ojca.
Co jeszcze mówi Jacuqes Sevin? Skauting to szkoła życia. „I szefem tej szkoły nie jest sir R. Baden-Powell” Dobrze przedstawia to obraz przyjaciela Baden-Powella, drużynowego jednej z londyńskich drużyn, Ernesta Stafforda Carlosa „The Pathfinder”. Przedstawia on zastępowego, który stoi przy mapie, trzyma  w ręku ołówek, podnosi wzrok do góry, jakby się nad czymś zastanawiał, szukał inspiracji, może przygotowuje kolejną zbiórkę. A za nim wyłania się niewyraźnie zarysowana postać Jezusa, który trzyma rękę na jego ramieniu. Ten, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą”. Obraz ten wisiał w wielu angielskich harcówkach, a pod nim był wiersz autorstwa Lily Burn, którego fragmenty o. Jacques przytacza i tłumaczy:
„Podnieś oczy, mój synu
Zatrzymaj się na moment…
Wyciągnij rękę, mój synu,
Aby poznać swą drogę
Ja jestem Panem skautów,
Ja, którego boska obecność
jest cały czas u twego boku.
Cokolwiek by się stało.”
Chrystus jest szefem tej szkoły życia. Chrystus, który mówi: „Ja jestem Panem skautów. Ja jestem cały czas u twego boku, cokolwiek by się stało. Nieważne, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie. Nieważne, czy czujesz moją obecność, czy nie. Jestem cały czas u twego boku. Cokolwiek by się stało.” 
 
 
 
 
O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

List do brata 3 (Architekci zbiorowej wyobraźni) – Łukasz HR

Sejmik FSE w Niepokalanowie sierpień 2015 (fot. Grzegorz Gielert)
Drogi Maćku,
Cieszę się, że przezwyciężyłeś przeszkody i wziąłeś udział w Sejmiku. I przecież nie żałujesz! Przeciwnie, powiedziałeś mi w przelocie, że było bardziej niż w porządku. Czy jakoś podobnie… Bo to musi być budujące, i nie może być inaczej, widzieć tylu szefów z całej Polski, i początkujących, i weteranów, a wszystkich zaangażowanych i połączonych wspólnym ideałem, i wspólną służbą dla młodszych. To jest wielka kumulacja, lepsza niż w Lotto. Kumulacja wielu podjętych służb, wielu indywidualnych, czasami w ofiarności podjętych decyzji, ukrytych przed światem dobrych uczynków. Wszyscy, podkreślmy to, pełniący czynną służbę wychowawczą, czy bezpośrednio w jednostkach jako ich szefowie, czy w namiestnictwach, w zarządzie, w ekipach krajowych, w radzie naczelnej, służąc tym, którzy na pierwszej linii.

Ważna uwaga, uczestnicy Sejmiku reprezentowali swoje jednostki, powierzone im dziewczęta i chłopców, zaufanie ich rodziców, to był ich prawdziwy mandat do decydowania. Swoje jednostki, noszące chusty określonego koloru, mające określonych patronów, jak wierzymy, wspomagających ich na co dzień, ich i całe środowiska. Tak jak przez wieki wspaniałej historii Europy, gdy każde miasto miało swojego patrona, a nawet nierzadko zawdzięczało mu swoją nazwę, i faktycznie kultywowało nabożeństwo do niego, a on je wspierał. Nie wierzycie? Sięgnijcie po pierwszy z brzegu przewodnik. Może mieliśmy zatem do czynienia z jeszcze większą kumulacją, niż moglibyśmy przypuszczać?
Ad Mariam Europa (fot. G. Gielert)
Opowiem krótką historię a’propos, aby bardziej unaocznić, co mam na myśli. W te wakacje wyciągnąłem z biblioteczki mojej córki i przeczytałem wreszcie krótką biografię Św. Joanny d’Arc. Piszę „wreszcie”, bo moja wiedza o niej była raczej na poziomie podstawowym, potocznym, ograniczona do kilku powszechnie znanych faktów. We Francji jest to natomiast postać wciąż niezwykle popularna, mimo upływu wielu wieków, mimo rewolucji francuskiej po drodze, która zmiotła dziedzictwo chrześcijańskie. W wielu miasteczkach są jej pomniki, ulice noszą jej imię, a w sklepach z pamiątkami dla turystów można kupić gadżety z jej domniemaną podobizną. Co takiego się wydarzyło, że młoda, prosta wieśniaczka z Domremy przeszła do historii kraju i świata, i to w jakim stylu?
Cała historia sprowadza się do jednego roku życia tej kilkunastoletniej dziewczyny. Odkąd usłyszała tajemnicze głosy w swojej głowie, przypisywane trójce świętych, nie minął rok do dnia, gdy spłonęła na stosie. Kraj ogarnięty był wojną, zastępy doskonałego wojska angielskiego zajmowały kolejne miasta, a król angielski szykował się do przejęcia korony francuskiej. Joanna usłyszała głosy wzywające ją do udania się pod Orlean, stanięcia na czele wojska francuskiego i dotarcia do Delfina, aby doprowadzić do ukoronowania go na króla. Delfin, czyli następca tronu, był młodzieńcem chwiejnym i nie budzącym respektu. Uznawany za nieudacznika, otoczony był topniejącą prawie z dnia na dzień grupą wiernych możnowładców. Można powiedzieć – misja Joanny była szalona, bardziej kwalifikująca kogoś, kto ją głosił, na badania psychiatryczne, niż do tego, aby go poważnie potraktować. Zwłaszcza że wypłynęła ona z ust skromnej, młodej dziewczyny, bez żadnego przygotowania wojskowego, dyplomatycznego czy jakiegokolwiek innego. Na początku wyśmiana i zlekceważona, stopniowo zyskała grono zdeterminowanych i posłusznych dowódców. Na jej rzecz przemawiały pewność posiadanej misji i nadnaturalne fakty, które zaczęły mieć miejsce.  Jej rozkazy okazały się nadzwyczaj precyzyjne i zapewniły serię brawurowych, zaskakujących, nieprawdopodobnych zwycięstw. Na fali entuzjazmu Joanna dotarła do Delfina, rozpoznała go i nakłoniła do marszu na Reims celem koronacji. (W Katedrze w Reims koronowali się wszyscy królowie francuscy). Misja zrealizowana: Delfin został królem, Anglicy wyparci z kraju. W jednej z ostatnich potyczek Joanna została pojmana i osądzona przez uzurpatorski trybunał na czele z biskupem zdrajcą. Umarła spalona na stosie. Jej grób znajduje się w Katedrze w Rouen na północy Francji.
Historia czynów Joanny jest czymś niesamowitym, trudnym do ogarnięcia, kompletnie nieprawdopodobnym. Młoda, nie przygotowana dziewczyna z dnia na dzień staje się wybitnym strategiem wojskowym. Trudno w to uwierzyć, ale jej manewry w bitwach podobno przez stulecia były studiowane we francuskich szkołach wojskowych. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż bezpośrednią interwencją Bożą. Wiemy, że to zdarza się bardzo rzadko. Bóg woli działać bez rozgłosu, w ukryciu, przez pośredników. Wielu ludzi upatrywało zatem źródła tych nadzwyczajnych wydarzeń w interwencjach św. Ludwika, króla Francuzów, przed Najwyższym Majestatem. Że to Ludwik załatwił u Boga takie wsparcie dla swego ukochanego królestwa. Hm…
Tak, święci są w stanie „załatwić” rożne sprawy, tylko czy my jesteśmy z nimi w zażyłości, czy jesteśmy co do tego przekonani i czy prosimy? Czy byliby chociaż w gronie naszych znajomych na fejsbuku? A jak jest z patronem Twojej jednostki? Czy jest tylko odległym, wielkim nieznajomym, postacią z papieru, okazem zamkniętym w słoju z naftaliną, niegroźnym cherubinkiem spoglądającym z obrazka odpustowego? Czy też realną postacią z krwi i kości, mężczyzną ze swoim temperamentem, emocjami, planami, słabościami, którego w pewnym momencie ogarnęła większa miłość i pchnęła do wielkich czynów, czasami za cenę życia? Wierzę, że tak jest, jeśli zastępowi jako lekturę obowiązkową mają dobrą biografię patrona, jeśli jego perypetie, myśli pojawiają się w homiliach duszpasterza, jeśli wszyscy harcerze oglądali film o tym świętym, jeśli cytaty z niego pojawiają się w okrzykach zastępów, a historie z nim związane są kanonem ognisk obozowych i całorocznych? Ciągle! Jako element tradycji, jak powietrze, którym oddychamy. Tak, aby każdy, kto przewinie się przez Twoją drużynę, został z pewną podstawową wiedzą, sentymentem do tego a nie innego świętego. Chciałoby się napisać – z nabożeństwem za jego wstawiennictwem, jakąś modlitwą przez niego napisaną, formą pobożności przez tego świętego zalecaną…
Dlatego też szukanie na patronów nowych jednostek świętych „oryginalnych”, odległych, o których mało co wiadomo, może spowodować, że siła ich oddziaływania będzie dużo mniejsza niż mogłaby być. I wtedy po prostu szkoda.

Postanowiłem Ci zaufać… z łaską Bożą dasz radę! (fot. G. Gielert)
Wracajmy jednak do Sejmiku. Chciałbym napisać Ci o jeszcze jednej refleksji, która mi się nasunęła jako bądź co bądź człowiekowi przezwanego „weteranem skautowym”. Otóż Skauci Europy to coś więcej niż zwykłe stowarzyszenie, nawet pożytku publicznego. To duch i pedagogika. Wszyscy, i władze każdej kadencji, i rada naczelna, i zarząd, i ekipy krajowe z namiestnikami, i ekipy obozów szkoleniowych – jesteśmy depozytariuszami tego ducha i tej pedagogiki. Mamy go strzec, bo w tym jest skuteczność tego narzędzia wychowania. Starać się lepiej rozumieć coś, co ktoś kiedyś dobrze przemyślał, i lepiej to aplikować w praktyce. Nic nie ujmować z tego ani nic pochopnie nie dodawać, bo nam się tak akurat wydaje. Możemy oczywiście to twórczo rozwijać, bo warunki życia zmieniają się gwałtownie, a my nie możemy być obojętni, jeśli coś skutecznego jeszcze wczoraj, dzisiaj nie działa albo działa słabiej dla młodszych. Ale zawsze wtedy należy to robić z rozwagą, z jakąś taką szczególną atencją, pokorą, aby nie wylać dziecka z kąpielą, aby nie zrobić czegoś pochopnie. Nigdy arbitralnie, nigdy w pojedynkę, nawet jak jesteśmy naczelnikiem czy naczelniczką, namiestnikiem czy namiestniczką, lecz w konsultacji, bo co dwie głowy albo trzy to nie jedna. A zatem dwa hasła: depozyt i wielka ostrożność przy zmianach. Te dwie zasady pozwalają nam od ponad dwudziestu lat płynąć po nierzadko wzburzonym morzu bez szwanku, cały czas na kursie.
Jednak z drugiej strony każdy szef to człowiek czynu, człowiek, który ma inicjatywę, jest „przywódcą swoich braci harcerzy”. Przywódca przewodzi, jest przykładem realizacji ideału, pociąga nim, pociąga swoją osobowością, aktywnością, humorem. W XIX w., gdy nie było państwa polskiego, ale istniała bardzo silna polska kultura, styl życia, poeci odgrywali rolę „architektów zbiorowej wyobraźni”, pełnili nierzadko rolę zastępczą dla polityków, działaczy, liderów społecznych.  Myślę, że każdy szef może być obecnie takim architektem zbiorowych emocji, dobrej atmosfery, zmotywowania we wspólnym stawianiu sobie i realizowaniu ambitnych celów. Jednym słowem – architektem swojego środowiska. Myślę tu nie tylko o powierzonych mu chłopcach, ale i o swoich przybocznych, i otaczających go ludziach dobrej woli. Bo nie chodzi tylko o prowadzenie jednostki, chodzi o tworzenie szerszego środowiska, budowanie więzi, dobrego klimatu wokół. To szef jest gospodarzem, to od niego musi pochodzić inicjatywa, iskra, która zapala innych. To on inspiruje, zagrzewa, poddaje pomysły, podrzuca polana do ogniska, gdy ogień dogasa. A potem znika, usuwa się w cień i tylko cieszy się, że kolejny chłopak przechodzi samego siebie, że podjęte wyzwania dodają mu skrzydeł, że kipi pomysłami.
Szef wychowuje kolejnego szefa i stara się, aby tamten był lepszy od niego. Przekazuje mu swoje doświadczenie, mając nadzieję, że ten uniknie jego błędów. To jest sposób działania, magazynowanie i ubogacanie doświadczenia. By była ciągłość, by nie wywarzać otwartych drzwi ani nie wymyślać koła. A nowy szef stara się zaczerpnąć od odchodzącego, przejąć pałeczkę i pobiec szybciej. Ale bez zadęcia, że ja tu dopiero dokonam wielkich rzeczy, że wcześniej to było pasmo błędów przede mną. Taka postawa to buta i arogancja, która wcześniej czy później prowadzi do smutnych rezultatów. Pokora! Podejmuję służbę i chcę ją jak najlepiej pełnić. Tylko tyle i aż tyle! Kontynuować to, co dobre, i korygować, z delikatnością, namysłem, to co można zrobić lepiej. Jak sługa, nie jak udzielny kacyk. Taki jest etos chrześcijańskiego przywódcy, wyrosły z tradycji rycerskiej. Wymaganie od siebie, pobłażliwość dla bliźnich, obrona słabszych, odwaga w przeciwstawianiu się złu. Marzenia o wielkich czynach i odważne ich podejmowanie, dla chwały nie swojej, ale Boga i ku pożytkowi ludzi.
Ks. Marek Adamczyk – duszpasterz Stowarzyszenia (fot. G. Gielert)
I jeszcze jedna sprawa akcentowana na Sejmiku: potrzeba większej troski o udział w naszej pracy duszpasterzy. Nie od święta, ale na co dzień, włączonych w podejmowanie decyzji, w dyskusję o każdym chłopaku. Duszpasterza, z którym można skonsultować wszystko, poprosić o radę i ją uzyskać. Na pewno jest coś do zrobienia w tej sprawie. Szef jednostki, który nie ma duszpasterza, nie może być spokojny. Jeśli nie mam duszpasterza, do którego chłopcy mogą zawsze zadzwonić, umówić się na rozmowę i spowiedź, i chcą to robić a duszpasterz ten jest szczęśliwy, że swoim kapłaństwem może im służyć i robi to z oddaniem. Jeśli nie masz takiego duszpasterza – nie możesz być spokojny. To znaczy, że z pewnymi elementami naszego wychowania, naszego stylu, będzie ciężko. Wcale nie mówię, że łatwo takiego duszpasterza znaleźć, pozyskać. Swego czasu byłem pięć lat drużynowym i mimo wielu starań, nie mogę powiedzieć, że udało się w takim stopniu, jak należy. Ale później do parafii przyszedł nowy ksiądz i zaangażował się całym sobą. I to była inna jakość, przyszły lata tłuste dla całego środowiska. Zależy nam na duszpasterzach, bo zależy nam na wychowaniu prawdziwie chrześcijańskim, z sakramentami, z częstym korzystaniem ze spowiedzi, z aktywnym udziałem w Eucharystii, w poznawaniu i czerpaniu siły i wiary z Pisma Św., ze świadomością, że wskutek grzechu pierworodnego ciągle upadamy i potrzebujemy kazań, zachęt, zgłębiania naszej wiary.
 
Dlatego nowa Rada Naczelna od razu zapowiedziała, że na każde posiedzenie będzie zapraszać duszpasterza krajowego, a w razie jego nieobecności innego duszpasterza pomagającego ekipom krajowym. Bez Boga nic sensownego zrobić nie możemy, a żeby On był w pełni między nami, potrzebujemy kapłanów. Pomyśl, czy zawsze starasz się zaprosić księdza na radę drużyny? Czy prosisz o radę? Czy konsultujesz, czy starasz się włączać go w troskę o chłopaków? Czy prosisz o przyjechanie z Mszą, ze słowem, o spowiadanie? Czy z Twojej twarzy, oczu bije przekonanie, że to ważne?
Gdy przed Mszą w niedzielę na sejmiku otworzyłem swoją aplikację na telefonie z czytaniami mszalnymi, dostrzegłem tam rozważanie do tekstu ewangelii z niepublikowanych rozmów duchowych Św. Maksymiliana Kolbe (a byliśmy przecież w wybudowanym przez niego Niepokalanowie). Pisze on tak: „Życie wewnętrzne jest rzeczą najważniejszą… Aktywne życie jest wynikiem życia wewnętrznego i samo w sobie nie ma wartości, jeśli od niego nie zależy. Chcielibyśmy robić wszystko najlepiej, idealnie. Ale jeśli nie powiążemy tego z życiem wewnętrznym, nie będzie to niczemu służyło. Cała wartość naszego życia i naszych działań zależy od życia wewnętrznego, życia miłością Boga i Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, nie w teorii i radościach, ale w praktyce miłości, która polega na zjednoczeniu naszej woli z wolą Niepokalanej.” Mnie ten tekst wydał się niezwykle frapujący, i do tego zamieszczony w takim dniu, i gdy znajdowaliśmy się w takim miejscu. Pomyślałem, że podzielę się tym z Tobą.
Rozpisałem się. Wiesz dlaczego. Nowa służba przed Tobą. Świetnie. Nowe wyzwanie, nowi ludzie, nowe trudności. To się naukowo nazywa „wyjście poza swoją strefę komfortu”. Byłem szefem żółtym, zostaję zielonym. Byłem zielonym, zostaję czerwonym. Byłem czerwonym, wracam na żółtego, bo jest taka potrzeba, itd., itp. Nowe wyzwania, nowe metody ale cel ten sam! I dasz radę. Z łaską Bożą, dasz.
fot. Piotr Gorus
Trzymaj się!

Twój starszy brat Łukasz

Łukasz HR. Opiekun, obywatel, mąż, ojciec. Pisz do Łukasza, Łukasz odpowie, prawdę Ci powie.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Wyruszamy na Święty Krzyż – Maciej Drzewiczak OMI, Paweł Pilarczyk OMI

U stóp sanktuarium na Świętym Krzyżu, ale póki co…
„Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69).

W wędrowaniu ze skautami nie chodzi tylko o dojście do celu. Droga przebyta razem ma wartość sama w sobie. Symbolizuje ona nasze życie, które jest pielgrzymką do Nieba.

W przededniu…

Rozmawiam z Pawłem o podróży. Czym jechać? Trasa na Święty Krzyż jest długa. Podróż pociągiem z Wolsztyna do Kielc zajmuje około 10 godzin. Dzwoni do nas ojciec Karol Bucholc, z którym mamy dołączyć się następnego dnia do skautów. Mówi: „Pamiętajcie, że macie być najpóźniej o 18.30 w klasztorze”.
 


Czwartek – droga
 
Decyzja zapada w ostatniej chwili. Jedziemy na stopa. Modlitwy, Msza święta, śniadanie… Mamy szczęście – tzn. Pan Bóg nam błogosławi! Zabieramy się do Wolsztyna ze współbraćmi. Według mapy internetowej przed nami 473 km jazdy. Ruszamy. Pierwsze auto zatrzymuje się po nas szybko. Trafiamy do Nowego Tomyśla i… stoimy. Siąpi deszcz. Nikt nie chce nas zabrać. Pierwsze auto zatrzymuje się po kilkudziesięciu minutach. Problemy mamy też dalej.
 
Jedziemy eleganckim samochodem pracownika korporacji, później zagraconym narzędziami kombi elektryka… Rozmawiamy z gorliwym katolikiem, mężem protestantki, który właśnie jedzie do umierającego na raka ojca alkoholika i daje nam świadectwo wiary… Spotykamy samotną matkę, młodego dentystę, kierowcę tira, a wreszcie przedstawiciela handlowego, który kończy pisać swój doktorat.
 
Przepiękne doświadczenie. Tylko, że na każdy samochód trzeba czekać. Czas ucieka. Jest około godziny 17.00. Nie mamy szansy zdążyć. Ostatni kierowca wiezie nas do Ostrowca Świętokrzyskiego. Mówi: „Wiecie chłopaki, to może podrzucę was jeszcze do Kielc…”. Wjeżdżamy  do miasta. Widzę, że kierowca zmienia pas ruchu. Mówi: „No, skoro tu dojechałem, to może i pojedziemy do Huty”. A w Hucie… Na szczycie Świętego Krzyża jesteśmy zaraz przed 18.30. Pan Bóg czuwa nad nami.
 
Czwartek – nocleg
 
Jemy kolację w klasztorze. Spotykamy ojca Krzysztofa Jurewicza – szefa naszej powołaniówki. Po posiłku ruszam z ojcem Karolem i Pawłem na nocleg. Jedziemy do Łagowa. Podwozi nas ojciec socjusz. Padają kolejne żarty na temat noclegu pod namiotami. Jest ostatni tydzień września. Na dworze robi się coraz zimniej.
 
Dojeżdżamy do plebanii. Jest ciemno. Nikogo nie widać. Idziemy do proboszcza. Skautów jeszcze nie ma. Nie poddajemy się. Zaczynamy rozbijać nasze namioty. Kiedy widzę, jak mi idzie, myślę: „Bogu dzięki, że nie ma jeszcze skautów!”. Rozpalamy ognisko we trzech: ojciec Karol, Paweł i ja. Na początku ogień nie chce się palić. Wszystko jest wilgotne. Wylewam nawet resztki Bonda. Wreszcie się udaje. Patrzę na ognisko. Jest trochę koślawe. Myślę: „Jest jakie jest, ale zrobiliśmy je razem”.
Skauci przyjeżdżają około godziny 21.00. Zastają nas przy ogniu. Rozpoczynają się rozmowy. Kolejne grupy rozbijają swoje namioty. Ktoś wstawia garnek z wodą na ognisko. Inni zaczynają przygotowywać kolację – dziś jajecznica. Po 22.00, wśród unoszącej się mgły i dymu ognisk słychać modlitwy. Kolejne grupy gromadzą się przy świetle płomieni. Brewiarz, śpiew Salve Regina… Przed północą kończymy kolację. Trzeba po sobie trochę posprzątać. Obmywam się jeszcze wodą z węża ogrodowego i idę spać. Zakładam dwie pary spodni, wełniane skarpety, ciepłą bieliznę, bluzę z kapturem, skórzaną kurtkę, szalik i czapkę na uszy. Jest mi ciepło, dosyć ciepło… nie marznę. Nie wiem jeszcze, że następna noc będzie gorsza.
O. Karol Bucholc OMI błogosławi
hufcowego 1. Hufca Śląskiego
Piątek – droga

Pobudka o 6.30. Pięć minut później modlitwy. Oczywiście spóźniam się. Śniadanie. Dziś wystarczy herbatka, konkretniej – ziółka od Chila (wilczkowe imię jednego z wędrowników). Mamy post. Około 8.30 zaczyna się przygotowanie do Mszy świętej. Skauci śpiewają pieśni również po łacinie. Taki styl. Nie idzie im łatwo, ale się starają. Trochę cierpliwości i zaczyna im wychodzić. Jestem pełen podziwu. Mi nie idzie tak dobrze. Na zakończenie Eucharystii wręczają nam krzyże pielgrzymie. Prosty, drewniany krzyż – znak naszej wspólnej drogi.
 
Po Mszy świętej przyrzeczenie nowego hufcowego – bardzo poruszające wydarzenie. Widać, że ci mężczyźni poważnie podchodzą do podejmowanej odpowiedzialności. Wyruszamy na szlak. Pierwszy raz idę z pełnym bagażem. Post ścisły daje mi się we znaki. Na szczęście trasa nie jest długa. Liczy się to, jak ją przechodzimy. W trakcie wędrówki odmawiamy różaniec. Jest też czas na medytację słowa Bożego oraz konferencję.
Styl wędrowania nie taki znowu trudny – opowiada Paweł Borowiecki HR
Piątek – obóz w Starej Hucie
 
Dochodzimy do miejsca noclegu, czyli na łąkę. Rozbijamy namioty. Idziemy po chrust do lasu. Chrust okazuje się czymś w rodzaju złamanego, niedużego drzewa. Targamy je we trzech: Paweł, Chil i ja. Przechodzimy przez niewielki wąwóz. Staramy się nie wpaść do strumyka. Strumyk okazuje się być błogosławieństwem. 
 
Po pracy idziemy do niego się umyć. Woda jest lodowata. Na dnie są śliskie kamienie. Pierwszy raz kąpię się w takich warunkach. Zanurzam się cały. Myślę: „Jestem głupi i będę tego żałować”. Wychodzę i czuję się cudownie. Teraz na dworze jest tak… ciepło. Zapada powoli zmrok. W nocy rozpoczyna się spotkanie całej wędrującej grupy. Zbieramy się wszyscy wokół dwóch dużych ognisk. To czas wspólnych śpiewów i zawodów. Towarzyszy temu dużo śmiechu. Jest zimno. Nikt się nie skarży. W nocy temperatura spada niżej. Zakładam na siebie wszystkie swoje ubrania. Nie mam nic więcej. Jest mi zimno. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwy.
 
Sobota – droga
 
Pobudka podobnie jak w dniu wczorajszym. Budzę się trochę wcześniej. Wiem, ile czasu zajmuje mi wykaraskanie się spod śpiwora i z namiotu. Reszta hufca od dobrych paru minut już na nogach. Jak oni to robią? Pogoda nie zachęca dziś do wędrówki. Jest zimno, mokro i mgliście. Trawa mocno zroszona. Na szczęście dziś krótszy odcinek do przebycia. Naszym celem jest Nowa Słupia. Rozpalamy ognisko resztą wilgotnego drewna. Przygotowujemy śniadanie. Chwilę wcześniej krótka modlitwa. Po modlitwach i śniadaniu czas na zebranie się, spakowanie namiotów i jedzenia. Przydzielamy zadania. 8.30 wymarsz. Opuszczamy łąkę i idziemy na asfaltową drogę w Starej Hucie. Po chwili orientujemy się, że na dzisiejszą wędrówkę nie ma wybranego topografa. Topograf trzyma w ręku mapę i ma za zadanie prowadzić grupę. Wczorajszy przewodnik miał pilny wyjazd do domu. Nagle powstaje kilka koncepcji, którędy iść. Jedno jest pewne: z Huty Starej do Nowej Słupi nie ma dobrego szlaku. Wykluczamy pójście asfaltem. Hufcowy podejmuje decyzję. Idziemy przez strumyk za innym hufcem. Nadal nie mamy przewodnika.
 
Nowy topograf poprowadzi nawet we mgle…
Droga prowadzi przez łąki lekko pod górę. Maszerujemy kilka minut. Tymczasem biję się wewnętrznie z myślami: „A może by tak wziąć mapę? Przecież w nowicjacie chodziło się trochę po Górach Świętokrzyskich. Teraz albo nigdy”. Zgłaszam się. Biorę na siebie odpowiedzialność. Pamiętam, że trzeba dojść do puszczy. Mgła utrudnia widoczność. Dostrzegamy drzewa. Idziemy wzdłuż Puszczy Jodłowej. W międzyczasie odmawiamy różaniec. Przechodzimy przez pewne gospodarstwo w Bartoszowinach. Drogą dochodzimy do Trzcianki. Odbijamy w lewo. Ponownie idziemy wzdłuż puszczy.
Na niewielkiej polanie jeden ze skautów, Tomek,  zauważa krzyż. Jest zarośnięty bluszczem i chwastami. Jest duży, drewniany. Kiedyś ktoś o niego dbał. Modlił się przy nim. Pada hasło: „Nie możemy go tak zostawić!”. To okazja do służby. Część ekipy chwyta za noże. Niektórzy gołymi rękami wyrywają chwasty. Po chwili krzyż jest oczyszczony. Modlimy się. Śpiewamy pieśń o Krzyżu. Idziemy dalej. Znajdujemy jakiś wydeptany szlak. Słychać psy. To kontakt z cywilizacją. Jesteśmy w Nowej Słupi.
 
Nowa Słupia. Święty Krzyż.
 
Zatrzymujemy się przed kościołem. Jest to punkt zbiorczy wszystkich hufców. Skauci szli do Nowej Słupi z trzech różnych miejscowości. Przygotowujemy się do Mszy świętej. Próba śpiewu. Kapłani słuchają spowiedzi. O godzinie 12.00 rozpoczyna się Eucharystia. Później czas na przygotowanie posiłku. Moim zadaniem jest pokroić warzywa do sałatki. Na obiad kurczak w sosie z ryżem lub kaczka. Tymczasem pogoda znacznie się poprawia. Zza chmur wychodzi słońce. Krótki odpoczynek i wyruszamy pod górę. O 16.00 ma rozpocząć się droga krzyżowa. Skauci wspominają nam, że poprzednio nabożeństwo odbywało się wieczorem.
Droga
Na Święty Krzyż wchodzimy Szlakiem Królewskim. Po drodze mijamy wielu ludzi. Tego dnia na górze odbywał się XV Jubileuszowy Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy PTTK. Stąd spory ruch. Dajemy wspaniałe świadectwo. Między poszczególnymi stacjami śpiewamy. Śpiew grupy ponad trzystu mężczyzn robi na mnie ogromne wrażenie. Mijani ludzie wydają się również poruszeni. Nasza grupa to bardzo niecodzienny widok.
 
Po niespełna dwóch godzinach jesteśmy na szczycie. Przy wejściu do klasztoru wita nas oblat, ojciec Krzysztof. Ma ze sobą relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Następuje ucałowanie relikwii. Podniosły moment. Jest godzina 18.30. Czas na rozbicie obozowisk. Razem z Maciejem udajemy się na moment do klasztoru. Mamy możliwość posilenia się, a nawet noclegu. Uprzejmie odmawiamy współbraciom. Wracamy na polanę. Za chwilę ma rozpocząć się biesiada. Każdy z hufców ma do odegrania scenkę. Choć chłód doskwiera wszyscy świetnie się bawią. O 20.30 udajemy się na adorację Pana Jezusa do kościoła. Przed głównym wejściem rozbrzmiewa trzykrotnie śpiew: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69). Ciarki przechodzą mi po plecach. Adoracja trwa prawie godzinę. Odczuwamy już zmęczenie… ale to nie koniec wrażeń!
 
Wymarsz Wędrownika na szczycie
Po modlitwach ma miejsce Wymarsz Wędrownika. Skauci zbierają się w dwóch rzędach za bramą wschodnią. Rozpalają pochodnie. My też. Dwóch skautów zostaje ustanowionych wędrownikami. Podniosłe wydarzenie. Dla nich ten obrzęd jest bardzo ważny. To symbol przyjęcia pełni odpowiedzialności. Wędrownik wychodzi z hufca. Opuszcza grupę. Kończy etap przyjmowania. Teraz zaczyna się dla niego czas służby. Obrzędowi towarzyszy odczytanie „Ośmiu błogosławieństw”.
 
Po tym wszystkim rozchodzimy się do obozowisk. Zauważamy brak istotnej dla grupy rzeczy – ogniska. Jednak jesteśmy na terenie Parku Narodowego. Modlitwa. Toaleta wieczorna przy kranikach i idziemy spać. Ustawiam budzik. Jest godzina 23.00.
 
Niedziela. Zakończenie.
 
O 6.00 pobudka. Następnie mycie się, śniadanie, składanie obozowiska. O godzinie 8.00 ma rozpocząć się uroczysta Msza święta w bazylice na Świętym Krzyżu. Na krótko przed Mszą znosimy z Maciejem nasze plecaki i namiot do klasztoru. Koniec wędrowania! Jeszcze pamiątkowe zdjęcie z całym hufcem. Przygotowanie do Eucharystii.
 
Z Maciejem zakładamy komże. Idziemy do prezbiterium. Mszy przewodniczy neoprezbiter, benedyktyn, ojciec Rafał Buczek. Dziękuje za powołanie, które odkrył będąc w skautingu. Po Mszy stoimy przed kościołem. Rozdajemy skautom foldery powołaniowe. Następnie wspólna kawa z kapelanami poszczególnych hufców. Dowiadujemy się, że byliśmy jedynymi klerykami na wędrówce. Na zewnątrz, przed bramą wschodnią, trwa konferencja. Idziemy się odświeżyć i przygotować do powrotu. Obiad w refektarzu klasztornym. Wracamy do ekipy, by się pożegnać. Jeszcze chwila rozmowy ze skautami. Dostajemy zaproszenie na kolejne wędrówki. Czemu nie?
 
Czas wracać do Obry. Jest godzina 14.00. Tym razem jedziemy samochodem z ojcem Krzysztofem Jurewiczem. W drodze powrotnej podsumowujemy Pielgrzymkę Wędrowników na Święty Krzyż. Dzielimy się wrażeniami. Czujemy pozytywne zmęczenie. Swoją obecnością na wędrówce daliśmy świadectwo zakonnego życia. Sami sporo się nauczyliśmy. Postawa skautów była bardzo budująca. Takie hasła jak odpowiedzialność, służba, wiara, modlitwa, braterstwo, męstwo na długo zostaną w naszej pamięci! Federacja Skautingu Europejskiego jest potrzebna w dzisiejszych czasach. W Polsce powstaje coraz więcej drużyn, hufców. Część z nich nie ma jeszcze duchowych opiekunów – kapłanów. Może to miejsce czeka na nas?
 
 
 
 
dk. Maciej Drzewiczak, kurs VI
 
 
 
 
 

 
 
 
kl. Paweł Pilarczyk, kurs V
 
 
 
 
 
Klerycy WSD Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze
 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Książki i biografie (2) – Hathina poleca… Karolina Lanckorońska

Karol Lanckoroński z córką Karoliną ok. 1900 roku

„Portret damy” – tak zatytułował swój film dokumentalny o Karolinie Lanckorońskiej, reżyser Paweł Woldan. Jego określenie świetnie oddaje istotę osobowości tej niezwykłej kobiety, o której chcę dzisiaj napisać. Karolina była ostatnią przedstawicielką rodu Lanckorońskich z Brzezia, rodu, który wywodzi swą genealogię od XIV wieku i który dał Polsce wiele wybitnych postaci: posłów, senatorów, biskupów, wojewodów. Karolina przez całe życie miała przekonanie, że historia jej rodziny nakłada na nią raczej zobowiązania niż przywileje. I temu przekonaniu dawała świadectwo we wszystkim, co robiła.



Urodziła się w 1898 roku w Wiedniu. Jej ojciec, Karol, otrzymał nominację na Wielkiego Ochmistrza dworu Franciszka Józefa I. Z tego powodu, jak również poprzez swoje małżeństwa – dwukrotnie z Austriaczką, po raz trzeci z Prusaczką „zżył się na pozór całkowicie ze światem dworu i ekskluzywnej arystokracji austriackiej.” Jednak mimo iż był tak związany z kulturą niemiecką i austriacką, zrobił niezmiernie dużo dla nauki i kultury polskiej, za co został odznaczony przez rząd niepodległej Polski Wielką Wstęgą Orderu Polonia Restituta. Był kolekcjonerem i mecenasem sztuki, a jego zbiór obrazów stanowił jedną z najbogatszych w Wiedniu prywatnych galerii sztuki.


Dzieci Karola, w tym Karolina, odczuwały przez całe życie bardzo ścisły związek z Polską. Lanckorońska, od najmłodszych lat otoczona pięknem, odbywająca z ojcem podróże po muzeach europejskich, rozwijała w sobie coraz bardziej miłość do sztuki. Studiowała w Wiedniu historię sztuki właśnie , choć pociągało ją także pielęgniarstwo i myślała o ukończeniu szkoły pielęgniarskiej. W czasie studiów zresztą znajdowała czas na opiekę nad chorymi. Ostatecznie jednak, posłuchawszy rady zaprzyjaźnionego i cieszącego się autorytetem lekarza, postanowiła poświęcić się pracy naukowej. Jako pierwsza kobieta w Polsce zrobiła habilitację z zakresu historii sztuki i pozostała na Uniwersytecie Jana Kazimierza jako pracownik dydaktyczny i naukowy. Niestety, wkrótce wybuchła wojna. Lanckorońska, współpracując jako wolontariuszka z Polskim Czerwonym Krzyżem, oddała się opiece nad więźniami w całej Generalnej Guberni . Uratowała życie wielu osobom. Sama jednak została w 1942 roku aresztowana. Więziono ją w Stanisławowie i Lwowie, po czym wysłano do obozu w Ravensbrück. Tam organizowała m.in. wykłady z historii sztuki dla „królików” (kobiety poddawane niebezpiecznym eksperymentom medycznym) i dawała niebywałe świadectwo hartu ducha i odwagi.

W 1945 roku została zwolniona z obozu. Wyjechała do Włoch, gdzie, na życzenie generała W. Andersa, zorganizowała studia dla żołnierzy 2 Korpusu. Potem wspierała podobną działalność w Wielkiej Brytanii i Szkocji. Ostatecznie, wraz z księdzem prałatem Walerianem Meysztowiczem założyła Polski Instytut Historyczny w Rzymie i poświęciła się pracy wydawniczej i organizacyjnej dla nauki polskiej. Dzięki jej szczodrobliwości wielu uczonych polskich mogło studiować w Rzymie. W 1994 roku przekazała zbiory Lanckorońskich narodowi polskiemu . Znajdują się one na zamkach w Krakowie i Warszawie.


Karolina Lanckorońska zmarła w 2002 roku w Rzymie i została pochowana na tamtejszym cmentarzu Campo Verano.


Przeczytałam ostatnio jej „Wspomnienia wojenne”. Niezwykła książka. Pokazuje damę w całym tego słowa znaczeniu: kobietę inteligentną, dobrze wychowaną, energiczną, zachowującą królewską wręcz godność, spokój i odwagę w sytuacjach nieludzkich. Przesłuchujący ją gestapowiec nie mógł znieść jej spokoju i opanowania. „ „Dlaczego pani jest taka spokojna?” – pytał z rosnącą irytacją. –„ Przecież znajduje się pani w największym niebezpieczeństwie. (…) Czy pani jest wrogiem Niemiec?” – „Pan wie, że jestem Polką, i wie pan również, że Polska jest w stanie wojny z Niemcami.” – „ Pani ma odpowiedzieć na moje pytanie. Czy pani jest wrogiem Rzeszy Niemieckiej? Tak czy nie?” – „Oczywiście, że tak.”(…) – „Od kiedy?” – „Odkąd patrzę na bezmierne cierpienia moich braci.”” Lanckorońska górowała pod każdym względem nad swoim prześladowcą, nie potrafił złamać jej moralnie. Od chwili aresztowania była gotowa na śmierć, choć wewnętrzny glos zapewniał ją, że nie umrze. Jeszcze nie teraz… „Nie zanudzaj Pana Boga. On wcale jeszcze na ciebie nie reflektuje. On całkiem czegoś innego chce od ciebie. Pilnuj się, aby ci się charakter nie rozlazł w tej niewoli, a nie wybieraj się na tamten świat, bo będziesz żyła.”

Uderza mnie jej odwaga, radzenie sobie w sytuacjach tragicznych, zachowanie wolności w chwilach zewnętrznego zniewolenia. Można się zastanawiać, co jest źródłem tak wielkiej wewnętrznej siły tej kobiety. Na pewno wyniesione z domu poczucie własnej godności, szacunek do siebie, silny charakter, bo nawet w sytuacji zewnętrznego upodlenia nie pozwalała sobie na zachowanie, które spowodowałoby utratę szacunku do samej siebie. Poza tym, co bardzo ważne, Lanckorońska to człowiek sztuki, orędowniczka piękna, a ono stanowi źródło siły, wzorców, bohaterstwa. „Potęga smaku”, jakby to określił Zbigniew Herbert.

Zamknięta przez siedem dni w ciemnicy, pozbawiona kontaktów z ludźmi, ale też dostępu światła, wynalazła – jak pisze – „przyjemny sposób spędzenia dnia” przenosząc się wyobraźnią do jednej z wielkich galerii europejskich i „oglądając obrazy”. Ta miłośniczka Michała Anioła, Homera i wielu innych z wielkim przekonaniem pisała: „kto chce być wychowawcą narodu, ten musi dążyć do udostępnienia mu dzieł geniuszów, bo tylko ten, który je zna choć w części, wie, czym jest życie prawdziwe.” Oczywiście, oparcie znajdowała przede wszystkim w Bogu, a jej wiara wzrusza – typową dla niej szczerością: „ W tym okresie coraz bardziej męczył mnie lęk przy pacierzu. Chodziło o słowa „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.” Odpuścić to, co się działo wokół mnie, stawało się wręcz niemożliwością. Zupełnie mi już nie chodziło o siebie – bo chodziło o męczarnię tysięcy! Przecież nie mogłam kłamać Bogu! Wreszcie (długo się męczyłam i strasznie gryzłam) wycięłam te słowa z „Modlitwy Pańskiej” i – tak okaleczoną – odmawiałam ją do końca wojny.”

„Wspomnienia wojenne” są jednak czymś więcej niż tylko spotkaniem z wyjątkową osobowością autorki. To bogactwo obrazów, spostrzeżeń, opisów dotyczących życia obozowego, zmian następujących we Lwowie po wkroczeniu Armii Czerwonej, galeria charakterów… Uderza mnie na każdym kroku duma Lanckorońskiej z polskości, z którą się utożsamia (ojciec, jak wiemy, był Polakiem, matka natomiast Niemką): „ I znowu po raz setny czułam tak bardzo intensywną wdzięczność wobec Stwórcy za przynależność do narodu, który w tej rozpaczliwej walce o własny byt broni zarazem wszystkich najwyższych dóbr ludzkości.” Pisze o 10-letniej Jance, aresztowanej za udział w konspiracji: „dziecko bezustannie, zamiast wypierać się wszystkiego, powtarzało, że wie, ale nie powie, bo jest Polką”. Opowiada o podziwie, jaki budziły w obozie Polki, które jako jedyne „wchodziły z głową do góry i z miną po prostu wesołą” i wszystkie bez wyjątku umierały z okrzykiem „Niech żyje Polska”.


Mnóstwo tu szczegółów dotyczących życia obozowego, z pewną dozą humoru opisany został Lwów – oficerowie Armii Czerwonej, źle umundurowani, zaniepokojeni, wykupujący ze sklepów wszystko, łącznie z grzechotkami dla niemowląt. „Z ich zachłannością w zdobywaniu towaru dziwnie nie licowało ciągłe opowiadanie o zasobności Rosji, o tym, że w Sowietach jest wszystko, czego dusza zapragnie. Na zapytanie lwowian: A czy Kopenhaga jest?, zapewniali, że jest i to milionami. A pomarańcze są? Jeszcze ile! Zawsze było dużo, ale teraz, gdyśmy zbudowali tyle nowych fabryk, to jest ich jeszcze więcej”.

Podobnych obrazków obyczajów można znaleźć w książce bardzo dużo. Gorąco zachęcam do lektury.

 
Agata Głażewska,
Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Święty Józef z Nazaretu wzorem mężczyzny, ojca, wędrownika – Michał Kapias

Współczesny dramat mężczyzny

Postać św. Józefa jest nie do przecenienia w świecie chrześcijańskim. Przez wieki był ukazywany jako wzór doskonałego mężczyzny, posiadającego te cechy, które w szczególności miłe były Bogu jak i ludziom. Był Bożym człowiekiem na co dzień ujawniającym swą szlachetność i świętość. I chociaż jego doskonałość sławiona była przez wieki, wydaje się, iż to właśnie współcześnie przyzywanie go „ku pomocy”, jak też wpatrywanie się i kontemplowanie jego cnotliwych przymiotów, może okazać się szczególnie istotne i pomocne, zwłaszcza dla mężczyzn zakładających rodziny. Nadszedł bowiem czas, gdzie kreowany przez wieki symbol męskości został gwałtownie zanegowany, a nawet w swej istocie zmieniony. Mężczyzna zasadniczo różni się już od tego, kim był w minionych czasach. Doprowadziły do tego XX-wieczne ideologie: „komunizm zabrał mu wolność, nazizm pozbawił go honoru, socjalizm ukradł mu odpowiedzialność, a konsumpcjonizm siłę. A na koniec, genderyzm odarł go z tożsamości” (J. Wolak, Kryzys męstwa, „Polonia Christiana”, 42:2015, s. 39). Stan ów w poważnej mierze wpłynął na jego otoczenie, w szczególności na relacje małżeńskie i rodzinne. Nic więc dziwnego, iż coraz trudniej być przykładnym mężem i dobrym ojcem. Dodatkowym problemem stały się niebezpieczeństwa, które dotknęły aktualnie całą strukturę rodziny, a z którymi mężczyzna musi się zmierzyć. W związku z tyloma zagrożeniami nader istotną rolę spełnia św. Józef. Analizując jego życie można wysnuć sporo pomocnych wniosków, przydatnych mężczyznom, próbującym uchronić swe najbliższe, umiłowane otoczenie przed kryzysami współczesnego świata.

Kryzys czyli co?
Samo pojęcie kryzysu nastręcza już pewnego problemu.Pochodzi ono z gr. κρίση, κρίσιμη – co należy rozumieć jako odróżnić, rozdzielać, postanawiać, rozsądzać. Pochodzący z tego termin κρίσις byłby przeto pewnym wyborem lub rozstrzygnięciem. Słownikowo więc tłumaczy się go jako decydujący moment szczególnie w jakiejś tragedii, czas przesilenia, punkt zwrotny, wstrząs, przełom. W języku potocznym kryzys służy określaniu różnych sytuacji, których wspólnym mianownikiem jest aspekt zagrożenia. Wynika on z kolei z faktu zaistnienia takiego stanu istnienia bądź działania jakiejś instytucji lub rzeczy, który jest niezgodny z jej naturą. W efekcie prowadzi to do daleko posuniętych problemów w osiągnięciu wyznaczonych celów działania, a nawet do całkowitej niemożliwości osiągnięcia owego celu. Należy także zwrócić uwagę i na ten fakt, iż przyczyna powstania kryzysu nie jest pojedynczym przypadkiem, lecz winna być względnie trwałym zjawiskiem, mającym negatywną tendencję.
W kontekście rodziny kryzys prowadzi do powzięcia działań scentralizowanych w pierwszej mierze na jej zredefiniowaniu, w konsekwencji kreuje się całkowicie nową wizję rodziny, diametralnie inną od dotychczasowej – od wieków skupionej wokół wzajemnych relacji kobiety i mężczyzny, których owocem miłości są ich dzieci. Aktualne kryzysy rodziny mają różne oblicze – im wszystkim musi przeciwstawić się mężczyzna, jeśli chce ocalić swych najbliższych. Pomocą w tym będzie poszczególna klasyfikacja niebezpieczeństw, a następnie próba wskazania na propozycje przezwyciężenia ich metodami św. Józefa.
 
Kryzys społeczny
Liberalizacja życia doprowadza do coraz bardziej pogłębiającego się rozluźnienia  więzi międzyludzkich. Ogromny wpływ ma na to pluralizm postaw i zasad publicznych. Tendencje te dotykają także rodzinę (zob. J. J. Garrido, Misja chrześcijańska w czasie kryzysu kultury, „Communio” 14:1994, s. 79). W konsekwencji życie rodzinne sprowadzone zostało do niezależnego, niemal „suwerennego”, istnienia obok siebie poszczególnych osób, pomiędzy którymi nie tylko brak fundamentalnego odniesienia jakim winna być obopólna miłość, ale wręcz nie przejawiających wobec siebie jakiegokolwiek głębszego zainteresowania. Taka nowa rodzina stała się zatomizowanym zbiorem jednostek posiadających swoje  indywidualne światy, bez części wspólnej, niesprowadzalne do siebie.
Tendencje te w szczególny sposób objawiają się w kontekście zakłamywania prawdy o ludzkiej płciowości i lansowania postaw panseksualnych. Szeroko rozumiany biznes rozrywkowy kreuje globalne postawy zachowań wyjętych spod jakichkolwiek norm etycznych i uprawomocnia je jako kulturę masową. Fałszując obraz ludzkiej miłości upowszechnia się pornografię jako „zdroworozsądkową” przeciwwagę purytańskiej moralności (zob. B. Bassa, Przeciw godności człowieka, [w:] M. Wójcik red., Człowiek – Osoba – Płeć, Łomianki 1998, s. 260 n.). Trzeba bowiem pamiętać, iż „czystość domaga się osiągnięcia panowania nad sobą, które jest pedagogią ludzkiej wolności. (…) albo człowiek panuje nad swymi namiętnościami i osiąga pokój, albo pozwala się zniewolić przez nie i staje się nieszczęśliwy”. Szczególnie ważne jest uświadomienie sobie, iż miłość nie jest uczuciem, ale swoiście ludzką decyzją oddania się i trwania przy drugiej osobie. Ta decyzja zawiera w sobie postawę dojrzałości, odpowiedzialności i wytrwałości, a w małżeństwie – bezwarunkowej i pełnej afirmacji godności każdego ze współmałżonków. Niestety współcześnie coraz trudniej uczyć takiego sposobu bycia w świecie, w którym dominuje egoizm i samowola.
W tym kontekście postawa jaką swym życiem prezentuje św. Józef okazuje się nie do przecenienia. Przede wszystkim zdaje się on skłaniać dzisiejszych mężczyzn do tego aby szerzej otworzyli oczy, aby zobaczyli, iż nie są sami, że wkoło jest świat składający się nie tylko z rzeczy gotowych do użytku, ale przede wszystkim z realnych osób, których nigdy nie można używać, lecz przeznaczone są do miłości. Albowiem „nikt nie może posługiwać się osobą jako środkiem do celu: ani żaden człowiek, ani nawet Bóg – Stwórca” (K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, TN KUL, Lublin 1986, s. 29. ).
Kolejnym krokiem jest próba zrozumienia relacji jakie zachodzą między poszczególnymi ludźmi. Nie można przy tym zapominać, iż sam św. Józef miał z tymi sprawami spory problem. Przygotowywał się przecież do ślubu – w każdym czasie, miejscu i kulturze to nader istotne i ważne wydarzenie. Zmienia ono przecież w zasadniczy sposób życie każdego mężczyzny. Kończy się w pewien sposób czas „samotności i indywidualizmu”, a powstaje czas „wspólnoty i więzi”. Trzeba się dobrze do takiego wydarzenia przygotować. Trzeba otworzyć się na inne osoby – nie tylko tą, która jest wybranką serca (narzeczoną, małżonkę), ale także wszystkie te, które współtworzyły jej świat (jej rodzina, krewni, znajomi). To dosyć trudne zadanie, bez którego nie sposób normalnie funkcjonować w nowej rodzinie. (Ileż tragedii pojawia się w wyniku konfliktów z teściami, braku porozumienia i akceptacji tego, że każdy człowiek ma prawo do swej indywidualnej tożsamości). Tymczasem św. Józef podejmuje te wezwania i w szczerości oraz z pokorą próbuje zrozumieć innych ludzi oraz w miłości budować z nimi relacje.
Kolejny problem to kwestie związane z seksualnością. Dziś ten problem praktycznie został całkowicie zliberalizowany. Jednak w czasach św. Józefa jakiekolwiek odstępstwo od przyjętych zasad religijno – kulturowych mogło skończyć się nawet śmiercią (ukamienowaniem). Gdy więc wychodzi na jaw Boska tajemnica Maryi, o Jej brzemiennym stanie, ów Święty Mąż podejmuje zamysł zgoła najbardziej szlachetny. W trosce o reputację swej umiłowanej, a zarazem chroniąc ją przed niechybną karą z „rąk sprawiedliwości publicznej”, chce ją oddalić w jakieś ustronne miejsce, aby nie doprowadzić do tragedii. Nie ocenia, nie potępia, ale troszczy się o osobę, chroniąc ją. Równocześnie modli się, aby w swym postępowaniu nie zbłądzić. Bóg docenia Jego wysiłki i w objawieniu nakłania go, aby przyjął do siebie tę, która została wybrana do Bożych dzieł. Szanuje swą małżonkę pozostawając przez cały ten trudny dla niego czas w czystości (por. Mt. 1, 18 – 25). Rozsądek, posłuszeństwo Bożym planom, jak i wstrzemięźliwość seksualna ze względu na wyższe dobro – oto przymioty, które pozostawia św. Józef współczesnym mężczyznom.
 
Kryzys kulturowy
Problematyka seksualna staje się dziś niejednokrotnie kulturową kartą przetargową. Widać to szczególnie w nasilających się tendencjach ideologii genderowej. W języku polskim nie odróżnia się dwu pojęć dotyczących seksualności, chodzi tu mianowicie o angielskie słowo sex – rozumiane jako płeć biologiczną, oraz gender– utożsamianą z płcią społeczno – kulturową. Człowiek zawsze wyrażał się jako mężczyzna lub kobieta. Tymczasem aktualnie coraz częściej można wyróżnić pięć rodzajów płci: męską, żeńską, homoseksualną, biseksualną i transseksualną (Zob. G. Kuby, Rewolucja gen derowa. Nowa ideologia seksualności, Kraków 2007, s. 59.). Okazuje się, iż określenie swej płci, każdy dziś może wybrać wedle swego uznania. „<Płeć biologiczna> jest konstruktem idealnym, który z czasem pod przymusem zostaje zmaterializowany. Nie jest to fakt naturalny czy nienaruszalny stan ciała, ale proces, w którym normy społeczne materializują ową <płeć biologiczną>, a te materializację osiągają przez wymuszone, ciągłe powtarzanie tychże norm” (J. Butler, Gender Trouble: Feminism and the Subversion of Identity, New York – London 1990.). Innymi słowy ponieważ to odpowiednie normy społeczne narzuciły nam taką a nie inna płciowość, teraz nadszedł czas, aby wyzwolić się spod tych reguł i w imię wolności samemu określić swą „identyfikację biologiczną”.
W efekcie działania takie prowadzą do kolosalnych dramatów w poszczególnych rodzinach, które przestają już być związkiem biologicznego mężczyzny i kobiety. Posiadanie dziś dwu ojców lub matek coraz mniej niestety szokuje. A gdy dodać do tego możliwość wejścia w „związek małżeński” ze swoim psem, a nawet choinką bożonarodzeniową, doprowadza się instytucję małżeństwa czy też ewentualnej „rodziny” do skrajnej tragifarsy.

W kontekście powyższych nowoczesnych stosunków partnerskich największym problemem stała się rodzina zbudowana na tradycyjnym modelu wychowania. W szczególności niszczona więc jest postawa podporządkowania dzieci autorytetowi rodziców. Tego typu relacje negują gloryfikowaną wolność indywidualną każdej jednostki. W zamian proponuje się popularyzowane w różnych wariantach anarchizujące hasło „róbta co chceta”. Ogranicza się prawnie coraz bardziej władzę rodzicielską nad dziećmi w imię swobody rozwoju, oraz niwelowania wszelkich postaci autorytaryzmu. Coraz częściej można spotkać się z pomysłami odbierania rodzicom praw do wychowywania swych dzieci na rzecz spełnienia tych funkcji poprzez organizacje państwowe (żłobki, przedszkola, szkoły). O ile tego typu instytucje mogą być wybierane w sposób indywidualny przez opiekunów osób nieletnich, o tyle budzą spore zastrzeżenia wszelkiego rodzaju akty prawne zmuszające rodziców do oddawania swych dzieci w coraz młodszym wieku pod auspicje państwowych ideologów wychowania. Żadne szczytne cele wypisywane na sztandarach równości szans czy też społecznego równouprawnienia nie zastąpią bowiem miłości rodzicielskiej i ciepła rodzinnego domu. Są to fundamentalne czynniki wpisujące się w sposób konstytutywny w egzystencję każdej osoby i kształtującej jej człowieczeństwo od najmłodszych lat.

Powyższe problemy wpływają także na współczesnego mężczyznę, który okazuje się być coraz mniej męski. Zacząć można od zmian w kwestiach urody. Zanika dziś mężczyzna wysokiego wzrostu, o mocnej budowie ciała i silnej sylwetce. W zamian kanony mody proponują osobniki o wyglądzie hermafrodyty, z lalusiowym uśmieszkiem, prędzej przyzywających odpowiednie służby porządkowe aniżeli zdolne do użycia własnej siły i sprawności.
Jeśli dołożyć do tego wieloletnie trwanie w rzeczywistości, w której stale kobiety domagają się równouprawnienia w sposób już zideologizowany, doprowadza to do sytuacji, w której zatraca się tradycyjny podział ról społecznych między pierwiastkiem męskim a żeńskim. W efekcie pojawiają się tragikomiczne sytuacje wywracające dotychczasowy styl życia kulturowego do góry nogami. Przykładem może być sytuacja tzw. urlopu tacierzyńskiego. Oto kobiety w pogoni za możliwością realizowania swych ambicji zawodowych, podejmują usilne próby jak najszybszego powrotu do pracy po urodzeniu dziecka, pozostawiając je (i to niejednokrotnie w sytuacji, gdy należałoby karmić dziecko w sposób zgodny z naturą) pod opieką jego ojca (Zob. I. Kucharska, Gdzie ci mężczyźni?, „Polonia Christiana”, 42:2015, s. 43.). Kolejna genderowa furtka została otwarta.
Można wprawdzie się cieszyć się w tym wypadku, z odpowiedzialnej postawy ojca – mężczyzny, przecież mógł po prostu nie zgodzić się na pełnienie takiej funkcji. Zresztą brak odpowiedzialności to chyba najczęściej spotykany „grzech” męski. W dobie „wszchmożliwości”, która dobija się do intelektu niemal z każdej reklamy, w czasie gdy na każdym kroku wmawia się przeciętnemu Kowalskiemu, iż wszystko i wszyscy są na jego zawołanie, gdyż „klient nasz pan”, mężczyzna może zatracić powoli wyczucie rzeczywistości i poczuć się jak król. A pan i władca nie musi przecież przed nikim odpowiadać. Tak łatwo przecież zapomnieć o swych obowiązkach i uciec w iluzoryczne marzenia.
I w tym wypadku solidną odpowiedź daje św. Józef. Przede wszystkim jest mężczyzną z krwi i kości. Może nigdy nie był atletą, ale  z pewnością był zahartowany w życiu przez swą ciężką i znojną pracę. Ona musiała odmalować swe piętno na jego sylwetce. A przecież pracy się nie bał. Ponadto – mimo pewnych sporów historyczno-teologicznych – był raczej młodym człowiekiem (starzec widniejący na niejednym obrazie ma raczej wydźwięk symboliczny, mający sugerować jego chęć obrony dziewictwa Maryi). Nie interesował się tym samym najnowszymi trendami dochodzącymi – choć zapewne z pewnym opóźnieniem – z dworu rzymskiego cesarza.
Jego stałość i moc charakteru była widoczna, choć strony Biblijne tak niewiele informacji przytaczają o tej postaci. Sprawy małżeńskie z pewnością były dla niego istotne. Natura i biologizm męski nie zmienia się przez wieki, dlatego też można przypuszczać, iż odzywały się w nim pragnienia intymnego spotkania ze swa małżonką. A mimo to potrafił uszanować jej czystość i dziewictwo. Świadczy o tym ewangelista Matusz (Mt. 1,25) jak i cała tradycja katolicka. W dzisiejszym panseksualnym świecie taka postawa może się wydawać irracjonalna, a mimo to jest on symbolem zdrowych relacji małżeńskich. (Istnieją bowiem sytuacje, kiedy to mężczyzna musi w imię wyższego dobra panować nad swą seksualnością i powstrzymywać się od współżycia ze swą żoną).
Wreszcie – co wydaje się bardzo istotne – potrafił stworzyć normalną, zdrową i kochającą się rodzinę. Był mężem jednej kobiety, miał syna, którego wychowywał i troszczył się o oboje. Czasy jego życia z pewnością – podobnie jak i dziś – obfitowały w różnorodne pokusy. Został jednak wierny swym wyborom miłując swą rodzinę i żyjąc dla niej. Wydaje się, iż współcześnie wielu mężczyznom trzeba by przypomnieć jak w poprawny sposób należy rozmieścić akcenty w ich życiu i tym samym przywrócić poprawną hierarchię wartości.
 
Kryzys ekonomiczny
Kwestie gospodarcze mają zasadniczy wpływ na istotę i rozwój rodziny. Współczesna sytuacja ekonomiczna w naszym kraju doprowadziła w wielu gospodarstwach domowych do coraz bardziej dramatycznych sytuacji związanych z poszukiwaniem pracy. Nie jest to jednak, w przeważającej mierze, spowodowane widmem głodu czy nędzy. Dzisiejsze dylematy egzystencjalne wynikają raczej z chęci podwyższenia standardu materialnego życia. W efekcie wiele rodzin polskich boryka się z problemami rozbicia i samotności wynikłymi z gwałtownej emigracji zarobkowej. Paradoksalnie sytuacja ta może przyczynić się do odbudowania więzów wielopokoleniowych zarzuconych od dawna ideą oddzielenia starszych krewnych, umieszczonych w domach starców, od młodszego pokolenia dbającego wyłącznie o własną wygodę. Gdy współcześni rodzice wyjeżdżają w celach zarobkowych na Zachód, osierocone dzieci odnajdują opiekę u swych dziadków. Jest to jednak rozwiązanie doraźne, albowiem istota rodzinnego procesu wychowawczego została mimo wszystko zachwiana.
W konsekwencji ustawiczna pogoń za pracą, a niejednokrotnie coraz to lepszymi jej warunkami przysłania jej egzystencjalny cel. Przecież to nie człowiek jest dla pracy, lecz praca po to, by człowiek mógł godniej żyć. W tym kontekście ustawienie sytuacji gospodarczej w taki sposób by już nie tyle mobilizować, co raczej zmuszać ludzi aby ciężkim, całodziennym wysiłkiem zdobywali minimalne środki umożliwiające im przeżycie kolejnego dnia, staje się działaniem moralnie podejrzanym. Z tego też względu system ekonomiczny, który za główny cel działania uważa osiągnięcie zysku, niestety niejednokrotnie sprowadzanego do wymiaru materialnego sprawia, że ten sam sposób działania i cel zostaje wprowadzony w relacje rodzinne. W ten sposób poszczególni członkowie rodziny są sprowadzeni do rangi narzędzi mających zapewnić danej jednostce porządny statut materialny. Człowiek więc stał się instrumentem w walce o ekonomiczny byt.
Pomijając surrealną sytuację gdy to „ambicje kobiety” sprawiają, iż główny dochód rodzinny płynie z jej pracy, to zasadniczo na barkach mężczyzny spoczywa obowiązek zapewnienia bytu gospodarczego jego najbliższym. Niestety sytuacja ekonomiczna często negatywnie weryfikuje ów wzorzec działania. Niepewność stałej posady, głodowe pensje, nieuczciwi pracodawcy, stały się dziś plagami na rynku pracy. Trudno zatem o psychiczny komfort świadomości, iż wykonywana praca przez dłuższy okres czasu przyczyni się do stabilnej sytuacji finansowej w rodzinie.

Tymczasem losy św. Józefa wydają się w tym wypadku zbieżne ze współczesnymi dylematami pracowników. On także nie był pewny swej ekonomicznej przyszłości. Wprawdzie miał swój warsztat stolarski, lecz żył wśród biednych ludzi, którzy z pewnością niezbyt często zamawiali jakiś mebel do swych domostw. Niektóre przekazy tradycji chrześcijańskiej ujmują jego postać jako cieślę. Być może był to jego zawód, jednak i ten fakt niewiele zmienia w kwestii gospodarczej. Nie należy zakładać, iż w jego czasach był spory popyt na domostwa. Z faktów tych należy wnosić, iż jego fach nie przysparzał mu znaczącego bogactwa. Z drugiej strony pozwalał na ubogie, aczkolwiek przyzwoite życie. Nie znajduje się w jego postawie złorzeczenia czy zaklinania swego losu w celu zdobycia dostatniego życia. Raczej widać głęboką ufność Bogu, w Którym pokładał nadzieję, a ta przynosiła mu siły do zmierzenia się z codziennymi przeciwnościami. Dar dwu gołębi lub synogarlic składany w świątyni w czasie Ofiarowania Jezusa jego syna świadczy raczej o ubóstwie życia, a jednak nigdy nie narzekał. Jego rodzina nigdy także nie cierpiała nędzy. Potrafił z podniesiony czołem stanąć przed wyzwaniem codzienności i mężnie podjąć się zadań jakie stawiała jego praca.

I jeszcze jedne istotny szczegół. W swych dążeniach zawodowych podejmował wysiłek kształcenia swego syna. Niejako przyuczał go do zawodu. To niezmiernie istotne z punktu widzenia psychologicznego, aby ojciec podejmował codzienne działania wraz ze swoim synem. Przynosi to istotne korzyści w rozwoju psycho-duchowym dziecka. Dzięki temu można nawet takie działanie nazwać prowadzeniem rodzinnego biznesu. I chociaż mógł emigrować za pracą, wybrał jednak wariant skromniejszy finansowo, dzięki któremu pozostał razem ze swą żoną Maryją i synem Jezusem pod jednym dachem.
 
Przesłanie św. Józefa
Chcąc brać wzór ze św. Józefa współczesny mężczyzna musi zrozumieć przede wszystkim, iż naczelną wartością w jego życiu była troska o rodzinę. Wiedział on bowiem, iż tworzy ją wespół z niezwykłymi osobami. Jego żona została wybrana przez samego Boga, zaś jego „przybrany” syn – którego był opiekunem – to przecież Syn samego Boga. Niełatwo z pewnością żyć z taką świadomością.
Drugim elementem jest postawa wyrzeczenia się samego siebie i poświęcenia swego życia dla wspomnianych osób. Ta świadomość pełnienia misji przepełniała jego ziemską egzystencję. Wiedział, że wartość rodziny sprzyja wzajemnej pomocy w rozwijaniu cnót moralnych, a zarazem powstrzymuje ewentualny rozwój wad moralnych. Same zaś zalety św. Józefa są dosyć liczne.
Przede wszystkim  jest posłuszny Bogu. Jest to możliwe tylko o tyle o ile człowiek wsłucha się w Boże Słowo. Wymaga to postawy ciszy i ukorzenia, z której to wynika głęboka i przemyślana refleksja nad sposobem życia, jak też zdolność do wielkiej wrażliwości moralnej.  Dzięki temu można o nim rzec, iż był człowiekiem sumienia.
Te przymioty sprzyjają budowaniu relacji z innymi ludźmi. Potrafił z nimi się spotykać, rozmawiać, jak też głęboko wsłuchiwać się w to, co mówią (zwłaszcza ta ostatnia cecha jest dziś rzadkością wśród mężczyzn). Nie był milczkiem czy mrukiem, ale potrafił zachować milczenie, aby tym lepiej zrozumieć innych. Nie uciekał przed trudnymi wyzwaniami, jak też nie odtrącał ludzi, z którymi trudno poprzestawać. Miał odwagę być z drugim człowiekiem. Nie klasyfikował bliźnich, albowiem trwając w Bożej ufności potrafił ich kochać. Cechy te – choć pośrednio – wynikają z braków jakichkolwiek przesłanego faktograficznych, wskazujących na jakiekolwiek konflikty z innymi osobami (sąsiadami czy stróżami prawa).
Wreszcie św. Józef wykazywał wielką odwagę w podejmowaniu wyzwań i przeciwności, jakie stawiała mu codzienność. Trzeba mieć głęboką czułość, aby przyjąć brzemienną kobietę jako swą żonę. Wielką siłę samozaparcia, aby wędrować z nią w błogosławionym stanie, w celu spełnienia obywatelskiego obowiązku. Niesamowitą troskliwość by towarzyszyć jej w chwilach rozwiązania, mając świadomość, iż nie zapewniło się jej godziwych warunków w czasie porodu. A także sporą odwagę, aby uciekać przed siepaczami w obce tereny i czekać na emigracji na lepsze czasy. Po powrocie w rodzinne strony św. Józef musiał wykazać się zmysłem organizacji, aby wszystko zacząć od początku – budowę domostwa, tworzenie relacji sąsiedzkich, rozkręcanie własnego biznesu. Jest mężczyzną, który potrafi kochać i pracować. A wszystko to dzięki temu, iż bezgranicznie zaufał Bogu. 
 





Michał Kapias,

mąż, ojciec, wędrownik, Ferrao w 1. GRy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)