Tam gdzie jest miłość, nie ma nudy

Zachęcamy do zapoznania się z wywiadem z duszpasterzami naszego Stowarzyszenia, księdzem Mateuszem Chmielewskim i księdzem Grzegorzem Jankowskim, o pracy z wilczkami i trudnościach w głoszeniu dzieciom Ewangelii we współczesnym świecie.

Agata Kocyan: Wilczki są w dość trudnym wieku dla nas jako wychowawców – jedną nogą stają jeszcze w beztroskim dziecięcym świecie, drugą nogą kroczą już powoli ku czemuś dojrzalszemu. Bunt i testowanie granic opiekunów to naturalne zjawisko dzieci w tym wieku. Czy podobny bunt pojawia się również względem Boga? Czy dzieci próbują podważać nijako ‘narzucony’ autorytet Stwórcy czy wręcz przeciwnie, chcą dowiedzieć się o nim czegoś więcej?

Ks. Mateusz Chmielewski: Czas przeżywania buntu to raczej czas bycia w zastępie, a nie w gromadzie, chociaż oczywiście może się on pojawić u najstarszych wilczków. Bunt ten, jest wtedy buntem przeciwko wcześniej przyjmowanym prawdom, które do tej pory były akceptowane z dziecięcą ufnością. Taką prawdą jest również prawda o Bogu. Dlatego tak ważne jest, aby i na tym etapie towarzyszyć wilczkom, cierpliwie odpowiadać na pytania, być wobec nich wyrozumiałym, pozwolić im na zadawanie pytań i na poszukiwanie odpowiedzi. Nie bójmy się tego! Ich dotychczasowy obraz świata, Boga będzie ulegał powolnemu rozbijaniu, żeby za jakiś czas na nowo się poskładać. Jest to pewnego rodzaju odrzucenie, po którym może nastąpić bardziej świadome przyjęcie. Mądra, wrażliwa obecność Akeli jest tutaj bardzo konieczna.

Sięgnijmy wtedy do naszych doświadczeń “kryzysów” wiary i mądrze bądźmy przy tych wilczkach, którzy mają bunt. Jak kiedyś chcieliśmy, aby “świat dorosłych” reagował na nasz bunt? Czego wtedy od nich potrzebowaliśmy? Nauk, morałów, porad, sprzeciwu, pouczeń czy pełnego miłości towarzyszenia, które daje wolność poszukiwań? Przy ich chwiejności, zmienności i labilności bądźmy dla nich bezpieczną przystanią akceptacji. Jeżeli wyrażają bunt na Boga lub na świat, który ich zaczyna boleć to pokażmy, że mogą to robić w autentycznej relacji z Bogiem na modlitwie (rozmowie jak z przyjacielem). Niech mówią Mu o swoim buncie, że czegoś nie rozumieją, że z czymś sobie nie radzą. Przemienić to się więc może w pewnego rodzaju lamentację. Lament, narzekanie, niezgoda, wyrażany ból staje się modlitwą – odniesieniem tego wszystkiego do Boga. Przejście do zastępu może pomóc w rozwiązywaniu wątpliwości, bo jest bardziej związane ze środowiskiem rówieśników i trochę starszych harcerzy, którzy w inny sposób niż dorośli otwierają przed najmłodszymi perspektywę wiary.

Ks. Grzegorz Jankowski: Ja myślę, że o buncie Boga nie mówiłbym jeszcze tutaj. To wszystko zależy też od rodziny i od przeżywania wiary w rodzinach. Podstawowym ‘problemem’ jest problem rodziców, którzy powinni być świadkami, a to nie w przypadku wszystkich wilków tak funkcjonuje. Aczkolwiek, już około 8 lat jestem duszpasterzem i mam styczność z środowiskiem skautowym i wilczkami, ale tak bezpośrednio nie zetknąłem z buntem Boga, jeżeli chodzi o dzieci, zwłaszcza, że w dzieciach pozostaje jeszcze takie naturalne poczucie Pana Boga, które wynoszą z domu. Jeszcze przyjmują to, co im się przekazuje, co się im mówi, do czego się je prowadzi.

Oczywiście może się pojawić jakieś marudzenie przy elementach religijnych  jak adoracja na przykład, ale to tak jak z wszystkimi innymi zajęciami – “nie chce mi się” czy coś takiego. Problem w tym, żeby znaleźć sposób jak z jednej strony nie popuścić, a z drugiej, żeby zachęcić wilczka do tego do skorzystania z okazji. To jest tak jak z buntem, z marudzeniem przeciwko właściwie wszystkiemu.

Jak wilczkowi pomóc w przełamaniu się? Dam taki przykład. Kiedyś  nie mogłem być na stałe na obozach wilczkowych i dojeżdżałem. Jedna mama poprosiła mnie o przywiezienie jej syna dzień wcześniej. Opowiedziała mi przy okazji, że jej synek zaczął marudzić tuż przed obozem. Ona mu powiedziała: “Słuchaj, jesteś zgłoszony, jedziesz.”. Jadąc późnej z tym wilczkiem zapytałem jak tam obóz. Ależ był zachwycony! Zaczął mi wszystko opowiadać, mówił, jak fajnie było. I ja tak pytam: “A ty tak chętnie pojechałeś na ten obóz czy ci się nie chciało?” “No nie, no nie chciało mi się za bardzo, ale mama powiedziała, że mam jechać i pojechałem.” “A widzisz – mówię mu. – Człowiekowi się nie chce, to nawet nie wie, ile może stracić. A jak przełamie, to coś o wiele większego zyskuje” Ziarno zostało rzucone. Czy w przyszłości będzie to miało jakiś wpływ na niego, na jego decyzje, nie wiem, ale to jest taki przykład tego jak czasami warto po prostu powiedzieć. Pokazać: “Zobacz. Widzisz ile zyskałeś dzięki temu. że przełamałeś swoje niechcenie?”. Marudzenie i jęczenie to są rzeczy bardzo typowe dla dzieciaków. Przychodzi taki moment, że nie chce im się. Właśnie w skautach wilczkach jest wiele takich sytuacji, kiedy mówią “nie chce mi się”, a potem raz, drugi, trzeci, czwarty i dotrze do nich, że warto. No kształtowanie charakteru, nie ma co.

A.K.: Świat się zmienia coraz szybciej, internet powszechnieje i odwodzi swoją kolorową zawartością od Boga. Co współcześnie jest największą konkurencją dla Jezusa i jak kolokwialnie mówiąc “sprzedawać” Słowo, by wilczki nie straciły zainteresowania wiarą?

Ks.M.Ch.: Cytując klasyka: “Co nam hańba, gdy talary mają lepszy kurs od wiary!”. Każda epoka ma swoich bożków – konkurentów Boga. Co mamy robić wobec tego? Czasami możemy podpatrzeć jak to robi świat, jakich stosuje metod, aby głosić swoje prawdy i swoje wartości. Szukajmy sposób, aby w sposób kolorowy i głęboki przekazywać słowa Jezusa. Metody są tu jednak drugorzędne w stosunku do roli przykładu życia.

 Bł. Paweł VI mówił, że „współczesny świat potrzebuje bardziej świadków, aniżeli nauczycieli. A jeżeli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami”. Troska o atrakcyjne narzędzia, inspirujące metody, nowoczesne techniki, przystępny dla współczesnego dziecka sposób mówienia o Bogu – to jest wszystko bardzo ważne, niezbędne i konieczne. Jednak ważniejsze i bardziej konieczne jest osobista fascynacja Jezusem i Jego Słowem, która jest widoczna w życiu Akeli. Pociągnięty przez Jezusa pociągnie z większą mocą kolejnych. Mówiąc więc kolokwialnie, “sprzedać” Słowo możemy wtedy, kiedy je na serio “kupiliśmy”.

Pociągnięty przez Jezusa pociągnie z większą mocą kolejnych. Mówiąc więc kolokwialnie, “sprzedać” Słowo możemy wtedy, kiedy je na serio “kupiliśmy”.

Ks. Mateusz Chmielewski

Ks.G.J.: *śmiech* Oj, to jest bardzo trudne pytanie. Nie wiem czy nie trzeba by z dobrymi psychologami, z dobrymi pedagogami rozmawiać.

Jak w atrakcyjny sposób sprzedać Słowo Boże? Ja bym tutaj widział jedną tylko rzecz, mianowicie, żeby rzeczywiście na każdej zbiórce było Spotkanie ze Słowem Bożym. Ono nie musi być długie. Ale żeby było często. To metoda drobnych kroków. Nie dużo, tylko często. Często, a po trochu. Takie troszeczkę oswajanie się. Może nie od razu do nich dociera wszystko, ale jednak, wydaje mi się, że mimo tak zwanej konkurenci, to Słowo samo w sobie jest atrakcyjne. Samo z niego się wydobędzie. “Zobacz dziecko, taki właśnie jest Pan Bóg. Tak objawia się jego dobroć, tak objawia się jego miłość. Nikt nic innego ci nie da tylko właśnie to, co jest w tym Słowie Bożym zawarte.”

A.K.: Teraz przyszło mi do głowy takie pytanie – Co może być atrakcyjne dla wilczka w słuchaniu Słowa Bożego, w spotkaniu ze Słowem?

Ks.G.J.: To, żeby pokazać, jaki jest Pan Bóg, czyli – że jest dobry, że chce naszego dobra i chce przede wszystkim dać ci Niebo. Myślę, że to jest to, o czym dzisiaj się nie mówi tak wiele. Nie mówi się, że Pan Bóg chce dać ci Niebo, chce żebyś był w Niebie. I to jest podstawowa rzecz. Będzie pięknie, wspaniale, nie będzie żadnych chorób, ludzi skrzywdzonych, nie będzie tego całego zła. Do tego dążymy. Droga nie jest łatwa, ale możliwa. Ja tutaj polecam pewną panią psycholog, Bognę Białecką, która m.in. bardzo dużo mówi o tym wychowaniu właśnie dziecka wiary, dziecka religijnego, o wychowaniu chrześcijańskim. Rodzicom zależy na tym ni na tym, by jakoś tam wychować to dziecko, ale żeby wychować to dziecko dla Pana Boga. To jest najważniejsze. Jest na YouTube kilka jej konferencji, które są według mnie genialne, warto się z nimi zapoznać.

Słowo Boże samo w sobie może być atrakcyjne, tylko jak to przekazać, w jakiej formie, a to już jest inna kwestia. Ja się skłaniam ku temu, żeby za bardzo nie przesadzić. Żeby jednak mimo wszystko na samym Słowie się skupiać, żeby nie zaciemnić tego Słowa jakimiś metodami, których dzieci i tak nie zapamiętają. Jasno i wprost – to jest Słowo Boże. Z resztą jest jeszcze inna rzecz dzisiaj ważna, mianowicie dzieci i młodzież nie są nastawione na słuchanie, tylko na oglądanie.

A.K.: Tak, na obrazki, obrazy, memy i filmiki.

 Ks.G.J.: Tak. To może być jedyna okazja, jedyna sytuacja, gdzie można jakąś  jedną myśl przekazać dziecku. Jedna myśl powtórzona kilka razy, po to żeby zapamiętało.

Ks. Grzegorz Jankowski, fot. Krzysztof Olaf Żochowski

A.K.: Takim bardzo ważnym elementem wychowywania wilczka jest jako chrześcijanina, oprócz Spotkania ze Słowem na zbiórkach, są Msze Święte. Bardzo Szczególny Temat. Spora część dzieci nie lubi liturgii, bo jest nudna, długa, niepotrzebna. Jak zaangażować wilczki w Mszę Świętą? Jak sprawić, by dzieci polubiły spotkanie z Bogiem?

Ks.M.Ch.: Warto zacząć od podkreślenia, czym Msza Święta jest i po co się na nią chodzi. Chodzi o to, żeby próbować tę tajemnicę zrozumieć i widzieć jej sens. Wszystko co robimy w życiu duchowym ma być robione z “głową i sercem”. Nie chodzi o wyuczenie rytuałów, choć przyzwyczajanie i wypracowanie nawyku regularnego bycia w kościele są tutaj ważne. Najpierw jednak trzeba, aby każdy Akela sam bardzo świadomie odpowiedział sobie na postawione wcześniej pytania. Pomocą w temacie Eucharystii może być oczywiście duszpasterz gromady, który warto, aby podczas swojego “kwadransu” na zbiórce pomógł wilczkom w zrozumieniu Mszy korzystając np. z książeczki “Skąd wzięła się i czym jest Msza święta?”. Warto również ukazywać Mszę, jako spotkanie z Jezusem, który kocha i którego my chcemy bardziej pokochać. U babci też jest czasem długo i nudno, ale z tego powodu, że ją kochamy, to ją odwiedzamy. Tak się wyraża miłość. Oczywiście, należy zrobić wszystko, aby wilczki mogły głęboko i aktywnie przeżywać Mszę Świętą. Będzie to bardziej możliwe: gdy nauczą się wzbudzać intencję przed Mszą i przygotowywać się do niej poprzez odpowiednią modlitwę, ciszę i skupienie; gdy zrozumieją znaki liturgiczne i będą je świadomie wykonywać; gdy zaangażują się w śpiew; gdy będą wiedziały co odpowiadać na słowa księdza podczas liturgii; gdy przygotują modlitwę wiernych i będą mogły ją odczytać; gdy pomogą np. w przygotowaniu krótkiej scenki (pantomimy, animacji), która będzie pomocna duszpasterzowi podczas homilii dla dzieci; gdy będą zawsze w stanie łaski uświęcającej, aby przyjmować zawsze Jezusa do swojego serca; gdy nauczą się dziękować za Mszę po jej zakończeniu; gdy będą służyli przy ołtarzu lub będą blisko niego, aby móc widzieć wszystko co się dzieje w przestrzeni prezbiterium. Na koniec znów pragnę podkreślić, że najważniejsze jest tutaj serce wilczka, w którym chcemy rozpalić miłość do Jezusa Eucharystycznego, i że bardzo ważny jest przykład przeżywania Mszy Świętej przez Akelę i przybocznych.

Ks. Mateusz Chmielewski, fot. Krzysztof Olaf Żochowski

Ks.G.J.: I to jest temat podstawowy i tutaj można by mówić bardzo dużo. Najpierw takie założenie – my nie zawsze sprawimy, że wilczek od razu będzie bardzo szybko pojmował i zrozumie istotę Eucharystii. Potrzeba pewnej  perspektywy, by wiedzieć, że to co dzisiaj siejemy, owoce wyda później. Powiem w ten sposób, używając takiego pewnego obrazu, pewnej przenośni – jeżeli stoimy u podnóża góry, którą chcemy zdobyć, to ten cel jest tam na tej górze i  trzeba na nią wejść. To jest wielki wysiłek. Czasami się nie chce, czasami człowiek rezygnuje. Spotkanie z Panem Bogiem jest tym szczytem góry. A to co jest drogą to jest pewien proces, który się dokonuje.

 W odniesieniu do Eucharystii, po pierwsze znów – drobne rzeczy, a często. Chodzi o wiarę w to, że Pan Jezus jest, kropka. To później przełoży się na to, że tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. I do tego prowadzimy, to jest ten szczyt.

Chodzi o wiarę w to, że Pan Jezus jest, kropka. To później przełoży się na to, że tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. I do tego prowadzimy, to jest ten szczyt.

Ks. Grzegorz Jankowski

Tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. Tutaj jest bardzo potrzebnych kilka elementów. Przede wszystkim przygotowanie, czyli powiedzenie jasno dzieciakom, że w czym my właściwie uczestniczymy.

Opowiem pewną historię, która mi otworzyła oczy na to, jak to jest ważne, żeby robić to takimi drobnymi krokami. Przyjechała raz do mnie gromada na zimowisko i Akela w pewnym momencie mówi, że chciałaby zrobić dzieciom adorację o tej i o tej godzinie. Mówię jej “Słuchaj, w tym czasie jest adoracja w kościele. Przyjdź z nimi. To nie jest adoracja prowadzona przez kogoś. Każdy w tym momencie może wejść i wyjść, kiedy chce. Nie będziecie nikomu przeszkadzać.” I zrobiła to. Przyszła dosłownie chyba na 10 minut z tymi dzieciakami. Na drugi dzień odwiedziłem te wilczki i mówię “Słuchajcie, no taki najpiękniejszy widok jaki wczoraj widziałem, to jak wyście mi wczoraj przyszły na adorację.” Wilczki podbudowane. Za dwa tygodnie Akela mówi mi “Jak to dobrze, że ksiądz to powiedział. Ja ich przed adoracją przygotowywałam, chciałam ich dobrze wprowadzić, niektóre dzieci marudziły, że nie, one chyba nie chcą. Ale powiedziałam im, że idziemy.” I tu dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, jest tutaj więcej niż jeden autorytet. Jest Akela, jest ksiądz, którzy mówią to samo. A jeszcze jakby się okazało, że i rodzice mówią to samo to już w tym momencie dla tego dziecka to jest czymś naturalnym. I drugie, że nie musi być długo. Krótko, ale częściej. Czasami wydaje mi się, że trzeba też myśleć o tym, że jeżeli zbiórki się zaczynają lub kończą przy kościele, przy parafii, to żeby była dosłownie jedna minuta na wejście do kościoła na chwilę na adoracje z takim zaznaczeniem, tu mieszka Pan Jezus. I do wyrabia, tak nie ładnie mówiąc, pewne nawyki.

To samo jest w odniesieniu do Mszy Świętej. Tutaj jest z resztą rola duszpasterza, żeby też wyjaśniał co to jest, żeby wprowadzał. To jest to budowanie, to jest to cały czas wspinanie się pod górę na szczyt. Cały czas do przodu. Krok po kroku. Nie dużymi susami. Krok po kroku, i to w naturalny sposób w pewnym momencie może pomóc dziecku. Jest też kwestia żywego uczestnictwa, żywego udziału, również i funkcji które są w czasie Mszy Świętej, np. na obozie. To nie jest tak tylko, że siedzimy, nie wiadomo co robimy, tylko że my razem uczestniczymy w tej Mszy Świętej. Też mamy coś do zrobienia, to nie jest tak tylko, że ja przychodzę i mszę ksiądz odprawi, byłam, nawet komunię przyjęłam i koniec. My, razem – pod przewodnictwem księdza, bez którego Pan Jezus nie zejdzie na ten ołtarz – my razem tworzymy to wydarzenie. Ale najważniejszą szczególną rzeczą jest podkreślanie cały czas, to jest Pan Jezus. To nie jest przedstawienie, to nie jest film, to nie jest jakieś przypomnienie czegoś co było. To jest żywy Pan Jezus.

Myślę, że dzieci mają więcej takiego zmysłu przyjmowania tych prawd. Wspomniana przeze mnie pani Bogna Białecka opowiadała o ojcu Badenim, który mówił, że dzieci są najlepszymi mistykami. One później gdzieś to zatracają. Dzieci w najbardziej oczywisty sposób przyjmują jak ksiądz wytłumaczy, że przed Msza to jest zwykły chlebek, a po przeistoczeniu to już nie jest chlebek, to już jest Pan Jezus prawdziwy. Chociaż wygląd ma tak jak chlebka. Wydaje mi się, że to jest dzisiaj ogólny problem w kościele, nie tylko dotyczy to wilczków czy harcerzy – utrata wiary w to, że to jest Pan Jezus. Za dużo uwagi zwracamy na rzeczy zewnętrzne, na oprawę, a za mało na to, że to jest Pan Jezus, kropka, i to już nic więcej nie trzeba.

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Rachunek za kwiaty. Listy Starszego Brata do Młodszego#2

Drogi Czytelniku!

Jeżeli po raz pierwszy czytasz artykuł z cyklu „Listy Starszego Brata do Młodszego”, to zachęcam Cię, abyś najpierw zapoznał się ze wstępem znajdującym się na początku pierwszego artykułu: https://przestrzen.skauci-europy.pl/2021/04/poczatek-listy-starszego-brata-do-mlodszego-1/ Zaś zaznajomionych z cyklem czytelników zapraszam do lektury kolejnego listu.

***

Drogi Fryderyku!

Dziękuję za pozdrowienia i pytania o samopoczucie. W nowym mieszkaniu zadomowiliśmy się już całą rodziną na dobre i wszystkim humory dopisują. Dzieci z radością wychodzą na plac zabaw i nie przeszkadza im brak ich ulubionej, podwójnej huśtawki z chińskim smokiem. Nie spodziewałem się, że zaaklimatyzujemy się tutaj tak szybko.

Wspominasz, że zgodnie z moim przewidywaniem, kupno kwiatów, proponowane przeze mnie w poprzednim liście, przyniosło zamierzony efekt. Ale czytam też w Twojej korespondencji, że zaproszenie na kawę, otrzymane później od Klary stało się dla Ciebie problemem. W tym momencie powinienem napisać: weź się, chłopie, zdecyduj. Z jednej strony, mówiłeś mi o nieprzespanych nocach i ciągłym zastanawianiu się „jak zagadać”. Teraz jednak, gdy sprawy przybrały zaskakujący i korzystny obrót, u Ciebie rodzą się wątpliwości, czy powinieneś rozwijać tę relację. Naprawdę, lęk przed tym, co powiedzą koledzy z dawnego zastępu, z którymi kiedyś żartowałeś, że „skauting dla chłopców” i „wszystkie harcerki mają grube łydki” (swoją drogą, ciekawe, kto wymyślił taką bzdurę) tak łatwo sprawia, że porzucasz swoje plany związane z Klarą? Jeżeli tak, to trzeba było sobie od początku postanowić, że nigdy nie zainteresujesz się żadną przewodniczką, a nie teraz o tym rozmyślać i oglądać się na kolegów, podczas, gdy poczyniłeś już tyle kroków. Takie zachowanie wydaje się niepoważne. A wiem dobrze, o czym piszę.

Za starych, dobrych czasów, gdy nasza drużyna „trzęsła” całym hufcem, a zastęp Zając, którego byłem członkiem, zgarniał hurtowo wszystkie wstążeczki, istniało pewne głupie podejście. Czy tak było tylko w naszej drużynie, czy w innych też, tego nie wiem. Wówczas poza Zającem świata nie widziałem. Podejście to było podobne do tego, które opisujesz. Co rusz powtarzaliśmy tezy o zbędności drugiego nurtu czy śmialiśmy się, gdy harcerki dzwoniły na policję z powodu kręcących się w pobliżu obozu jakichś obcych ludzi. Owocem tego wszystkiego było przeświadczenie, że jakakolwiek przyjaźń z harcerką, nie mówiąc już o związku, to wstyd i „siara”. Z drugiej strony myślę, że harcerki także mogły nie przepadać za harcerzami, którym nie przeszkadzało nie mycie się przez kilka dni na obozie.

Z prawie niezmienionym podejściem skończyłem Młodą Drogę i zostałem drużynowym w szczepie, z którego się wywodziłem. W tym samym czasie, w drużynie żeńskiej, dzielącej z nami salkę przy parafii, pojawiła się nowa drużynowa. Ledwie ją kojarzyłem, gdyż jak wspominałem, harcerki mnie nie interesowały, a w jej wyglądzie i zachowaniu nie było niczego, co mogłoby przykuć moją uwagę. Była bowiem przeciętnego wzrostu, raczej szczupła i miała średniej długości ciemnoblond włosy. Krótko mówiąc, nie wyróżniała się spośród innych dziewczyn. Jednak, podczas omawiania prób do jasełek odkryłem, że jej głębokie, brązowe oczy miały w sobie jakąś niespotykaną radość, a cichy, spokojny, lekko jeszcze dziewczęcy głos dźwięczał w moich uszach długo po tym, gdy skończyła mówić. Zakochałem się z miejsca. Tak, to była Maria.

Po co Ci to wszystko piszę? W zasadzie z dwóch powodów. Pierwszy i główny jest taki, że chciałbym, żebyś zastanowił się nad porzuceniem swojego lęku, tak jak ja, jeszcze przed premierą wspomnianych jasełek, pozbyłem się swojego głupiego podejścia i zaprosiłem Marię na spacer. Oczywiście, w mojej drużynie pojawił się lekki szok (choć nieokazywany publicznie), a kilku moich znajomych przez jakiś czas nie szczędziło mi docinków. Jednak sprawa była prosta: albo zostaję w swoim niedojrzałym świecie, albo podejmuję decyzję o zmianie i idę za wskazaniem serca, nie oglądając się na innych. Tamte próby do jasełek, to były moje najszybsze „rekolekcje”. Swoją drogą, całe szczęście, że Maria nie znała wtedy moich dawnych poglądów, gdyż mogłaby się w ogóle nie zgodzić na spacer.

Drugim powodem, dla którego opisałem swoją sytuację, są pewne niebezpieczne podejścia, jakie obserwuję. Mam na myśli tendencje do dominacji jednej płci nad drugą bądź narzucenia swojego punktu widzenia jako wiodącego. Lekceważenie harcerek, jako tych nienadających się do skautingu, które uskuteczniałem będąc w drużynie, było swego rodzaju odcieniem właśnie takiego podejścia. Wiadomo, że chłopaki są w stanie podnieść cięższą żerdkę, zazwyczaj lepiej odnajdują się w lesie, bo brud mniej im przeszkadza, ale to nie są powody do wyśmiewania dziewczyn. W kontrze do tego, można zaobserwować coraz częstsze głosy twierdzące, że kobieta będzie dopiero wtedy w pełni ważna i wartościowa, gdy przełamie lub chociaż wyrówna dysproporcje dzielące ją z płcią przeciwną. Jakby o godności kobiety świadczyło to, że będzie jak mężczyzna. Pochodną tego ostatniego poglądu jest uznanie, że płeć zupełnie nie wpływa na nasze życie. A przecież w Księdze Rodzaju jest napisane, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę równych co do godności, ale posiadających inne przymioty. Nie ma więc sensu to całe porównywanie, w czym któraś płeć jest lepsza. Po prostu kobieta i mężczyzna są różni. To oczywiście nie oznacza traktowania płci jako z góry ustalonego „zestawu usług do zaoferowania”. Wiadomo, że takie „zewnętrzne” podziały z czegoś wynikły, ale nie przywiązywałbym się do nich zbytnio. Bo nie o nie w gruncie rzeczy chodzi. Istota różnicy między kobietą i mężczyzną jest znacznie głębsza i donioślejsza, niż ustalanie, kto ma zmywać po obiedzie. Wydaje mi się, że odkrycie tego pozwala uporządkować wzajemne relacje.

Mam nadzieję, że wyczerpałem temat i mój list pomoże Ci jeszcze raz wszystko porządnie przemyśleć.

Zachęcam Cię, abyś podchodził z szacunkiem do wszystkich i pozostał odważnym mężczyzną trzymającym się swojego zdania, jeżeli uważasz je za słuszne.

Pozdrawiam Cię serdecznie

Twój Starszy Brat Teodor

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

…i Europie chrześcijańskiej cz. 1 – geneza

Wymiar europejski jest jednym z filarów Federacji Skautingu Europejskiego jako ruchu skautowego, i bardzo dobrze, że tak jest. Jednakże, całkowicie zrozumiała, szeroka pojemność znaczeniowa terminu „Europa” budzi pewne zmieszanie wśród osób, którym nasz ruch się prezentuje. Zazwyczaj wynika to z kojarzenia przymiotnika „europejski” z międzynarodowymi organizacjami politycznymi i ich działaniami. Dlatego dobrze, że w rocie przyrzeczenia padają słowa: „… i Europie chrześcijańskiej”. Oddają one pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć, lecz także odnoszą się do realnie istniejącej cywilizacji, którą na przestrzeni dziejów nazywano „christianitas” czy „cywilizacją łacińską”. Zagadnienia początków, kryzysu i przyszłości tej cywilizacji, wydają się na tyle ważkie, że postanowiłem poświęcić im cykl artykułów, począwszy od poniższego, pochylającego się nad genezą Europy chrześcijańskiej. Nie będą to teksty naukowe, lecz popularyzatorskie eseje, prezentujące, przede wszystkim, poglądy i stanowisko autora. Zachęcam również do ewentualnej dyskusji i polemiki.

Przytoczony wyżej termin „cywilizacja” jest pojęciem szerokim i różnie definiowanym. Na potrzeby tego i następnych artykułów przyjmuję jej rozumienie jako społecznego wymiaru kultury człowieka. Czym zaś jest kultura? Tutaj proponuję najszerszą definicję – kultura to wszelka wytwórczość człowieka, od przedmiotów codziennego użytku, przez sztukę i naukę, po system polityczny i prawo. Tak więc społeczny wymiar kultury człowieka oznacza określoną formę życia zbiorowego, co łączy się z łacińskim źródłosłowem pojęcia „cywilizacja”, czyli civis – obywatel.

Zapewne wszyscy kojarzymy mit o Europie, którą Zeus, przybrawszy postać byka, porwał i zabrał na Kretę. Jednak warto pamiętać, że księżniczka, której imię dosłownie oznacza „łagodnie wznosząca się”, była córką Agenora, władcy fenickich Tyru i Sydonu, a jej bracia, po nieudanych wyprawach w poszukiwaniu siostry, rządzili greckimi Tebami czy Tracją. Tak więc, już przy próbie wyjaśnienia nazwy naszego kontynentu zderzamy się z kolebką ludzkości, którą jest Bliski Wschód. Faktycznie, to Fenicjanie pierwsi zakładali kolonie na wybrzeżach Morza Śródziemnego, wprowadzili w szeroki obieg pieniądz, czy wykorzystywali pismo, na którym Grecy oparli swój alfabet. I choć wiele ludów zamieszkiwało Stary Kontynent – plemiona celtyckie, germańskie, czy nawet autochtoni z przed przybycia Indoeuropejczyków – to właśnie mieszkańcy Peloponezu, zachodnich wybrzeży Azji Mniejszej i setek wysp między tymi dwiema masami lądu „przejęli pałeczkę” wysokiej organizacji życia zbiorowego. Słysząc „kultura Grecka” od razu mamy przed oczyma doryckie, korynckie i jońskie kolumny, rzeźby z marmuru i położone na stokach wzgórz teatry. Myślimy o tragedii, komedii i o eposach Homera czy Hezjoda, wspominamy mity czy filozofię, kojarzymy ją ze spartańskim wojskiem, ateńską demokracją czy wyprawą  Aleksandra Wielkiego. I nie ma się co dziwić, bo nie istnieje w Europie państwo czy naród, które na przestrzeni dziejów nie czerpałoby z kultury Grecji antycznej. W sztuce istniały epoki, dla których osiągnięcia antyku były wzorem i ideałem. W organizacji życia politycznego Hellenowie mieli ogromne osiągnięcia teoretyczne w pismach Platona i Arystotelesa, jak i praktyczne w formie demokracji ateńskiej, do której z lubością odwoływały się pierwsze nowożytne republiki. Wreszcie w dziedzinie nauki Grecy zarówno rozwinęli osiągnięcia medyczne i matematyczne ludów Bliskiego Wschodu, jak i wytworzyli dyscyplinę całkowicie unikalną, którą jest filozofia klasyczna. Jej niezwykłość polega  na próbie zrozumienia świata i wyjaśnienia zachodzących w nim zjawisk za pomocą refleksji rozumowej, z rzadka odwołując się do mitu czy tradycji religijnych. Te aspekty kultury greckiej stały się jednym z filarów Europy chrześcijańskiej.

Mozaika przedstawiająca bachistyczny taniec, Hatay, Turcja

Drugi z filarów odnajdziemy w Italii. Są nim osiągnięcia Imperium Rzymskiego. Najpierw lokalne królestwo, późnej Republika, która przez pięć wieków istnienia rozszerzała swe granice, tworząc wysoko zmilitaryzowane państwo o silnym aparacie administracyjnym, asymilujące kulturę grecką. Wreszcie, z krwawych wojen domowych pierwszego wieku przed Chrystusem, wyrosło Cesarstwo, które, jako pierwszy organizm państwowy, zjednoczyło ziemie od Wału Hadriana na północy po Saharę na południu, od Słupów Heraklesa na Zachodzie po Eufrat i Tygrys na wschodzie. Państwo, które mimo wojen domowych, zewnętrznych najazdów, zaraz, plag i kryzysów gospodarczych, przetrwało w jakiejś formie aż do upadku Konstantynopola w 1453 roku. I mimo zniknięcia z politycznej mapy świata, jeden urząd, sięgający czasów rzymskiej monarchii, jest nieprzerwanie piastowany do dzisiaj – jest to urząd Najwyższego Kapłana (Pontifex Maximus), należący obecnie do tytulatury papieskiej. Rzym zostawił po sobie, poza monumentalną architekturą, czy opartą o wzorce greckie sztuką, dwie wielkie idee. Pierwsza z nich to prawo rzymskie, którego instytucje prywatne do dzisiaj są podstawą współczesnych rozwiązań prawnych na całym świecie. Drugą jest idea uniwersalnego Cesarstwa rozpościerającego się na cały kontynent, do której, na przestrzeni dziejów, będą odwoływać się zarówno władcy, politycy, jak i instytucje krajów Europy.

Pisząc o cywilizacjach Rzymu i Grecji nie można nie wspomnieć o tych aspektach, które dla człowieka współczesnego są całkowicie obce i część z nich, nawet bez głębszej refleksji moralnej, budzi sprzeciw. Filarem gospodarki miast-państw Grecji i państwa Rzymskiego było niewolnictwo. Powszechnym i całkowicie akceptowalnym procederem było porzucenie przez rodziców dzieci po urodzeniu, czy to z powodu płci, wad fizycznych, czy z braku środków na utrzymanie. Młodzi mężczyźni byli narażeni na wykorzystanie seksualne przez starszych w łaźniach publicznych czy podczas spotkań towarzyskich. Jedną z głównych rozrywek starożytnego Rzymu było oglądanie toczonych na śmierć i życie walk gladiatorskich, a w przypadku tryumfu wodza rzymskiego, jeńców składano w ofierze bogom. Tutaj zmianę przyniósł trzeci filar cywilizacji europejskiej, którym jest chrześcijaństwo.

Pierwsi chrześcijanie mieli do państwa, w jakim przyszło im żyć, dwojaki stosunek. Z jednej strony nawróceni żydzi utożsamiali Rzym z najeźdźcą, a okupację Palestyny i prześladowanie Kościoła z nową niewolą babilońską, czego świadectwo znajdziemy chociażby w Apokalipsie świętego Jana. Z drugiej strony sam Chrystus Pan w rozmowie z Poncjuszem Piłatem podkreślał, że nawet władza jego prześladowcy jest „dana z góry”, a święty Paweł, z dumą noszący tytuł obywatela rzymskiego, nakazywał w swoich listach posłuszeństwo władzy świeckiej. Odmowa składania ofiar cezarowi jako bogu była odbierana przez Rzymian jako działalność antypaństwowa, jednak najstarsze modlitwy o pomyślność cesarza sięgają końca pierwszego wieku. Wielu męczenników w swoich zeznaniach również wyrażało takie stanowisko i zapewniało o modlitwach do Jedynego Boga w intencji pomyślności Imperium. Pierwszy filozof chrześcijański, Orygenes, na kartach swoich pism marzył o czasach, w których wszyscy poddani władzy cesarza przyjmą chrzest święty. I faktycznie, gdy Konstantyn I Wielki zakończył prześladowania edyktem mediolańskim, wyznawcy Chrystusa natychmiast zaangażowali się w życie społeczne. Gdy Zachodnie Cesarstwo chyliło się ku upadkowi to kościelne instytucje przechowywały dawną wiedzę, przepisywały księgi, czy adaptowały na potrzeby kościelne struktury administracyjne dawnego państwa rzymskiego. Wraz z ewangelizacją pogańskich i ariańskich barbarzyńców, począwszy od Franków, Kościół wychowywał i łagodził obyczaje nowych mieszkańców Europy. Kolejne wieki przyniosły najazdy Arabów, wikingów i ludów azjatyckiego stepu, powstanie i upadek Cesarstwa Frankijskiego, działalność misyjną wśród Słowian i Skandynawów, czy postępujący rozłam między duchowieństwem wschodnim a zachodnim. Swoją dojrzałą formę Europa chrześcijańska przybrała w pełnym średniowieczu, między XII a XIII wiekiem. Była to cywilizacja oparta na współistnieniu władzy duchowej i świeckiej, choć oczywiście dochodziło między nimi do sporów kompetencyjnych. Cywilizacja, która wydała instytucję uniwersytetu; cywilizacja zakonów żebraczych, niosących pomoc ubogim i głoszących ewangelię wśród pogan i heretyków; cywilizacja, której ideały moralne opierały się na dekalogu, przykazaniu miłości i obowiązkach stanu, zależnych od miejsca zajmowanego w drabinie feudalne; cywilizacja, która zaadaptowała prawo rzymskie na potrzeby instytucji kościelnych, przechowywała i z benedyktyńską cierpliwością kopiowała starożytne utwory literackie i traktaty filozoficzne; cywilizacja, której przyświecała idea uniwersalnego cesarstwa zarówno w wymiarze politycznym, jak i duchowym pragnieniu głoszenia Chrystusa wszystkim ludom i narodom.

SclaviniaGermaniaGalia i Italia składające hołd Ottonowi III – fragment Ewangeliarza Ottona III

Trudno jest w jednym artykule zawrzeć temat, który mógłby wypełnić wielotomową pracę naukową, ale mam nadzieję, że ten krótki rys historyczny uwydatni czytelnikom ideał Europy chrześcijańskiej, do której winniśmy, jako Skauci Europy, dążyć. W kolejnym odcinku pochylimy się nad kryzysem cywilizacji chrześcijańskiej którego, zdaje się, wciąż jesteśmy świadkami.

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Wstążeczki – przepis na skauting idealny?

Obóz letni. Poranek. Budzę się. Przecieram oczy, patrzę na zegarek.

– Motyla noga! Zaspałem – uświadamiam sobie. – Panowie wstawać, mamy pół godziny opóźnienia. Wstajemy! 3, 2, 1… Jedna pompka, druga pompka… – nie zdążyłem doliczyć do pięciu, wszyscy już na nogach. – KORMORAN SIĘ BUDZI!! – krzyczę.

– wcale nie marudzi… – odpowiadają mi zaspanym głosem.

– Głośniej, chłopaki, żeby Kraal usłyszał. KORMORAN SIĘ BUDZI!?

– WCALE NIE MARUDZI.

– Świetnie. No to rozgrzewka. Ruchy, ruchy! Wstążeczki „Sport” nie dostaje się za leżenie! Jedno okrążenie, drugie, trzecie, skłony, pompki.

– Czas na toaletę – oznajmiam, jednak chłopaki protestują – Antek, woda jest lodowata, jutro się umyjemy! 

– O nie, nie. Czyżbyście zapomnieli, że do „Czystości” wlicza się także liczba wziętych pryszniców? Rozumiem chłopaki, że jest zimno, ale wiecie – kontynuuję – drużynowy obserwuje. Bierzcie rzeczy.

Idziemy, ale ja nie lubię tracić czasu, mówię – Hej ludzie, pomyślcie nad nowym okrzykiem. – To zawsze dodatkowe punkty do „Ekspresji”… – myślę sobie.

Apel, śniadanie i zaczynamy pionierkę.

– Kuba, Mati, zróbcie stół. Tu macie szkic… – czekaj, Mati, wiązanie musi być estetyczne – sznurek przy sznureczku. Może jednak ja pomogę Kubie ze stołem, a ty pójdź kopać lodówkę.

Pracujemy. Dochodzi dwunasta.

TUUUU TU TU – w całym lesie rozchodzi się dźwięk rogu, a po chwili wszyscy zgodnie krzyczą – INTENDEEEENCI!

– Miska! Gdzie jest miska? – Janek nerwowo rozgląda się po gnieździe.

– W skrzyni – odpowiadam. Wiem, bo schowałem ją tam przed porannym sprawdzaniem czystości.

Rozpoczyna się wyścig. Nie dziwi, że po 10 sekundach przy Kraalu pojawia się pierwszy intendent. Dobrze jest być tym pierwszym. Można liczyć na coś ekstra. Bonusową czekoladę na przykład.

Wracają intendenci, a po chwili do mych uszu dociera kolejny sygnał. TUUUU TUUU TUUU TU TU – Muszę iść. Drużynowy oznajmia nam, że każdy obiad będzie oceniany w czterech kategoriach: smak, wygląd, pomysł, pełnowartościowość – w końcu wstążka za gotowanie to nie tylko Konkurs Kulinarny.

Wracam do gniazda. Bartek jest kucharzem od niedawna. Daję mu więc solidną garść porad, co mógłby zrobić lepiej. Trzeba zawalczyć o każdy punkt.

Po obiedzie czas wolny. Siadam. Chłopaki leżą. Odpoczywam… znaczy, staram się. W końcu wyrzuty sumienia biorą górę – Jak można tak leżeć, kiedy jeszcze tyle do zrobienia? – pytam sam siebie.

– Chłopaki – zaczynam – jak już tak odpoczywamy, to chociaż pomyślmy nad scenką na wieczorne ognisko. Nigdy nie dostaliśmy wstążeczki za ekspresję. W tym roku musimy dać z siebie 200% – namawiam ich.

Po odpoczynku wracamy do pracy. To ostatni dzień pionierki. – Ruszcie się, bo będziemy kończyć pionierkę po nocy – zachęcam chłopaków.

– 15 dni później –

Obóz dobiega końca, jestem wyczerpany.

– Koniec kurna! KONIEC! – wykrzykuję, gdy autokar pojawia się w mieście. Moją radość potęguje 5 nowych wstążeczek na proporcu.

Drużynowy też wygląda na szczęśliwego – 3 metry kolorowych tasiemek, kłębek muliny, igła i chłopaki dają z siebie 200% procent – rzuca do swojego przybocznego. W końcu skauting robi się sam. – kontynuuje – Czyż to nie prawdziwy sukces wychowawczy?

Obóz 1. Drużyny Kozienickiej 2020, fot. Piotr Krekora

Powyższa (nieco przerysowana) historia jest zbiorem pewnych zachowań z obozów letnich. Skondensowałem w niej moje obserwacje, poczynione na przestrzeni kilku lat, by zilustrować, w jaki sposób system wstążeczek może oddziaływać na chłopaków w drużynie. W dalszej części artykułu omówię cel stosowania wstążeczek i wspólnie zastanowimy się nad sensownością tego rodzaju motywacji.

Po co nam wstążeczki?

Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju wykorzystanie motoru „interes”. Wstążeczka jest artefaktem, zwiększającym atrakcyjność zwycięstwa. A zdobywane na zasadzie konkursu dają przestrzeń do rywalizacji, do wykazania się, czy do pokazania, że jest się lepszym od innych. Wstążeczki pomagają też przekonać chłopaków, by zrobili coś, co samo w sobie nie jest wystarczająco zachęcające, ale co w naszej opinii, jest wartościowe.

Prawdą jest, że często z pozoru zwykły kawałek materiału z napisem „Pionierka” wyzwala w chłopakach niesamowite pokłady energii. Motywuje, by dawali z siebie 200%, by pracowali dniem i nocą. Robili rzeczy ponadprzeciętne – dziewięciometrową wieżę czy kaplicę bez użycia kawałka sznurka. Prawdą jest, że wstążeczki potrafią być motywatorem do zrobienia trzydaniowego posiłku na „Kulinarkę” czy genialnej scenki na ognisko.

Tylko czy dążąc do takich sukcesów, nie gubimy prawdziwego celu? Czy nie zapominamy o tym, co najważniejsze? Bo przecież głównym celem skautingu jest wszechstronny rozwój chłopaków. Chcemy, by nasi chłopcy stawali się coraz lepszymi chrześcijanami i obywatelami.

Bez wątpienia kaplica na czopy to super sprawa. Nie wtedy jednak, gdy chłopaki rezygnują z wieczornej modlitwy w zastępie albo odpoczynku, by kończyć ją po nocach.

Trzydaniowy obiad na „Kulinarkę”, podany na samodzielnie wykonanej przez chłopaków drewnianej zastawie, to marzenie wielu drużynowych. Dzięki wstążeczkom takie dzieła się urzeczywistniają.

Wydaje się, że zastęp wracający z 5 wstążeczkami z obozu pracuje wzorowo. Czy więc w takim zastępie może coś nie działać?
Niestety tak. Przede wszystkim system funkcji. Bo zastępowemu tak bardzo zależy na wygranej, że na „Kulinarce” przejmuje dowodzenie nad przygotowywaniem posiłków. Kucharz jeszcze nie ma tak dużego doświadczenia i w perspektywie wygrania wstążeczki lepiej, by zajął się tym ktoś bardziej doświadczony. Gdy zdejmuje się odpowiedzialność z funkcyjnych po to, by zdobyć ten wymarzony kawałek materiału, gubi się to, co w skautingu najważniejsze. Chłopaki przestają czuć się ważni, kompetentni, potrzebni. A przecież, by czegoś się nauczyć, trzeba popełniać błędy. System, który punktuje tylko sukcesy, nie daje przestrzeni dla pomyłek.

Wydaje mi się, że konieczność stymulacji nagrodami, świadczy o niewłaściwym dopasowaniu zajęć do marzeń i pragnień chłopców. Jeśli motor „interes” działałby dobrze, to harcerze robiliby to, co naprawdę ich pociąga. W końcu zadaniem drużynowego jest właściwe ukierunkowanie energii chłopca. Nie przekierowanie, nie centralne sterowanie, nie narzucanie. Znalezienie w nim dobra i zachęcenie do rozwijania go.

Cała trudność polega na dobrym poznaniu chłopaków i właściwym odpowiedzeniu na ich potrzeby. To co wydaje się nam wartościowe, ważne i potrzebne, z perspektywy chłopaków może być po prostu nudne. Jeśli polegamy wyłącznie na swoich preferencjach, może okazać się, że tworzymy sztuczne potrzeby. Weźmy dla przykładu poranne sprawdzanie czystości. Tylko najpierw pomyślmy, po co to robimy? Może, by się sanepid nie przyczepił, może żeby było estetycznie, by nie latały muchy, by łatwo i szybko móc znaleźć miskę, apteczkę czy łopatę. Czystość ma dużo zalet, dlaczego więc większość chłopców nie chce sprzątać? Może z braku świadomości konsekwencji życia w brudzie? Bo każemy im posprzątać i nie pozwalamy im, by przekonali się o negatywnych skutkach bałaganu na własnej skórze? Może dlatego, że Kraal sam nie daje przykładu, co może świadczyć, że przedstawiane przez nas zalety wcale nie są takie ważne? Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę z tego, że bez sprawdzania czystości, ciężko by chłopcy sami zadbali o porządek. Jeśli czystość ma rzeczywiście tyle zalet, to chłopaki prędzej czy później powinni zacząć o nią dbać. I pewnie już nigdy nie będą mieć tak pięknie ułożonych śpiworów i ubrań złożonych w prostokąt. Bo widocznie jest to strata czasu. Rozmawiajmy na radach, wskazujmy na zalety porządku w gnieździe, dawajmy przykład. To nie jest prosta droga. Jednak tylko w taki sposób mamy szansę, by te dobre praktyki chłopaki przenieśli do swych domów, gdzie już nie będzie drużynowego, który kontroluje i nagradza.

Czasem odnoszę wrażenie, że każdy pojawiający się problem próbujemy rozwiązać za pomocą wstążeczek. Chłopakom nie chce się śpiewać? O to może zróbmy wstążeczkę „Rozśpiewany zastęp” albo zacznijmy wliczać śpiewanie w drodze do „Ekspresji”. Gotują byle jak, byle szybko? To zamiast samego „Konkursu kulinarnego”, zacznijmy oceniać każdy obiad.

Ocenianie coraz to nowych aktywności może przyczynić się (co najwyżej) do wyścigu szczurów na obozie i frustracji zastępowych, którzy dla wstążeczki będą gotowi (nieświadomie) poświęcić system funkcji i rozwój zastępu.

Oczywiście część osób powie: „Jak to tak, bez wstążeczek? Przecież chłopaki nic nie będą robić przez całe dnie”.

Jeśli jednak biorą oni udział w Wielkiej Grze tylko z powodu wstążeczki, to czy takie uczestnictwo ma sens?

Ktoś dalej powie: „Ale tak działa świat, dzisiaj nikt nic nie robi bezinteresownie”. Nie wątpię.  Tak samo, jak w to, że dzisiaj każdy korzysta z telefonu.  A jednak w harcerstwie ich unikamy. Staramy się nie ulegać bezkrytycznie temu, co dzieje się na świecie. Może i ze wstążeczkami się uda.

Powiedzieliśmy „NIE” karom, stawiając na naturalne konsekwencje. Może czas postawić kolejny krok?

„NIE” dla nagród. Tylko co w zamian? Może… konsekwencje?

Nie sprzątacie w gnieździe? Nie dziwcie się, że nie możecie znaleźć strojów na grę i spóźnicie się na pierwszą fazę. Nie chce wam się gotować obiadu? – no to jedzcie suchy makaron. Bądźmy konsekwentni w tych naszych konsekwencjach, bo nagroda w gruncie rzeczy bardzo się od kary nie różni. Zaburza naturalne konsekwencje.

Wróćmy też do tego, co nas do harcerstwa zachęciło. Grajmy dla zabawy, dla zdrowej rywalizacji. Rozwijajmy się w swojej funkcji po to, by być potrzebnym zastępowi. Róbmy wspaniałą pionierkę, by godnie i wygodnie obozować. Obozujmy dla obozowania tak po prostu, dla kontaktu z naturą. Budujmy wspólnotę na ogniskach i śmiejmy się na scenkach. Nie przyszliśmy do harcerstwa po wstążeczki. Nie pozwólmy, by odbierały nam przyjemność ze zwykłych czynności, poprzez ocenianie każdego aspektu obozowego życia. Rozwijajmy się, ale bez spiny, bo inaczej zamienimy się w szkołę albo korporację.

Czyli co, rezygnujemy ze wstążeczek?

Mam inny pomysł.

Wstążeczki dla wszystkich, znaczy… nie do końca.

Pozwólcie, że wytłumaczę na przykładzie wstążeczki z pionierki. Drużynowy spotyka się na początku roku z każdym z zastępowych i wspólnie rozpisują cel na tegoroczną pionierkę. Jakiś wyczyn lub wyczyny, które zastępy zrealizują na obozie letnim, a do czego będą przygotowywać się na zbiórkach. Precyzują, co musi zostać zrobione i kto jest za co odpowiedzialny. Na koniec roku, jeśli udało im się tego dokonać, dostają wstążeczkę. Jeśli nie, nie otrzymują jej.

Już słyszę głosy sprzeciwu: „Ale skoro każdy może dostać wstążeczkę to nie będzie ona już taką motywacją”. Nie zaprzeczam. Wstążeczki w takim systemie byłyby raczej wskaźnikiem dobrze wykonanej pracy, a nie nagrodą. Jak wspominałem wyżej, chcemy, by chłopcy działali z własnych chęci i by robili to dla siebie, a nie dla wstążeczek.

Ponadto taki sposób pozwala dopasować poziom do poszczególnych zastępów. W „starym” systemie słaby technicznie zastęp nawet się nie starał, bo i tak nie miał szans z tym doświadczonym. Z kolei ten bardziej wyrobiony też nie dawał z siebie wszystkiego, bo przecież „i tak wygramy”.

Dzięki innym (niekoniecznie niższym lub wyższym, po prostu indywidualnym) wymaganiom, zastęp zyskuje cel, który jest wyzwaniem, ale który jednocześnie jest dla nich osiągalny.

Podobne zmiany można poczynić z Ekspresją. Przykładowy cel: swobodne posługiwanie się przez zastęp technikami: żywe obrazy, pantomima, kukiełki i zaprezentowanie umiejętności na ogniskach (odpowiedzialny Tomek); nauka pięciu nowych szant (odpowiedzialny Bartek) i pięciu nowych gier na ekspresję (Tomek); zdobycie sprawności Wodzireja przez Tymka i Śpiewaka przez Bartka.

Oczywiście nie wszystkie wstążeczki da się łatwo przenieść do takiego systemu. Ciężko jest też przewidzieć zachowania ludzi i nie wiem, czy nowe podejście dobrze zadziała w praktyce. Żeby je wypróbować potrzeba czasu. Celem tego artykułu nie jest pokazanie gotowych rozwiązań, a raczej wskazanie problemu. Mam nadzieję, że nowe światło, które rzuciłem na temat wstążeczek, zachęci was do refleksji i jeszcze bardziej świadomego doboru narzędzi do pracy z chłopakami.

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie przyboczny w 5 Drużynie Radomskiej.

Początek. Listy Starszego Brata do Młodszego #1

To co zaraz przeczytacie, trafiło w moje ręce kilka dni temu podczas robienia porządków na strychu. Zbieg okoliczności sprawił, że w wielkim, drewnianym kufrze odkryłem szczelnie zawinięty pakunek. W paczce znajdowało się kilka, bądź kilkanaście listów posiadających tego samego adresata. Nie wiem jak ów pakunek znalazł się na strychu, ale stare, nieuczęszczane miejsca chyba mają właśnie to do siebie, że można w nich odkryć to wszystko, czego akurat się potrzebuje. Tym razem padło na listy.

Z pobieżnej lektury zawartości wspomnianej paczki udało mi się ustalić kilka faktów. Otóż adresatem listów jest wędrownik Fryderyk, a autorem Teodor HR. W tekstach nie ma wspomnianych nazwisk, a koperty z pełnymi danymi gdzieś się zapodziały. Ważnym faktem jest również to, że Teodor pełni rolę Opiekuna Drogi (Starszego Brata) Fryderyka.

Odkryte przeze mnie listy nie są w żaden sposób ponumerowane, więc nie próbowałem na siłę ustalać ich chronologii. Zdecydowałem się publikować je w takiej kolejności i czasie jak mi to będzie wygodne. Jeżeli czytelnik uzna za potrzebne ustalenie chronologii listów, musi zrobić to na własną rękę. Próżno również odszukać dat powstawania korespondencji. Czasem ma się wrażenie, że któryś z listów został napisany wczoraj, choć jest to niemożliwe, bo w dłoni ma się kolejny list opisujący wydarzenia kilka miesięcy późniejsze.

Co do treści korespondencji, to zasadniczo Teodor stara się w niej wyjaśniać różne sprawy, o których zapewne wspominał mu Fryderyk. Niestety listy Fryderyka nie znajdowały się w pakunku, w związku z tym pewnych rzeczy musimy się domyślać. Niektóre słowa są nieczytelne (listy pisane są odręcznie) i nie można odkryć ich znaczenia. Warto też zaznaczyć, że Teodor jak to na HRa przystało lubi niektóre rzeczy wyolbrzymiać, mocniej się na nich skupić, a inne potraktować pobieżnie. No i oczywiście za jego czasów zawsze było lepiej. Na tym już chyba skończę ten wstęp i zaproszę do lektury pierwszego, wybranego przeze mnie listu.

***

Drogi Fryderyku!

Jest to mój pierwszy list, który piszę już po przyjeździe do /nieczytelne słowo/. Droga przebiegła w miarę spokojnie. Dzieci co prawda trochę marudziły z powodu zbyt rzadkich postojów. W związku z tym Maria co rusz musiała wymyślać im jakieś zabawy. Najważniejsze jednak, że dotarliśmy cali i zdrowi do celu.

Ale o tym co u mnie już pewnie starczy. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że zgodnie przyjąłeś pomysł, abyśmy porozumiewali się poprzez listy w czasie, gdy przebywam poza naszą rodzinną miejscowością. A wiesz, że Małgosia również chce wysyłać listy do swojej babci? Jest w tym wieku, że stara się naśladować to co robią starsi. Bardzo Cię lubi, więc jak tylko opowiedziałem o naszym postanowieniu przy kolacji, to Małgosia stwierdziła, że „też tak chce”.

Wracając do nas. Wiadomo dobrze, że odległość miejsc, w których się znajdujemy uniemożliwia mi częste, osobiste spotkania z Tobą, a jak słusznie ostatnio zauważyłeś, nasza relacja musi dalej być żywa. Inaczej „instytucja” Starszego Brata nie miałaby sensu. Wydaje mi się, że takie Twoje podejście to trochę odmiana, jeżeli spojrzymy w przeszłość. Wielokrotnie rozmawialiśmy przecież o sensowności Opiekunów Drogi na etapie wędrowniczym i Twoim sceptycyzmie co do tego. Ja, jak sięgnę do swoich początków z Młodą Drogą i wyborami Eligo Viam, to zauważam, że chyba właśnie korzyści płynące z relacji z moim Starszym Bratem przyszły najpóźniej. W związku z tym chcę jeszcze raz podkreślić, że rozumiałem i rozumiem Twoje wątpliwości, ale wiem, że niekiedy potrzeba sporo czasu, aby relacje czy działania przyniosły owoce. Tym bardziej cieszę się z zapału jaki żywisz do kontynuacji naszych rozmów m.in. poprzez te listy.

Zmieniając temat, czy cały czas rozmyślasz o tej niezręcznej sytuacji z przewodniczką podczas Opłatka? Dobrze pamiętam, że miała na imię Klara? Doskonale rozumiem, że jest strasznym uczuciem zachować się głupio i to jeszcze wobec dziewczyny, która Ci się podoba. Teraz wiesz przynajmniej, by nie gestykulować tak energicznie, gdy urocza nieznajoma trzyma w ręku kubek gorącego barszczu czerwonego. Jeżeli uważasz, że przeprosiny nie wystarczają, to ja zawsze w podobnych sytuacjach kupowałem Marii kwiaty. Mała przewinienie – mały bukiet, duże – duży bukiet. Chyba działało, więc i Tobie radzę tak postąpić, póki sprawa jest świeża, a wiadomo, że starą plamę trudniej zmyć.

W następnym liście może coś więcej uda mi się napisać, teraz już kończę, bo dzieci są zmęczone i trzeba położyć je do snu. Na kopercie masz dokładny adres, na który kieruj kolejną korespondencje.

Pozdrawiam Cię serdecznie

Twój Starszy Brat Teodor

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Trzy kolory skautingu

Kwietniowy numer Przestrzeni zawierać będzie w sobie wszystkie odcienie skautingu.

Już jutro, o fundamencie gałęzi czerwonej, jakim jest współpraca między podopiecznym a Opiekunem Drogi, będzie można przeczytać w tekście: Listy Starszego Brata do Młodszego.

W kolejnych tygodniach o roli wstążek w pedagogice zielonej gałęzi opowie nam Antoni Biel, a Ignacy Wiński przedstawi nam źródła Europy Chrześcijańskiej.

Na koniec miesiąca planujemy opublikować wyjątkowy wywiad z naszymi duszpasterzami na temat „Jak głosić Chrystusa wilczkom?”.

Zachęcamy do śledzenia naszej strony internetowej oraz profilu na facebooku!

https://www.facebook.com/przestrzense

Zapraszamy do lektury!

Krzysztof Żochowski


Krzysztof Olaf Żochowski HR – asystent programowy redaktora naczelnego Przestrzeni. Pochodzi z 1. Hufca Garwolińsko-Pilawskiego, gdzie pełni funkcję zastępcy hufcowego. Jest asystentem namiestnika wędrowników. Student VI roku na kierunku lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Wędrówka do Jerozolimy

W wędrowaniu nie chodzi tylko o pokonywanie dystansu i poznawanie nowych miejsc, prawda? Istotne rzeczy dzieją się między ludźmi; wędrówka to czas, w którym stwarzamy Bogu przestrzeń do działania w nas. Gdy spojrzymy na to w taki sposób, Święte Triduum Paschalne to rokrocznie szansa na przejście bardzo ważnej wędrówki z Jezusem i apostołami. Fachowych komentarzy i konferencji w sieci nie brakuje. Ja również chciałbym zaproponować szybkie spojrzenie właśnie pod tym kątem.

W czwartek wędrujemy do Wieczernika. Jezus zaprasza tych, których kocha, na Ostatnią Wieczerzę; dzięki liturgii możemy dołączyć do apostołów. Jezus, przez dłonie kapłana, poda nam swoje Ciało dokładnie w taki sam sposób jak wtedy. To, co usłyszymy wcześniej, ma nam pomóc w dobrym przeżyciu tego momentu. Zatrzymanie się w ciemnicy, miejscu wystawienia Najświętszego Sakramentu po liturgii, to szansa na bycie z Jezusem. Prosił o to swoich przyjaciół, zabierając ich do Ogrójca. W piątek możemy być na Golgocie, patrzeć na krzyż, aby duchowo być przy umęczonym Ciele Chrystusa, wsłuchiwać się w Jego pragnienia i modlitwy, gdy podawane są wezwania modlitwy powszechnej. Można się zatrzymać, by pomyśleć, że ta śmierć naprawdę miała miejsce. Tak jak ludzie w czasach Jezusa, jak Jego bliscy, możesz być przy Nim, ale możesz też być zupełnie gdzie indziej, zajmując się swoimi sprawami.

Sobota i przyjście do świątyni to jak odwiedziny naszych bliskich na cmentarzach 1 listopada. Natomiast Wigilia Paschalna daje nam możliwość uczestniczenia w wydarzeniu, którego świadkami byli jedynie aniołowie – w Zmartwychwstaniu Jezusa. Raz do roku mamy szansę uczestniczyć, a nie tylko być widzami, w wyjątkowych wydarzeniach w historii świata. To właśnie liturgia daje nam taką możliwość. Gdzie będziemy, a właściwie gdzie będzie nasze serce w te najważniejsze dni?

ks. Paweł Szymański


Święcenia kapłańskie 2002-05-18. Od 2012 roku pracuje w parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Od wielu lat służy duszpastersko lubelskiemu środowisku "Zawiszy"

Pochwal dziecko przed zachodem słońca

Na podstawie 5. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Skąd wiesz, na co cię stać?

Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem własnej wartości. Musimy się o niej dowiedzieć od otaczających nas osób.

Na podstawie wypowiedzi rodziców i innych dorosłych dziecko wyrabia sobie zdanie o sobie. A od jego samooceny zależy, jak w przyszłości będzie radziło sobie z pojawiającymi się problemami i jakie cele będzie sobie stawiać. Jeśli ciągle słyszy, że jest beznadziejne, robi błędy, wszędzie brudzi i nie ma za grosz rozumu, to tak właśnie siebie widzi. Nie będzie miało odwagi stawić czoła większemu wyzwaniu. Z góry zakłada, że jest nieudacznikiem.

Natomiast dziecko, które widzi, że jego uczucia są szanowane, które dostaje możliwość wyboru albo szansę na samodzielne rozwiązanie jakiegoś problemu, zaczyna widzieć siebie jako wartościowego człowieka. Rośnie w nim zaufanie i szacunek do siebie.

Dzięki pochwałom dziecko dowiaduje się, w czym jest dobre, jakie są jego talenty i mocne strony, co już potrafi . Oprócz tego pochwały motywują do powtarzania lub kontynuowania dobrych zachowań – w przeciwieństwie do strofowania, które rodzi frustrację i zniechęca do poprawy.

Jak chwalić?

Nie każda pochwała będzie miała tak pozytywne skutki. Zastanów się, jak czułbyś się w takich sytuacjach:

  • przygotowujesz dla znajomych wafle przełożone dżemem, a oni twierdzą, że świetnie pieczesz;
  • na zajęciach „strzelałeś” i udało ci się dobrze odpowiedzieć na pytanie, a prowadzący mówi, że najwyraźniej jesteś znawcą tematu;
  • dobiegasz do odjeżdżającego autobusu, a siedzący w nim kolega gratuluje ci kondycji.

Pochwała może wywołać mieszane uczucia, np. natychmiastowe zaprzeczenie lub zwątpienie w wiarygodność chwalącego – „Wafli się nie piecze, co on wygaduje”, obawę – „Co, jeśli zaraz zapyta mnie znowu i cała moja niewiedza wyjdzie na jaw?” albo skupienie się na swojej słabości – „Kondycja? Przecież ledwo żyję po dobiegnięciu do autobusu.”

Okazuje się, że również słowa „dobry”, „świetny”, „piękny” nie brzmią przekonująco. Przecież można je wypowiedzieć nieszczerze. Wymagają uzasadnienia.

Dobra pochwała ma dwie części:

1. Dorosły opisuje z uznaniem, co widzi lub czuje:

„Wszystkie menażki są umyte, a stół dokładnie wytarty. Miło tutaj wejść.”

„Na twoim obrazku wszystkie drzewa są starannie pokolorowane. Pomysłowo narysowałeś futro zwierząt, aż chce się je pogłaskać.”

2. Dziecko – po wysłuchaniu opisu – potrafi pochwalić się samo:

„Jak chcę, to umiem zrobić porządek.”

„Mój rysunek jest naprawdę dobry.”

Do opisu można dodać jedno/dwa słowa, które podsumują godne pochwały zachowanie dziecka:

„Wyplotłeś całą prycz, chociaż na początku wszystko się poplątało i musiałeś zacząć jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.”

„Poczekałeś na swoją kolej, zamiast przekrzykiwać inne dzieci. To się nazywa cierpliwość.”

Dzięki takim słowom dziecko dowiaduje się czegoś o sobie, poznaje swoje możliwości. Ta świadomość może dodać mu sił w chwili zwątpienia czy zniechęcenia.

Pokonaj swoje czarnowidztwo

Mówienie pochwał nie przychodzi nam wcale łatwo. Naszą uwagę mocniej przyciągają negatywne aspekty rzeczywistości. Bardziej skupiamy się na tym, że wilczek usmarował pół stołu klejem, niż na tym, że starał się go pościerać.

Zimowisko 1. Gromady Pilawskiej 2017, fot. Mateusz Zawadka

Dlatego musimy świadomie szukać dobrych rzeczy i o nich mówić. Mam nadzieję, że widzisz już, że warto włożyć w to trochę wysiłku. Podobno nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale swoich podopiecznych – jak najbardziej. Postaraj się na następnym spotkaniu każdemu z nich powiedzieć, co zrobił dobrze. A potem siebie też możesz pochwalić 🙂


Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Przyroda ma imię

Czy i wy macie wrażenie, że każdy las, w którym rozbijacie namioty, wygląda zupełnie tak samo? Jako harcerka, już na drugim obozie byłam tym porządnie znudzona. Znowu sosny, znowu mech, znowu szyszki nie pozwalają chodzić na bosaka po ściółce, znowu komary i kleszcze gryzą łydki jak głupie, znowu niebieskie żuczki wpełzają do namiotu, a muchy, które utknęły między tropikiem a komorą, nie dają w nocy zasnąć. Las jest do bani.

W połowie jednego roku do naszego zastępu dołączyła dziewczyna, która wcześniej była w ZHR. Była po uszy zakochana w przyrodzie, w drzewach, ptakach i wszystkim, co żyło w lesie. Z początku patrzyłyśmy na nią ze sporym niezrozumieniem — zachwycały ją rzeczy, które dla nas były obojętne, np. że używamy sznurków zamiast gwoździ. Prosiła często, by nie skrobać kory z drzew bez powodu, nie zabijać owadów bez potrzeby. Cieszyła się, gdy w lesie z rana rozbrzmiewał śpiew ptaków, próbowała je rozróżniać. Po jakimś czasie wszystkie zaczęłyśmy żyć jej zaciekawieniem. Martwy, nudny las nabrał życia. Naszą ulubioną zabawą było nazywanie drzew. Szczególnie te, na których stała nasza platforma, miały stałe imiona i zawsze z rana były witane.

Jadzia, bo tak miała na imię, poleciła mi mnóstwo książek o zwierzętach i roślinach. Jedną dała mi na urodziny. Za jej sprawą zaczęłam czytać „Sekretne życie drzew” niemieckiego leśnika Petera Wohllebena, którą bardzo polecam.

Dlaczego warto czytać i uczyć się o przyrodzie?

Nie tylko dlatego, że to ciekawe czy rozwijające. Nawet nie dlatego, że natura jest naszym pierwotnym domem, ale dlatego, że przyroda jest żywa. Głównym powodem zaniedbywania przyrody, również przez wilczki i harcerki/harcerzy, jest przekonanie o martwocie lasu. Pomimo naszej wiedzy o tym, że las tworzą żywe organizmy, czasem ciężko nam dostrzec ich ciche życie. Jesteśmy przyzwyczajeni do głośnego, betonowego świata rzeczy bez emocji i odczuć, których nie żal nam niszczyć, bo wszystko i tak z czasem się psuje i trzeba będzie to zamienić na nowe.  Natura jest zupełnie inna. Bardzo łatwo jest nam zabijać coś, czemu nie przyznajemy praw do emocji, odczuwania, życia. Łatwo jest nie mieć szacunku do czegoś, czego nie rozumiemy.

Tymczasem zwierzęta i rośliny żyją, czują, myślą i współpracują.  Dla współczesnych naukowców oczywistym jest już fakt, że gołębie potrafią całkiem sprawnie liczyć, wiewiórki mają świadomość, a społeczeństwa mrówek czy pszczół są złożone i bardziej skomplikowane niż niektóre kultury ludzkie. Nasz gatunek od zawsze miał niezwykłe skłonności do wyolbrzymiania różnic między nim a resztą natury. W praktyce faktycznych różnic jest niewiele i wszelcy badacze nadal znajdują dowody, by podważać kolejne z nich. Tym, co stoi najgrubszym murem między ludźmi a naturą, jest właśnie nasze przeświadczenie o nie przynależeniu do niej.

Powinniśmy szanować nasz świat, bo jesteśmy jego nierozłączną częścią. I nie mówię tu o wspieraniu najróżniejszych pseudoekologicznych akcji, które walczą o przetrwanie jednego dębu na środku drogi, nie patrząc na całe połacie sosen nieopodal, przeznaczonych tylko i wyłącznie na ścinkę (o tym, dlaczego dziko rosnące drzewa mają o wiele lepszej jakości drewno, opowiada wspomniany już Peter Wohlleben — zachęcam do lektury). Sęk w tym, by zakorzenić szacunek do natury młodym.

Jak to zrobić? Zwyczajnie – opowiadać im. Dzieci kochają prawdę i są z natury ciekawe świata. Sama byłam niezwykle zaskoczona tym, że moje wilczki chętniej słuchały historii o tym, jak drzewa tworzą społeczeństwa, łącząc się korzeniami, niż bajek o smokach, które wymyślałam dla nich na dobranockę. Dlaczego prawdziwe są ciekawsze? Jeżeli tylko pokażemy dzieciom, że przyroda nie jest tak odległa i nudna, jak im się wydaje, okaże się, że mogą mieć z nią całkiem sporo wspólnego. Drzewa zawierają trwałe przyjaźnie, ptaki pokonują swój strach przy pierwszym skoku z gniazda, by nauczyć się latać, wiewiórki wybrzydzają, a borsuki bardzo lubią czyścić swoje norki. W tym tkwi też niezwykła moc Księgi Dżungli. Wilczki nie tylko mają bliski kontakt z przyrodą, ale też mogą przeżywać swoje problemy z dżunglowymi bohaterami. Natura to niewyczerpane narzędzie pedagogiczne, jakie możemy dać wilczkom, ale też harcerzom.

Eurojam 2014, fot. o. Sebastian Masłowski SJ

Na koniec pozostawiam Cię drogi Czytelniku z listą krótkich i przystępnych lektur, które pomogą Ci rozbudzić twój zachwyt nad tętniącą życiem przyrodą. Nie pozwól sobie obudzić się pewnego ranka i stwierdzić, że wszystko już wiesz!

Simona Kossak – “Opowieści”

Peter Wohlleben – “Sekretne życie drzew”

Kipling Rudyard – “Księga dżungli” (jeśli jeszcze nie zdarzyło ci się przeczytać 🙂

Serdecznie polecam także książki dla dzieci i młodzieży rozbudzające ciekawość i miłość do przyrody:

Timothée de Fombelle – “Tobi”

Erin Hunter – “Wojownicy”

Kilka dodatkowych linków, które warto przejrzeć 🙂

1 Animal Emotions: Exploring Passionate Natures | BioScience | Oxford Academic

2 What Kind of Emotions Do Animals Feel?

3 Psychologia zwierząt – cz. I. Potrzeby, a emocje zwierząt

4 Empatia wśród zwierząt: Jak zwierzęta przekazują sobie emocje?

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Nasze rany na ciele Jezusa

W Wielkim Poście rozważamy drogę krzyżową i mękę Pana Jezusa. Uświadamiamy sobie od nowa, jak bardzo cierpiał z miłości do nas. Żeby nas odkupić zapłacił najwyższą cenę – oddał własne życie. Słyszymy, że to nasze grzechy są powodem męki Pana Jezusa. Że łamiąc przykazania przybijamy Go do krzyża.

Czyżbyś był tak okrutny?

Prawdą jest, że łamiemy Bogu serce, kiedy się od Niego odwracamy. Rozważanie drogi krzyżowej może nam pomóc wzbudzić w sobie słuszny żal i szlachetne postanowienia poprawy. I to jest bardzo dobre.

Jednak idąc dalej tym tropem, możemy dojść do przerażających wniosków: czy jestem takim potworem, że swoimi upadkami spowodowałem śmierć bezbronnego Boga? Że wbijałem gwoździe w dłonie? Plułem na ubiczowanego? Jak to możliwe, skoro jestem przeciwny karze śmierci i nie byłbym zdolny do tak okrutnego dręczenia kogokolwiek?

Między grzechem a krzyżem

Stwierdzenie, że nasze grzechy przybijają Jezusa do krzyża, jest dużym uproszczeniem. Faktycznie na początku jest grzech, a na końcu śmierć krzyżowa. Ale co dzieje się pomiędzy? Prorok Izajasz, zapowiadając mękę Mesjasza, mówi:

„On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, (…)
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.”

Iz 53, 4-5

Nasze cierpienie”, „nasze boleści”. Każdy popełniony grzech zadaje nam realną ranę. Kaleczymy sami siebie grzesząc oraz jesteśmy kaleczeni przez innych ludzi popełniających grzechy.

Bóg nie dał nam przykazań, dlatego, że ot, tak sobie wymyślił. Albo dlatego, że dając nam zadania chciał przetestować naszą miłość do Niego. Jako Stwórca zna najlepiej swoje stworzenie i wie, co jest dla nas dobre. Pragnie naszego szczęścia i daje nam na nie receptę. Krótko mówiąc, wypełnianie przykazań „się opłaca”. (Podobnie jak używanie jakiegoś urządzenia zgodnie z instrukcją producenta.) Grzech może dawać początkowo złudzenie szczęścia, ale nigdy nie jest ono trwałe. Ostatecznie zostawia ranę i ból – nasz i skrzywdzonej przez nas osoby.

Bóg widzi to lepiej od nas. „Jezus (…) wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co jest w człowieku.” (J 2, 24-25). Jezus daje temu wyraz, kiedy idąc na Kalwarię, mówi do niewiast „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23, 28).

Patrząc na poranione ciało Jezusa, widzimy nasze własne rany, które wziął na Siebie, żeby nas od nich uwolnić. Obraz Brata Alberta „Ecce Homo” (łac. Oto Człowiek) dobitnie pokazuje naszą własną, ludzką kondycję, spowodowaną grzechami, którą przyjął Jezus.

Ecce Homo, św. Brat Albert Chmielowski

„Uzdrowienie przez drogę krzyżową”

Poniżej propozycja rozważań drogi krzyżowej ks. Krzysztofa Wonsa, zamieszczonych na końcu jego książki „Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego”.

A jeśli wolisz posłuchać, wejdź tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=otFLWc-JSH0.

Ze wstępu:Tak naprawdę, to nie my idziemy Jego drogą krzyżową, ale to On idzie drogą naszej historii życia. (…) Chce się zatrzymać przy każdej życiowej ranie spowodowanej grzechem. Chce się w niej „zanurzyć”, „dotknąć” ją i „objąć” całym sobą – jak wtedy, gdy obejmował krzyż i gdy całym sobą upadł na ziemię z krzyżem. Chce wstawać i brać na siebie nasze choroby, chce uzdrawiać nas swoją miłosierną miłością. On bierze na siebie nasze rany. Chce przejść z nami wszystkie miejsca życia, w których choruje nasz prawdziwy obraz siebie, nasze poczucie własnej godności, nasza dusza dziecka, nasza pamięć i nasze serce.”

„Stacja I
Rana zakłamania i fałszu:
Jezus skazany na śmierć

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus pragnie uzdrowić mnie z ran nieprawdy i fałszu. Pozwala się ranić niesprawiedliwym wyrokiem, aby uzdrowić we mnie rany, które fałszują mój prawdziwy obraz Ojca i siebie. Przyjmuje na siebie cierpienie z powodu oskarżenia i fałszu, aby uzdrowić we mnie wszystkie zafałszowane miejsca w obrazie siebie, w obrazie mojego Ojca, wszystkie moje niesprawiedliwe wyroki, którymi ranię Ojca i siebie. Pozwala się sponiewierać fałszywym osądem, abym przestał poniewierać sobą i innymi. Jezus bity po twarzy, opluwany, krwawiący na całym ciele, chce uzdrowić we mnie obraz Ojca, abym odnalazł w Nim swoje rzeczywiste piękno.
Chwila ciszy…

Jezu, uzdrów we mnie ranę, która fałszuje mój obraz Ojca i mnie samego. Wróć mi zdrowe myśli, zdrowe uczucia, zdrowe oczy duszy!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja II
Rana ucieczki i rozłąki:
Jezus bierze na siebie mój krzyż

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Czy kiedykolwiek pomyślałem o tym, że podjęcie śmiertelnej męki było dla Jezusa związane z rozłąką z Ojcem? Jezus bierze na siebie mój największy krzyż. Aby mnie zbawić, musi przeżyć najboleśniejszą rozłąkę – z Ojcem. Chce przeżyć rozłąkę ze swoim Ojcem, aby uzdrowić we mnie ranę, która zawsze będzie zadawała mi najwięcej bólu. Wciela się w moją człowieczą codzienność, w „mój Nazaret”, w moją historię życia, aby dotrzeć do ran zadanych z powodu rozłąki, odrzucenia, ucieczek z domu. Chce przeżyć we mnie tęsknotę za Ojcem, aby uzdrowić moje życiowe tęsknoty – i tę największą, za Bogiem.
Chwila ciszy….
Jezu, który bierzesz na siebie krzyż, uzdrów mnie z ran zadanych mi przez rozłąki, odrzucenia, ucieczki!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja III
Rana pychy i zarozumiałości:
Jezus upada pierwszy raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus upada pod krzyżem wszędzie tam, gdzie trwoniłem mój ,majątek” życia, gdzie żyłem rozrzutnie. Jezus chce przeżyć słabość, kruchość, bezradność w moich ranach spowodowanych zarozumiałością, życiem na własną rękę. Chce cierpieć w moich ranach „krwawiących” przez pychę. Chce przeżyć słabość i upadek wszędzie tam, gdzie nie chciałem przyznać się do moich słabości, do moich upadków.
Chwila ciszy..
Jezu upadający, uzdrów moje rany, które zadałem sobie przez moja pychę i zarozumiałą samowystarczalność. Zdejmij ze mnie moją maskę człowieka twardego i naucz mnie przyznawać się do mojej kruchości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja IV
Rana braku miłości:
Jezus spotyka się z Matką

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus pragnie uzdrowić mnie z ran spowodowanych brakiem matczynej miłości. Spotyka się ze swoją Matką, aby uzdrowić zranienia zadane mi w spotkaniach z moją matką, wszystkie zranienia z powodu braku spotkań, a także tych złych spotkań, które kończyły się trzaskaniem drzwiami, obrażaniem się i sterczeniem przed drzwiami domu. Jezus chce, abym kontemplował Jego spotkanie z Maryją, abym się nim nasycał. Chce, aby Jego spotkanie z Matką uwolniło mnie od złych wspomnień, przechowywanych w pamięci pretensji, urazów, gniewu. W moich ranach zawsze jest Jezus i Ona – Maryja. Są razem. Cierpią i milczą. Cierpią i kochają. Nie opuszczają mnie również wtedy, gdy wybieram ucieczkę od siebie, gdy się zamykam w sobie. Jezus zostawia mi Matkę, aby zawsze była przy mnie i przypominała mi o Jego Ojcu, który ma serce matki, który jak prawdziwa matka oczekuje, tęskni, wzrusza się głęboko, który mówi do mnie: Ja nigdy nie zapomnę o tobie…
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie, zranionego brakiem miłości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja V
Rana osamotnienia:
Jezusowi pomaga Szymon z Cyreny

Kłaniamy Ci się, Panie Jezus Chryste…

Jezus przyjmuje pomoc od Cyrenejczyka, aby uzdrowić wszystkie bolesne momenty mojego życia, w których nie potrafiłem przyjąć miłości, odrzuciłem dobroć i pomoc. Odrzucenie miłości pozostawia głęboką ranę, która „krwawi” nieopanowaną potrzebą bycia kochanym. Odrzucenie miłości pozostawia we mnie ranę pustki. Jest to rana, która krzyczy o miłość. Za moją maską twardego, który nie potrzebuje pomocy, kryje się małe dziecko skrycie żebrzące o miłość, gotowe zadowolić się nawet strąkami, odpadkami miłości. Jezus w spotkaniu z Cyrenejczykiem pragnie uzdrowić mnie z mojego osamotnienia, na które skazuję samego siebie. Pragnie uzdrowić moją hardość serca, abym nauczył się przyjmować miłość tak, jak On ją przyjmuje od przypadkowego człowieka.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów we mnie ranę osamotnienia!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VI
Rana pod maską udawania:
Weronika ociera Jezusowi twarz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Są we mnie takie miejsca, które obnażają i zdradzają moje zranienia. Są to miejsca, na których widać je najbardziej: moja twarz, oczy, usta, mój głos. Cierpienia i smutku nie można ukryć. Nie wolno ukrywać. Nie wolno nakładać maski, ponieważ rany robią się jeszcze większe, a kiedyś maski będą zdarte. Trzeba przyznać się do swojej kruchości, jak młodszy syn z przypowieści Jezusa, nie wstydzić się wracać do Ojca w łachmanach, nie ukrywać twarzy w dłoniach, ale wtulić się w ramiona Boga. Twarz Jezusa, zakrwawiona, pełna bólu i pokoju, jest wolna od skrywania i udawania. Przyjmuje chustę Weroniki, pozwala, aby Go otarła, aby obnażyła cały Jego ból i abym patrząc na Niego, uczył się przyznawać do moich ran. Jezus pragnie uzdrowić moje życie z rany maskowania się.
Chwila ciszy…
Jezu, poślij mi Weronikę, aby była dla mnie aniołem pocieszenia w strapieniu; aby otarła chustą miejsca najbardziej poranione: moja twarz, moje udawanie, zawstydzenie, skrywaną rozpacz.
Jezu, uzdrów mnie z rany udawania!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VII
Rana połowiczności i letniości:
Jezus upada drugi raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus upada w połowie drogi, aby podźwignąć mnie z mojej połowiczności i letniości. Chce, abym przypatrzył się uważnie, gdzie upada i gdzie leży, abym w ten sposób rozpoznał to miejsce, tę ranę, która powstała we mnie od chwili, gdy zacząłem być połowiczny jak starszy i młodszy syn z przypowieści Jezusa. Upada we wszystkich miejscach moich ran, które rodzi moja połowiczność: połowiczna modlitwa, połowiczna miłość, połowiczne nawrócenie, połowiczne przebaczenie, połowiczna czystość, ubóstwo, posłuszeństwo, połowiczna miłość małżeńska, połowiczna wierność powołaniu. Za każdą połowicznością kryje się mój egoizm. Wracam do Ojca, nieraz z bardzo daleka, jak młodszy syn, ale ciągle myślę o sobie. Wracam do Ojca i zatrzymuję się przed domem, nie chcę wejść dalej, nie chcę być z Nim do końca, ponieważ ciągle myślę najpierw o sobie. Jezus pragnie uzdrowić we mnie wszystkie upadki spowodowane moja połowicznością, moim egoizmem.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany połowiczności i letniości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VIII
Rana niewypłakanego bólu:
Jezus i płacz niewiast

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus zwraca kobietom uwagę na ich płacz. Uczy je płakać nad sobą – przed Jezusem. Kiedy gromadzi się we mnie ból, kiedy otwierają mi się oczy i widzę swoją biedę, potrzebny jest gorzki płacz nad sobą, nie nad innymi; płacz nad sobą, który nie skupia mnie na sobie, ale jak młodszego syna prowadzi do ramion Ojca. Chce uzdrowić moją duszę, abym potrafił zapłakać nad sobą. Chce wyleczyć mnie z płaczu, który zamyka na Boga, który zamyka mnie w sobie. Jezus przywraca mi płacz dziecka. „Leczy” moje „chore łzy”.
Chwila ciszy…
Jezu, ulecz moją ranę niewypłakanego bólu!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja IX
Rana rozżalenia i złości:
Jezus upada trzeci raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus upada, aby uzdrowić we mnie niezadowolenie, pretensje, żale starszego syna. Oto najboleśniejszy upadek, największa pokusa – zatrzymać się przed drzwiami domu Ojca i nie wejść do środka, nie chcieć cieszyć się razem z Nim. Jezus chce mnie uzdrowić z zatwardziałego gniewu i pretensji, które zamykają moje serce na Boga, na innych i na siebie.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany rozżalenia i złości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja X
Rana obnażenia i poniżenia:
Jezus bezbronny – obnażony

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus obnażony z szat pragnie uzdrowić te momenty z historii mojego życia, w których zostałem obnażony z mojej słabości albo obnażałem i poniżałem innych. Pragnie uzdrowić we mnie serce młodszego syna, który w swojej słabości gotów był jadać to, co świnie; chce uzdrowić we mnie serce starszego syna, który nie przestaje wyrzucać grzechu swemu bratu, który go obnaża przed ojcem i nie potrafi mu przebaczyć.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów we mnie rany zadane przez obnażenie i poniżenie!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XI
Rana przemocy:
Jezus przybijany do krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezus Chryste…

Jezus bezbronny, nagi, omdlały i drżący z bólu przybijany do krzyża. Najpierw ręce, potem nogi. Całkowicie bezradny. Może jedynie wołać do nieba. Obraz okrutnej przemocy na bezradnym. Jezus raniony przemocą jest ikoną Ojca, który cierpi raniony przemocą swoich dzieci. Jednym razem raniony przemocą młodszego, innym razem starszego: przemocą wobec dobroci, wobec pokory, cichości i cierpliwości. Przemoc za pomocą pretensji, żalów, obojętności. Jezus „ikona Ojca” jest przybijany do krzyża – pozwala na przemoc. Każda rana na Jego ciele mówi o mojej przemocy wobec miłości. Bierze na siebie moją przemoc, zatrzymuje ją na sobie, aby nie raniła innych, aby uzdrowić we mnie to wszystko, co prowadzi mnie do przemocy fizycznej, psychicznej, duchowej.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany przemocy!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XII
Rana śmierci:
Jezus kona na krzyżu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus umiera na krzyżu z powodu młodszego i starszego syna. Umiera posłany przez Ojca, aby odnalazł i wrócił życie Jego dzieciom, które się gubią, umierają poza Jego domem, umierają w swoim grzechu odejścia. Jezus konający na krzyżu, osamotniony, wyszydzony, nierozumiany w swojej miłości, mówi mi o Ojcu, który umiera, ilekroć odchodzę od Niego i brnę w grzech. Życie poza Nim jest śmiercią. Umiera za mnie, w każdym moim grzechu, który odbiera mi Boga, umiera w każdym miejscu mojego życia, w którym nie potrafię umierać dla siebie: umiera w moim egoizmie, w zarozumiałym przekonaniu, że bez Niego mogę żyć. Umiera w moim obrażaniu się na Niego. Umiera w mojej zmysłowości, w mojej złości, w braku przebaczenia. Tak długo będzie dla mnie umierał, do końca moich dni, aż nauczy mnie umierać razem z Nim. Jego przebite serce przypomina mi o Ojcu, któremu serce pęka, gdy odchodzę i który wzrusza się głęboko, gdy wracam, który mówi do mnie przez otwarte serce Jezusa: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy”. Umieranie Jezusa przypomina mi, że Ojciec na mnie czeka.
Chwila ciszy…
Jezu umierający na krzyżu mojego życia, uzdrów mnie z grzechów, które zadają Tobie i mnie śmiertelne rany.
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIII
Rana zniechęcenia:
Martwy Jezus na kolanach Matki

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste.

Maryja z martwym, bezwładnym ciałem Jezusa na swoich kolanach. Maryja obejmująca z żywą wiarą i czułością martwe Dziecko. Maryja – „ikona wiary”, która się nie załamuje, „ikona miłości”, która nie rezygnuje nawet wtedy, gdy widzi śmierć Dziecka. Na jej kolanach, przy jej łonie jest jeszcze dużo miejsca, jest miejsce także dla mnie. Chce mnie utulić i objąć, jak obejmuje Jezusa, razem z Jezusem. Maryja chce wziąć w ramiona całe moje życie, to, co umiera w nim przez moje zniechęcenie i rezygnację. Chce „przyłożyć” moje rany zniechęcenia i rezygnacji do ran Jezusa, aby zmartwychwstał we mnie syn, aby zmartwychwstała we mnie pasja i radość życia, aby uzdrowić mój bezwład życia, abym  mógł się bawić i cieszyć z Ojcem i Jego Synem, odnalezionym życiem, abym martwy ożył, zagubiony odnalazł się.
Chwila ciszy…
Ojcze o sercu matki, poślij mi Jezusa, aby uzdrowił we mnie ranę zniechęcenia i rezygnacji.  Poślij mi Maryję, aby „na swoich kolanach” uczyła mnie wiary silniejszej od śmierci!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIV
Rana śmiertelnego grzechu:
Jezus złożony do grobu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus złożony w grobie schodzi do najgłębszych ciemności mojego życia, do najgłębszej rany mego serca. Schodzi w otchłań mojego grzechu, do miejsc, które są we mnie grobem. Chce w nich czekać na moje nawrócenie i zmartwychwstanie. Chce, abym pozwolił Mu zejść do otchłani mojego życia, gdzie nie ma życia, chce mnie z niej wyprowadzić. Chce, abym oddał Mu mój grzech i wtulony w Jego ramiona powiedział: „Zgrzeszyłem wobec Ojca i względem Ciebie'”. Jezus szuka mnie w grobie moich grzechów, w ciemnościach moich lęków, w moim poczuciu „niegodnego dziecka”. Szuka mnie tam, gdzie już nikt inny nie zagląda. Chce mnie wrócić Ojcu, chce, abym uwierzył, że w domu Ojca jest mieszkań wiele. Jest także miejsce przygotowane dla mnie i wszystko jest już przygotowane do uczty.
Chwila ciszy…
Jezu schodzący do otchłani moich śmiertelnych grzechów, uzdrów mnie z ran grobowych ciemności i lęku!
Któryś za na cierpiał rany… (3 razy)

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".