Z Biblią na Bonda

Na samym początku śpieszę z informacją, że tekst nie będzie zawierał spoilerów. Sam ich nie lubię i szanuję to, że inne osoby mogą mieć podobne odczucia. Brak odniesień do fabuły nie przeszkadza mi jednak na zachwycanie się nią w kontekście najnowszego filmu z Danielem Craigiem w roli agenta 007, noszącego tytuł „Nie Czas Umierać”. Będzie natomiast sporo nawiązań do pozostałych filmów z serii, połączonych z ich interpretacją w świetle Słowa Bożego. Innymi słowy – odniosę się do serii filmów o Jamesie Bondzie odkodowując je przy pomocy Pisma Świętego.

Po co chodzimy do kina?

Standardowy zespół objawów przy pójściu na film do kina młodych dorosłych to cola, popcorn i miła osoba towarzysząca. Przed pójściem na film „Nie Czas Umierać” nie spełniłem tych wszystkich wymagań, nie mniej seans uznaję za niezwykle udany. Tym bardziej, że dodatkowym gościem zabranym ze sobą do kina była w moim przypadku Biblia, przy której regularnie modlę się podczas Godziny Drogi. Zabrałem ją celowo, aby pomogła mi w mojej Przestrzennej misji specjalnej, czyli napisaniu tego artykułu. Nie zawiodłem się, o czym napiszę na końcu.

Jest wiele powodów, dla których chodzimy do kina. Pytanie o jeden główny, ociera się o pytanie po co w ogóle potrzebna jest nam kultura i sztuka. Biorąc pod uwagę fakt, że za przewodnika po dziełach kultury wziąłem sobie Pismo Święte, postanowiłem podejść do tego pytania metodycznie, analogicznie do wchodzenia w relację z Bogiem poprzez modlitwę myślną Lectio Divina. Pewien żyjący w średniowieczu kartuz opisał stopnie, po których czytający Pismo Święte wznosi się do Boga. Są to znane wielu z nas lectio, meditatio, oratio i contemplatio.

Lectio odpowiada uważnemu czytaniu fragmentu Pisma. W odniesieniu do filmu, tudzież innego dzieła kultury, jest to skupienie się na historii, jaką one przekazują. Meditatio, to w odniesieniu do Pisma Świętego rozważanie, dosłownie „przeżuwanie słowa”. Przy filmach są to dla mnie szczególnie momenty, w których coś przykuje moją uwagę i znajdę w jakimś fragmencie odniesienie do innych dzieł kultury lub sytuacji życiowych.

Oratio to modlitwa fragmentem Pisma, który szczególnie przykuł naszą uwagę. Czy można się modlić nie tyle podczas oglądania filmu, co samym oglądaniem filmu? Osobiście uważam, że tak. Czym jest bowiem modlitwa, jeśli nie mówieniem i słuchaniem Pana Boga. W czasie modlitwy filmem mówią moje myśli, a słucham przekazu, który przychodzi wraz z rozwojem fabuły i interpretacji, którą w kontekście własnego życia podsyła mi moje sumienie.

Wreszcie contemplatio, czyli miłosna obecność przy Bogu. W kontekście dzieł kultury myślę, że wiele cech wspólnych można znaleźć w procesie oczyszczenia, tj. katharsis. Towarzyszy ono oglądaniu, uniesieniom, emocjom i oczyszczaniu z nich, w ramach bycia poprowadzonym przez dzieło sztuki.

Po co nam zatem dzieła sztuki? Są paliwem. Nie dla tej wspomnianej machiny interpretacyjnej – ona pozwala jedynie uzyskać więcej energii, jak silnik o dużej mocy. Są przede wszystkim paliwem dla naszej duszy. Święty Paweł mówił o tym, że nasz byt składa się z ciała, duszy i ducha. Dusza jest mieszkaniem dla ducha naszego i Ducha Świętego. Nasz duch karmi się między innymi dziełami kultury. Duch Święty uzewnętrznia w nas swoją obecność, podczas karmienia osobowej relacji z Bogiem. Idąc na nowego Bonda z Biblią, wzmocniłem więc obydwu mieszkańców własnej duszy.

Powyższa interpretacja roli dzieł sztuki w życiu człowieka, jest jedynie autorską tezą. Nie na wszystko jestem w stanie zdobyć przypis ani nie wiem, czy uzyskałbym na nią imprimatur. Pozwoliła mi jednak przeżyć niezwykle owocnie czas spędzony w kinie. Pozwala również czerpać więcej ducha i mocy z różnych innych dzieł kultury.

Zasady są po to, aby ich przestrzegać

Trzymając się zasad można oszczędzić sporo czasu spędzanego na wymyślaniu własnych. Podążając za wskazaniami średniowiecznego mnicha, wiele osób odnajduje więcej głębi w czytaniu Pisma Świętego, niż gdyby robiło to „po omacku”.

Trzymając się biblijnej interpretacji świata, a także metody interpretacji samych świętych pism, można dojść do ciekawych wniosków przy interpretacji dzieł kultury.

Do tak przygotowanego umysłowego warsztatu wprowadziłem mega paliwo w postaci filmu „Nie czas umierać”. Wywołał on mnóstwo skojarzeń jednak, aby uniknąć bezpośrednich odniesień do fabuły, skupię się na samej koncepcji filmów o Bondzie.

Misja Królestwa

W ramach bezpośrednich przygotowań do Wymarszu Wędrownika interpretuje się wraz ze swoim Opiekunem Drogi tekst tego obrzędu. Ważne, by odnieść go nie tylko do natury rzeczy stworzonych, ale również do studium przypadku własnego życia. Co ciekawe, spośród wielu pytań, na które odpowiada przyszły Harcerz Rzeczypospolitej, tylko jedno odnosi się do tego, co jest celem powierzonej mu misji. Jest to oczywiście Królestwo Chrystusa.

Odnosząc życie harcerza lub harcerki, nie tylko HRów i HRek, będących częścią ruchu zawierzonego Maryi, podejrzewam, że często nasze tajne misje wprowadzania Królestwa Jej Syna w całym swoim życiu i świecie, który nas otacza, wymagają sporo ekwilibrystyki myślnej, słownej i behawioralnej. Oglądając serię filmów z Jamesem Bondem będącym w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, można tu znaleźć wiele analogii do własnego życia harcerskiego.

Obrzęd Wymarszu Wędrownika, Święty Krzyż 2021, fot.: Marek Sydor

Kolejną piękną w mojej ocenie analogią, jest porównanie do sytuacji, która również jest elementem każdej Bondowej historii, to znaczy splatania się życia osobistego Bonda z wielką misją światową, którą aktualnie pełni. Odnosząc to do swojego życia: jest to poszukiwanie miejsca na tej ziemi, w drodze do nieba, znane pod nazwą rozeznawania powołania. Przez tajemnice wiary jest ono związane z Wielką Misją – Zbawieniem i Odkupieniem rodzaju ludzkiego, które wypełnił Jezus Chrystus na krzyżu. Nasze małe sprawy, nasi mali szefowie „M”, może nie są zbyt podobni w pełnionych misjach do szefów i misji MI6, ani tym bardziej do ogromnych spraw wiary. Ale czy nie są właśnie nimi w naszych sercach?

Pewnym kontrowersyjnym wątkiem każdego filmu z Bondem jest jego, w zależności od serii, większa lub mniejsza rozwiązłość seksualna. Cóż, rozbijając wątki romantyczne Bonda na czynniki pierwsze, można w nich moim zdaniem odnieść się do i wzmocnić kulturowo, nie tylko powołanie do małżeństwa, ale ogólnie powołanie do miłości z krwi i kości.

Te czynniki to: otwartość na łaskę Bożą, umiejętność wejścia z nią w relację i udzielenia szczerej odpowiedzi na jej wezwanie. Dalej, nieprzywiązywanie się w sposób transcendentno-kultyczny do rzeczy i osób tego świata oraz nieustawanie w poszukiwaniu pereł i cieszenia się z odkrytych skarbów Królestwa Bożego w najbliższym otoczeniu.

Jak to dostrzegłem w filmach o agencie 007? Znalazłem jeden prosty sposób – krytycy filmowi mnie znienawidzą.

Słowa, które stają się ciałem

Skarby te znalazłem w ogromnej potrzebie cnót wszelkich, z miłością agape na czele, poprzez umiłowanie prawdy, słowność, szczerość, szlachetność, wierność, stałość, odwagę, męstwo i wiele wiele innych, którą to potrzebę wypełnia za nas Bond. James Bond.

Jego misje – mają wypełnienie w jego czynach, jego słowa – mają moc honorowego zobowiązania, które staje się obowiązującym statusem w relacji czy świecie fabuły filmu.

Cnót nie trzyma się w worku. Są pojęciami abstrakcyjnymi, które opisują stan człowieka, będącego w ciągłej gotowości do pełnienia dobra. Myślą, mową uczynkiem i zadbaniem. Pragnienie cnót, poszczególnych cech czy zachowań, nie jest więc potrzebą naprawienia świata – to się robi przy okazji. „Pragnienie pragnieniem zostaje” cytując Grzegorza Przemyka w słowach z wiersza o Jonatanie. Pragnienie cnót, staje się pragnieniem konkretnego człowieka, który je wypełnia. Relacji z nim. Osobowej miłości. Nie jest jakąś tam potrzebą porządku. Odwiecznym upragnieniem świata jest Serce Jezusa, jeśli ufać litaniom. Serce Boga. Człowiek nie rodzi się z takim Sercem. Może je ukształtować świadomie otwierając się na Bożą łaskę i ćwicząc w dobrej woli.

Jak to się ma do rozwiązłości Bonda? Cóż. Znam tylko stronę męską tego pragnienia, które ona wyraża i to raczej w ramach studium przypadku niż przeglądu. Nie mniej, mam nadzieję, że opisując ten auto-przypadek zilustruję pewną prawdę.

Przez chemię do gwiazd

W obecnym szefowo-HRowym stadium rozwoju, wciąż działa na mnie chemia mózgu. Neuroprzekaźniki skaczą sobie po synapsach, tworząc różne myśli i odczuci. To dobrze. To oznaka życia, najważniejsza ze wszystkich. Patrząc od strony śmierci, tylko śmierć mózgu jest nieodwracalna dla człowieka tej ziemi. Patrząc od strony życia, ile życia w mózgu tyle nadziei.

Ogarniając uniwersum własnej głowy, realizujemy jedną z dwóch najważniejszych misji rozwoju biologicznego. Są to wzrost i różnicowanie. Psychika wzrasta wraz z człowiekiem. Dobrze by było, gdyby również adekwatnie się rozwijała. Potrzeba do tego sporej determinacji, skupienia i pracy umysłowej. Efektem tych wysiłków może być nawet Królestwo Chrystusa w całym swoim życiu. Dlatego warto się tego rozwoju podjąć.

Kiedy różnicując drogi powołania, w ramach życiowych misji, dorosły mężczyzna postanowi aktywnie zmierzać w kierunku małżeństwa, nie wystarczy wola walki. Trzeba czasem dokonać rozeznania bojem. Mam tu na myśli próby wchodzenia w relacje z kobietami, którym ma się zamiar ofiarować swoją miłość.

Oglądając Bonda można zatrzymać się na następującym schemacie: dostrzeżenie kobiety, próba (zazwyczaj udana) zdobycia jej serca, konsumpcja związku.

Jednak filtrując to, co przekazuje nam historia agenta 007, przez pełnię człowieczeństwa, objawioną w Słowie Bożym, można dostrzec o wiele więcej.

Decydując się na związek z kobietą, nie decyduje się na związek z jedną jej wersją, tylko wszystkimi obliczami. Tak jak wszyscy ludzie odnajdują prawdę o sobie w Chrystusie, tak wszystkie pragnienia wyrażane pod adresem przedstawicielek płci przeciwnej realizowane są w ramach związku. Tzn. mogą być, choć niestety nie zawsze są. Wystarczy odrobina wyobraźni, wiele miłości, konsekwencja w wierności. Patrząc na różne partnerki Bonda, można wtedy nie tylko zachwycać się pięknymi aktorkami lub zazdrościć powodzenia aktorowi, ale też ucieleśniać jego misje osobiste we własnej misji osobistej dla wybranki serca.

Oddać Królowej co Królowej, a Bogu co Boże

Patrząc z perspektywy wielu godzin spędzanych na filmach o Bondzie i jeszcze większej liczbie godzin spędzanych w życiu na Godzinie Drogi, podsumowanie najnowszej misji agenta 007 oddałem Słowu Bożemu, które zabrałem ze sobą na seans. Otrzymałem Słowo z księgi proroka Izajasza: „Czyś nie Ty osuszyło morze, wody Wielkiej Otchłani, uczyniło drogę z dna morskiego, aby mogli przejść wykupieni?” (Iz 51,10).

Zachęcam wszystkich fanów przygód agenta 007 do podobnego prześwietlenia filmu „Nie Czas Umierać”. Czasem Drogi, Czasem Światła, Czasem Życia. Polecam. Warto.

Krzysztof Żochowski


Krzysztof Olaf Żochowski HR – Pochodzi z 1. Hufca Garwolińsko-Pilawskiego, w trakcie życia skautowego pełnił liczne funkcje w różnych gałęziach i obszarach służby. Zawodowo lekarz w trakcie specjalizacji z psychiatrii.