…i Europie chrześcijańskiej cz. 2 – kryzys

W poprzednim artykule starałem się przedstawić genezę cech konstytutywnych formacji cywilizacyjnej, którą nazywamy Europą chrześcijańską. Cechami tymi była klasyczna triada: filozofia grecka – prawo rzymskie – religia katolicka. Europa dzisiejsza, i zdaję się nie być osamotniony w tym poglądzie, mocno odbiega jednak od tego wzorca. Dlaczego tak się stało? Zmiany zachodzące w formach życia zbiorowego rzadko kiedy są momentalne i możliwe do ścisłego wskazania, postępują w czasie przez całe stulecia. Śledząc dzieje możemy jednak zauważyć pewne punkty zapalne, które gwałtownie przyspieszały wiatr zmian. Nazywamy je rewolucjami. W historii Starego Kontynentu zaszło ich wiele, ale trzy z nich zdają się najbardziej wszechogarniające i brzemienne w skutkach: reformacja, rewolucja francuska i rewolucja obyczajowa. Przyjrzyjmy się im pokrótce.

Mało jest wydarzeń tak brzemiennych w skutkach dla historii całego świata jak przybicie przez Marcina Lutra swoich 95 tez do drzwi wittemberskiej katedry. Gdy 31 X 1517 roku augustianin występował przeciw dominikańskim nadużyciom, zapewne nie spodziewał się, że stanie w następnych latach na czele nowego wyznania, a, poza świętym biskupem Hippony, inspiracje teologiczne zacznie czerpać z nauk Jana Husa czy Jana Wiklefa.  Kwestie racji czy winy Kościoła i reformatora są zagadnieniem trudnym i skomplikowanym, pozwolę więc sobie, jako katolik, oddać głos świętemu Janowi Pawłowi II: Istotnie, naukowe badania uczonych, tak ewangelickich, jak i katolickich, badania, w których już osiągnięto znaczną zbieżność poglądów, doprowadziły do nakreślenia pełniejszego i bardziej zróżnicowanego obrazu osobowości Lutra oraz skomplikowanego wątku rzeczywistości historycznej, społecznej, politycznej i kościelnej pierwszej połowy XVI wieku. W konsekwencji została przekonująco ukazana głęboka religijność Lutra, którą powodowany stawiał z gorącą namiętnością pytania na temat wiecznego zbawienia. Okazało się też wyraźnie, że zerwania jedności Kościoła nie można sprowadzać ani do niezrozumienia ze strony Pasterzy Kościoła katolickiego, ani też jedynie do braku zrozumienia prawdziwego katolicyzmu ze strony Lutra, nawet jeśli obydwie te okoliczności mogły odegrać pewną rolę. Podjęte rozstrzygnięcia miały głębokie korzenie. W sporze na temat stosunku między wiarą a tradycją wchodziły w grę sprawy najbardziej zasadnicze, odnoszące się do właściwej interpretacji i recepcji wiary chrześcijańskiej, sprawy zawierające w sobie potencjalność podziału Kościoła, nie dającego się wytłumaczyć samymi racjami historycznymi. Tym, co najbardziej mnie interesuje, nie jest słuszność w tym sporze, ale jego konsekwencje dla cywilizacji europejskiej. Mimo wcześniejszej schizmy z Konstantynopolem, czy okazjonalnego przyjmowania innych odmian chrześcijaństwa przez poszczególne krainy Europy średniowiecznej, jak w przypadku katarów w południowej Francji, waldensów we Włoszech czy husytów w Czechach, po raz pierwszy tak znaczna część Starego Kontynentu pogrążyła się w wewnątrzchrześcijańskich wojnach religijnych – od krwawych wojen chłopskich w pierwszych latach reformacji po apokaliptyczną wojnę trzydziestoletnią w połowie następnego wieku. Jak zauważył niemiecki jurysta Carl Schmitt, konsekwencją tych traumatycznych wydarzeń było wytworzenie się nowego modelu sprawowania władzy przez państwo – absolutyzmu. Gdy władca miał pod swym panowaniem skonfliktowanych poddanych różnych wyznań, nie mógł odwołać się do Kościoła czy innych organizacji autonomicznych w kwestii rozstrzygania sporów. Współuczestnictwo we władzy, które posiadały biskupstwa, gildie miejskie czy parlamenty szlacheckie zostały głęboko ograniczone. Stany społeczne traciły swoje wiekowe przywileje. Ten nowy model państwa podłożył podwaliny pod centralizację i sekularyzację, które zostaną dalej pogłębione w ramach rewolucji francuskiej. Poza tym, w krajach, które przyjęły za swoje wyznanie różne odłamy protestantyzmu, władza duchowa została całkowicie podporządkowana władzy świeckiej – średniowieczny ideał „dwóch mieczy” (świeckiego i duchowego) zastał całkowicie porzucony. Nawet w Rzeczypospolitej Obojga Narodów szlachcic, który przyjmował jakieś wyznanie protestanckie, nieraz przejmował majątek kościelny znajdujący się w jego dobrach i zmuszał swoich chłopów, klientów i domowników do porzucenia swej dawnej religii. Wreszcie, rozbicie kontynentu na obóz katolicki i protestancki zburzyło dawną jedność ideową Zachodu.

Rewolucja francuska jest kolejnym z wydarzeń w historii Europy, która miała dlań przełomowe znaczenie. Zryw, który zreformował państwo francuskie zgodnie z ideałami oświeceniowych filozofów, a zarazem był drugim, po ścięciu Karola II Stuarta, królobójstwem w majestacie prawa; który przybrał formę krwawej wojny domowej i pierwszego nowożytnego ludobójstwa, dokonanego na sprzeciwiających się sekularyzacji mieszkańcach departamentu Wandea. Warto przytoczyć świadectwo „z okresu”, wystawione przez polskiego pisarza oświeceniowego i sympatyka rewolucji, Cypriana Godebskiego. Narrator jego powieści, pod tytułem Grenadier-filozof, mówi: Mój ojciec był spomiędzy bogatszych kupców Tulonu. Wiadomy wam los tego nieszczęśliwego miasta; będzie on długo przerażać prawdziwych przyjaciół ludu. Wymordowano jego mieszkańców dla uczynienia ich wolnymi. Zagładzono jego ślady dla zaszczepienia w nim drzewa wolności, a na stosie trupów otworzono księgę praw człowieka. Znowu nie tragiczny przebieg i nie skomplikowane przyczyny, a dalekosiężne skutki są główną przyczyną zainteresowania tym wydarzeniem historycznym. Z rewolucji francuskiej zrodził się nowy typ państwa europejskiego, ostatecznie uformowany i rozprzestrzeniony po Kontynencie przez Napoleona. I mimo że jego imperium było nietrwałe, to organizacja tego państwa stała się wzorcowa nawet dla jego rywali, a ruchy liberalne, rewolucyjne i narodowo-wyzwoleńcze wieku XIX czerpały z cesarza Francuzów nieustanną inspirację. Jakie stało się nowe państwo europejskie? Było to państwo zsekularyzowane, w którym religia chrześcijańska została pozbawiona „twardych” możliwości wpływu na życie polityczne i społeczne, a w radykalnych formach „rozdziału kościoła od państwa” była wprost prześladowana, jak w Meksyku w latach 20 wieku XX. Jednak głębokie osadzenie kultury europejskiej w chrześcijańskiej nadziei zbawienia nie zostało tak łatwo wykorzenione, a w przestrzeni kolejnych dekad zaczęło przybierać formy ideologii obiecujących osiągnięcie wiecznej szczęśliwości w życiu doczesnym – czy to po zniesieniu podziału na ciemiężonych i ciemiężycieli jak obiecywał komunizm, czy to w ramach dominacji jednej rasy nad innymi, jak zapewniał hitleryzm. W czasach dzisiejszych na szczęście nie mamy już do czynienia z totalitaryzmami, ale wciąż żywe jest przekonanie, że odpowiedni porządek społeczno-polityczny zapewni nieustające szczęście człowiekowi.

Inną cechą państwa nowoczesnego, rodzącego się w rewolucyjnej Francji, jest unitaryzm. Zniesiono setki przywilejów, zlikwidowano lokalne porządki prawne, odebrano resztki możliwości egzekwowania władzy organizacjom pozapaństwowym. Pluralizm i hierarchiczność dawnego społeczeństwa sprowadzono do relacji obywatel-państwo.

Ostatnią rewolucją, na którą chcę zwrócić uwagę, jest tak zwana rewolucja obyczajowa lat 60 wieku XX. Nie był to pierwszy okres odrzucenia pruderyjności i swobodnego stosunku do ludzkiej seksualności przez Europejczyków. Same nasuwają się przykłady oświeceniowej arystokracji czy Berlina doby Republiki Weimarskiej. Główna różnica polega jednak na tym, że, poprzez skorelowanie z powojennymi zmianami społecznymi, jak masowa migracja do miast czy rozpad modelu rodziny wielopokoleniowej i zastąpienie go rodziną nuklearną, rewolucja ta nie tyczyła się jednego regionu, kraju czy warstwy społecznej, a objęła całe społeczeństwa. Ponadto, gdy odrzucono systemy wartości piętnujące hedonizm jako zło, nawet gdy krzywdzi człowieka poddającego się władzy przyjemności, trudno było znaleźć „świeckie” czy prawne argumenty przeciw używaniu życia. Z konsekwencjami współczesnej dekadencji sami stykamy się w życiu codziennym. Najstraszliwszymi z nich są chyba jednak aborcja, eutanazja i inne przejawy „cywilizacji śmierci”.  

Znowu, ten krótki tekst jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, jaką jest temat przemian cywilizacji europejskiej. To tylko rzut okiem na las na horyzoncie, a nie wejście między drzewa. Mam jednak nadzieję, że choć trochę przybliżył temat różnic między Europą chrześcijańską a Europą wieku XXI. W ostatniej części cyklu pochylimy się nad przyszłością jednej i drugiej i zastanowimy się, jak możemy budować Europę chrześcijańską dzisiaj.

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Uwalnianie od grania ról

Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wielki wpływ na nasze zachowanie mają nasze przekonania o nas samych. Te przekonania są kształtowane w dużej mierze przez to, co słyszymy o sobie od innych. Szczególną rolę odgrywają tu przekonania naszych rodziców, ale także innych osób dla nas ważnych, z których zdaniem się liczymy. Jeśli wiele razy w swoim życiu słyszeliśmy, że posiadamy jakąś cechę – jesteśmy nieśmiali, wrażliwi, uparci, bezczelni – nieświadomie dostosowujemy nasze zachowanie do takiej etykietki. Można powiedzieć, że to samospełniająca się przepowiednia. Czasem wręcz próbujemy udowodnić, że faktycznie tacy jesteśmy. Robimy to trochę na złość, szczególnie jeśli chodzi o jakieś cechy negatywne, na zasadzie “ja wam dopiero pokażę jaki jestem złośliwy”.

Oczywiście działa to w dwie strony – również my przyczepiamy innym etykietki i postrzegamy innych poprzez opinie, jakie o danej osobie krążą. Uwolnienie się od przypisanej roli jest trudne, wymaga zmiany w sposobie myślenia, przekonania się, że nie muszę być taki. My, jako szefowie, możemy również pomóc naszym podopiecznym wyjść z granych ról i starać się, aby nasze spojrzenie na nie było wolne od opinii i etykiet. Oto kilka sposobów:

  1. Wykorzystaj okazję pokazania dziecku, że nie jest tym, za kogo się uważa

(nieśmiały) – Widziadłem jak podszedłeś do nowego chłopca w zastępie. Jaś czuł się zagubiony w nowej sytuacji, a ty się nim zaopiekowałeś i pomogłeś przełamać lody z innymi harcerzami. Zachowałeś się bardzo dojrzale i otwarcie.

  1. Stwórz sytuację, w której dziecko spojrzy na siebie inaczej

(zapominalski) – Ania zobowiązuję cię do zabrania mapy na ZZZ. Bez niej nie trafimy na miejsce.

  1. Pozwól dziecku podsłuchać, gdy mówi się o nim pozytywnie

(nieogarnięty, do rodziców, po powrocie z ZZZ-tu) – Michał bardzo dobrze sobie poradził, pomimo, że był to jego pierwszy wyjazd w naszym gronie. Nigdy nie musieliśmy na niego czekać, a nawet zauważał, co trzeba zrobić, zanim ktoś o tym powiedział.

  1. Zademonstruj zachowanie godne naśladowania

(niezorganizowany) – Aż się boję zabrać do sprzątania harcówki. Takiego bałaganu dawno tam nie było. Już wiem – musimy podzielić sprzątanie na etapy.

  1. W szczególnych momentach bądź dla dziecka skarbnicą wiedzy

– Zawsze jestem roztrzepany, nie umiem się skupić… – Myślę, że niesprawiedliwie się oceniasz. Pamiętasz, jak byłeś topografem na ostatniej pielgrzymce. Trzeba było uważać, bo trasa była skomplikowana, a ty miałeś wszystko pod kontrolą i bez problemu trafiliśmy na miejsce.

  1. Gdy dziecko postępuje wg starych nawyków, wyraź swoje uczucia lub oczekiwania

(niewytrwały) – Ela, widzę, że nie dokończyłaś wyplatać stołu i zostawiłaś wokół bałagan. Wierzę, że możesz to zrobić dobrze i do końca.

Opinie, które przywarły do nas mogą rzutować na nasze dorosłe życie. Jeśli wielokrotnie w dzieciństwie słyszeliśmy, że jesteśmy “jacyś”, to wyrobiliśmy sobie już najpewniej wzorzec zachowań, który to potwierdza. Spróbujmy prześledzić skąd wzięły się nasze przekonania o nas samych. A gdy widzimy, że do naszych podopiecznych jest przypisywana określona rola – spróbujmy ją przełamać pokazując, że to tylko opinia, nie zaś bezdyskusyjna prawda.

fot. Bożena Nowakowska

To już ostatni artykuł na podstawie książki “Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…”. Mamy nadzieję, że były one dla Was ciekawe i rozwijające. Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką i chcecie wprowadzić w życie przedstawione zasady do relacji między Wami i innymi ludźmi polecamy lekturę całości.

Pamiętajmy, że każda osoba jest podmiotem, czuje i jako dziecku Bożemu należy jej się szacunek – nawet (a może przede wszystkim) jeśli ma tylko kilka lat i jest od nas zależna. Nasze słowa mają wielkie znaczenie – dbajmy, żeby budowały, a nie niszczyły.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Przejście – mały krok czy duży skok?

Czuwaj, Drogi Czytelniku! Specjalnie dla Ciebie zebraliśmy mądrość Akel z różnych stron Polski na temat przejścia wilczka z gromady do drużyny. Wszyscy wiemy jak wiele wysiłku wymaga od Starych Wilków przygotowanie kandydatów na harcerzy do nowego etapu ich skautowej przygody. Nie masz w tym jeszcze doświadczenia? Zobacz jak robią to inne Akele!

Kiedy i w jaki sposób zaczynasz przygotowywać wilczki do przejścia?

Emilka Myrta z Radomia:  Już na zimowisku zaczynam rozmawiać z wilczkami, które mają w następnym roku przejść do drużyny. Intensywne przygotowania to maj, z obozem włącznie.

Michał Krupa:  Już we wrześniu informuję kto przechodzi tego roku do drużyny.

Hania Dunajska:  Na wiosnę zaczynam mówić trochę wilczkom o tym, jak jest w drużynie, co ja sama tam pozytywnego przeżyłam. W drugim półroczu mamy dwie zbiórki szczepu, żeby wilczki poznały trochę harcerki i zobaczyły, że nie są takie straszne. 

Jak wygląda twój plan w przygotowywaniu wilczka do przejścia?

Hania Dunajska:  Mamy dwie zbiórki szczepu, jedną organizuje gromada – ta zbiórka jest bardziej wilczkowa, drugą drużyna – ta jest bardziej zielona. Wtedy np. na grze wilczki i harcerki są w mieszanych grupach, żeby mogły się trochę poznać. To dobrze działa. Poza tym pod koniec roku robię spotkanie dla przechodzących wilczków i ich rodziców, mówię im o drużynie i odpowiadam na wszystkie pytania jakie się pojawiają. Te dwa elementy są dobre. Myślę, że mogłoby być więcej rozmów z wilczkami na ten temat np. na obozie – jakieś spotkania wieczorem/w ciągu dnia tylko dla tych najstarszych wilczków, poświęcone na luźne rozmowy o drużynie. Żeby pobyć trochę bez „maluchów”, które ściągają na siebie większość mojej uwagi, kiedy wszyscy są razem.

Emilka Myrta z Radomia:  Rozmowa, przede wszystkim rozmowa i lepsze poznanie wilczka, by przekazać drużynowej ważne informacje, by lepiej wybrać, w którym zastępie będzie. Z wilczkami w maju jest zawsze zbiórka szczepu, harcerki rozmawiają wtedy dużo z wilczkami. Też w trakcie zbiórek zwracanie uwagi, że np. „a tego będziecie się uczyły w przyszłym roku w drużynie”. Również ja czasami im opowiem jak to było być harcerką w drużynie. Widzę, że takie rozmowy przynoszą bardzo dobre rezultaty. Wilczki czują się wysłuchane, widzą, że przejście do drużyny to kolejny, naturalny etap. Dzięki rozmowie nie czują, że „to temat owiany tajemnicą” tylko ważna kolej rzeczy, która ich czeka. 

Akela Anonim:  Opowiadam jak ja byłam w zastępie i jak było super, nastawiam wilczki pozytywnie. Myślę, że plan działa

Michał Krupa1. Poinformowanie go we wrześniu. 2. Opowiadanie na zimowisku, jakie miałem przygody w drużynie. 3. Wspólna zbiórka z zastępami i gromadą, gdzie co 15 minut przychodzi inny zastęp i prezentuje techniki harcerskie (gotowanie, techniki sceniczne, węzły, etc.), przy tej okazji zapoznanie chłopców z przyszłymi kolegami z drużyny. 4. Przypomnienie na obozie o fakcie ich przejścia i opowiedzenie o różnicach obozowania.

Akela Anonim:  Opowiadanie różnych przygód z bycia harcerką np. na obozie na dobranoc, zachęcanie wilczków, integrowanie się z drużyną podczas Mszy Szczepu, zorganizowanie biwaku z harcerkami.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze przy przejściu wilczka?

Angelika z Lasek:  Że odchodzi z gromady. :C I przygotowanie reszty do obrzędu.

Akela Anonim:  To, czy to przejście nie będzie zakończeniem harcerskiej drogi wilczka, czy zostanie dalej w drużynie.

Emilka Myrta z Radomia:  Jednocześnie smutek i duma. Często mam też myśli, czy mogłabym coś więcej zrobić, lepiej go przygotować. Ale najczęściej jest to duma i mimo wszystko radość. 🙂

Akela Anonim: To, że będzie mniej wilczków w gromadzie i trzeba robić nabory, czego nie znoszę 😉 A tak szczerze to chyba rozstanie z dziewczynką. 🙁

Michał Grabarczyk: Wątpliwości, czy mu się spodoba w drużynie.

Przejście wilczka z 2. Gromady Pilawskiej do 2. Drużyny Pilawskiej, fot. Emilia Wawer

Co jest najtrudniejsze dla wilczka, który przechodzi?

Akela Anonim:  Opuszczenie innych wilczków z gromady, często swoich młodszych.

Michał Grabarczyk: Zmiana towarzyszy.

Akela Anonim:  Myślę, że to że opuszcza swoje koleżanki, lęk przed nieznanym i nowym. Też sąd honorowy i różne krążące historie z nim związane. Trochę łatwiej mają wilczki, których starsze rodzeństwo jest w harcerstwie. Przede wszystkim nie mogą doczekać się tego momentu, są bardziej zorientowane dzięki różnym opowieściom w domu. 

Emilka Myrta z Radomia:  Zmiana i pożegnanie się z innymi wilczkami i ze mną i myślę, że samo przejście do drużynie, gdy wilczek staje na apelu po drugiej stronie. Potem jest już łatwiej, ale samo przejście, jest zawsze dla nich trudne. 

Filip Talarek z Lasek:  Ojj chyba strach przed czymś nowym.

Angelika z Lasek:  Nauczyć go tekstu.

Hania Dunajska: Myślę, że dla wilczków bardzo stresującym momentem jest sąd honorowy, chociaż próbuję im tłumaczyć, że to nic strasznego, a „zielone” są przyjaźnie nastawione. Oprócz tego wilczki nie chcą za bardzo się rozdzielać, a wiadomo, że nie pójdą wszystkie do jednego zastępu, tylko do czterech… 

Jak przygotowujesz rodziców wilczka do „przejścia” ich dziecka?

Hania Dunajska:  Robię dla nich spotkanie pod koniec roku i tłumaczę jak to będzie wyglądało w drużynie, czym jest zastęp i odpowiadam na ich pytania. Proszę ich też, żeby starali się mieć cierpliwość i ufać zastępowej, która pewnie będzie wkładać z zastęp mnóstwo sił i energii, ale może jeszcze nie zawsze wszystko będzie umiała sprawnie zorganizować. I żeby być z nią w stałym kontakcie np. zawsze mówić o nieobecności, bo jedna osoba stanowi dużo większy procent zastępu niż gromady, każda harcerka jest częściowo za zastęp i jego działania odpowiedzialna.

Filip Talarek z Lasek:  Mówię trochę twardo, że szósta klasa to już czas się pożegnać z gromadą (z drobnymi wyjątkami jak trzeba).

Emilka Myrta z Radomia: Rozmowa, odpowiadam na pytania. Na ostatnim zebraniu proszę, by zostali rodzice przyszłych harcerek by wytłumaczyć o co w ogóle chodzi. 

Akela Anonim:  Bardziej przygotowuję do tego same dzieci, rodzice otrzymują tylko informację, że dziecko „przejdzie”. 

Michał Krupa:  Po prostu opowiadając o różnicach między gromadą, a zastępem. O sposobie przekazywania informacji o zbiórkach (informacje przekazane Zastępowego prosto do syna, a nie do Rodziców), sposobie pracy dziecka w zastępie, o różnica obozowania na wyjazdach.

Akele, Akele, Akele z różnych stron, dajcie nam więcej swojej mądrości!

Hania Dunajska: Zastępowe, kochajcie przechodzące wilczki! 😉 

Filip Talarek z Lasek:  Twarde ustawienie granicy (6 klasa podstawówki) to jest dla mnie coś ważnego. Bo jak się ustala 12 lat, no to w sumie nie wiem, kiedy ma przejść i w ogóle. A zasada “6 klasa – drużyna” jest dla mnie bardzo klarowna.

Akela Anonim:  Mój sąd honorowy odbył się podczas obozu, gdy całą gromadą odwiedziłyśmy obóz harcerek, które były niedaleko nas. Spędziłyśmy z nimi cały dzień i miałyśmy okazję zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Emilka Myrta z Radomia:  Ważne, by Akela podeszła do wilczków, które przeszły po Apelu. Może nie od razu, ale potem by np. spytać się do jakiego zastępu przeszedł jaki wilczek. Pokazać, że to, że przeszły nie znaczy, że nie można dalej rozmawiać. 😀 

Michał Grabarczyk:  Celem namacalnym wilczka jest pójść do drużyny, 3 lata w gromadzie przygotowują go właśnie do tego. 

Michał Krupa:  Służba Akeli trudna nie jest. Fakt, trzeba dołożyć wszelkich starań, ze wszystkich sił w to, aby rozwój wilczków był jak najbogatszy, ale radość płynąca z tego jest widoczna przez lata.

Dziękujemy wam, Akele, za podzielenie się z nami swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami. Zaiste, przejście wilczka do drużyny jest wielkim skokiem, które pokonuje się małymi, cierpliwymi krokami.

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

Sejmik 2021 – poważna sprawa

Krzysztof Żochowski: Czuwaj!

Jakub Rożek: Czuwaj!

KŻ: Kuba, opowiedz nam: co wydarzy się w dniach 21-23 maja 2021 roku w Niepokalanowie oraz za pośrednictwem Internetu, na spotkaniu naszego Stowarzyszenia na platformie Teams?

JR: Sejmik. Sejmik naszego Stowarzyszenia, Stowarzyszenia Harcerstwa Katolickiego „Zawisza” Federacji Skautingu Europejskiego. Zgodnie ze swoim prawem, ze swoim statutem, Stowarzyszenie ma obowiązek co trzy lata zorganizować zjazd sejmikowy, na którym wszyscy czynni szefowie mogą oddać swój głos w różnych głosowaniach, w różnych ważnych sprawach. Ten Sejmik odbywa się nieco wcześniej niż trzy lata od ostatniego, ponieważ ostatni sejmik odbywał się we wrześniu, a ten odbywa się w maju. Podjęliśmy próbę sondowania lepszej daty niż wrześniowa, żeby można było zebrać więcej osób. Oczywiście planowaliśmy to przed całą sytuacją związaną z ograniczeniami wynikającymi z pandemii.

KŻ: Co w takim razie będzie się działo w trakcie Sejmiku?

JR: Szefowie będą głosować na sejmiku w licznych sprawach. Należą do nich wygłaszane na sejmiku sprawozdania zarządu, w tym sprawozdanie finansowe i sprawozdanie z działalności zarządu. Oddzielnie wygłoszone zostanie sprawozdanie naczelnika i naczelniczki z ich działalności. Każde z tych sprawozdań będzie również zatwierdzane przez Sejmik po ich wygłoszeniu. W trakcie prezentacji sprawozdań, będzie możliwość zadawania pytań z nimi związanych. Myślę, że są to dość ważne punkty, które pokazują z lotu ptaka, co się dzieje w Stowarzyszeniu.

KŻ: Kuba, wprowadziłeś nas w świat wielkich wydarzeń i spraw, które będą się odbywały na Sejmiku. Czy mógłbyś nam opowiedzieć również o tym, jak to będzie przebiegać tak bardziej praktycznie? Mam na myśli to, jak według planu ma wyglądać obecność członków naszego Stowarzyszenia na Sejmiku w Niepokalanowie, jak i udział większości z nas za pomocą Internetu w tym wydarzeniu.

JR: Najpierw opowiem może o ciekawszych rzeczach, a później o tych bardziej praktycznych. Zamysł wydarzenia jest dość interesujący. Za ekipę merytoryczną odpowiada Jakub Siekierzyński, który ułożył wraz z nią plan, opierający się na narracji sejmowej, dawnej tradycji sejmowej I Rzeczypospolitej i według tej narracji buduje całą opowieść naszego Sejmiku. Oczywiście musimy również odbyć część formalną, która jest najważniejsza i po nią się spotykamy, ale jak wiadomo nasz chyży duch harcerski nie pozwoli, aby tylko i wyłącznie siedzieć i słuchać różnych sprawozdań. Będzie, więc również miejsce planie Sejmiku, aby pośpiewać, porozwiązywać quizy czy obejrzeć Skautowy Teatr Telewizji. Dodatkowo, są zaproszeni członkowie innych stowarzyszeń naszej Federacji, którzy będą się z nami łączyć online. Także w ten sposób odwiedzi nas również abp. Cyryl Wasyl, więc atrakcji będzie trochę.

Natomiast technicznie wygląda to tak, że cały Sejmik jest zdalny i nawet Ci, którzy będą w Niepokalanowie, czyli np. zarząd, kandydaci do Rady Naczelnej, osoby prezentujące kandydatów, ekipy techniczne, ekipy merytoryczne – łącznie grupa kilkudziesięciu osób – będą głosować zdalnie.

Plan Sejmiku jest podobny do sejmików, które się odbywały w normalnych warunkach. Zaczyna się w piątek wieczorem. Odbędzie się wówczas rozpoczęcie Sejmiku. Natomiast w sobotę odbędzie się oficjalne rozpoczęcie obrad. Wtedy odbywają się najważniejsze części obrad – sprawozdania, głosowania, jak również posiedzenie Rady Naczelnej już w nowym składzie, która będzie wybierać nowy zarząd. Następnego dnia, w niedzielę, na apelu porannym, który odbędzie się po Mszy Świętej, zostanie zaprezentowany nowy skład zarządu.

Przewodniczący SHK „Zawisza” FSE Jakub Rożek, Rada Federalna w Laskach, 2018 r., fot. Krzysztof Żochowski

KŻ: Kuba, tak jak wspomniałeś, Sejmik nie będzie się opierać jedynie na samych obradach, ale będzie zawierać również ducha skautowego. Ten duch skautowy można wyrazić nie tylko w trakcie samego Sejmiku, ale również poprzez udział w różnych aktywnościach i konkursach jeszcze przed jego rozpoczęciem. Czy mógłbyś nam przybliżyć to, co dzieje się obecnie w mediach społecznościowych Skautów Europy? Jakie działania podejmujemy w celu promocji tego wydarzenia wewnątrz naszego Stowarzyszenia?

JR: Tak, dużo się dzieje w ramach portali społecznościowych. Po pierwsze, już odbywa się ta narracja sejmikowa, jest budowane to napięcie przed samym wydarzeniem. Został nagrany film promujący, który przybliża nas do fabuły Sejmiku, są organizowane konkursy, do których odsyłam na nasze profile. Odsyłam również do innego filmiku, w którym HR. Tomasz Szydło opowiada o historii i o randze tego wydarzenia, jakim jest Sejmik naszego Stowarzyszenia. Dużo się dzieje, na pewno zachęcam do śledzenia, ale zachęcam również do czynnego udziału w Sejmiku. Czynny, w tym roku poprzez uczestnictwo online, gdzie każdy hufiec może przedstawić swojego kandydata do Rady Naczelnej, a także gdzie szefowie czynni naszego Stowarzyszenia mogą głosować na tych kandydatów, którzy będą mieli szansę decydować o wyborze nowego zarządu Stowarzyszenia.

KŻ: Bardzo Ci dziękujemy za rozmowę dla Przestrzeni! Na koniec chciałbym Cię jeszcze prosić o wskazówkę, czy też przesłanie dla szefowych i szefów naszego Stowarzyszenia, jak mogą się dobrze przygotować do tego wydarzenia, momentu w historii, jakim jest Sejmik.

JR: Po pierwsze służyć harcerzom, wilczkom, najlepiej jak się da. Myślę, że to jest najlepsze przygotowanie do Sejmiku. A drugim przygotowaniem jest nowenna do Ducha Świętego. Nieprzypadkowo na data tego Sejmiku została wybrana w weekend, w który przypada Święto Zesłania Ducha Świętego. Myślę, że ta nowenna jest tutaj tym bardziej dobrym pomysłem. Modlenie się o światło Ducha Świętego dla osób wybierających, dla osób wybieranych i dla nowych członków Rady Naczelnej i Zarządu jest niezwykle wskazana.

KŻ: Raz jeszcze bardzo Ci dziękujemy i obiecujemy wytrwałość w modlitwie, jako redakcja. Myślę, że również nasi czytelnicy wspierają w ten sposób nasze Stowarzyszenie w tych szczególnych dniach. Mam nadzieję, że już niedługo wszyscy zobaczymy się czy online czy na żywo w Niepokalanowie. Czuwaj!

JR: Czuwaj! I również dziękuję.

Krzysztof Żochowski


Krzysztof Olaf Żochowski HR – asystent programowy redaktora naczelnego Przestrzeni. Pochodzi z 1. Hufca Garwolińsko-Pilawskiego, gdzie pełni funkcję zastępcy hufcowego. Jest asystentem namiestnika wędrowników. Student VI roku na kierunku lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Tam gdzie jest miłość, nie ma nudy

Zachęcamy do zapoznania się z wywiadem z duszpasterzami naszego Stowarzyszenia, księdzem Mateuszem Chmielewskim i księdzem Grzegorzem Jankowskim, o pracy z wilczkami i trudnościach w głoszeniu dzieciom Ewangelii we współczesnym świecie.

Agata Kocyan: Wilczki są w dość trudnym wieku dla nas jako wychowawców – jedną nogą stają jeszcze w beztroskim dziecięcym świecie, drugą nogą kroczą już powoli ku czemuś dojrzalszemu. Bunt i testowanie granic opiekunów to naturalne zjawisko dzieci w tym wieku. Czy podobny bunt pojawia się również względem Boga? Czy dzieci próbują podważać nijako ‚narzucony’ autorytet Stwórcy czy wręcz przeciwnie, chcą dowiedzieć się o nim czegoś więcej?

Ks. Mateusz Chmielewski: Czas przeżywania buntu to raczej czas bycia w zastępie, a nie w gromadzie, chociaż oczywiście może się on pojawić u najstarszych wilczków. Bunt ten, jest wtedy buntem przeciwko wcześniej przyjmowanym prawdom, które do tej pory były akceptowane z dziecięcą ufnością. Taką prawdą jest również prawda o Bogu. Dlatego tak ważne jest, aby i na tym etapie towarzyszyć wilczkom, cierpliwie odpowiadać na pytania, być wobec nich wyrozumiałym, pozwolić im na zadawanie pytań i na poszukiwanie odpowiedzi. Nie bójmy się tego! Ich dotychczasowy obraz świata, Boga będzie ulegał powolnemu rozbijaniu, żeby za jakiś czas na nowo się poskładać. Jest to pewnego rodzaju odrzucenie, po którym może nastąpić bardziej świadome przyjęcie. Mądra, wrażliwa obecność Akeli jest tutaj bardzo konieczna.

Sięgnijmy wtedy do naszych doświadczeń „kryzysów” wiary i mądrze bądźmy przy tych wilczkach, którzy mają bunt. Jak kiedyś chcieliśmy, aby „świat dorosłych” reagował na nasz bunt? Czego wtedy od nich potrzebowaliśmy? Nauk, morałów, porad, sprzeciwu, pouczeń czy pełnego miłości towarzyszenia, które daje wolność poszukiwań? Przy ich chwiejności, zmienności i labilności bądźmy dla nich bezpieczną przystanią akceptacji. Jeżeli wyrażają bunt na Boga lub na świat, który ich zaczyna boleć to pokażmy, że mogą to robić w autentycznej relacji z Bogiem na modlitwie (rozmowie jak z przyjacielem). Niech mówią Mu o swoim buncie, że czegoś nie rozumieją, że z czymś sobie nie radzą. Przemienić to się więc może w pewnego rodzaju lamentację. Lament, narzekanie, niezgoda, wyrażany ból staje się modlitwą – odniesieniem tego wszystkiego do Boga. Przejście do zastępu może pomóc w rozwiązywaniu wątpliwości, bo jest bardziej związane ze środowiskiem rówieśników i trochę starszych harcerzy, którzy w inny sposób niż dorośli otwierają przed najmłodszymi perspektywę wiary.

Ks. Grzegorz Jankowski: Ja myślę, że o buncie Boga nie mówiłbym jeszcze tutaj. To wszystko zależy też od rodziny i od przeżywania wiary w rodzinach. Podstawowym ‘problemem’ jest problem rodziców, którzy powinni być świadkami, a to nie w przypadku wszystkich wilków tak funkcjonuje. Aczkolwiek, już około 8 lat jestem duszpasterzem i mam styczność z środowiskiem skautowym i wilczkami, ale tak bezpośrednio nie zetknąłem z buntem Boga, jeżeli chodzi o dzieci, zwłaszcza, że w dzieciach pozostaje jeszcze takie naturalne poczucie Pana Boga, które wynoszą z domu. Jeszcze przyjmują to, co im się przekazuje, co się im mówi, do czego się je prowadzi.

Oczywiście może się pojawić jakieś marudzenie przy elementach religijnych  jak adoracja na przykład, ale to tak jak z wszystkimi innymi zajęciami – “nie chce mi się” czy coś takiego. Problem w tym, żeby znaleźć sposób jak z jednej strony nie popuścić, a z drugiej, żeby zachęcić wilczka do tego do skorzystania z okazji. To jest tak jak z buntem, z marudzeniem przeciwko właściwie wszystkiemu.

Jak wilczkowi pomóc w przełamaniu się? Dam taki przykład. Kiedyś  nie mogłem być na stałe na obozach wilczkowych i dojeżdżałem. Jedna mama poprosiła mnie o przywiezienie jej syna dzień wcześniej. Opowiedziała mi przy okazji, że jej synek zaczął marudzić tuż przed obozem. Ona mu powiedziała: “Słuchaj, jesteś zgłoszony, jedziesz.”. Jadąc późnej z tym wilczkiem zapytałem jak tam obóz. Ależ był zachwycony! Zaczął mi wszystko opowiadać, mówił, jak fajnie było. I ja tak pytam: “A ty tak chętnie pojechałeś na ten obóz czy ci się nie chciało?” “No nie, no nie chciało mi się za bardzo, ale mama powiedziała, że mam jechać i pojechałem.” “A widzisz – mówię mu. – Człowiekowi się nie chce, to nawet nie wie, ile może stracić. A jak przełamie, to coś o wiele większego zyskuje” Ziarno zostało rzucone. Czy w przyszłości będzie to miało jakiś wpływ na niego, na jego decyzje, nie wiem, ale to jest taki przykład tego jak czasami warto po prostu powiedzieć. Pokazać: “Zobacz. Widzisz ile zyskałeś dzięki temu. że przełamałeś swoje niechcenie?”. Marudzenie i jęczenie to są rzeczy bardzo typowe dla dzieciaków. Przychodzi taki moment, że nie chce im się. Właśnie w skautach wilczkach jest wiele takich sytuacji, kiedy mówią “nie chce mi się”, a potem raz, drugi, trzeci, czwarty i dotrze do nich, że warto. No kształtowanie charakteru, nie ma co.

A.K.: Świat się zmienia coraz szybciej, internet powszechnieje i odwodzi swoją kolorową zawartością od Boga. Co współcześnie jest największą konkurencją dla Jezusa i jak kolokwialnie mówiąc „sprzedawać” Słowo, by wilczki nie straciły zainteresowania wiarą?

Ks.M.Ch.: Cytując klasyka: „Co nam hańba, gdy talary mają lepszy kurs od wiary!”. Każda epoka ma swoich bożków – konkurentów Boga. Co mamy robić wobec tego? Czasami możemy podpatrzeć jak to robi świat, jakich stosuje metod, aby głosić swoje prawdy i swoje wartości. Szukajmy sposób, aby w sposób kolorowy i głęboki przekazywać słowa Jezusa. Metody są tu jednak drugorzędne w stosunku do roli przykładu życia.

 Bł. Paweł VI mówił, że „współczesny świat potrzebuje bardziej świadków, aniżeli nauczycieli. A jeżeli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami”. Troska o atrakcyjne narzędzia, inspirujące metody, nowoczesne techniki, przystępny dla współczesnego dziecka sposób mówienia o Bogu – to jest wszystko bardzo ważne, niezbędne i konieczne. Jednak ważniejsze i bardziej konieczne jest osobista fascynacja Jezusem i Jego Słowem, która jest widoczna w życiu Akeli. Pociągnięty przez Jezusa pociągnie z większą mocą kolejnych. Mówiąc więc kolokwialnie, „sprzedać” Słowo możemy wtedy, kiedy je na serio „kupiliśmy”.

Pociągnięty przez Jezusa pociągnie z większą mocą kolejnych. Mówiąc więc kolokwialnie, „sprzedać” Słowo możemy wtedy, kiedy je na serio „kupiliśmy”.

Ks. Mateusz Chmielewski

Ks.G.J.: *śmiech* Oj, to jest bardzo trudne pytanie. Nie wiem czy nie trzeba by z dobrymi psychologami, z dobrymi pedagogami rozmawiać.

Jak w atrakcyjny sposób sprzedać Słowo Boże? Ja bym tutaj widział jedną tylko rzecz, mianowicie, żeby rzeczywiście na każdej zbiórce było Spotkanie ze Słowem Bożym. Ono nie musi być długie. Ale żeby było często. To metoda drobnych kroków. Nie dużo, tylko często. Często, a po trochu. Takie troszeczkę oswajanie się. Może nie od razu do nich dociera wszystko, ale jednak, wydaje mi się, że mimo tak zwanej konkurenci, to Słowo samo w sobie jest atrakcyjne. Samo z niego się wydobędzie. “Zobacz dziecko, taki właśnie jest Pan Bóg. Tak objawia się jego dobroć, tak objawia się jego miłość. Nikt nic innego ci nie da tylko właśnie to, co jest w tym Słowie Bożym zawarte.”

A.K.: Teraz przyszło mi do głowy takie pytanie – Co może być atrakcyjne dla wilczka w słuchaniu Słowa Bożego, w spotkaniu ze Słowem?

Ks.G.J.: To, żeby pokazać, jaki jest Pan Bóg, czyli – że jest dobry, że chce naszego dobra i chce przede wszystkim dać ci Niebo. Myślę, że to jest to, o czym dzisiaj się nie mówi tak wiele. Nie mówi się, że Pan Bóg chce dać ci Niebo, chce żebyś był w Niebie. I to jest podstawowa rzecz. Będzie pięknie, wspaniale, nie będzie żadnych chorób, ludzi skrzywdzonych, nie będzie tego całego zła. Do tego dążymy. Droga nie jest łatwa, ale możliwa. Ja tutaj polecam pewną panią psycholog, Bognę Białecką, która m.in. bardzo dużo mówi o tym wychowaniu właśnie dziecka wiary, dziecka religijnego, o wychowaniu chrześcijańskim. Rodzicom zależy na tym ni na tym, by jakoś tam wychować to dziecko, ale żeby wychować to dziecko dla Pana Boga. To jest najważniejsze. Jest na YouTube kilka jej konferencji, które są według mnie genialne, warto się z nimi zapoznać.

Słowo Boże samo w sobie może być atrakcyjne, tylko jak to przekazać, w jakiej formie, a to już jest inna kwestia. Ja się skłaniam ku temu, żeby za bardzo nie przesadzić. Żeby jednak mimo wszystko na samym Słowie się skupiać, żeby nie zaciemnić tego Słowa jakimiś metodami, których dzieci i tak nie zapamiętają. Jasno i wprost – to jest Słowo Boże. Z resztą jest jeszcze inna rzecz dzisiaj ważna, mianowicie dzieci i młodzież nie są nastawione na słuchanie, tylko na oglądanie.

A.K.: Tak, na obrazki, obrazy, memy i filmiki.

 Ks.G.J.: Tak. To może być jedyna okazja, jedyna sytuacja, gdzie można jakąś  jedną myśl przekazać dziecku. Jedna myśl powtórzona kilka razy, po to żeby zapamiętało.

Ks. Grzegorz Jankowski, fot. Krzysztof Olaf Żochowski

A.K.: Takim bardzo ważnym elementem wychowywania wilczka jest jako chrześcijanina, oprócz Spotkania ze Słowem na zbiórkach, są Msze Święte. Bardzo Szczególny Temat. Spora część dzieci nie lubi liturgii, bo jest nudna, długa, niepotrzebna. Jak zaangażować wilczki w Mszę Świętą? Jak sprawić, by dzieci polubiły spotkanie z Bogiem?

Ks.M.Ch.: Warto zacząć od podkreślenia, czym Msza Święta jest i po co się na nią chodzi. Chodzi o to, żeby próbować tę tajemnicę zrozumieć i widzieć jej sens. Wszystko co robimy w życiu duchowym ma być robione z „głową i sercem”. Nie chodzi o wyuczenie rytuałów, choć przyzwyczajanie i wypracowanie nawyku regularnego bycia w kościele są tutaj ważne. Najpierw jednak trzeba, aby każdy Akela sam bardzo świadomie odpowiedział sobie na postawione wcześniej pytania. Pomocą w temacie Eucharystii może być oczywiście duszpasterz gromady, który warto, aby podczas swojego „kwadransu” na zbiórce pomógł wilczkom w zrozumieniu Mszy korzystając np. z książeczki „Skąd wzięła się i czym jest Msza święta?”. Warto również ukazywać Mszę, jako spotkanie z Jezusem, który kocha i którego my chcemy bardziej pokochać. U babci też jest czasem długo i nudno, ale z tego powodu, że ją kochamy, to ją odwiedzamy. Tak się wyraża miłość. Oczywiście, należy zrobić wszystko, aby wilczki mogły głęboko i aktywnie przeżywać Mszę Świętą. Będzie to bardziej możliwe: gdy nauczą się wzbudzać intencję przed Mszą i przygotowywać się do niej poprzez odpowiednią modlitwę, ciszę i skupienie; gdy zrozumieją znaki liturgiczne i będą je świadomie wykonywać; gdy zaangażują się w śpiew; gdy będą wiedziały co odpowiadać na słowa księdza podczas liturgii; gdy przygotują modlitwę wiernych i będą mogły ją odczytać; gdy pomogą np. w przygotowaniu krótkiej scenki (pantomimy, animacji), która będzie pomocna duszpasterzowi podczas homilii dla dzieci; gdy będą zawsze w stanie łaski uświęcającej, aby przyjmować zawsze Jezusa do swojego serca; gdy nauczą się dziękować za Mszę po jej zakończeniu; gdy będą służyli przy ołtarzu lub będą blisko niego, aby móc widzieć wszystko co się dzieje w przestrzeni prezbiterium. Na koniec znów pragnę podkreślić, że najważniejsze jest tutaj serce wilczka, w którym chcemy rozpalić miłość do Jezusa Eucharystycznego, i że bardzo ważny jest przykład przeżywania Mszy Świętej przez Akelę i przybocznych.

Ks. Mateusz Chmielewski, fot. Krzysztof Olaf Żochowski

Ks.G.J.: I to jest temat podstawowy i tutaj można by mówić bardzo dużo. Najpierw takie założenie – my nie zawsze sprawimy, że wilczek od razu będzie bardzo szybko pojmował i zrozumie istotę Eucharystii. Potrzeba pewnej  perspektywy, by wiedzieć, że to co dzisiaj siejemy, owoce wyda później. Powiem w ten sposób, używając takiego pewnego obrazu, pewnej przenośni – jeżeli stoimy u podnóża góry, którą chcemy zdobyć, to ten cel jest tam na tej górze i  trzeba na nią wejść. To jest wielki wysiłek. Czasami się nie chce, czasami człowiek rezygnuje. Spotkanie z Panem Bogiem jest tym szczytem góry. A to co jest drogą to jest pewien proces, który się dokonuje.

 W odniesieniu do Eucharystii, po pierwsze znów – drobne rzeczy, a często. Chodzi o wiarę w to, że Pan Jezus jest, kropka. To później przełoży się na to, że tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. I do tego prowadzimy, to jest ten szczyt.

Chodzi o wiarę w to, że Pan Jezus jest, kropka. To później przełoży się na to, że tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. I do tego prowadzimy, to jest ten szczyt.

Ks. Grzegorz Jankowski

Tam gdzie jest miłość, nie ma nudy. Tutaj jest bardzo potrzebnych kilka elementów. Przede wszystkim przygotowanie, czyli powiedzenie jasno dzieciakom, że w czym my właściwie uczestniczymy.

Opowiem pewną historię, która mi otworzyła oczy na to, jak to jest ważne, żeby robić to takimi drobnymi krokami. Przyjechała raz do mnie gromada na zimowisko i Akela w pewnym momencie mówi, że chciałaby zrobić dzieciom adorację o tej i o tej godzinie. Mówię jej “Słuchaj, w tym czasie jest adoracja w kościele. Przyjdź z nimi. To nie jest adoracja prowadzona przez kogoś. Każdy w tym momencie może wejść i wyjść, kiedy chce. Nie będziecie nikomu przeszkadzać.” I zrobiła to. Przyszła dosłownie chyba na 10 minut z tymi dzieciakami. Na drugi dzień odwiedziłem te wilczki i mówię “Słuchajcie, no taki najpiękniejszy widok jaki wczoraj widziałem, to jak wyście mi wczoraj przyszły na adorację.” Wilczki podbudowane. Za dwa tygodnie Akela mówi mi “Jak to dobrze, że ksiądz to powiedział. Ja ich przed adoracją przygotowywałam, chciałam ich dobrze wprowadzić, niektóre dzieci marudziły, że nie, one chyba nie chcą. Ale powiedziałam im, że idziemy.” I tu dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, jest tutaj więcej niż jeden autorytet. Jest Akela, jest ksiądz, którzy mówią to samo. A jeszcze jakby się okazało, że i rodzice mówią to samo to już w tym momencie dla tego dziecka to jest czymś naturalnym. I drugie, że nie musi być długo. Krótko, ale częściej. Czasami wydaje mi się, że trzeba też myśleć o tym, że jeżeli zbiórki się zaczynają lub kończą przy kościele, przy parafii, to żeby była dosłownie jedna minuta na wejście do kościoła na chwilę na adoracje z takim zaznaczeniem, tu mieszka Pan Jezus. I do wyrabia, tak nie ładnie mówiąc, pewne nawyki.

To samo jest w odniesieniu do Mszy Świętej. Tutaj jest z resztą rola duszpasterza, żeby też wyjaśniał co to jest, żeby wprowadzał. To jest to budowanie, to jest to cały czas wspinanie się pod górę na szczyt. Cały czas do przodu. Krok po kroku. Nie dużymi susami. Krok po kroku, i to w naturalny sposób w pewnym momencie może pomóc dziecku. Jest też kwestia żywego uczestnictwa, żywego udziału, również i funkcji które są w czasie Mszy Świętej, np. na obozie. To nie jest tak tylko, że siedzimy, nie wiadomo co robimy, tylko że my razem uczestniczymy w tej Mszy Świętej. Też mamy coś do zrobienia, to nie jest tak tylko, że ja przychodzę i mszę ksiądz odprawi, byłam, nawet komunię przyjęłam i koniec. My, razem – pod przewodnictwem księdza, bez którego Pan Jezus nie zejdzie na ten ołtarz – my razem tworzymy to wydarzenie. Ale najważniejszą szczególną rzeczą jest podkreślanie cały czas, to jest Pan Jezus. To nie jest przedstawienie, to nie jest film, to nie jest jakieś przypomnienie czegoś co było. To jest żywy Pan Jezus.

Myślę, że dzieci mają więcej takiego zmysłu przyjmowania tych prawd. Wspomniana przeze mnie pani Bogna Białecka opowiadała o ojcu Badenim, który mówił, że dzieci są najlepszymi mistykami. One później gdzieś to zatracają. Dzieci w najbardziej oczywisty sposób przyjmują jak ksiądz wytłumaczy, że przed Msza to jest zwykły chlebek, a po przeistoczeniu to już nie jest chlebek, to już jest Pan Jezus prawdziwy. Chociaż wygląd ma tak jak chlebka. Wydaje mi się, że to jest dzisiaj ogólny problem w kościele, nie tylko dotyczy to wilczków czy harcerzy – utrata wiary w to, że to jest Pan Jezus. Za dużo uwagi zwracamy na rzeczy zewnętrzne, na oprawę, a za mało na to, że to jest Pan Jezus, kropka, i to już nic więcej nie trzeba.

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.

…i Europie chrześcijańskiej cz. 1 – geneza

Wymiar europejski jest jednym z filarów Federacji Skautingu Europejskiego jako ruchu skautowego, i bardzo dobrze, że tak jest. Jednakże, całkowicie zrozumiała, szeroka pojemność znaczeniowa terminu „Europa” budzi pewne zmieszanie wśród osób, którym nasz ruch się prezentuje. Zazwyczaj wynika to z kojarzenia przymiotnika „europejski” z międzynarodowymi organizacjami politycznymi i ich działaniami. Dlatego dobrze, że w rocie przyrzeczenia padają słowa: „… i Europie chrześcijańskiej”. Oddają one pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć, lecz także odnoszą się do realnie istniejącej cywilizacji, którą na przestrzeni dziejów nazywano „christianitas” czy „cywilizacją łacińską”. Zagadnienia początków, kryzysu i przyszłości tej cywilizacji, wydają się na tyle ważkie, że postanowiłem poświęcić im cykl artykułów, począwszy od poniższego, pochylającego się nad genezą Europy chrześcijańskiej. Nie będą to teksty naukowe, lecz popularyzatorskie eseje, prezentujące, przede wszystkim, poglądy i stanowisko autora. Zachęcam również do ewentualnej dyskusji i polemiki.

Przytoczony wyżej termin „cywilizacja” jest pojęciem szerokim i różnie definiowanym. Na potrzeby tego i następnych artykułów przyjmuję jej rozumienie jako społecznego wymiaru kultury człowieka. Czym zaś jest kultura? Tutaj proponuję najszerszą definicję – kultura to wszelka wytwórczość człowieka, od przedmiotów codziennego użytku, przez sztukę i naukę, po system polityczny i prawo. Tak więc społeczny wymiar kultury człowieka oznacza określoną formę życia zbiorowego, co łączy się z łacińskim źródłosłowem pojęcia „cywilizacja”, czyli civis – obywatel.

Zapewne wszyscy kojarzymy mit o Europie, którą Zeus, przybrawszy postać byka, porwał i zabrał na Kretę. Jednak warto pamiętać, że księżniczka, której imię dosłownie oznacza „łagodnie wznosząca się”, była córką Agenora, władcy fenickich Tyru i Sydonu, a jej bracia, po nieudanych wyprawach w poszukiwaniu siostry, rządzili greckimi Tebami czy Tracją. Tak więc, już przy próbie wyjaśnienia nazwy naszego kontynentu zderzamy się z kolebką ludzkości, którą jest Bliski Wschód. Faktycznie, to Fenicjanie pierwsi zakładali kolonie na wybrzeżach Morza Śródziemnego, wprowadzili w szeroki obieg pieniądz, czy wykorzystywali pismo, na którym Grecy oparli swój alfabet. I choć wiele ludów zamieszkiwało Stary Kontynent – plemiona celtyckie, germańskie, czy nawet autochtoni z przed przybycia Indoeuropejczyków – to właśnie mieszkańcy Peloponezu, zachodnich wybrzeży Azji Mniejszej i setek wysp między tymi dwiema masami lądu „przejęli pałeczkę” wysokiej organizacji życia zbiorowego. Słysząc „kultura Grecka” od razu mamy przed oczyma doryckie, korynckie i jońskie kolumny, rzeźby z marmuru i położone na stokach wzgórz teatry. Myślimy o tragedii, komedii i o eposach Homera czy Hezjoda, wspominamy mity czy filozofię, kojarzymy ją ze spartańskim wojskiem, ateńską demokracją czy wyprawą  Aleksandra Wielkiego. I nie ma się co dziwić, bo nie istnieje w Europie państwo czy naród, które na przestrzeni dziejów nie czerpałoby z kultury Grecji antycznej. W sztuce istniały epoki, dla których osiągnięcia antyku były wzorem i ideałem. W organizacji życia politycznego Hellenowie mieli ogromne osiągnięcia teoretyczne w pismach Platona i Arystotelesa, jak i praktyczne w formie demokracji ateńskiej, do której z lubością odwoływały się pierwsze nowożytne republiki. Wreszcie w dziedzinie nauki Grecy zarówno rozwinęli osiągnięcia medyczne i matematyczne ludów Bliskiego Wschodu, jak i wytworzyli dyscyplinę całkowicie unikalną, którą jest filozofia klasyczna. Jej niezwykłość polega  na próbie zrozumienia świata i wyjaśnienia zachodzących w nim zjawisk za pomocą refleksji rozumowej, z rzadka odwołując się do mitu czy tradycji religijnych. Te aspekty kultury greckiej stały się jednym z filarów Europy chrześcijańskiej.

Mozaika przedstawiająca bachistyczny taniec, Hatay, Turcja

Drugi z filarów odnajdziemy w Italii. Są nim osiągnięcia Imperium Rzymskiego. Najpierw lokalne królestwo, późnej Republika, która przez pięć wieków istnienia rozszerzała swe granice, tworząc wysoko zmilitaryzowane państwo o silnym aparacie administracyjnym, asymilujące kulturę grecką. Wreszcie, z krwawych wojen domowych pierwszego wieku przed Chrystusem, wyrosło Cesarstwo, które, jako pierwszy organizm państwowy, zjednoczyło ziemie od Wału Hadriana na północy po Saharę na południu, od Słupów Heraklesa na Zachodzie po Eufrat i Tygrys na wschodzie. Państwo, które mimo wojen domowych, zewnętrznych najazdów, zaraz, plag i kryzysów gospodarczych, przetrwało w jakiejś formie aż do upadku Konstantynopola w 1453 roku. I mimo zniknięcia z politycznej mapy świata, jeden urząd, sięgający czasów rzymskiej monarchii, jest nieprzerwanie piastowany do dzisiaj – jest to urząd Najwyższego Kapłana (Pontifex Maximus), należący obecnie do tytulatury papieskiej. Rzym zostawił po sobie, poza monumentalną architekturą, czy opartą o wzorce greckie sztuką, dwie wielkie idee. Pierwsza z nich to prawo rzymskie, którego instytucje prywatne do dzisiaj są podstawą współczesnych rozwiązań prawnych na całym świecie. Drugą jest idea uniwersalnego Cesarstwa rozpościerającego się na cały kontynent, do której, na przestrzeni dziejów, będą odwoływać się zarówno władcy, politycy, jak i instytucje krajów Europy.

Pisząc o cywilizacjach Rzymu i Grecji nie można nie wspomnieć o tych aspektach, które dla człowieka współczesnego są całkowicie obce i część z nich, nawet bez głębszej refleksji moralnej, budzi sprzeciw. Filarem gospodarki miast-państw Grecji i państwa Rzymskiego było niewolnictwo. Powszechnym i całkowicie akceptowalnym procederem było porzucenie przez rodziców dzieci po urodzeniu, czy to z powodu płci, wad fizycznych, czy z braku środków na utrzymanie. Młodzi mężczyźni byli narażeni na wykorzystanie seksualne przez starszych w łaźniach publicznych czy podczas spotkań towarzyskich. Jedną z głównych rozrywek starożytnego Rzymu było oglądanie toczonych na śmierć i życie walk gladiatorskich, a w przypadku tryumfu wodza rzymskiego, jeńców składano w ofierze bogom. Tutaj zmianę przyniósł trzeci filar cywilizacji europejskiej, którym jest chrześcijaństwo.

Pierwsi chrześcijanie mieli do państwa, w jakim przyszło im żyć, dwojaki stosunek. Z jednej strony nawróceni żydzi utożsamiali Rzym z najeźdźcą, a okupację Palestyny i prześladowanie Kościoła z nową niewolą babilońską, czego świadectwo znajdziemy chociażby w Apokalipsie świętego Jana. Z drugiej strony sam Chrystus Pan w rozmowie z Poncjuszem Piłatem podkreślał, że nawet władza jego prześladowcy jest „dana z góry”, a święty Paweł, z dumą noszący tytuł obywatela rzymskiego, nakazywał w swoich listach posłuszeństwo władzy świeckiej. Odmowa składania ofiar cezarowi jako bogu była odbierana przez Rzymian jako działalność antypaństwowa, jednak najstarsze modlitwy o pomyślność cesarza sięgają końca pierwszego wieku. Wielu męczenników w swoich zeznaniach również wyrażało takie stanowisko i zapewniało o modlitwach do Jedynego Boga w intencji pomyślności Imperium. Pierwszy filozof chrześcijański, Orygenes, na kartach swoich pism marzył o czasach, w których wszyscy poddani władzy cesarza przyjmą chrzest święty. I faktycznie, gdy Konstantyn I Wielki zakończył prześladowania edyktem mediolańskim, wyznawcy Chrystusa natychmiast zaangażowali się w życie społeczne. Gdy Zachodnie Cesarstwo chyliło się ku upadkowi to kościelne instytucje przechowywały dawną wiedzę, przepisywały księgi, czy adaptowały na potrzeby kościelne struktury administracyjne dawnego państwa rzymskiego. Wraz z ewangelizacją pogańskich i ariańskich barbarzyńców, począwszy od Franków, Kościół wychowywał i łagodził obyczaje nowych mieszkańców Europy. Kolejne wieki przyniosły najazdy Arabów, wikingów i ludów azjatyckiego stepu, powstanie i upadek Cesarstwa Frankijskiego, działalność misyjną wśród Słowian i Skandynawów, czy postępujący rozłam między duchowieństwem wschodnim a zachodnim. Swoją dojrzałą formę Europa chrześcijańska przybrała w pełnym średniowieczu, między XII a XIII wiekiem. Była to cywilizacja oparta na współistnieniu władzy duchowej i świeckiej, choć oczywiście dochodziło między nimi do sporów kompetencyjnych. Cywilizacja, która wydała instytucję uniwersytetu; cywilizacja zakonów żebraczych, niosących pomoc ubogim i głoszących ewangelię wśród pogan i heretyków; cywilizacja, której ideały moralne opierały się na dekalogu, przykazaniu miłości i obowiązkach stanu, zależnych od miejsca zajmowanego w drabinie feudalne; cywilizacja, która zaadaptowała prawo rzymskie na potrzeby instytucji kościelnych, przechowywała i z benedyktyńską cierpliwością kopiowała starożytne utwory literackie i traktaty filozoficzne; cywilizacja, której przyświecała idea uniwersalnego cesarstwa zarówno w wymiarze politycznym, jak i duchowym pragnieniu głoszenia Chrystusa wszystkim ludom i narodom.

SclaviniaGermaniaGalia i Italia składające hołd Ottonowi III – fragment Ewangeliarza Ottona III

Trudno jest w jednym artykule zawrzeć temat, który mógłby wypełnić wielotomową pracę naukową, ale mam nadzieję, że ten krótki rys historyczny uwydatni czytelnikom ideał Europy chrześcijańskiej, do której winniśmy, jako Skauci Europy, dążyć. W kolejnym odcinku pochylimy się nad kryzysem cywilizacji chrześcijańskiej którego, zdaje się, wciąż jesteśmy świadkami.

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Wstążeczki – przepis na skauting idealny?

Obóz letni. Poranek. Budzę się. Przecieram oczy, patrzę na zegarek.

– Motyla noga! Zaspałem – uświadamiam sobie. – Panowie wstawać, mamy pół godziny opóźnienia. Wstajemy! 3, 2, 1… Jedna pompka, druga pompka… – nie zdążyłem doliczyć do pięciu, wszyscy już na nogach. – KORMORAN SIĘ BUDZI!! – krzyczę.

– wcale nie marudzi… – odpowiadają mi zaspanym głosem.

– Głośniej, chłopaki, żeby Kraal usłyszał. KORMORAN SIĘ BUDZI!?

– WCALE NIE MARUDZI.

– Świetnie. No to rozgrzewka. Ruchy, ruchy! Wstążeczki „Sport” nie dostaje się za leżenie! Jedno okrążenie, drugie, trzecie, skłony, pompki.

– Czas na toaletę – oznajmiam, jednak chłopaki protestują – Antek, woda jest lodowata, jutro się umyjemy! 

– O nie, nie. Czyżbyście zapomnieli, że do „Czystości” wlicza się także liczba wziętych pryszniców? Rozumiem chłopaki, że jest zimno, ale wiecie – kontynuuję – drużynowy obserwuje. Bierzcie rzeczy.

Idziemy, ale ja nie lubię tracić czasu, mówię – Hej ludzie, pomyślcie nad nowym okrzykiem. – To zawsze dodatkowe punkty do „Ekspresji”… – myślę sobie.

Apel, śniadanie i zaczynamy pionierkę.

– Kuba, Mati, zróbcie stół. Tu macie szkic… – czekaj, Mati, wiązanie musi być estetyczne – sznurek przy sznureczku. Może jednak ja pomogę Kubie ze stołem, a ty pójdź kopać lodówkę.

Pracujemy. Dochodzi dwunasta.

TUUUU TU TU – w całym lesie rozchodzi się dźwięk rogu, a po chwili wszyscy zgodnie krzyczą – INTENDEEEENCI!

– Miska! Gdzie jest miska? – Janek nerwowo rozgląda się po gnieździe.

– W skrzyni – odpowiadam. Wiem, bo schowałem ją tam przed porannym sprawdzaniem czystości.

Rozpoczyna się wyścig. Nie dziwi, że po 10 sekundach przy Kraalu pojawia się pierwszy intendent. Dobrze jest być tym pierwszym. Można liczyć na coś ekstra. Bonusową czekoladę na przykład.

Wracają intendenci, a po chwili do mych uszu dociera kolejny sygnał. TUUUU TUUU TUUU TU TU – Muszę iść. Drużynowy oznajmia nam, że każdy obiad będzie oceniany w czterech kategoriach: smak, wygląd, pomysł, pełnowartościowość – w końcu wstążka za gotowanie to nie tylko Konkurs Kulinarny.

Wracam do gniazda. Bartek jest kucharzem od niedawna. Daję mu więc solidną garść porad, co mógłby zrobić lepiej. Trzeba zawalczyć o każdy punkt.

Po obiedzie czas wolny. Siadam. Chłopaki leżą. Odpoczywam… znaczy, staram się. W końcu wyrzuty sumienia biorą górę – Jak można tak leżeć, kiedy jeszcze tyle do zrobienia? – pytam sam siebie.

– Chłopaki – zaczynam – jak już tak odpoczywamy, to chociaż pomyślmy nad scenką na wieczorne ognisko. Nigdy nie dostaliśmy wstążeczki za ekspresję. W tym roku musimy dać z siebie 200% – namawiam ich.

Po odpoczynku wracamy do pracy. To ostatni dzień pionierki. – Ruszcie się, bo będziemy kończyć pionierkę po nocy – zachęcam chłopaków.

– 15 dni później –

Obóz dobiega końca, jestem wyczerpany.

– Koniec kurna! KONIEC! – wykrzykuję, gdy autokar pojawia się w mieście. Moją radość potęguje 5 nowych wstążeczek na proporcu.

Drużynowy też wygląda na szczęśliwego – 3 metry kolorowych tasiemek, kłębek muliny, igła i chłopaki dają z siebie 200% procent – rzuca do swojego przybocznego. W końcu skauting robi się sam. – kontynuuje – Czyż to nie prawdziwy sukces wychowawczy?

Obóz 1. Drużyny Kozienickiej 2020, fot. Piotr Krekora

Powyższa (nieco przerysowana) historia jest zbiorem pewnych zachowań z obozów letnich. Skondensowałem w niej moje obserwacje, poczynione na przestrzeni kilku lat, by zilustrować, w jaki sposób system wstążeczek może oddziaływać na chłopaków w drużynie. W dalszej części artykułu omówię cel stosowania wstążeczek i wspólnie zastanowimy się nad sensownością tego rodzaju motywacji.

Po co nam wstążeczki?

Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju wykorzystanie motoru „interes”. Wstążeczka jest artefaktem, zwiększającym atrakcyjność zwycięstwa. A zdobywane na zasadzie konkursu dają przestrzeń do rywalizacji, do wykazania się, czy do pokazania, że jest się lepszym od innych. Wstążeczki pomagają też przekonać chłopaków, by zrobili coś, co samo w sobie nie jest wystarczająco zachęcające, ale co w naszej opinii, jest wartościowe.

Prawdą jest, że często z pozoru zwykły kawałek materiału z napisem „Pionierka” wyzwala w chłopakach niesamowite pokłady energii. Motywuje, by dawali z siebie 200%, by pracowali dniem i nocą. Robili rzeczy ponadprzeciętne – dziewięciometrową wieżę czy kaplicę bez użycia kawałka sznurka. Prawdą jest, że wstążeczki potrafią być motywatorem do zrobienia trzydaniowego posiłku na „Kulinarkę” czy genialnej scenki na ognisko.

Tylko czy dążąc do takich sukcesów, nie gubimy prawdziwego celu? Czy nie zapominamy o tym, co najważniejsze? Bo przecież głównym celem skautingu jest wszechstronny rozwój chłopaków. Chcemy, by nasi chłopcy stawali się coraz lepszymi chrześcijanami i obywatelami.

Bez wątpienia kaplica na czopy to super sprawa. Nie wtedy jednak, gdy chłopaki rezygnują z wieczornej modlitwy w zastępie albo odpoczynku, by kończyć ją po nocach.

Trzydaniowy obiad na „Kulinarkę”, podany na samodzielnie wykonanej przez chłopaków drewnianej zastawie, to marzenie wielu drużynowych. Dzięki wstążeczkom takie dzieła się urzeczywistniają.

Wydaje się, że zastęp wracający z 5 wstążeczkami z obozu pracuje wzorowo. Czy więc w takim zastępie może coś nie działać?
Niestety tak. Przede wszystkim system funkcji. Bo zastępowemu tak bardzo zależy na wygranej, że na „Kulinarce” przejmuje dowodzenie nad przygotowywaniem posiłków. Kucharz jeszcze nie ma tak dużego doświadczenia i w perspektywie wygrania wstążeczki lepiej, by zajął się tym ktoś bardziej doświadczony. Gdy zdejmuje się odpowiedzialność z funkcyjnych po to, by zdobyć ten wymarzony kawałek materiału, gubi się to, co w skautingu najważniejsze. Chłopaki przestają czuć się ważni, kompetentni, potrzebni. A przecież, by czegoś się nauczyć, trzeba popełniać błędy. System, który punktuje tylko sukcesy, nie daje przestrzeni dla pomyłek.

Wydaje mi się, że konieczność stymulacji nagrodami, świadczy o niewłaściwym dopasowaniu zajęć do marzeń i pragnień chłopców. Jeśli motor „interes” działałby dobrze, to harcerze robiliby to, co naprawdę ich pociąga. W końcu zadaniem drużynowego jest właściwe ukierunkowanie energii chłopca. Nie przekierowanie, nie centralne sterowanie, nie narzucanie. Znalezienie w nim dobra i zachęcenie do rozwijania go.

Cała trudność polega na dobrym poznaniu chłopaków i właściwym odpowiedzeniu na ich potrzeby. To co wydaje się nam wartościowe, ważne i potrzebne, z perspektywy chłopaków może być po prostu nudne. Jeśli polegamy wyłącznie na swoich preferencjach, może okazać się, że tworzymy sztuczne potrzeby. Weźmy dla przykładu poranne sprawdzanie czystości. Tylko najpierw pomyślmy, po co to robimy? Może, by się sanepid nie przyczepił, może żeby było estetycznie, by nie latały muchy, by łatwo i szybko móc znaleźć miskę, apteczkę czy łopatę. Czystość ma dużo zalet, dlaczego więc większość chłopców nie chce sprzątać? Może z braku świadomości konsekwencji życia w brudzie? Bo każemy im posprzątać i nie pozwalamy im, by przekonali się o negatywnych skutkach bałaganu na własnej skórze? Może dlatego, że Kraal sam nie daje przykładu, co może świadczyć, że przedstawiane przez nas zalety wcale nie są takie ważne? Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę z tego, że bez sprawdzania czystości, ciężko by chłopcy sami zadbali o porządek. Jeśli czystość ma rzeczywiście tyle zalet, to chłopaki prędzej czy później powinni zacząć o nią dbać. I pewnie już nigdy nie będą mieć tak pięknie ułożonych śpiworów i ubrań złożonych w prostokąt. Bo widocznie jest to strata czasu. Rozmawiajmy na radach, wskazujmy na zalety porządku w gnieździe, dawajmy przykład. To nie jest prosta droga. Jednak tylko w taki sposób mamy szansę, by te dobre praktyki chłopaki przenieśli do swych domów, gdzie już nie będzie drużynowego, który kontroluje i nagradza.

Czasem odnoszę wrażenie, że każdy pojawiający się problem próbujemy rozwiązać za pomocą wstążeczek. Chłopakom nie chce się śpiewać? O to może zróbmy wstążeczkę „Rozśpiewany zastęp” albo zacznijmy wliczać śpiewanie w drodze do „Ekspresji”. Gotują byle jak, byle szybko? To zamiast samego „Konkursu kulinarnego”, zacznijmy oceniać każdy obiad.

Ocenianie coraz to nowych aktywności może przyczynić się (co najwyżej) do wyścigu szczurów na obozie i frustracji zastępowych, którzy dla wstążeczki będą gotowi (nieświadomie) poświęcić system funkcji i rozwój zastępu.

Oczywiście część osób powie: „Jak to tak, bez wstążeczek? Przecież chłopaki nic nie będą robić przez całe dnie”.

Jeśli jednak biorą oni udział w Wielkiej Grze tylko z powodu wstążeczki, to czy takie uczestnictwo ma sens?

Ktoś dalej powie: „Ale tak działa świat, dzisiaj nikt nic nie robi bezinteresownie”. Nie wątpię.  Tak samo, jak w to, że dzisiaj każdy korzysta z telefonu.  A jednak w harcerstwie ich unikamy. Staramy się nie ulegać bezkrytycznie temu, co dzieje się na świecie. Może i ze wstążeczkami się uda.

Powiedzieliśmy „NIE” karom, stawiając na naturalne konsekwencje. Może czas postawić kolejny krok?

„NIE” dla nagród. Tylko co w zamian? Może… konsekwencje?

Nie sprzątacie w gnieździe? Nie dziwcie się, że nie możecie znaleźć strojów na grę i spóźnicie się na pierwszą fazę. Nie chce wam się gotować obiadu? – no to jedzcie suchy makaron. Bądźmy konsekwentni w tych naszych konsekwencjach, bo nagroda w gruncie rzeczy bardzo się od kary nie różni. Zaburza naturalne konsekwencje.

Wróćmy też do tego, co nas do harcerstwa zachęciło. Grajmy dla zabawy, dla zdrowej rywalizacji. Rozwijajmy się w swojej funkcji po to, by być potrzebnym zastępowi. Róbmy wspaniałą pionierkę, by godnie i wygodnie obozować. Obozujmy dla obozowania tak po prostu, dla kontaktu z naturą. Budujmy wspólnotę na ogniskach i śmiejmy się na scenkach. Nie przyszliśmy do harcerstwa po wstążeczki. Nie pozwólmy, by odbierały nam przyjemność ze zwykłych czynności, poprzez ocenianie każdego aspektu obozowego życia. Rozwijajmy się, ale bez spiny, bo inaczej zamienimy się w szkołę albo korporację.

Czyli co, rezygnujemy ze wstążeczek?

Mam inny pomysł.

Wstążeczki dla wszystkich, znaczy… nie do końca.

Pozwólcie, że wytłumaczę na przykładzie wstążeczki z pionierki. Drużynowy spotyka się na początku roku z każdym z zastępowych i wspólnie rozpisują cel na tegoroczną pionierkę. Jakiś wyczyn lub wyczyny, które zastępy zrealizują na obozie letnim, a do czego będą przygotowywać się na zbiórkach. Precyzują, co musi zostać zrobione i kto jest za co odpowiedzialny. Na koniec roku, jeśli udało im się tego dokonać, dostają wstążeczkę. Jeśli nie, nie otrzymują jej.

Już słyszę głosy sprzeciwu: „Ale skoro każdy może dostać wstążeczkę to nie będzie ona już taką motywacją”. Nie zaprzeczam. Wstążeczki w takim systemie byłyby raczej wskaźnikiem dobrze wykonanej pracy, a nie nagrodą. Jak wspominałem wyżej, chcemy, by chłopcy działali z własnych chęci i by robili to dla siebie, a nie dla wstążeczek.

Ponadto taki sposób pozwala dopasować poziom do poszczególnych zastępów. W „starym” systemie słaby technicznie zastęp nawet się nie starał, bo i tak nie miał szans z tym doświadczonym. Z kolei ten bardziej wyrobiony też nie dawał z siebie wszystkiego, bo przecież „i tak wygramy”.

Dzięki innym (niekoniecznie niższym lub wyższym, po prostu indywidualnym) wymaganiom, zastęp zyskuje cel, który jest wyzwaniem, ale który jednocześnie jest dla nich osiągalny.

Podobne zmiany można poczynić z Ekspresją. Przykładowy cel: swobodne posługiwanie się przez zastęp technikami: żywe obrazy, pantomima, kukiełki i zaprezentowanie umiejętności na ogniskach (odpowiedzialny Tomek); nauka pięciu nowych szant (odpowiedzialny Bartek) i pięciu nowych gier na ekspresję (Tomek); zdobycie sprawności Wodzireja przez Tymka i Śpiewaka przez Bartka.

Oczywiście nie wszystkie wstążeczki da się łatwo przenieść do takiego systemu. Ciężko jest też przewidzieć zachowania ludzi i nie wiem, czy nowe podejście dobrze zadziała w praktyce. Żeby je wypróbować potrzeba czasu. Celem tego artykułu nie jest pokazanie gotowych rozwiązań, a raczej wskazanie problemu. Mam nadzieję, że nowe światło, które rzuciłem na temat wstążeczek, zachęci was do refleksji i jeszcze bardziej świadomego doboru narzędzi do pracy z chłopakami.

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie przyboczny w 5 Drużynie Radomskiej.

Początek. Listy Starszego Brata do Młodszego #1

To co zaraz przeczytacie, trafiło w moje ręce kilka dni temu podczas robienia porządków na strychu. Zbieg okoliczności sprawił, że w wielkim, drewnianym kufrze odkryłem szczelnie zawinięty pakunek. W paczce znajdowało się kilka, bądź kilkanaście listów posiadających tego samego adresata. Nie wiem jak ów pakunek znalazł się na strychu, ale stare, nieuczęszczane miejsca chyba mają właśnie to do siebie, że można w nich odkryć to wszystko, czego akurat się potrzebuje. Tym razem padło na listy.

Z pobieżnej lektury zawartości wspomnianej paczki udało mi się ustalić kilka faktów. Otóż adresatem listów jest wędrownik Fryderyk, a autorem Teodor HR. W tekstach nie ma wspomnianych nazwisk, a koperty z pełnymi danymi gdzieś się zapodziały. Ważnym faktem jest również to, że Teodor pełni rolę Opiekuna Drogi (Starszego Brata) Fryderyka.

Odkryte przeze mnie listy nie są w żaden sposób ponumerowane, więc nie próbowałem na siłę ustalać ich chronologii. Zdecydowałem się publikować je w takiej kolejności i czasie jak mi to będzie wygodne. Jeżeli czytelnik uzna za potrzebne ustalenie chronologii listów, musi zrobić to na własną rękę. Próżno również odszukać dat powstawania korespondencji. Czasem ma się wrażenie, że któryś z listów został napisany wczoraj, choć jest to niemożliwe, bo w dłoni ma się kolejny list opisujący wydarzenia kilka miesięcy późniejsze.

Co do treści korespondencji, to zasadniczo Teodor stara się w niej wyjaśniać różne sprawy, o których zapewne wspominał mu Fryderyk. Niestety listy Fryderyka nie znajdowały się w pakunku, w związku z tym pewnych rzeczy musimy się domyślać. Niektóre słowa są nieczytelne (listy pisane są odręcznie) i nie można odkryć ich znaczenia. Warto też zaznaczyć, że Teodor jak to na HRa przystało lubi niektóre rzeczy wyolbrzymiać, mocniej się na nich skupić, a inne potraktować pobieżnie. No i oczywiście za jego czasów zawsze było lepiej. Na tym już chyba skończę ten wstęp i zaproszę do lektury pierwszego, wybranego przeze mnie listu.

***

Drogi Fryderyku!

Jest to mój pierwszy list, który piszę już po przyjeździe do /nieczytelne słowo/. Droga przebiegła w miarę spokojnie. Dzieci co prawda trochę marudziły z powodu zbyt rzadkich postojów. W związku z tym Maria co rusz musiała wymyślać im jakieś zabawy. Najważniejsze jednak, że dotarliśmy cali i zdrowi do celu.

Ale o tym co u mnie już pewnie starczy. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że zgodnie przyjąłeś pomysł, abyśmy porozumiewali się poprzez listy w czasie, gdy przebywam poza naszą rodzinną miejscowością. A wiesz, że Małgosia również chce wysyłać listy do swojej babci? Jest w tym wieku, że stara się naśladować to co robią starsi. Bardzo Cię lubi, więc jak tylko opowiedziałem o naszym postanowieniu przy kolacji, to Małgosia stwierdziła, że „też tak chce”.

Wracając do nas. Wiadomo dobrze, że odległość miejsc, w których się znajdujemy uniemożliwia mi częste, osobiste spotkania z Tobą, a jak słusznie ostatnio zauważyłeś, nasza relacja musi dalej być żywa. Inaczej „instytucja” Starszego Brata nie miałaby sensu. Wydaje mi się, że takie Twoje podejście to trochę odmiana, jeżeli spojrzymy w przeszłość. Wielokrotnie rozmawialiśmy przecież o sensowności Opiekunów Drogi na etapie wędrowniczym i Twoim sceptycyzmie co do tego. Ja, jak sięgnę do swoich początków z Młodą Drogą i wyborami Eligo Viam, to zauważam, że chyba właśnie korzyści płynące z relacji z moim Starszym Bratem przyszły najpóźniej. W związku z tym chcę jeszcze raz podkreślić, że rozumiałem i rozumiem Twoje wątpliwości, ale wiem, że niekiedy potrzeba sporo czasu, aby relacje czy działania przyniosły owoce. Tym bardziej cieszę się z zapału jaki żywisz do kontynuacji naszych rozmów m.in. poprzez te listy.

Zmieniając temat, czy cały czas rozmyślasz o tej niezręcznej sytuacji z przewodniczką podczas Opłatka? Dobrze pamiętam, że miała na imię Klara? Doskonale rozumiem, że jest strasznym uczuciem zachować się głupio i to jeszcze wobec dziewczyny, która Ci się podoba. Teraz wiesz przynajmniej, by nie gestykulować tak energicznie, gdy urocza nieznajoma trzyma w ręku kubek gorącego barszczu czerwonego. Jeżeli uważasz, że przeprosiny nie wystarczają, to ja zawsze w podobnych sytuacjach kupowałem Marii kwiaty. Mała przewinienie – mały bukiet, duże – duży bukiet. Chyba działało, więc i Tobie radzę tak postąpić, póki sprawa jest świeża, a wiadomo, że starą plamę trudniej zmyć.

W następnym liście może coś więcej uda mi się napisać, teraz już kończę, bo dzieci są zmęczone i trzeba położyć je do snu. Na kopercie masz dokładny adres, na który kieruj kolejną korespondencje.

Pozdrawiam Cię serdecznie

Twój Starszy Brat Teodor

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Pochwal dziecko przed zachodem słońca

Na podstawie 5. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Skąd wiesz, na co cię stać?

Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem własnej wartości. Musimy się o niej dowiedzieć od otaczających nas osób.

Na podstawie wypowiedzi rodziców i innych dorosłych dziecko wyrabia sobie zdanie o sobie. A od jego samooceny zależy, jak w przyszłości będzie radziło sobie z pojawiającymi się problemami i jakie cele będzie sobie stawiać. Jeśli ciągle słyszy, że jest beznadziejne, robi błędy, wszędzie brudzi i nie ma za grosz rozumu, to tak właśnie siebie widzi. Nie będzie miało odwagi stawić czoła większemu wyzwaniu. Z góry zakłada, że jest nieudacznikiem.

Natomiast dziecko, które widzi, że jego uczucia są szanowane, które dostaje możliwość wyboru albo szansę na samodzielne rozwiązanie jakiegoś problemu, zaczyna widzieć siebie jako wartościowego człowieka. Rośnie w nim zaufanie i szacunek do siebie.

Dzięki pochwałom dziecko dowiaduje się, w czym jest dobre, jakie są jego talenty i mocne strony, co już potrafi . Oprócz tego pochwały motywują do powtarzania lub kontynuowania dobrych zachowań – w przeciwieństwie do strofowania, które rodzi frustrację i zniechęca do poprawy.

Jak chwalić?

Nie każda pochwała będzie miała tak pozytywne skutki. Zastanów się, jak czułbyś się w takich sytuacjach:

  • przygotowujesz dla znajomych wafle przełożone dżemem, a oni twierdzą, że świetnie pieczesz;
  • na zajęciach „strzelałeś” i udało ci się dobrze odpowiedzieć na pytanie, a prowadzący mówi, że najwyraźniej jesteś znawcą tematu;
  • dobiegasz do odjeżdżającego autobusu, a siedzący w nim kolega gratuluje ci kondycji.

Pochwała może wywołać mieszane uczucia, np. natychmiastowe zaprzeczenie lub zwątpienie w wiarygodność chwalącego – „Wafli się nie piecze, co on wygaduje”, obawę – „Co, jeśli zaraz zapyta mnie znowu i cała moja niewiedza wyjdzie na jaw?” albo skupienie się na swojej słabości – „Kondycja? Przecież ledwo żyję po dobiegnięciu do autobusu.”

Okazuje się, że również słowa „dobry”, „świetny”, „piękny” nie brzmią przekonująco. Przecież można je wypowiedzieć nieszczerze. Wymagają uzasadnienia.

Dobra pochwała ma dwie części:

1. Dorosły opisuje z uznaniem, co widzi lub czuje:

„Wszystkie menażki są umyte, a stół dokładnie wytarty. Miło tutaj wejść.”

„Na twoim obrazku wszystkie drzewa są starannie pokolorowane. Pomysłowo narysowałeś futro zwierząt, aż chce się je pogłaskać.”

2. Dziecko – po wysłuchaniu opisu – potrafi pochwalić się samo:

„Jak chcę, to umiem zrobić porządek.”

„Mój rysunek jest naprawdę dobry.”

Do opisu można dodać jedno/dwa słowa, które podsumują godne pochwały zachowanie dziecka:

„Wyplotłeś całą prycz, chociaż na początku wszystko się poplątało i musiałeś zacząć jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.”

„Poczekałeś na swoją kolej, zamiast przekrzykiwać inne dzieci. To się nazywa cierpliwość.”

Dzięki takim słowom dziecko dowiaduje się czegoś o sobie, poznaje swoje możliwości. Ta świadomość może dodać mu sił w chwili zwątpienia czy zniechęcenia.

Pokonaj swoje czarnowidztwo

Mówienie pochwał nie przychodzi nam wcale łatwo. Naszą uwagę mocniej przyciągają negatywne aspekty rzeczywistości. Bardziej skupiamy się na tym, że wilczek usmarował pół stołu klejem, niż na tym, że starał się go pościerać.

Zimowisko 1. Gromady Pilawskiej 2017, fot. Mateusz Zawadka

Dlatego musimy świadomie szukać dobrych rzeczy i o nich mówić. Mam nadzieję, że widzisz już, że warto włożyć w to trochę wysiłku. Podobno nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale swoich podopiecznych – jak najbardziej. Postaraj się na następnym spotkaniu każdemu z nich powiedzieć, co zrobił dobrze. A potem siebie też możesz pochwalić 🙂


Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Przyroda ma imię

Czy i wy macie wrażenie, że każdy las, w którym rozbijacie namioty, wygląda zupełnie tak samo? Jako harcerka, już na drugim obozie byłam tym porządnie znudzona. Znowu sosny, znowu mech, znowu szyszki nie pozwalają chodzić na bosaka po ściółce, znowu komary i kleszcze gryzą łydki jak głupie, znowu niebieskie żuczki wpełzają do namiotu, a muchy, które utknęły między tropikiem a komorą, nie dają w nocy zasnąć. Las jest do bani.

W połowie jednego roku do naszego zastępu dołączyła dziewczyna, która wcześniej była w ZHR. Była po uszy zakochana w przyrodzie, w drzewach, ptakach i wszystkim, co żyło w lesie. Z początku patrzyłyśmy na nią ze sporym niezrozumieniem — zachwycały ją rzeczy, które dla nas były obojętne, np. że używamy sznurków zamiast gwoździ. Prosiła często, by nie skrobać kory z drzew bez powodu, nie zabijać owadów bez potrzeby. Cieszyła się, gdy w lesie z rana rozbrzmiewał śpiew ptaków, próbowała je rozróżniać. Po jakimś czasie wszystkie zaczęłyśmy żyć jej zaciekawieniem. Martwy, nudny las nabrał życia. Naszą ulubioną zabawą było nazywanie drzew. Szczególnie te, na których stała nasza platforma, miały stałe imiona i zawsze z rana były witane.

Jadzia, bo tak miała na imię, poleciła mi mnóstwo książek o zwierzętach i roślinach. Jedną dała mi na urodziny. Za jej sprawą zaczęłam czytać „Sekretne życie drzew” niemieckiego leśnika Petera Wohllebena, którą bardzo polecam.

Dlaczego warto czytać i uczyć się o przyrodzie?

Nie tylko dlatego, że to ciekawe czy rozwijające. Nawet nie dlatego, że natura jest naszym pierwotnym domem, ale dlatego, że przyroda jest żywa. Głównym powodem zaniedbywania przyrody, również przez wilczki i harcerki/harcerzy, jest przekonanie o martwocie lasu. Pomimo naszej wiedzy o tym, że las tworzą żywe organizmy, czasem ciężko nam dostrzec ich ciche życie. Jesteśmy przyzwyczajeni do głośnego, betonowego świata rzeczy bez emocji i odczuć, których nie żal nam niszczyć, bo wszystko i tak z czasem się psuje i trzeba będzie to zamienić na nowe.  Natura jest zupełnie inna. Bardzo łatwo jest nam zabijać coś, czemu nie przyznajemy praw do emocji, odczuwania, życia. Łatwo jest nie mieć szacunku do czegoś, czego nie rozumiemy.

Tymczasem zwierzęta i rośliny żyją, czują, myślą i współpracują.  Dla współczesnych naukowców oczywistym jest już fakt, że gołębie potrafią całkiem sprawnie liczyć, wiewiórki mają świadomość, a społeczeństwa mrówek czy pszczół są złożone i bardziej skomplikowane niż niektóre kultury ludzkie. Nasz gatunek od zawsze miał niezwykłe skłonności do wyolbrzymiania różnic między nim a resztą natury. W praktyce faktycznych różnic jest niewiele i wszelcy badacze nadal znajdują dowody, by podważać kolejne z nich. Tym, co stoi najgrubszym murem między ludźmi a naturą, jest właśnie nasze przeświadczenie o nie przynależeniu do niej.

Powinniśmy szanować nasz świat, bo jesteśmy jego nierozłączną częścią. I nie mówię tu o wspieraniu najróżniejszych pseudoekologicznych akcji, które walczą o przetrwanie jednego dębu na środku drogi, nie patrząc na całe połacie sosen nieopodal, przeznaczonych tylko i wyłącznie na ścinkę (o tym, dlaczego dziko rosnące drzewa mają o wiele lepszej jakości drewno, opowiada wspomniany już Peter Wohlleben — zachęcam do lektury). Sęk w tym, by zakorzenić szacunek do natury młodym.

Jak to zrobić? Zwyczajnie – opowiadać im. Dzieci kochają prawdę i są z natury ciekawe świata. Sama byłam niezwykle zaskoczona tym, że moje wilczki chętniej słuchały historii o tym, jak drzewa tworzą społeczeństwa, łącząc się korzeniami, niż bajek o smokach, które wymyślałam dla nich na dobranockę. Dlaczego prawdziwe są ciekawsze? Jeżeli tylko pokażemy dzieciom, że przyroda nie jest tak odległa i nudna, jak im się wydaje, okaże się, że mogą mieć z nią całkiem sporo wspólnego. Drzewa zawierają trwałe przyjaźnie, ptaki pokonują swój strach przy pierwszym skoku z gniazda, by nauczyć się latać, wiewiórki wybrzydzają, a borsuki bardzo lubią czyścić swoje norki. W tym tkwi też niezwykła moc Księgi Dżungli. Wilczki nie tylko mają bliski kontakt z przyrodą, ale też mogą przeżywać swoje problemy z dżunglowymi bohaterami. Natura to niewyczerpane narzędzie pedagogiczne, jakie możemy dać wilczkom, ale też harcerzom.

Eurojam 2014, fot. o. Sebastian Masłowski SJ

Na koniec pozostawiam Cię drogi Czytelniku z listą krótkich i przystępnych lektur, które pomogą Ci rozbudzić twój zachwyt nad tętniącą życiem przyrodą. Nie pozwól sobie obudzić się pewnego ranka i stwierdzić, że wszystko już wiesz!

Simona Kossak – “Opowieści”

Peter Wohlleben – “Sekretne życie drzew”

Kipling Rudyard – “Księga dżungli” (jeśli jeszcze nie zdarzyło ci się przeczytać 🙂

Serdecznie polecam także książki dla dzieci i młodzieży rozbudzające ciekawość i miłość do przyrody:

Timothée de Fombelle – “Tobi”

Erin Hunter – “Wojownicy”

Kilka dodatkowych linków, które warto przejrzeć 🙂

1 Animal Emotions: Exploring Passionate Natures | BioScience | Oxford Academic

2 What Kind of Emotions Do Animals Feel?

3 Psychologia zwierząt – cz. I. Potrzeby, a emocje zwierząt

4 Empatia wśród zwierząt: Jak zwierzęta przekazują sobie emocje?

Agata Kocyan


Akela w Łomiankach. Studiuje Psychologię. Nuda dla niej nie istnieje - w wolnym czasie gra na gitarze, pisze piosenki (również wilczkowe :)), rysuje, czyta, ogląda filmy, bawi się z pięciorgiem młodszego rodzeństwa. Marzy o pracy aktorki dubbingowej i napisaniu książki.