Wstążeczki – przepis na skauting idealny?

Obóz letni. Poranek. Budzę się. Przecieram oczy, patrzę na zegarek.

– Motyla noga! Zaspałem – uświadamiam sobie. – Panowie wstawać, mamy pół godziny opóźnienia. Wstajemy! 3, 2, 1… Jedna pompka, druga pompka… – nie zdążyłem doliczyć do pięciu, wszyscy już na nogach. – KORMORAN SIĘ BUDZI!! – krzyczę.

– wcale nie marudzi… – odpowiadają mi zaspanym głosem.

– Głośniej, chłopaki, żeby Kraal usłyszał. KORMORAN SIĘ BUDZI!?

– WCALE NIE MARUDZI.

– Świetnie. No to rozgrzewka. Ruchy, ruchy! Wstążeczki „Sport” nie dostaje się za leżenie! Jedno okrążenie, drugie, trzecie, skłony, pompki.

– Czas na toaletę – oznajmiam, jednak chłopaki protestują – Antek, woda jest lodowata, jutro się umyjemy! 

– O nie, nie. Czyżbyście zapomnieli, że do „Czystości” wlicza się także liczba wziętych pryszniców? Rozumiem chłopaki, że jest zimno, ale wiecie – kontynuuję – drużynowy obserwuje. Bierzcie rzeczy.

Idziemy, ale ja nie lubię tracić czasu, mówię – Hej ludzie, pomyślcie nad nowym okrzykiem. – To zawsze dodatkowe punkty do „Ekspresji”… – myślę sobie.

Apel, śniadanie i zaczynamy pionierkę.

– Kuba, Mati, zróbcie stół. Tu macie szkic… – czekaj, Mati, wiązanie musi być estetyczne – sznurek przy sznureczku. Może jednak ja pomogę Kubie ze stołem, a ty pójdź kopać lodówkę.

Pracujemy. Dochodzi dwunasta.

TUUUU TU TU – w całym lesie rozchodzi się dźwięk rogu, a po chwili wszyscy zgodnie krzyczą – INTENDEEEENCI!

– Miska! Gdzie jest miska? – Janek nerwowo rozgląda się po gnieździe.

– W skrzyni – odpowiadam. Wiem, bo schowałem ją tam przed porannym sprawdzaniem czystości.

Rozpoczyna się wyścig. Nie dziwi, że po 10 sekundach przy Kraalu pojawia się pierwszy intendent. Dobrze jest być tym pierwszym. Można liczyć na coś ekstra. Bonusową czekoladę na przykład.

Wracają intendenci, a po chwili do mych uszu dociera kolejny sygnał. TUUUU TUUU TUUU TU TU – Muszę iść. Drużynowy oznajmia nam, że każdy obiad będzie oceniany w czterech kategoriach: smak, wygląd, pomysł, pełnowartościowość – w końcu wstążka za gotowanie to nie tylko Konkurs Kulinarny.

Wracam do gniazda. Bartek jest kucharzem od niedawna. Daję mu więc solidną garść porad, co mógłby zrobić lepiej. Trzeba zawalczyć o każdy punkt.

Po obiedzie czas wolny. Siadam. Chłopaki leżą. Odpoczywam… znaczy, staram się. W końcu wyrzuty sumienia biorą górę – Jak można tak leżeć, kiedy jeszcze tyle do zrobienia? – pytam sam siebie.

– Chłopaki – zaczynam – jak już tak odpoczywamy, to chociaż pomyślmy nad scenką na wieczorne ognisko. Nigdy nie dostaliśmy wstążeczki za ekspresję. W tym roku musimy dać z siebie 200% – namawiam ich.

Po odpoczynku wracamy do pracy. To ostatni dzień pionierki. – Ruszcie się, bo będziemy kończyć pionierkę po nocy – zachęcam chłopaków.

– 15 dni później –

Obóz dobiega końca, jestem wyczerpany.

– Koniec kurna! KONIEC! – wykrzykuję, gdy autokar pojawia się w mieście. Moją radość potęguje 5 nowych wstążeczek na proporcu.

Drużynowy też wygląda na szczęśliwego – 3 metry kolorowych tasiemek, kłębek muliny, igła i chłopaki dają z siebie 200% procent – rzuca do swojego przybocznego. W końcu skauting robi się sam. – kontynuuje – Czyż to nie prawdziwy sukces wychowawczy?

Obóz 1. Drużyny Kozienickiej 2020, fot. Piotr Krekora

Powyższa (nieco przerysowana) historia jest zbiorem pewnych zachowań z obozów letnich. Skondensowałem w niej moje obserwacje, poczynione na przestrzeni kilku lat, by zilustrować, w jaki sposób system wstążeczek może oddziaływać na chłopaków w drużynie. W dalszej części artykułu omówię cel stosowania wstążeczek i wspólnie zastanowimy się nad sensownością tego rodzaju motywacji.

Po co nam wstążeczki?

Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju wykorzystanie motoru „interes”. Wstążeczka jest artefaktem, zwiększającym atrakcyjność zwycięstwa. A zdobywane na zasadzie konkursu dają przestrzeń do rywalizacji, do wykazania się, czy do pokazania, że jest się lepszym od innych. Wstążeczki pomagają też przekonać chłopaków, by zrobili coś, co samo w sobie nie jest wystarczająco zachęcające, ale co w naszej opinii, jest wartościowe.

Prawdą jest, że często z pozoru zwykły kawałek materiału z napisem „Pionierka” wyzwala w chłopakach niesamowite pokłady energii. Motywuje, by dawali z siebie 200%, by pracowali dniem i nocą. Robili rzeczy ponadprzeciętne – dziewięciometrową wieżę czy kaplicę bez użycia kawałka sznurka. Prawdą jest, że wstążeczki potrafią być motywatorem do zrobienia trzydaniowego posiłku na „Kulinarkę” czy genialnej scenki na ognisko.

Tylko czy dążąc do takich sukcesów, nie gubimy prawdziwego celu? Czy nie zapominamy o tym, co najważniejsze? Bo przecież głównym celem skautingu jest wszechstronny rozwój chłopaków. Chcemy, by nasi chłopcy stawali się coraz lepszymi chrześcijanami i obywatelami.

Bez wątpienia kaplica na czopy to super sprawa. Nie wtedy jednak, gdy chłopaki rezygnują z wieczornej modlitwy w zastępie albo odpoczynku, by kończyć ją po nocach.

Trzydaniowy obiad na „Kulinarkę”, podany na samodzielnie wykonanej przez chłopaków drewnianej zastawie, to marzenie wielu drużynowych. Dzięki wstążeczkom takie dzieła się urzeczywistniają.

Wydaje się, że zastęp wracający z 5 wstążeczkami z obozu pracuje wzorowo. Czy więc w takim zastępie może coś nie działać?
Niestety tak. Przede wszystkim system funkcji. Bo zastępowemu tak bardzo zależy na wygranej, że na „Kulinarce” przejmuje dowodzenie nad przygotowywaniem posiłków. Kucharz jeszcze nie ma tak dużego doświadczenia i w perspektywie wygrania wstążeczki lepiej, by zajął się tym ktoś bardziej doświadczony. Gdy zdejmuje się odpowiedzialność z funkcyjnych po to, by zdobyć ten wymarzony kawałek materiału, gubi się to, co w skautingu najważniejsze. Chłopaki przestają czuć się ważni, kompetentni, potrzebni. A przecież, by czegoś się nauczyć, trzeba popełniać błędy. System, który punktuje tylko sukcesy, nie daje przestrzeni dla pomyłek.

Wydaje mi się, że konieczność stymulacji nagrodami, świadczy o niewłaściwym dopasowaniu zajęć do marzeń i pragnień chłopców. Jeśli motor „interes” działałby dobrze, to harcerze robiliby to, co naprawdę ich pociąga. W końcu zadaniem drużynowego jest właściwe ukierunkowanie energii chłopca. Nie przekierowanie, nie centralne sterowanie, nie narzucanie. Znalezienie w nim dobra i zachęcenie do rozwijania go.

Cała trudność polega na dobrym poznaniu chłopaków i właściwym odpowiedzeniu na ich potrzeby. To co wydaje się nam wartościowe, ważne i potrzebne, z perspektywy chłopaków może być po prostu nudne. Jeśli polegamy wyłącznie na swoich preferencjach, może okazać się, że tworzymy sztuczne potrzeby. Weźmy dla przykładu poranne sprawdzanie czystości. Tylko najpierw pomyślmy, po co to robimy? Może, by się sanepid nie przyczepił, może żeby było estetycznie, by nie latały muchy, by łatwo i szybko móc znaleźć miskę, apteczkę czy łopatę. Czystość ma dużo zalet, dlaczego więc większość chłopców nie chce sprzątać? Może z braku świadomości konsekwencji życia w brudzie? Bo każemy im posprzątać i nie pozwalamy im, by przekonali się o negatywnych skutkach bałaganu na własnej skórze? Może dlatego, że Kraal sam nie daje przykładu, co może świadczyć, że przedstawiane przez nas zalety wcale nie są takie ważne? Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę z tego, że bez sprawdzania czystości, ciężko by chłopcy sami zadbali o porządek. Jeśli czystość ma rzeczywiście tyle zalet, to chłopaki prędzej czy później powinni zacząć o nią dbać. I pewnie już nigdy nie będą mieć tak pięknie ułożonych śpiworów i ubrań złożonych w prostokąt. Bo widocznie jest to strata czasu. Rozmawiajmy na radach, wskazujmy na zalety porządku w gnieździe, dawajmy przykład. To nie jest prosta droga. Jednak tylko w taki sposób mamy szansę, by te dobre praktyki chłopaki przenieśli do swych domów, gdzie już nie będzie drużynowego, który kontroluje i nagradza.

Czasem odnoszę wrażenie, że każdy pojawiający się problem próbujemy rozwiązać za pomocą wstążeczek. Chłopakom nie chce się śpiewać? O to może zróbmy wstążeczkę „Rozśpiewany zastęp” albo zacznijmy wliczać śpiewanie w drodze do „Ekspresji”. Gotują byle jak, byle szybko? To zamiast samego „Konkursu kulinarnego”, zacznijmy oceniać każdy obiad.

Ocenianie coraz to nowych aktywności może przyczynić się (co najwyżej) do wyścigu szczurów na obozie i frustracji zastępowych, którzy dla wstążeczki będą gotowi (nieświadomie) poświęcić system funkcji i rozwój zastępu.

Oczywiście część osób powie: „Jak to tak, bez wstążeczek? Przecież chłopaki nic nie będą robić przez całe dnie”.

Jeśli jednak biorą oni udział w Wielkiej Grze tylko z powodu wstążeczki, to czy takie uczestnictwo ma sens?

Ktoś dalej powie: „Ale tak działa świat, dzisiaj nikt nic nie robi bezinteresownie”. Nie wątpię.  Tak samo, jak w to, że dzisiaj każdy korzysta z telefonu.  A jednak w harcerstwie ich unikamy. Staramy się nie ulegać bezkrytycznie temu, co dzieje się na świecie. Może i ze wstążeczkami się uda.

Powiedzieliśmy „NIE” karom, stawiając na naturalne konsekwencje. Może czas postawić kolejny krok?

„NIE” dla nagród. Tylko co w zamian? Może… konsekwencje?

Nie sprzątacie w gnieździe? Nie dziwcie się, że nie możecie znaleźć strojów na grę i spóźnicie się na pierwszą fazę. Nie chce wam się gotować obiadu? – no to jedzcie suchy makaron. Bądźmy konsekwentni w tych naszych konsekwencjach, bo nagroda w gruncie rzeczy bardzo się od kary nie różni. Zaburza naturalne konsekwencje.

Wróćmy też do tego, co nas do harcerstwa zachęciło. Grajmy dla zabawy, dla zdrowej rywalizacji. Rozwijajmy się w swojej funkcji po to, by być potrzebnym zastępowi. Róbmy wspaniałą pionierkę, by godnie i wygodnie obozować. Obozujmy dla obozowania tak po prostu, dla kontaktu z naturą. Budujmy wspólnotę na ogniskach i śmiejmy się na scenkach. Nie przyszliśmy do harcerstwa po wstążeczki. Nie pozwólmy, by odbierały nam przyjemność ze zwykłych czynności, poprzez ocenianie każdego aspektu obozowego życia. Rozwijajmy się, ale bez spiny, bo inaczej zamienimy się w szkołę albo korporację.

Czyli co, rezygnujemy ze wstążeczek?

Mam inny pomysł.

Wstążeczki dla wszystkich, znaczy… nie do końca.

Pozwólcie, że wytłumaczę na przykładzie wstążeczki z pionierki. Drużynowy spotyka się na początku roku z każdym z zastępowych i wspólnie rozpisują cel na tegoroczną pionierkę. Jakiś wyczyn lub wyczyny, które zastępy zrealizują na obozie letnim, a do czego będą przygotowywać się na zbiórkach. Precyzują, co musi zostać zrobione i kto jest za co odpowiedzialny. Na koniec roku, jeśli udało im się tego dokonać, dostają wstążeczkę. Jeśli nie, nie otrzymują jej.

Już słyszę głosy sprzeciwu: „Ale skoro każdy może dostać wstążeczkę to nie będzie ona już taką motywacją”. Nie zaprzeczam. Wstążeczki w takim systemie byłyby raczej wskaźnikiem dobrze wykonanej pracy, a nie nagrodą. Jak wspominałem wyżej, chcemy, by chłopcy działali z własnych chęci i by robili to dla siebie, a nie dla wstążeczek.

Ponadto taki sposób pozwala dopasować poziom do poszczególnych zastępów. W „starym” systemie słaby technicznie zastęp nawet się nie starał, bo i tak nie miał szans z tym doświadczonym. Z kolei ten bardziej wyrobiony też nie dawał z siebie wszystkiego, bo przecież „i tak wygramy”.

Dzięki innym (niekoniecznie niższym lub wyższym, po prostu indywidualnym) wymaganiom, zastęp zyskuje cel, który jest wyzwaniem, ale który jednocześnie jest dla nich osiągalny.

Podobne zmiany można poczynić z Ekspresją. Przykładowy cel: swobodne posługiwanie się przez zastęp technikami: żywe obrazy, pantomima, kukiełki i zaprezentowanie umiejętności na ogniskach (odpowiedzialny Tomek); nauka pięciu nowych szant (odpowiedzialny Bartek) i pięciu nowych gier na ekspresję (Tomek); zdobycie sprawności Wodzireja przez Tymka i Śpiewaka przez Bartka.

Oczywiście nie wszystkie wstążeczki da się łatwo przenieść do takiego systemu. Ciężko jest też przewidzieć zachowania ludzi i nie wiem, czy nowe podejście dobrze zadziała w praktyce. Żeby je wypróbować potrzeba czasu. Celem tego artykułu nie jest pokazanie gotowych rozwiązań, a raczej wskazanie problemu. Mam nadzieję, że nowe światło, które rzuciłem na temat wstążeczek, zachęci was do refleksji i jeszcze bardziej świadomego doboru narzędzi do pracy z chłopakami.

Antoni Biel

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie przyboczny w 5 Drużynie Radomskiej.

Początek. Listy Starszego Brata do Młodszego #1

To co zaraz przeczytacie, trafiło w moje ręce kilka dni temu podczas robienia porządków na strychu. Zbieg okoliczności sprawił, że w wielkim, drewnianym kufrze odkryłem szczelnie zawinięty pakunek. W paczce znajdowało się kilka, bądź kilkanaście listów posiadających tego samego adresata. Nie wiem jak ów pakunek znalazł się na strychu, ale stare, nieuczęszczane miejsca chyba mają właśnie to do siebie, że można w nich odkryć to wszystko, czego akurat się potrzebuje. Tym razem padło na listy.

Z pobieżnej lektury zawartości wspomnianej paczki udało mi się ustalić kilka faktów. Otóż adresatem listów jest wędrownik Fryderyk, a autorem Teodor HR. W tekstach nie ma wspomnianych nazwisk, a koperty z pełnymi danymi gdzieś się zapodziały. Ważnym faktem jest również to, że Teodor pełni rolę Opiekuna Drogi (Starszego Brata) Fryderyka.

Odkryte przeze mnie listy nie są w żaden sposób ponumerowane, więc nie próbowałem na siłę ustalać ich chronologii. Zdecydowałem się publikować je w takiej kolejności i czasie jak mi to będzie wygodne. Jeżeli czytelnik uzna za potrzebne ustalenie chronologii listów, musi zrobić to na własną rękę. Próżno również odszukać dat powstawania korespondencji. Czasem ma się wrażenie, że któryś z listów został napisany wczoraj, choć jest to niemożliwe, bo w dłoni ma się kolejny list opisujący wydarzenia kilka miesięcy późniejsze.

Co do treści korespondencji, to zasadniczo Teodor stara się w niej wyjaśniać różne sprawy, o których zapewne wspominał mu Fryderyk. Niestety listy Fryderyka nie znajdowały się w pakunku, w związku z tym pewnych rzeczy musimy się domyślać. Niektóre słowa są nieczytelne (listy pisane są odręcznie) i nie można odkryć ich znaczenia. Warto też zaznaczyć, że Teodor jak to na HRa przystało lubi niektóre rzeczy wyolbrzymiać, mocniej się na nich skupić, a inne potraktować pobieżnie. No i oczywiście za jego czasów zawsze było lepiej. Na tym już chyba skończę ten wstęp i zaproszę do lektury pierwszego, wybranego przeze mnie listu.

***

Drogi Fryderyku!

Jest to mój pierwszy list, który piszę już po przyjeździe do /nieczytelne słowo/. Droga przebiegła w miarę spokojnie. Dzieci co prawda trochę marudziły z powodu zbyt rzadkich postojów. W związku z tym Maria co rusz musiała wymyślać im jakieś zabawy. Najważniejsze jednak, że dotarliśmy cali i zdrowi do celu.

Ale o tym co u mnie już pewnie starczy. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że zgodnie przyjąłeś pomysł, abyśmy porozumiewali się poprzez listy w czasie, gdy przebywam poza naszą rodzinną miejscowością. A wiesz, że Małgosia również chce wysyłać listy do swojej babci? Jest w tym wieku, że stara się naśladować to co robią starsi. Bardzo Cię lubi, więc jak tylko opowiedziałem o naszym postanowieniu przy kolacji, to Małgosia stwierdziła, że „też tak chce”.

Wracając do nas. Wiadomo dobrze, że odległość miejsc, w których się znajdujemy uniemożliwia mi częste, osobiste spotkania z Tobą, a jak słusznie ostatnio zauważyłeś, nasza relacja musi dalej być żywa. Inaczej „instytucja” Starszego Brata nie miałaby sensu. Wydaje mi się, że takie Twoje podejście to trochę odmiana, jeżeli spojrzymy w przeszłość. Wielokrotnie rozmawialiśmy przecież o sensowności Opiekunów Drogi na etapie wędrowniczym i Twoim sceptycyzmie co do tego. Ja, jak sięgnę do swoich początków z Młodą Drogą i wyborami Eligo Viam, to zauważam, że chyba właśnie korzyści płynące z relacji z moim Starszym Bratem przyszły najpóźniej. W związku z tym chcę jeszcze raz podkreślić, że rozumiałem i rozumiem Twoje wątpliwości, ale wiem, że niekiedy potrzeba sporo czasu, aby relacje czy działania przyniosły owoce. Tym bardziej cieszę się z zapału jaki żywisz do kontynuacji naszych rozmów m.in. poprzez te listy.

Zmieniając temat, czy cały czas rozmyślasz o tej niezręcznej sytuacji z przewodniczką podczas Opłatka? Dobrze pamiętam, że miała na imię Klara? Doskonale rozumiem, że jest strasznym uczuciem zachować się głupio i to jeszcze wobec dziewczyny, która Ci się podoba. Teraz wiesz przynajmniej, by nie gestykulować tak energicznie, gdy urocza nieznajoma trzyma w ręku kubek gorącego barszczu czerwonego. Jeżeli uważasz, że przeprosiny nie wystarczają, to ja zawsze w podobnych sytuacjach kupowałem Marii kwiaty. Mała przewinienie – mały bukiet, duże – duży bukiet. Chyba działało, więc i Tobie radzę tak postąpić, póki sprawa jest świeża, a wiadomo, że starą plamę trudniej zmyć.

W następnym liście może coś więcej uda mi się napisać, teraz już kończę, bo dzieci są zmęczone i trzeba położyć je do snu. Na kopercie masz dokładny adres, na który kieruj kolejną korespondencje.

Pozdrawiam Cię serdecznie.

Twój Starszy Brat Teodor

Piotr Wąsik

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Obecnie pomaga nieco w Namiestnictwie Wędrowników. Dopiero co skończył studia w Warszawie. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Pochwal dziecko przed zachodem słońca

Na podstawie 5. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Skąd wiesz, na co cię stać?

Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem własnej wartości. Musimy się o niej dowiedzieć od otaczających nas osób.

Na podstawie wypowiedzi rodziców i innych dorosłych dziecko wyrabia sobie zdanie o sobie. A od jego samooceny zależy, jak w przyszłości będzie radziło sobie z pojawiającymi się problemami i jakie cele będzie sobie stawiać. Jeśli ciągle słyszy, że jest beznadziejne, robi błędy, wszędzie brudzi i nie ma za grosz rozumu, to tak właśnie siebie widzi. Nie będzie miało odwagi stawić czoła większemu wyzwaniu. Z góry zakłada, że jest nieudacznikiem.

Natomiast dziecko, które widzi, że jego uczucia są szanowane, które dostaje możliwość wyboru albo szansę na samodzielne rozwiązanie jakiegoś problemu, zaczyna widzieć siebie jako wartościowego człowieka. Rośnie w nim zaufanie i szacunek do siebie.

Dzięki pochwałom dziecko dowiaduje się, w czym jest dobre, jakie są jego talenty i mocne strony, co już potrafi . Oprócz tego pochwały motywują do powtarzania lub kontynuowania dobrych zachowań – w przeciwieństwie do strofowania, które rodzi frustrację i zniechęca do poprawy.

Jak chwalić?

Nie każda pochwała będzie miała tak pozytywne skutki. Zastanów się, jak czułbyś się w takich sytuacjach:

  • przygotowujesz dla znajomych wafle przełożone dżemem, a oni twierdzą, że świetnie pieczesz;
  • na zajęciach „strzelałeś” i udało ci się dobrze odpowiedzieć na pytanie, a prowadzący mówi, że najwyraźniej jesteś znawcą tematu;
  • dobiegasz do odjeżdżającego autobusu, a siedzący w nim kolega gratuluje ci kondycji.

Pochwała może wywołać mieszane uczucia, np. natychmiastowe zaprzeczenie lub zwątpienie w wiarygodność chwalącego – „Wafli się nie piecze, co on wygaduje”, obawę – „Co, jeśli zaraz zapyta mnie znowu i cała moja niewiedza wyjdzie na jaw?” albo skupienie się na swojej słabości – „Kondycja? Przecież ledwo żyję po dobiegnięciu do autobusu.”

Okazuje się, że również słowa „dobry”, „świetny”, „piękny” nie brzmią przekonująco. Przecież można je wypowiedzieć nieszczerze. Wymagają uzasadnienia.

Dobra pochwała ma dwie części:

1. Dorosły opisuje z uznaniem, co widzi lub czuje:

„Wszystkie menażki są umyte, a stół dokładnie wytarty. Miło tutaj wejść.”

„Na twoim obrazku wszystkie drzewa są starannie pokolorowane. Pomysłowo narysowałeś futro zwierząt, aż chce się je pogłaskać.”

2. Dziecko – po wysłuchaniu opisu – potrafi pochwalić się samo:

„Jak chcę, to umiem zrobić porządek.”

„Mój rysunek jest naprawdę dobry.”

Do opisu można dodać jedno/dwa słowa, które podsumują godne pochwały zachowanie dziecka:

„Wyplotłeś całą prycz, chociaż na początku wszystko się poplątało i musiałeś zacząć jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.”

„Poczekałeś na swoją kolej, zamiast przekrzykiwać inne dzieci. To się nazywa cierpliwość.”

Dzięki takim słowom dziecko dowiaduje się czegoś o sobie, poznaje swoje możliwości. Ta świadomość może dodać mu sił w chwili zwątpienia czy zniechęcenia.

Pokonaj swoje czarnowidztwo

Mówienie pochwał nie przychodzi nam wcale łatwo. Naszą uwagę mocniej przyciągają negatywne aspekty rzeczywistości. Bardziej skupiamy się na tym, że wilczek usmarował pół stołu klejem, niż na tym, że starał się go pościerać.

Zimowisko 1. Gromady Pilawskiej 2017, fot. Mateusz Zawadka

Dlatego musimy świadomie szukać dobrych rzeczy i o nich mówić. Mam nadzieję, że widzisz już, że warto włożyć w to trochę wysiłku. Podobno nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale swoich podopiecznych – jak najbardziej. Postaraj się na następnym spotkaniu każdemu z nich powiedzieć, co zrobił dobrze. A potem siebie też możesz pochwalić 🙂


Hanna Dunajska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Przyroda ma imię

Czy i wy macie wrażenie, że każdy las, w którym rozbijacie namioty, wygląda zupełnie tak samo? Jako harcerka, już na drugim obozie byłam tym porządnie znudzona. Znowu sosny, znowu mech, znowu szyszki nie pozwalają chodzić na bosaka po ściółce, znowu komary i kleszcze gryzą łydki jak głupie, znowu niebieskie żuczki wpełzają do namiotu, a muchy, które utknęły między tropikiem a komorą, nie dają w nocy zasnąć. Las jest do bani.

W połowie jednego roku do naszego zastępu dołączyła dziewczyna, która wcześniej była w ZHR. Była po uszy zakochana w przyrodzie, w drzewach, ptakach i wszystkim, co żyło w lesie. Z początku patrzyłyśmy na nią ze sporym niezrozumieniem — zachwycały ją rzeczy, które dla nas były obojętne, np. że używamy sznurków zamiast gwoździ. Prosiła często, by nie skrobać kory z drzew bez powodu, nie zabijać owadów bez potrzeby. Cieszyła się, gdy w lesie z rana rozbrzmiewał śpiew ptaków, próbowała je rozróżniać. Po jakimś czasie wszystkie zaczęłyśmy żyć jej zaciekawieniem. Martwy, nudny las nabrał życia. Naszą ulubioną zabawą było nazywanie drzew. Szczególnie te, na których stała nasza platforma, miały stałe imiona i zawsze z rana były witane.

Jadzia, bo tak miała na imię, poleciła mi mnóstwo książek o zwierzętach i roślinach. Jedną dała mi na urodziny. Za jej sprawą zaczęłam czytać „Sekretne życie drzew” niemieckiego leśnika Petera Wohllebena, którą bardzo polecam.

Dlaczego warto czytać i uczyć się o przyrodzie?

Nie tylko dlatego, że to ciekawe czy rozwijające. Nawet nie dlatego, że natura jest naszym pierwotnym domem, ale dlatego, że przyroda jest żywa. Głównym powodem zaniedbywania przyrody, również przez wilczki i harcerki/harcerzy, jest przekonanie o martwocie lasu. Pomimo naszej wiedzy o tym, że las tworzą żywe organizmy, czasem ciężko nam dostrzec ich ciche życie. Jesteśmy przyzwyczajeni do głośnego, betonowego świata rzeczy bez emocji i odczuć, których nie żal nam niszczyć, bo wszystko i tak z czasem się psuje i trzeba będzie to zamienić na nowe.  Natura jest zupełnie inna. Bardzo łatwo jest nam zabijać coś, czemu nie przyznajemy praw do emocji, odczuwania, życia. Łatwo jest nie mieć szacunku do czegoś, czego nie rozumiemy.

Tymczasem zwierzęta i rośliny żyją, czują, myślą i współpracują.  Dla współczesnych naukowców oczywistym jest już fakt, że gołębie potrafią całkiem sprawnie liczyć, wiewiórki mają świadomość, a społeczeństwa mrówek czy pszczół są złożone i bardziej skomplikowane niż niektóre kultury ludzkie. Nasz gatunek od zawsze miał niezwykłe skłonności do wyolbrzymiania różnic między nim a resztą natury. W praktyce faktycznych różnic jest niewiele i wszelcy badacze nadal znajdują dowody, by podważać kolejne z nich. Tym, co stoi najgrubszym murem między ludźmi a naturą, jest właśnie nasze przeświadczenie o nie przynależeniu do niej.

Powinniśmy szanować nasz świat, bo jesteśmy jego nierozłączną częścią. I nie mówię tu o wspieraniu najróżniejszych pseudoekologicznych akcji, które walczą o przetrwanie jednego dębu na środku drogi, nie patrząc na całe połacie sosen nieopodal, przeznaczonych tylko i wyłącznie na ścinkę (o tym, dlaczego dziko rosnące drzewa mają o wiele lepszej jakości drewno, opowiada wspomniany już Peter Wohlleben — zachęcam do lektury). Sęk w tym, by zakorzenić szacunek do natury młodym.

Jak to zrobić? Zwyczajnie – opowiadać im. Dzieci kochają prawdę i są z natury ciekawe świata. Sama byłam niezwykle zaskoczona tym, że moje wilczki chętniej słuchały historii o tym, jak drzewa tworzą społeczeństwa, łącząc się korzeniami, niż bajek o smokach, które wymyślałam dla nich na dobranockę. Dlaczego prawdziwe są ciekawsze? Jeżeli tylko pokażemy dzieciom, że przyroda nie jest tak odległa i nudna, jak im się wydaje, okaże się, że mogą mieć z nią całkiem sporo wspólnego. Drzewa zawierają trwałe przyjaźnie, ptaki pokonują swój strach przy pierwszym skoku z gniazda, by nauczyć się latać, wiewiórki wybrzydzają, a borsuki bardzo lubią czyścić swoje norki. W tym tkwi też niezwykła moc Księgi Dżungli. Wilczki nie tylko mają bliski kontakt z przyrodą, ale też mogą przeżywać swoje problemy z dżunglowymi bohaterami. Natura to niewyczerpane narzędzie pedagogiczne, jakie możemy dać wilczkom, ale też harcerzom.

Eurojam 2014, fot. o. Sebastian Masłowski SJ

Na koniec pozostawiam Cię drogi Czytelniku z listą krótkich i przystępnych lektur, które pomogą Ci rozbudzić twój zachwyt nad tętniącą życiem przyrodą. Nie pozwól sobie obudzić się pewnego ranka i stwierdzić, że wszystko już wiesz!

Simona Kossak – “Opowieści”

Peter Wohlleben – “Sekretne życie drzew”

Kipling Rudyard – “Księga dżungli” (jeśli jeszcze nie zdarzyło ci się przeczytać 🙂

Serdecznie polecam także książki dla dzieci i młodzieży rozbudzające ciekawość i miłość do przyrody:

Timothée de Fombelle – “Tobi”

Erin Hunter – “Wojownicy”

Kilka dodatkowych linków, które warto przejrzeć 🙂

1 Animal Emotions: Exploring Passionate Natures | BioScience | Oxford Academic

2 What Kind of Emotions Do Animals Feel?

3 Psychologia zwierząt – cz. I. Potrzeby, a emocje zwierząt

4 Empatia wśród zwierząt: Jak zwierzęta przekazują sobie emocje?

Avatar

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Jak zachęcać do samodzielności?

Na podstawie IV rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Głównym celem wychowania jest ukształtowanie osoby dojrzałej i samodzielnej, niezależnej od nikogo, również od nas. Każdy człowiek jest inny, dlatego też nie możemy kształtować naszych podopiecznych na swoje podobieństwo – musimy pomóc im stać się jak najpełniej sobą. Będzie to bardzo trudne, gdy nasze ochronne skrzydła będą ich szczelnie otaczać – nie pozwalać popełniać błędów, dawać gotowe rozwiązania czy pozwalać unikać konsekwencji. Wilczki, harcerze i harcerki są w pewien sposób zależni od nas, ale musimy oprzeć się pokusie wymagania od nich, aby wszystko robiły według naszych pomysłów, wskazówek – trzeba dać im wolność drogi, którą dojdą do wyznaczonego wspólnie celu, czasami musimy pozwolić im się zgubić. Aby pomagać im stać się samodzielnymi powinniśmy:

Pozwól dokonać wyboru

– Jaką fabułę zaplanujemy na obóz – wolicie Rycerzy Króla Artura czy Kamienie na Szaniec, a może macie jakieś inne pomysły (nie: W tym roku fabuła to…)

Chodzi o stwarzanie sposobności do podejmowania decyzji, aby ćwiczyć tę umiejętność na prostych sprawach, przed dorosłymi decyzjami o wyborze drogi życiowej, pracy, czy po prostu wypowiadaniu własnych opinii.

Okaż szacunek dla wysiłku i zmagań

– Rozpalenie ogniska, szczególnie po deszczu, jest trudne. Spróbuj dodać więcej kory (nie: Rozpalanie ogniska to łatwizna, na pewno dasz sobie radę).

Docenianie zmagań dodaje odwagi do samodzielnego pokonywania przeszkód. Zasadniczo myślimy, że określając coś jako łatwe dodamy drugiej stronie odwagi. Jeśli jednak próba nie powiodłaby się mniej frustrująco jest myśleć, że nie zrobiłem czegoś trudnego niż błahostki. Nie podkreślamy nigdy to musi być trudne dla ciebie.

Nie zadawaj zbyt wielu pytań

– Dobrze was widzieć. (nie: Jak było na explo? Co zobaczyłyście ciekawego? Kogoś poznałyście? Gdzie spałyście?…)

Zasypanie pytaniami może być potraktowane jako przesłuchanie, dzieci i tak opowiedzą co i o czym będą chciały.

Nie śpiesz się z dawaniem odpowiedzi

– Dlaczego apel musi być tak wcześnie? – Zastanówmy się: dlaczego apel jest wcześnie? (nie: Ponieważ chcemy mieć dużo czasu na inne ciekawe zajęcia, a obóz nie jest od wylegiwania się w śpiworach…)

Kiedy dzieci zadają pytania należy dać im szanse znalezienia odpowiedzi.

Zachęcaj do korzystania z cudzych doświadczeń

– Słyszałam, że robisz jakąś super-ekstra księgę przyrody. Nasza hufcowa jest botanikiem – jeśli chciałabyś z nią porozmawiać czy pokazać jej swoją pracę to jestem pewna, że chętnie się z tobą zobaczy.

Pokierowanie naszych podopiecznych do innych osób pozwoli im zobaczyć, że nie są zależne tylko od nas, że mogą prosić o pomoc i szukać odpowiedzi u innych osób. (To szczególnie ważne w relacji rodzic – dziecko, choć w relacji szef-harcerz/harcerka także)

Nie odbieraj nadziei

– W tym roku zamierzam zdobyć stopień pionierki. – A więc zamierzasz zdobyć pionierkę. Opowiedz mi o tym. Masz już jakiś plan? (nie: Daj spokój! To za dużo pracy dla ciebie. Ledwo zdobyłaś tropicielkę.)

Czasami w dobrych intencjach odradzamy komuś podjęcie jakiegoś wyzwania, aby zabezpieczyć go przed porażką. Ale pozbawiamy go tym samym marzeń nadziei, a czasem też zrealizowanych planów.

Obóz letni 3. Gromady Garwolińskiej 2017, fot. Ernest Benicki

Okaż szacunek dla ewentualnej gotowości dziecka

– Kiedy będziesz gotowy zaśpiewasz psalm na Mszy. (nie: Zobaczysz, to nic strasznego, przecież ładnie śpiewasz)

Zamiast zmuszać i przekonywać dajmy dziecku zdecydować o swojej gotowości.

Nie mów zbyt często “nie”

Czasem stanowcze nie jest odbierane jako wyzwanie do walki czy wręcz atak na samodzielność. Co więc zamiast:

  • Udziel informacji nie używając “nie”

Czy możemy teraz pograć w siatkówkę? – Za chwilę dostaniecie produkty na konkurs kulinarny

  • Zaakceptuj uczucia

Już koniec zbiórki? Nie możemy jeszcze zostać i pośpiewać albo w coś zagrać? – Widzę, że gdyby to zależało od ciebie zbiórka trwałaby by jeszcze długo. Trudno jest kończyć coś co lubimy.

  • Opisz problem

Czy możesz nam teraz zrobić te warsztaty z pierwszej pomocy? – Chciałabym bardzo, ale problem polega na tym, że za chwilę będą tu panie z sanepidu.

  • Kiedy to możliwe zastąp nie wyrazem tak

Czy możemy teraz mieć czas wolny? – Tak, kiedy tylko posprzątacie po obiedzie.

  • Daj sobie czas do zastanowienia

Czy możemy pojechać nad morze na zzz-cie? – Dajcie mi się na tym zastanowić.

Dzięki użyciu tych sposobów, druga strona będzie wiedziała, że jest traktowana poważnie. Zyska wiarę we własne możliwości, ale również nie odbierzemy jej pewności, że ma w nas pomoc i oparcie lub też nauczy się go szukać wśród innych.

Emilia Kawałek

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

KUDU 2020 – relacja

Las Głuchowski to przede wszystkim las liściasty, obfitujący w krzaki jagodowe oraz drobne, acz bogate połacie mchu. Od lat odbywają się tu obozy szkoleniowe dla wszystkich gałęzi obu nurtów. Wszystkich stopni. Wszystkich? Nie. Jest jeden stopień, który dotąd bronił się przed zaszufladkowaniem go w tygodniowy zjazd leśnych deptaków. Był to trzeci stopień harcmistrzowski dla nurtu żeńskiego. A skoro o nurcie mowa, lasem Głuchowskim płynie też Rawka. Ale nie ona będzie bohaterem tej relacji.

Aby historia nie wystraszyła się epokowości tego wydarzenia, odbywało się ono w całkowitej anonimowości. Bez nazwy, z celem, który dopiero należało odkryć w trakcie. I tak zdarzyło się, że 22 sierpnia 2020 roku, drogą pożarową nr 17, zaczęły zjeżdżać się najróżniejsze osobistości ze skautowego półświatka. Były to zarówno radosne Akele, które potrafiły wznieść Wielki Okrzyk w języku migowym, leżąc przy tym w śpiworze, jak i głodne rywalizacji drużynowe, które na zawołanie potrafiły wygrać gwizdkiem Odę do radości zaszyfrowaną szyfrem trzystopniowym, uwzględniającym łacińską deklinację zastosowaną do języka polskiego. Była również kadra, same harcmistrzynie, chusty ich były wprawdzie z importu, ale krajowy rynek, jak do tej pory, uznawał te międzynarodowe odznaczenia.

Pionierka na tym obozie była formalnością – chodziło o to, by się rozruszać przed ćwiczeniami bardziej umysłowymi. Faktem powszechnie znanym jest bowiem to, że na trzecim stopniu poziom kontemplacji metody skautowej osiąga taki poziom, że człowiek dostępuje daru lewitacji. Nie potrzeba więc żadnej izolacji od podłoża, natomiast namioty powinny być dobrze przypięte do ziemi, żeby nie uleciały wraz z gośćmi.

Opiekę duchową sprawował nad nami ksiądz Paweł – człowiek twardo stąpający po ziemi – dzięki czemu ktoś na tym obozie utrzymywał kontakt z poziomem. Ksiądz nawet spał w samochodzie, żeby w razie czego po prostu odjechać. Był jednak przez cały obóz skarbnicą wiedzy – zarówno, jeśli chodzi o antropologię, teologię stworzenia, jak i szeroko pojętą wiedzę z zakresu sztuki filmowej czy serialowej. Ponadto, jako jedyna osoba na obozie, posiadał czapkę z daszkiem. Pierwszego dnia oznajmił, że ma odwyk od ekspresji – raz spróbował, ale potem trzeba było część widowni cucić wodą święconą.

Główną atrakcją obozową, starczająca za wszystkie gry, podchody, warty, konkursy, pielgrzymki, explo, wielkie gry czy łowy, były konferencje. Dostarczały takich emocji, jak wszystkie elementy normalnego obozowania razem wzięte. A nie trzeba było się tak bardzo wysilać. Wystarczyło usiąść wygodnie na karimacie, pod drzewem, rozłożyć parasolkę (gdzieniegdzie zdarzały się drobne gałęziowe mżawki). Następnie do białej tablicy podchodził harcmistrz, harcmistrzyni lub ksiądz. Następowały okrzyki i krótkie formy wyrazu, czasem nawet wierszowane bądź śpiewane. Tablica zapełniała się pismem rylcowym lub obrazkowym. Następowały brawa i już koniec, nawet nie można było się nacieszyć tym krótkim momentem uniesienia. Tradycyjnym okrzykiem po każdej konferencji było hasło BIS (Błagam Idźmy Szybciej). Trzeba było śpieszyć dalej. Program nie zwolnił nawet podczas ewakuacji – po prostu ewakuował się z nami również mówca i poprowadził konferencję w miejscu bezpiecznym. Nie możemy powiedzieć, gdzie to dokładnie było, bo przestałoby to być miejsce bezpieczne.

Obóz skautmistrzowski KUDU 2020, fot. Monika Mika

W świecie szeroko pojętej filozofii mówi się, że kwestionowanie wszystkiego może prowadzić do negacji wszystkiego. Moment wyparcia, kiedy to musieliśmy w pełni zawierzyć instynktowi i pamięci pierwotnej, przyszedł mniej więcej w środku obozu – kiedy to Rudzik, zastęp składający się przede wszystkim z osób myślących, prowadząc apel, zakwestionował zasadność apelu jednocześnie go nie przerywając. To sprawiło, że system równowagi światopoglądowej zaczął się u niektórych gwałtownie chybotać. Był to szok ogromny, niektórzy po tym apelu chcieli nawet zdjąć mundur (co publicznie na jednej z konferencji uczyniła nawet sama Naczelniczka). Inni zadawali sobie pytanie: czy w takim razie dzisiaj będzie obiad? Podwieczorek jawił się nam natomiast już jedynie jako raj utracony.

Ale nie traciłyśmy nadziei – kluczem do poznania człowieka jest zawsze sztuka. Ekspresja wieczorna była obowiązkowa. Chociaż tutaj też osiągnęłyśmy poziom galaktyczny – dość powiedzieć, że w pewnym momencie siedziałyśmy wszystkie razem przy ognisku i starałyśmy się w odpowiednim momencie jak najszybciej nacisnąć wielki guzik zrobiony z miski do mycia. Czy można w bardziej wymowny sposób przedstawić metaforycznie człowieka i jego chęć wyłączenia tego wszystkiego, co w życiu zbędne? Tutaj nawet dalsze wyjaśnienia są elementem zbędnym.

Do czego natomiast trzeba było nas już naprawę zmuszać? Do spełniania potrzeb fizjologicznych – do latryny prowadziły kartki motywujące, a jadłospis każdy zastęp musiał napisać sam – żeby wiadomo było, że w ogóle jeszcze przyjmujemy pokarmy. Bo człowiek myślący tak dużo może zapomnieć, że jeszcze czegoś w życiu oprócz tego potrzebuje.

Podczas obozu doszło również do manewrów covidowych. Ot, tańczyłyśmy belgijkę w tym samym miejscu, co Iziqu. Oni udawali, że tańczą z partnerkami, my, że z partnerami. Gdzieś tam zawodził flet, brzdękały cymbałki. Naród kroczył naprzód razem, co zrobił dwa kroki w przód, musiał się cofnąć dwa kroki wstecz. Klasyczna definicja postępu. Ale cel był – integracja.

Aż wreszcie nastąpił koniec. Kiedy uświadomiłyśmy sobie tę okoliczność, ruszyło zarządzanie antykryzysowe.  Mianowicie, aby zapobiec grupowej depresji, dla każdej z nas została zarządzona indywidualna rozmowa z Martą – szefową obozu. Każda z nas musiała określić cel swojego dalszego istnienia. Misję, która pomoże jej dalej żyć i podejmować wyzwania dnia codziennego.

Podajemy wam – następnym pokoleniom kursantek oraz tym przypadkowym czytelnikom, którzy trafili tu myśląc, że to link do promocji w Rossmannie, podajemy wam przesłanie – odwagi. My już tę drogę przeszłyśmy. Czym jesteśmy? No właśnie.

Magdalena Stelmach

Magdalena Stelmach


W mundurze grałam: harcerkę w 4 DWa, młodą przewodniczkę, 4 sezony w roli Bagheery, potem Akeli. Tak świat zwierzęcy stał się moim światem. Po siedmiu latach miała być skautowa, chociaż roczna emerytura. Ale nie - bo dla młodych nie starczy, więc aktualnie szefowa młodych przewodniczek, teraz już trzeci rok. Zajmuję się różnego typu aktywnościami, również pisaniem. Piszę m.in.: maile, listy zakupowe, relacje (również z wydarzeń, ale nie tylko, bo uważam że jeśli coś się nie wydarzyło, też warto to opisać).

Skąd się biorą prawa przyrody?

Zasada najmniejszego działania

Niejednemu szefowi ten podtytuł może kojarzyć się ze sposobem, w jaki wilczki wyplatają swoje prycze albo z rozkładem kąpieli harcerzy na obozie. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta: tak działa Wszechświat.

W fizyce „działanie” jest oczywiście precyzyjnie (i bardzo skomplikowanie) zdefiniowane. Zatrzymajmy się więc na intuicyjnym stwierdzeniu, że działanie mówi nam, ile energii będzie kosztować zrobienie danej czynności w dany sposób. Zasada najmniejszego działania stwierdza, że Wszechświat „wybiera” takie sposóby wykonania wszystkich procesów, aby kosztowały one jak najmniej energii.

Skąd to wiemy? Można powiedzieć, że po prostu się tego domyślamy. Oparliśmy na takim założeniu całą współczesną fizykę i – jak dotychczas – wszystko w niej działa. Można by też spróbować argumentacji a contrario (czyli przez obalenie jego zaprzeczenia): gdyby Wszechświat robił coś większym, niż potrzeba, wysiłkiem, a my moglibyśmy ten proces odwracać wysiłkiem mniejszym, to powtarzając ten cykl w nieskończoność, świat produkowałby dla nas niejako za darmo nieskończoną ilość energii. Czy nie wydawałoby się to dziwne?

Najważniejsza kobieta w historii matematyki

Emmy Noether – „najważniejsza kobieta w historii matematyki” – udowodniła, że jeżeli działanie jest względem czegoś symetryczne, to w opisywanej przez nie czynności można doszukać się któregoś z podstawowych praw fizyki: jednej z zasad zachowania. Może to być na przykład zasada zachowania energii, pędu, momentu pędu, ładunku… To, której z nich się spodziewać, zależy od tego, względem czego działanie jest symetryczne. A może być symetryczne na przykład względem przemieszczenia, jak dywan z powtarzającym się wzorem czy względem przesunięcia w czasie, jak zapętlony gif.

Ilustracja: Liliana Sowińska

Wyobraźmy sobie, że w bezwietrzny dzień truchtamy wzdłuż długiego chodnika. Na przebiegnięcie pierwszych 100 m zużywamy tyle samo energii, co na przebiegnięcie ostatnich 100 m. A więc działanie nie zależy od miejsca, w którym jesteśmy – jest symetryczne względem przemieszczenia i w takim przypadku działa zasada zachowania pędu. Inny przykład: żonglowanie pomarańczami kosztuje nas tyle samo energii, jeśli obrócimy się na pięcie o dziewięćdziesiąt siedem stopni lub dowolny inny kąt.  Działanie jest symetryczne względem obrotu i spełniona jest zasada zachowania momentu pędu. Jeśli coś posiada tyle samo energii teraz, ile wczoraj i ile będzie miało w przyszłym miesiącu (choć rodzaj tej energii może się zmieniać), to działanie jest symetryczne względem przesunięcia w czasie, i prawdziwa jest zasada zachowania energii. Richard Feynman mówił, że te zasady są najogólniejszymi prawami fizyki i że zbiór pozostałych praw jest nimi „jakby przeniknięty”.

Pułapka!

W poprzednim akapicie z pomocą pani Noether udało się nam zrobić coś niebywałego: wgryźliśmy się w działanie przyrody i wycisnęliśmy z niej zasady, którymi się rządzi. Jednak korzystanie wyłącznie z tych zasad czyniłoby fizykę niesłychanie żmudną i nudną.

Ponadto dopuściliśmy się na pozór niewielkiego nadużycia: nie ustaliliśmy, czym jest kluczowa dla pojęcia działania energia. Moglibyśmy to teraz naprawić, ale wtedy stanie przed nami cała powaga tego niedopatrzenia: otóż energia nie ma swojej jednoznacznej definicji. Jest w fizyce pojęciem pierwotnym, jak punkt w matematyce, i oznacza coś, co jest zachowane. W takim ujęciu zasada zachowania energii może być równie dobrze nazwana zasadą zachowania czegoś, co jest zachowane. Bez sensu, prawda? Na co dzień nie zauważamy tego problemu, ponieważ mamy intuicje związane z tym słowem: tryskać energią, produkować energię, zużywać energię… Zostaliśmy złapani w pułapkę fizyki teoretycznej, która w zasadzie jest działem matematyki, nauki formalnej (czyli operującej tylko na abstrakcyjnych obiektach), pozbawionej narzędzi do chwycenia materialnej rzeczywistości za rogi.

 Czym są prawa przyrody?

Musimy zatem poszukać innej odpowiedzi na pytanie, czym są prawa przyrody. Szybko okaże się, że sami uczeni nie są w tym temacie zgodni. Oto kilka cytatów znanych fizyków obrazujących ten rozdźwięk:

  • N. Bohr: „Prawa fizyki tworzy umysł ludzki, by opisać przyrodę jako ład i harmonię”
  • D. Bohm: „Konieczne zależności między przedmiotami, zdarzeniami i warunkami wdanym czasie i czasie przyszłym”
  • W. Heisenberg: „Regularności zmiany czasoprzestrzeni”
  • M. Planck: „Kategorie myślenia, które umysł ludzki wytwarza, by doświadczenia egzystencjalne uczynić sensownymi”
  • P. Dirac: „Formy matematyczne odzwierciedlające głęboką strukturę przyrody”

Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt istnienia różnych rodzajów tych praw. Prawa deterministyczne, na przykład znane ze szkoły prawa Newtona, mają tę własność, że pozwalają przewidzieć przyszłość danego układu na podstawie tego, co działo się na początku. Stoją one u podstaw determinizmu przyrodniczego, a ponieważ w szkole uczy się w zasadzie tylko tych praw, może to doprowadzić do wyciągania przez wielu ludzi błędnych wniosków natury filozoficznej o determinizmie świata.

Jednak istnieją też prawa, w których stan końcowy wyznaczamy z pewnym prawdopodobieństwem, np. prawo rozpadu promieniotwórczego czy cała fizyka kwantowa. Tutaj mamy do czynienia z indeterminizmem przyrodniczym: losowością pewnych zdarzeń, która z niczego nie wynika – przyroda po prostu czasami bywa nieprzewidywalna i już.

Jak widać, odpowiedź na pytanie „czym są prawa przyrody?” nie jest oczywista ani nawet jednoznacznie ustalona.

Oczy szeroko otwarte.

Spróbujmy zatem odpowiedzieć przynajmniej na pytanie, skąd wzięły się te pozostałe prawa. Fizyka jest nauką empiryczną, czyli doświadczalną – jej prawa są próbą odpowiedzi na obserwacje świata sformułowane w języku matematyki. Kiedy zachęcamy wilczki i harcerzy do obserwowania roślin i zwierząt, warto mieć w pamięci, że jest to pierwszy krok do poznania i chwycenia za rogi całego kosmosu. Wyjątkowo wnikliwe i uparte patrzenie, w często dosyć nieoczywiste rzeczy i miejsca, nazywamy eksperymentami.

Obóz 3. Gromady Radomskiej 2013, fot. Marcin Jędrzejewski

Pierwsze kilka tysięcy lat nauki polegało w zasadzie na upartym patrzeniu w gwiazdy, czego ukoronowaniem było Prawo powszechnego ciążenia zaproponowane przez sir Isaaca Newtona w XVII wieku. Kilka tysięcy lat patrzenia w gwiazdy może się wydawać czasem dość długim, jednak w rzeczywistości i tak mamy dużo szczęścia – dzięki temu, że w układzie słonecznym jest tylko jedna gwiazda, planety poruszają się regularnie po eleganckich, eliptycznych trajektoriach. Gdyby słońc było więcej, wciąż mogłaby istnieć planeta z warunkami odpowiednimi do powstania na niej życia, jednak jej trajektoria byłaby tak poplątana, że przez wieki żadna z żyjących na niej istot nie wymyśliłaby żadnego prawa. Można powiedzieć, że na ulubionych przez scenarzystów Gwiezdnych Wojen planetach z podwójnymi gwiazdami (i malowniczymi podwójnymi zachodami słońca) rozumne życie powinno być albo bardzo proste, albo wybitnie inteligentne.

Zobaczmy, jak szuka się praw przyrody współcześnie. Bardzo wnikliwymi eksperymentami są analizy cząsteczek i fal docierających do nas z kosmosu – od fal radiowych, przez światło widzialne, po promieniowanie rentgenowskie. Opiera się na tym cała astronomia i astrofizyka. To wszystko, co mamy do dyspozycji, aby snuć opowieści o prawach rządzących kosmosem. Stąd wiemy o tym, jak zbudowane są gwiazdy i jak mogą ewoluować, że Wszechświat powstał miliardy lat temu w Wielkim Wybuchu i że tylko 5 % jego substancji to znana nam materia. Stąd też na przykład wiemy, że Wszechświat się rozszerza, i to rozszerza się coraz szybciej. Próbujemy też ustalić, czy będzie to trwało wiecznie, czy też kiedyś się zatrzyma lub nawet zacznie kurczyć z powrotem.

Piękne, prawda?

Na koniec możemy zastanowić się nad językiem, który służy nam do formułowania praw rządzących przyrodą. Dla fizyki jest nim oczywiście matematyka. Jakie są alternatywy? Myślę, że jedna z nich to sztuka: świat można namalować, opisać słowem lub muzyką, może nawet zatańczyć…  (Warto zauważyć, że we wszystkich tych językach – również w matematyce – prawa przyrody są przybliżone. Świat po prostu jakiś jest i niespecjalnie interesują go słowa, których użyjemy do stwierdzenia tego faktu).

Piękne, prawda? Podobno piękno składa się z trzech elementów: harmonii dzieła z tym, co na zewnątrz, wewnętrznej proporcji i ciężkiego do uchwycenia „tego czegoś”. Niektórym osobom łatwo jest zauważyć wszystkie trzy elementy w prawach fizyki, tak jak inni odnajdują je w dziełach sztuki: szczególnie wtedy, kiedy formułowanie lub poznawanie praw przyrody jest połączone z wizją odpowiedzi na odwieczne pytanie ludzkości: „dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”.

Maciej Szulik

Maciej Szulik


był Akelą 1. Gromady Krakowskiej. Z wykształcenia fizyk. Pochodzi ze Śląska, ale jego prawdziwym domem są góry.

Jak zachęcić dzieci do współpracy?

Na podstawie II rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Każdy szef w żółtej i zielonej gałęzi (a i w czerwonej pewnie też), a już na pewno taki, który był na wyjeździe ze swoją jednostką, wie doskonale jak trudno czasami dogadać się z dzieciakami, tudzież młodzieżą. Nie raz puszczają nerwy na widok stanu obozowiska lub gdy zorientujesz się, że obóz już się kończy, a dany wilczek jeszcze ani razu się nie umył. Chłopcy zrobili coś głupiego na explo, dziewczyny plotkują zamiast robić obiad, panuje ogólny bałagan. Nasze przyzwyczajenie – często z naszego własnego dzieciństwa i rodzinnego domu – podpowiada nam, żeby:

  1. Obwiniać i oskarżać – “Znowu nie dogasiliście porządnie ogniska! Nigdy nie możecie zrobić tego dobrze?! Chcecie podpalić las?”
  2. Przezywać – “Taki chlew w obozowisku, tu chyba mieszkają brudasy nie harcerze!”
  3. Straszyć – “Jeśli za trzy minuty nie będziecie na placu apelowym w pełnym umundurowaniu będziecie robić pompki”
  4. Rozkazywać – “W tej chwili idźcie po chrust!”
  5. Moralizować – “Czy zdajecie sobie sprawę, jakie to niebezpieczne nie wstać na wartę? Wartownik jest strażnikiem obozu, musi dać znać, gdyby działo się coś złego. A jakby przyszli jacyś obcy ludzie i nie miałby kto nas ostrzec. Myślicie, że to tylko dla zabawy wystawiamy warty? Nie! Zachowaliście się nieodpowiedzialnie, zawiedliście…”
  6. Ostrzegać – “Uważaj, nie spadnij z platformy, nie podchodź tak blisko krawędzi, jesteś strasznie wysoko!”
  7. Przyjmować postawę męczennika – “To ja tu dla was czas swój oddaje charytatywnie, a wy mi tak…”
  8. Porównywać – “Dlaczego nie możecie być jak zastęp x, one zawsze tak szybko potrafią się zebrać do wyjścia.”
  9. Stosować sarkazm – “Zostawiłyście kotlety na ogniu, no pięknie, to po prostu genialny pomysł.”
  10. Prorokować – “Jeżeli teraz nie potrafisz pogodzić szkoły z harcerstwem, to co będzie jak zostaniesz wędrownikiem? Zupełnie nie będziesz miał na nic czasu.”
Obóz 1. Drużyny Garwolińskiej 2019, fot. Maciej Makulec

Zastanówmy się jednak, jak czuje się osoba słysząca takie słowa i czy wpłynie to na nią pozytywnie, czy nie podkopie to jej poczucia własnej wartości, czy będzie z nami chętniej współpracować. Moim zdaniem niekoniecznie, a i nasz autorytet w jej oczach nie będzie prawdziwy. Jest kilka innych, lepszych sposobów, aby zachęcić dziatwę do współpracy:

  1. Opisz, co widzisz lub przedstaw problem – “Ognisko nie jest zagaszone. Potrzebna jest woda.”; “Kotlety zaraz się spalą” – ważne, by nie stosować formy “ty” – nie mówimy “nie zgasiłeś ogniska” oraz nie pytać “dlaczego” – “dlaczego tu nie jest sprzątnięte”- bo prawdopodobnie zostanie to odebrane jako atak/obwinianie.
  2. Udziel informacji – “W pozostawionym na wierzchu jedzeniu zalęgną się mrówki”; “Brudną wodę po myciu wylewamy do dołów chłonnych” – ważne, żeby udzielać informacji, o których druga strona nie wie, inaczej zostanie to odczytane jako złośliwość lub też, że uważamy tę osobą  za niemądrą.
  3. Jeden wyraz – “ognisko”, “chrust”, “kotlety” – wydajemy polecenie/zwracamy uwagę na jakąś rzeczy używając jednego wyrazu, tak aby druga strona zrozumiała jakie ma wykonać zadanie. Nie używamy imion w ramach stosowania tego sposobu, gdyż wypowiemy je wielokrotnie z dezaprobatą druga strona zacznie je kojarzyć z niezadowoleniem.
  4. Porozmawiaj o swoich uczuciach – “złości mnie kiedy moje polecenia są ignorowane”.
  5. Napisz liścik – “harcówka pilnie doprasza się o posprzątanie” – można go oczywiście zaszyfrować:-).

Przez cały czas pisania artykułu przewijają mi się w głowie słowa Janusza Korczaka – “Nie ma dzieci – są ludzie”. Pomimo, a może przede wszystkim dlatego, że dzieciaki w jednostkach są w pewnym sensie naszymi podwładnymi, podopiecznymi, musimy tym bardziej szanować ich i uczyć, że każdemu należy się szacunek. A on wyraża się w dużej mierze w sposobie, w jaki się do nich odnosimy. Często brak nam umiejętności, zarówno panowania nad naszymi emocjami w sytuacjach trudnych i stresujących, jak również wypowiadania swoich myśli w sposób nie godzący w godność i poczucie własnej wartości drugiej osoby. Jest to na pewno ważny temat do pracy nad sobą.

Emilia Kawałek

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Na froncie nauki

Pale wbijane w bagno

Słynący ze snobizmu fizyk Ernest Rutherford jest autorem cytatu nadużywanego przez nazbyt dumnych studentów fizyki: „Nauka dzieli się na fizykę i zbieranie znaczków”. Rutherford chciał przez to powiedzieć, że tylko fizyka zajmuje się kompleksowym opisem rzeczywistości, zaś pozostałe nauki tworzą tylko klasery pełne odosobnionych przykładów z podpisami: „etylen”, „jeż”, „mitochondrium”, „czarnoziem”, „kaszalot” itd. Niewiele jest jednak w tym zdaniu prawdy, za to dużo pogardy dla innych nauk przyrodniczych i niezrozumienie odrębnego charakteru matematyki i nauk humanistycznych. Poza tym całe wielkie gałęzie fizyki zajmują się właśnie „zbieraniem znaczków” klasyfikacją gwiazd i galaktyk, substancji i cząsteczek, cząstek elementarnych…

Dużo więcej prawdy zawiera zdanie, że „fizyka jest jak wbijanie pali w bagno”. Widzimy tylko powierzchnię bagna, a żeby wysondować co jest pod spodem i coś na tym zbudować, potrzeba wiele wysiłku i precyzji. Na początku jest prosto, jednak bagno nie ma dna: tylko od naszej zawziętości zależy, jak głęboko zejdziemy. Obecna sytuacja jest już pełna niezwykle trudnych wyzwań. Proste eksperymenty, z użyciem przedmiotów domowego użytku lub nieskomplikowanych urządzeń – kamieni, świec, soczewek, beczek, czy żabich udek – zapoczątkował w XVI wieku Galileusz. Wnioski z nich płynące są już od dawna znane. W zasadzie pod koniec XIX wieku wydawało się, że wbijanie pali ma się ku końcowi, a do rozwiązania zostało tylko kilka prostych problemów, jak np. promieniowanie nagrzanych ciał. Nic bardziej mylnego. Ale cóż – podobnie mogło się wydawać władcom Mekki, gdy w 622 roku próbowali rozwiązać problem z niewielką grupką ludzi skupioną wokół Mahometa…

Po ponad stu latach mamy więcej pytań niż odpowiedzi, a wbicie każdego centymetra pala wymaga wielkich pieniędzy, zespołów naukowców i lat badań, a także wyobraźni i przyzwyczajenia do odkryć niezgodnych z intuicją i zdrowym rozsądkiem.

Fizyka współcześnie

Odpowiedzią na kilka niejasności z końca XIX wieku okazała się fizyka kwantowa – ulubiona deus ex machina (czyli rozwiązanie zawiłości i sprzeczności przez wprowadzenie czegoś nowego)twórców uniwersum Marvela. Zakłada ona, że światło podzielone jest na porcje, a wszystko dzieje się z pewnym prawdopodobieństwem (również to, że wjeżdżając samochodem w mur, przenikniemy przez niego bez szwanku – to oczywiście dzieje się z bardzo, bardzo małym prawdopodobieństwem. Jest to tak zwane tunelowanie).

Wędrownik z Radomia, fot. Jakub Kiepas

Szybko pojawiły się nowe niejasności wynikające z niespodziewanych wyników eksperymentów. Do opracowania całej teorii względności Einsteinowi wystarczyło tylko jedno doświadczenie obalające założenie o istnieniu eteru (doświadczenie Michelsona-Morleya), a potwierdziło ją odrobinę niestandardowe zachowanie Merkurego (precesja Merkurego). Dziś pozwala nam ona korzystać z GPSów, ale przewiduje też nieoczywiste efekty, jak paradoks bliźniąt (bliźniak wysłany w podróż kosmiczną może wrócić z niej młodszy od swojego brata).

Współcześnie największe i najdroższe urządzenie na świecie, Wielki Zderzacz Hadronów w ośrodku CERN w Genewie, od lat zajmuje się zderzaniem ze sobą różnych cząsteczek i przetwarzaniem terabajtów danych dotyczących tego, co jest efektem takiego zderzenia (tak jak efektem zderzenia dwóch samochodów są części wystrzeliwujące we wszystkich kierunkach). Składa się z tunelu w kształcie okręgu o długości 23 km, w którym panuje ekstremalna próżnia, a otoczony jest olbrzymimi magnesami i detektorami.  Efektem wielkiego wysiłku i pieniędzy włożonych przez lata w działanie  tego i innych zderzaczów jest odkrycie i klasyfikacja dziesiątek cząstek: dwunastu żyjących niezależnie leptonów (np. elektron, neutrina…), dwunastu kwarków tworzących różne bariony (np. neutron, proton…) i mezony (np. pion, kaon…) oraz dwunastu bozonów (np. foton, gluony…) pośredniczących w oddziaływaniach pozostałych cząstek. Tworzą one wielki klaser cząstek elementarnych, nazywany Modelem Standardowym. Prawie cała materia składa się tylko z kilku z nich: elektronów, neutrin i kwarków u oraz d, tworzących protony i neutrony. Jak już powiedzieliśmy, dalsze wbijanie tego pala, np. okrycie wewnętrznej struktury kwarków, wymaga prawdopodobnie jeszcze większych i droższych urządzeń…

Cząstki elementarne to nie jedyny front, na którym zawzięcie walczą fizycy. Olbrzymie projekty poszukują obecnie fal grawitacyjnych (LIGO i VIRGO), natury neutrin (GERDA), czarnych dziur (EHT) czy ciemnej materii (DARKSIDE). Zastanawiamy się nad unifikacją podstawowych oddziaływań i ciemną energią.

Złożoność i trudność badań prowadzonych nad tymi zagadnieniami mogłaby spowodować zniechęcenie, tym bardziej, że większość z nich nie będzie miało jakiegokolwiek przełożenia praktycznego w przewidywalnej przyszłości. Naturalnie motywacją jest sama wiedza dotycząca struktury Wszechświata czy technologie opracowane przy okazji wielkich projektów fizycznych i potem wykorzystywane w praktyce. Oprócz tych znanych argumentów istnieje też mniej oczywisty  powód, dla którego warto sobie zadawać ten trud. Pozwólcie, że zacznę od krótkiego wprowadzenia

Na pierwszej linii frontu

Od wieków wojna jest bardzo skutecznym i niezwykle cynicznym sposobem mocarstw na zwiększenie swojego bogactwa: zdobycie terytoriów i surowców, ale również sztuczne napędzenie przemysłu i zatrudnienia. Nie przez przypadek upadek Rzymu zaczął się wkrótce po zahamowaniu jego ekspansji, na świecie są tylko 22 państwa, wobec których Imperium Brytyjskie nie posunęło się do agresji na którymś z etapów swojej historii, a Stany Zjednoczone stały się światowym mocarstwem po pierwszej i drugiej wojnie światowej. Jak pisał Julian Tuwim w wierszu „Do prostego człowieka”, śpiewanym przez zespół Akurat:

Wiedz, że to bujda, granda zwykła, gdy ci wołają: “Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła i obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje, że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły, tłuste szuje, cło jakieś grubsze na bawełnę.

A papież Franciszek w swojej ostatniej encyklice Fratelli Tutti podkreśla (pkt 258)[1]:

„Tak łatwo wybrać wojnę, posługując się wszelkiego rodzaju wymówkami, pozornie hu­manitarnymi, obronnymi lub prewencyjnymi, uciekając się także do manipulacji informacją. Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie woj­ny były rzekomo „usprawiedliwione”. […] bardzo trudno jest dziś utrzymać racjonalne kryteria, które wypracowano w poprzednich wie­kach, by mówić o możliwości „wojny sprawiedli­wej”. Nigdy więcej wojny!”

Tutaj dochodzimy do tego nieoczywistego powodu, dla którego warto inwestować w naukę: może mogłaby się ona stać nową wojną? Doskonałym przykładem potwierdzającym taką możliwość jest Internet: jak wiadomo, jego początki to amerykański projekt wojskowy służący rozproszonemu przechowywaniu dokumentów na wypadek ataku nuklearnego. Jednak już podwaliny europejskiego Internetu zostały położone we wspomnianym wyżej CERNie, w celu gromadzenia i przesyłania olbrzymich ilości danych produkowanych w eksperymentach.

Podobnie wygląda sprawa z energią nuklearną czy podbojem kosmosu – początkowo napędzany przez zimną wojnę, obecnie jest prowadzony w znacznej mierze przez firmy prywatne, jak SpaceX, i wymaga współpracy USA i Rosji (do niedawna Międzynarodowa Stacja Kosmiczna była zaopatrywana z rosyjskiego kosmodromu Bajkonur).

Nauka może w sposób bardziej etyczny zapewnić dostęp do terytoriów (Księżyc, Mars) i surowców (wydobycie z asteroid i Księżyca, szczególnie niezwykle cennych metali ziem rzadkich), państwa mogą napędzać przemysł i zatrudnienie przy produkcji specjalistycznej aparatury naukowej, równie nieużytecznej na co dzień jak czołgi i krążowniki. Dzięki niej możemy też walczyć na wspólnych frontach ludzkości: w walkach z globalnym ociepleniem, chorobami czy ubóstwem. Pozostaje pytanie, czy – jako ludzkość – odważymy się kiedyś wspólnie na taki krok?


[1] Pełny cytat: „Tak łatwo wybrać wojnę, posługując się wszelkiego rodzaju wymówkami, pozornie hu­manitarnymi, obronnymi lub prewencyjnymi, uciekając się także do manipulacji informacją. Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie woj­ny były rzekomo „usprawiedliwione”. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości upraw­nionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co ozna­cza wykazanie, że istnieją pewne „ścisłe warunki uprawnienia moralnego”. Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego moż­liwego prawa. Próbuje się w ten sposób uspra­wiedliwić także ataki „prewencyjne” lub dzia­łania wojenne, które łatwo pociągają za sobą „poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które nale­ży usunąć”. Chodzi o to, że od czasu rozwoju broni jądrowej, chemicznej i biologicznej, a także ogromnych i coraz większych możliwości, jakie dają nowe technologie, wojnie dano niemożli­wą do skontrolowania moc niszczycielską, która uderza w wielu niewinnych cywilów. Doprawdy „ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą i nie ma gwarancji, że dobrze ją wykorzy­sta”. Nie możemy już zatem myśleć o wojnie jako o rozwiązaniu, ponieważ ryzyko prawdopo­dobnie zawsze przeważy nad przypisywaną jej hipotetyczną użytecznością. W obliczu tej sytu­acji, bardzo trudno jest dziś utrzymać racjonalne kryteria, które wypracowano w poprzednich wie­kach, by mówić o możliwości „wojny sprawiedli­wej”. Nigdy więcej wojny!”  Fratelli Tutti, pkt 258

Maciej Szulik

Maciej Szulik


był Akelą 1. Gromady Krakowskiej. Z wykształcenia fizyk. Pochodzi ze Śląska, ale jego prawdziwym domem są góry.

Jak pomóc dzieciom radzić sobie z uczuciami?

Na podstawie 1. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Z kim nie lubimy rozmawiać?

Wyobraź sobie taką sytuację: przygotowujesz na zajęcia prezentację na zadany temat. Najpierw dużo czytasz, szukasz ciekawostek w różnych źródłach, potem starasz się jasno i atrakcyjnie ująć poznane treści. Poświęcasz na to dużo czasu. W końcu nadchodzi dzień twojego wystąpienia. Stresujesz się przez prawie całe zajęcia, bo prowadzący w żółwim tempie omawia kolokwium. Na prezentację zostaje ostatnie 10 minut. Pomijasz połowę, żeby zdążyć powiedzieć o najważniejszych kwestiach. Prowadzący przerywa ci stwierdzeniem, że właściwie nie o to mu chodziło, to jest nie na temat, ale dobrze, postawi trzy, a teraz do widzenia. I wychodzi.

Wracając do domu, spotykasz znajomą osobę i opowiadasz jej, co cię spotkało. Poniżej kilka wersji odpowiedzi twojego rozmówcy. Co czujesz podczas każdej z nich? Którą chciałbyś usłyszeć, a której wolałbyś uniknąć?

Zaprzeczanie uczuciom: „No co ty, nie przesadzaj, nie ma się czym przejmować. Przecież wiesz, że to nie koniec świata. No już, uśmiechnij się!”

– Odpowiedź filozoficzna „Nie żyjemy w świecie idealnym. Takie jest życie, trzeba się z tym pogodzić”.

– Rada: „Tylko nie poruszaj tego tematu z prowadzącym, jeśli nie chcesz sobie zaszkodzić. Pokorne ciele dwie matki ssie, warto o tym pamiętać”.

– Pytania: „Co dokładnie ci powiedział? A nie dało się zrobić tej prezentacji na następnych zajęciach? Dlaczego nie poszedłeś za nim i nie porozmawiałeś?”

– Obrona drugiej strony: „Najwyraźniej miał gorszy dzień. A skoro powiedział, że prezentacja jest nie na temat, to pewnie tak było. Ciesz się, że w ogóle ci ją zaliczył”.

– Żal: „Ojej, biedactwo, że też przytrafiło ci się coś takiego. Tak mi cię szkoda”.

– Psychoanalityk-amator: „Pewnie prowadzący przypomina ci twojego ojca, który w dzieciństwie często cię lekceważył. Dlatego jesteś taki zdenerwowany”.

– Odpowiedź empatyczna: „Och, to musiało być przykre. Napracowałeś się i takie lekceważące potraktowanie musiało być trudne do zniesienia”.

I jak, którą odpowiedź chciałbyś usłyszeć?

Dziecko też człowiek

Kiedy rozmówca udziela rad lub wygłasza „mądrości”, zwykle wcale nam nie pomaga. Przeciwnie, czujemy się jeszcze gorzej. Usprawiedliwianie drugiej strony oraz dopytywanie powodują, że musimy się bronić. Chyba jednak najgorsze są zapewnienia, że wcale nie mamy powodu, żeby czuć to, co czujemy. Słysząc je, mamy ochotę zakończyć rozmowę i chłodno się pożegnać.

Odpowiedź empatyczna to to, co każdy chciałby usłyszeć. Czujemy się lepiej, kiedy rozmówca naprawdę nas słucha, czyli „wczuwa się” w sytuację, docenia to, co przeżywamy
i pozwala nam o tym opowiedzieć. Wtedy nieprzyjemne uczucia słabną, a my jesteśmy w stanie poradzić sobie z nimi, a także znaleźć samodzielnie rozwiązanie problemu.

Tak samo jest z dziećmi. Kiedy akceptujemy ich uczucia, czują się dobrze, łatwiej im się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji. Potrafią same sobie pomóc, jeśli zostaną wysłuchane
i otrzymają empatyczną odpowiedź.

Skała Narady, Obóz 3. Gromady Garwolińskiej

Indiański wojownik kontra Mickiewicz

Niestety język empatii nie jest dla nas naturalny. Często uczucia wydają się czymś wstydliwym, a ich pokazanie obnażeniem słabości, więc staramy się tego unikać. Wygląda na to, że kamienna twarz indiańskiego wojownika jest ideałem również w naszej kulturze. „Miej serce i patrzaj w serce” błaga wieszcz, ale nam ciągle bliżej do preriowych dzikusów.

Dobra wiadomość jest taka, że języka empatii można się nauczyć. Czy warto się wysilać? Ks. M. Dziewiecki pisze: „Jesteśmy w stanie kochać i czuć się kochanymi wtedy, gdy obok są ludzie, których rozumiemy, i którzy empatycznie wczuwają się w nasze myśli, przeżycia i pragnienia”.

Poniżej wskazówki praktyczne. Myślę, że ich zastosowanie umożliwia nie tylko dogadanie się z najbardziej problematycznym wilczkiem w gromadzie, ale też podniesienie jakości każdej relacji.

Wreszcie praktyka

1. Słuchaj dziecka bardzo uważnie.

Oderwij wzrok od komputera/telefonu/książki. Nie udawaj, że słuchasz.

2. Zaakceptuj uczucia dziecka słowami „och”, „mmm”, „rozumiem”.

Słowa tego typu zachęcą dziecko do wyrażania swoich uczuć i myśli oraz do samodzielnego szukania rozwiązań.

Powstrzymaj się na razie od dawania rad. Mały człowiek poradzi sobie sam, jeśli nie będziesz mu przeszkadzać obwinianiem i pouczeniami.

3. Nazwij uczucia dziecka.

Wbrew pozorom nazwanie uczuć dziecka nie powoduje pogorszenia sytuacji. Potwierdzenie jego przeżyć przyniesie mu ulgę. Nauczy się też od Ciebie nazw różnych uczuć, a rozpoznawanie uczuć to pierwszy krok do poradzenia sobie z nimi.

4. Zamień pragnienia dziecka w fantazję.

Czasem samo zrozumienie czyni sytuację łatwiejszą do zniesienia. Dziecku łatwiej przestać się czegoś domagać lub czemuś sprzeciwiać.

Hanna Dunajska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".