Biel i czerwień w życiu skauta

Wszyscy dobrze znamy historię bitwy pod Mafeking, kiedy to w głowie Roberta Baden-Powella zrodził się pomysł utworzenia zastępów młodych chłopców, którzy mieli pomagać w przenoszeniu meldunków. W ten sposób generał zyskał czas na odpoczynek dla zdolnych do obrony twierdzy dorosłych, którzy, wycieńczeni i ranni, byli coraz mniej efektywni. Robert Baden-Powell później pisał o tym tak:

Powiedziałem raz do jednego z tych chłopców, który właśnie przyjechał pod gęstym ogniem kul nieprzyjacielskich:
– Jeżeli będziesz tak jeździł wśród gradu kul i pękających szrapneli, dostaniesz kiedykolwiek postrzał?
A on odpowiedział mi na to:
– Jadę tak prędko, panie pułkowniku, że żadna kula mnie nie trafi…
I rzeczywiście, mężni chłopcy nie uważali na strzały; rozwozili bez wahania i chętnie rozkazy, choć wiedzieli, że narażają przy tym życie.

Bohaterska postawa chłopaków zainteresowała Baden-Powella. Nie dało się ukryć wielkiego męstwa i determinacji młodych ludzi. Dlaczego tak się zachowywali? Skąd ta odwaga? Sądzę, że płynęła z zupełnie szczerych oczekiwań Baden-Powella. Chłopcy byli świadomi wartości, którą wnoszą w szeregi obrońców twierdzy, co ich motywowało. Oni czuli się tam niezbędni!

U podstaw skautingu leży patriotyzm

Jak to zwykle w historii bywało, potrzeba stała się matką wynalazków. Baden-Powell, kiedy dostrzegł braki w szeregach żołnierzy, postawił na  chłopców, których podzielił na małe oddziały. W ten sposób prostsze zadania mogły być wykonywane szybciej i efektywniej niż wcześniej. Aby uświadomić sobie istotę walki tych młodych ludzi, należy wziąć pod uwagę szerszy kontekst historyczny tamtych wydarzeń.

Trwała krwawa, druga wojna burska. Brytyjskie wojska tłumiły zrywy niepodległościowe członków plemienia Burów – potomków Holendrów, Francuzów i Niemców osiedlających się na tych terenach w ubiegłych wiekach. Wielka Brytania zainteresowała się południowo-afrykańskim regionem Transwalu i Oranii po tym, jak odkryto tam liczne zasoby złota i diamentów. Przez dwa lata toczyły się walki partyzanckie, podsycane przez Cesarstwo Niemieckie, które zaopatrywało Burów w broń. Wojska brytyjskie, ze względu na słabe zarządzanie przez sztab oraz niedocenienie miejscowych oddziałów, odnosiło w tych walkach liczne porażki; wojska brytyjskie były wielokrotnie otaczane przez dobrze znających tamte tereny Burów. Odcięci w mieście-twierdzy żołnierze, z pułkownikiem Baden-Powellem na czele, znaleźli się właśnie w tego typu krytycznej sytuacji. Krwawe siedem miesięcy obrony miasta przyniosło śmierć dwóm tysiącom Burów i ponad dwustu Brytyjczykom. Oblegający spędzili więc dużo czasu na licznych próbach forsowania obrony.

Znając te fakty, nietrudno zauważyć, że życie w mieście musiało być w tamtym czasie niesamowicie trudne. Będąc pod ciągłą psychiczną presją ataku, żołnierze byli wyczerpani. Cywile zaangażowali się w pomoc Baden-Powellowi, jednak wciąż brakowało ludzi. Młodzi chłopcy mogli się przydać, a B.-P. to wykorzystał. W maju oddziały brytyjskie, które przybyły z odsieczą, uwolniły swoich rodaków oblężonych w Mafekingu. Po powrocie z kampanii afrykańskiej powstała książka Scouting for Boys, w której B.-P. opisał ideę i metody skautingu.

Kluczem do odkrycia roli patriotyzmu w metodzie skautowej jest właśnie analiza okoliczności tych historycznych wydarzeń. Spróbuj odnieść tamte realia do własnego życia, do własnej historii. Chłopcy chcieli żyć, rozwijać się, wrócić do normalnego życia w mieście, w którym będą czuli się dobrze. Wiedzieli, że wymaga to poświęcenia ich własnego życia; nie mogli liczyć na nikogo innego. Wszyscy byli już zaangażowani w obronę miasta. Postawiono im wysokie wymagania. Liczył na nich nie tylko B.-P. , ale także ich rodziny, sąsiedzi, wszyscy!

Być patriotą w XXI wieku

Znany wszystkim założyciel skautingu powiedział kiedyś: „Nie potrzeba nawet wojny na to, ażeby oddawać usługi jako wywiadowca, bo podczas pokoju chłopiec może dużo uczynić dla dobra ogólnego, wszędzie gdziekolwiek się znajdzie”. Te słowa realizujmy na co dzień. Najpierw jako wilczki, a potem harcerze, działamy przede wszystkim na zbiórkach i wyjazdach, ale przecież obowiązki harcerza zaczynają się w domu. Trzeba pamiętać o codziennym dobrym uczynku, który wraz z wiekiem zmienia dla nas znaczenie. Dobre uczynki kształtują ducha służby, uczą poświęcenia dla innych bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Z czasem przekształcają się w pełni świadomą służbę innym.

W dzisiejszych czasach patriotyzm jest moim zdaniem postawą wymierającą; w świecie pełnym egoistów traci na wadze dobro wspólne czy narodowe. Liczy się to, by jednostkom żyło się dobrze i wygodnie, bez „zbędnej” odpowiedzialności i zobowiązań. Taka postawa prowadzi do wykorzenienia wrażliwości, a w konsekwencji do znieczulicy. Jako skauci nie możemy izolować się we własnej społeczności, „zamykać się w bańce”. Naszym celem niech będzie służba czynem: pociągają bowiem przykłady, a nie piękne słowa. Papież Franciszek powiedział kiedyś mądre słowa: „Głoście Ewangelię, a jeśli trzeba, to także słowem!”.

Świećmy więc przykładem wartościowego życia nie tylko w mundurze. To trudne; z każdej strony bowiem świat proponuje nam konformizm i konsumpcjonizm, z którymi życie jest łatwe i przyjemne. Ale przecież chcemy żyć, a nie wegetować.

Biel i czerwień na mundurze skautowym

Niejednokrotnie odczuwałem dyskomfort, kiedy napotkany na explo człowiek patrzył na nasz zastęp z niezrozumieniem i dopytywał, dlaczego Skauci Europy. Tłumaczenia bywały lepsze i gorsze, jednak warto samemu poddać to chwili refleksji. Dlaczego Europy? Jesteśmy wspólnotą międzynarodową, jednak skauci w poszczególnych państwach noszą na mundurach flagę swojego kraju. Pomimo jednakowych oznaczeń, kolorów mundurów i wartości, które nas łączą, zachowujemy odrębność narodową. W rocie przyrzeczenia mówimy: „[…] całym swoim życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie, i Europie Chrześcijańskiej […]”. Zaczynamy służbę od naszej małej ojczyzny, a zatem rodziny, aby tam służyć własnemu krajowi. Przez tę służbę ofiarujemy się chrześcijańskiej Europie. Nie trzeba wielkich działań: wystarczy codzienny, drobny, dobry uczynek. Patriotyzm nie jest piastowaniem najwyższych stanowisk państwowych; to pamięć o przodkach, kultywowanie tradycji narodowych, a co moim zdaniem najważniejsze – ofiarowywanie siebie dla dobra wspólnoty.

Dla każdego z nas patriotyzm ma zapewne nieco inną definicję, choć pewne kwestie są uniwersalne. Ktoś powie, że patriotyzm to chodzenie na marsze niepodległości. Ktoś inny, że to noszenie patriotycznej odzieży. Ja uważam patriotyzm za styl życia. Jako młodzież i przyszłość Polski musimy dążyć do ideałów, przed jakimi stawia nas formacja skautowa. Ideał jest trudny do osiągnięcia. Celem samym w sobie nie jest jednak, moim zdaniem, jego osiągnięcie, a nieustanna pogoń za nim. To trud i praca włożone w dążenie do ideału kształtują nas jako ludzi. Być może bez munduru ciężko się przemóc, bo wymaga to odwagi, zorientowania, poświęcenia własnego czasu, ale przede wszystkim wymaga chęci.

Klucz do szczęścia

Odnajdowanie w sobie każdego dnia chęci do służby innym jest, jak sądzę, drogą nie tylko do życiowego sukcesu, ale także do prawdziwego szczęścia. Nie ograniczajmy naszych działań do sprzątanie lasu z gromadą, pomocy w schronisku z zastępem w ramach zbiórki czy nawet ambitnego dzielenia się ugotowanym przez drużynę posiłkiem z bezdomnymi. Te czyny są piękne i potrzebne, uczą ducha patriotyzmu i służby. Choć pozornie nie są związane z ruchem skautowym, kształtują i wychowują kolejne pokolenia Polaków. Odważę się jednak stwierdzić, że dużo więcej dobra możemy uczynić tam, gdzie wcale nie mamy na sobie munduru. Dom, miejsca pracy, nauki czy spotkań ze znajomymi to przestrzenie, gdzie warto działać przede wszystkim. W myśl zasady, że to przykłady pociągają, świadczmy o naszych ideałach w życiu codziennym. Dawania daje więcej radości niż branie, stąd w służbie innym można odnaleźć prawdziwą radość.

Wiktor Szczepanowski


Drużynowy z Radomia, rocznik 2003. Uczeń technikum elektronicznego, z pasji modelarz. Wilczek, harcerz i wędrownik. Entuzjasta kawy i dobrej książki.

Opowieść z Powstania – obrona Pałacyku Michla

Jest znana chyba każdej drużynie i była zapewne śpiewana na niejednym tegorocznym obozie –  piosenka o Pałacyku Michla i pierwszych dniach powstania Warszawskiego. Często bywa jednak, że nie zastanawiamy się nad znaczeniem słów piosenek, które wykonujemy. Czy zatem wiesz kim był “Miecio w kółko golony”, jakie “szafy podstawiali Szkopy” I jak w ogóle powstała ta powstańcza piosenka? Zacznijmy od początku.

Pałacyk Michla, czyli właściwie Michlera, wraz ze znajdującymi się za nim budynkami – młynem, piekarnią i fabryką makaronu – zostały uznane przez podchorążego Janusza Brochwicz-Lewińskiego pseudonim “Gryf” – żołnierza batalionu “Parasol” – za doskonałe miejsce na zasadzkę. Mocna brama i mur stanowiły idealną fortecę, a Niemcy, aby dotrzeć do innych części stolicy musieli przejść obok niego. Rozpoczęły się przygotowania budynku do zbliżającej się walki i sprawdzanie czy nie ma w nim żadnych pułapek. Był 3 sierpnia 1944r.

Tekst piosenki stworzył por. Józef Szczepański (ps. “Ziutek”) wieczorem 4 sierpnia. Muzyka została zaadoptowana od popularnego wówczas utworu “Nie damy Papradowej fali”. Tak jak piosenka wieczór ten był bardzo radosny, dla wielu żołnierzy ostatni tak radosny wieczór w życiu. W pałacyku gościło wtedy ok. 50 osób, była kolacja i trochę zdobytego wina. Wtedy pierwszy raz zaśpiewano przy akompaniamencie pianina Pałacyk Michla i stała się ona od razu hymnem batalionu. Zdawałoby się, że to przyjacielskie spotkanie odbywa się w spokojnych, bezpiecznych czasach, ale wielu jej uczestników nie dożyło kolejnego wieczoru, a twórca piosenki “Ziutek” zginął miesiąc później.

Kolejnego dnia rozpoczęła się walka. Przewaga liczebna okupanta była ogromna.  “Gryf” został dowódcą fortecy i miał do dyspozycji ok. 32 osób, w tym wielu chłopców 14-15 letnich, ok. 5 dziewcząt łączniczek i sanitariuszek. Nie można było prowadzić regularnej, otwartej walki – konieczny był element zaskoczenia – “Nieprzyjaciela oszukać to jest wygrać wojnę” powiedział Gryf. Być może to nonszalancja, z jaką Niemcy maszerowali ulicą Wolską, przyniosła im początkowo zgubę, mimo lepszego uzbrojenia. Była to kompania piechoty bez wsparcia pancernego. Składała się z głównie z przestępców wypuszczonych z więzień i zakładów poprawczych – świetnych strzelców słynących ze swojej bezwzględności i braku litości nawet dla bezbronnych. Gdy dotarli na wysokość pałacyku, zostali dosłownie zmieceni ogniem powstańców, których obecności się nie spodziewali. Ich straty były bardzo duże – niedobitki zostały ewakuowane pod osłoną świec dymnych. Powstańcy zdobyli broń bez strat własnych. Bardzo wzmocniło to także morale wśród walczących.

W kolejnych szturmach, już lepiej przygotowani Niemcy, wykorzystując wspomniane w piosence “tygrysy”, czyli czołgi produkowane w III Rzeszy w pierwszych latach wojny i “pantery” ich unowocześnione wersje, krok po krokiem zdobywali przewagę. Czołgi te były jednymi z najlepszych wykorzystywanych w czasie II wojny światowej z doskonale wyszkolonymi załogami i łącznością pomiędzy poszczególnymi czołgami. Pałacyk i jego obrońcy wytrzymali kolejne cztery szturmy, które przyniosły jeszcze kilka zwycięstw m.in. unieszkodliwienie czołgu wroga. Nasi żołnierze musieli jednak stopniowo wycofywać się do budynków gospodarczych. Kończyła im się amunicja. Przy piątym ataku Niemców obrońcy pałacyku dostali rozkaz zakończenia akcji i wycofania się. Powstańcy nie mieli szans na wygranie walki z czołgami, byli wyczerpani – nie spali i prawie nie jedli od kilku dni. 8 sierpnia podczas walk na cmentarzu ewangelickim dowódca batalionu Parasol “Gryf” został ciężko ranny i nie mógł dłużej uczestniczyć w powstaniu. Wkrótce trafił do niemieckiej niewoli.

Wracając do tematu piosenki w kolejnych tygodniach stała się bardzo popularna i krążyła wśród walczących w licznych odpisach. Tłumaczy to późniejsze różnice pojawiające się w tekstach. Wielkim propagatorem tego utworu był Mieczysław Fogg, który wykonywał ją w czasie koncertów w kinie Palladium. Po wojnie publikowano ją w różnych wydawnictwach, m.in. Śpiewniku zastępowego, a za granicą w Pieśniach polskich.

Zlot Harcerski w rocznicę Powstania Warszawskiego 2018 r., fot. Joanna Dunin

Do wyjaśnienia pozostało jeszcze kilka kwestii. “Mieciem” był ppor. Antoni Sakowski, któremu musiano ogolić głowę przed założeniem opatrunku, gdy został ranny w czasie walk na Woli. Zginął niecały miesiąc później – 1 września. Szafami lub krowami nazywano sześciolufowe moździerze i ciężkie wyrzutnie rakiet. A “visami” które były środkiem na tygrysy, były przedwojenne pistolety o kalibrze 9mm.

Pałacyk został całkowicie zburzony i dopiero w roku 2007 na miejscu walk została postawiona tablica pamiątkowa. Stało się to z inicjatywy dowódcy obrony “Gryfa”. Gdy po latach poszedł zobaczyć miejsce walk o pałacyk spotkał tam wycieczkę szkolną i został poproszony przez przewodnika, aby opowiedzieć o tamtych wydarzeniach. Gdy kończył swoją historię słuchało go ok. 150 osób – przechodniów.

Generał Janusz Brochwicz-Lewiński zmarł w 2017 r. Ostatnie 15 lat życia spędził w Polsce, wcześniej przebywał na emigracji, gdzie m.in. służył w armii Wielkiej Brytanii, także jako agent wywiadu. Jego biografia jest niezwykle barwna i serdecznie zachęcam, żeby lepiej poznać historię tego niezwykłego człowieka, przywódcy i bohatera walk o naszą ojczyznę. Myślę, że nadal możemy się wiele od Niego nauczyć.

1.Pałacyk Michla, Żytnia, Wola,
bronią jej chłopcy od „Parasola”,
choć na „tygrysy” mają visy –
to warszawiaki, fajne chłopaki – są!

Ref.: Czuwaj wiaro i wytężaj słuch,
pręż swój młody duch, pracując za dwóch!
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch,
pręż swój młody duch, jak stal!

2. Każdy chłopaczek chce być ranny…
sanitariuszki – morowe panny,
i gdy cię kula trafi jaka,
poprosisz pannę – da ci buziaka – hej!

3. Z tyłu za linią dekowniki,
intendentura, różne umrzyki,
gotują zupę, czarną kawę –
i tym sposobem walczą za sprawę – hej!

4. Za to dowództwo jest morowe,
bo w pierwszej linii nadstawia głowę,
a najmorowszy z przełożonych,
to jest nasz „Miecio” w kółko golony – hej!

5. Wiara się bije, wiara śpiewa,
szkopy się złoszczą, krew ich zalewa,
różnych sposobów się imają,
co chwila „szafę” nam posuwają – hej!

6. Lecz na nic „szafa” i granaty,
za każdym razem dostają baty
i co dzień się przybliża chwila,
że zwyciężymy! I do cywila – hej!

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

…i Europie chrześcijańskiej cz. 3 – przyszłość

Truizmem jest stwierdzenie, że w dzisiejszej Europie jeden z jej cywilizacyjnych filarów, jakim jest religia katolicka, został zepchnięty na margines. Proces, który do tego doprowadził, starałem się zarysować w poprzedniej części. Można się spierać, czy to w ramach istniejącej cywilizacji europejskiej doszło do „reform” czy też w ciągu ostatnich paruset lat zrodziła się nowa forma organizacji życia zbiorowego. Nie ulega jednak wątpliwości że ideałem do którego my, Skauci Europy, powinniśmy dążyć jest Europa chrześcijańska. Niniejszy artykuł nie będzie próbą przewidzenia przyszłości, gdyż sprawiedliwa i dokładna analiza tendencji kulturowych, politycznych i ekonomicznych, które kształtują byt tak złożony jak cywilizacja, jest tematem na wielotomową pracę. Będzie raczej zbiorem krótkich sugestii co do tego, w jaki sposób możemy dążyć do „ustanowienia Królestwa Chrystusa w świecie który nas otacza”.

Do Europy chrześcijańskiej nie wrócimy odgórnie, nie da się jej narzucić ustawą czy innym aktem prawnym. Aby Europa chrześcijańska ponownie zaistniała, musimy zmienić nastawienie, myślenie i sposób działania ludzi. Dlatego też każdy z nas powinien zacząć od siebie. Pierwszą rzeczą, jaką winniśmy czynić, jest sumienne spełnianie naszych obowiązków stanu. Każdego z nas Pan Bóg powołał, czy to do małżeństwa, czy to go kapłaństwa, czy to do konkretnego zawodu albo innego zobowiązania w życiu społecznym. Również uczniowie i studenci nie przez przypadek otrzymują dar edukacji. Powinniśmy, w miarę naszych sił i możliwości, robić wszystko, aby te zobowiązania, które wynikają z naszego miejsca w hierarchii społecznej, sumienie realizować. Oczywiście, nie oznacza to, że mamy być pracoholikami czy zapominać o swoich innych potrzebach. Ważne jest, aby, kierując się rozsądkiem i podążając drogą chrześcijańskiej cnoty, dać świadectwo życia w naszej codzienności. To zobowiązanie spoczywa na naszych barkach samego faktu bycia ochrzczonym. Co jednak gdy chcemy zrobić coś więcej?

Ojciec Święty Pius XI, w społecznej encyklice Quadragesimo Anno, wzywa: „Jak nie wolno jednostkom wydzierać i na społeczeństwo przenosić tego, co mogą wykonać z własnej inicjatywy i własnymi siłami, podobnie niesprawiedliwością, szkodą społeczną i zakłóceniem porządku jest zabierać mniejszym i niższym społecznościom te zadania, które mogą spełnić, i przekazywać je społecznościom większym i wyższym. Wszelka bowiem działalność społeczna winna wspomagać człony społecznego organizmu, nigdy zaś ich nie niszczyć, ani nie wchłaniać”. To stwierdzenie jest wyrazem tak zwanej zasady pomocniczości. Aktywnie przyczynianie się do jej realizacji w naszym życiu społeczno-politycznym na pewno pomoże w oddolnym budowaniu cywilizacji chrześcijańskiej. Możemy to czynić na wiele sposobów. Zapewne większość czytających ten tekst działa już w SHK „Zawisza” FSE. Jednak, jeżeli nadal macie czas i chęć, można się zaangażować fundacje, stowarzyszenia i inne pozarządowe inicjatywy katolickie zajmujące się ochroną życia ludzkiego, wsparciem Kościoła prześladowanego czy pomocą materialną dla biednych i ubogich. Można mocniej zaangażować się w życie własnej parafii. Można wreszcie, w zgodzie z własnym sumieniem i przekonaniami, zaangażować się w politykę rozumianą zgodnie z jej klasyczną definicją, to jest jako rozsądna troska o dobro wspólne. Szczególnie samorząd jest instytucją, która wywiera realny wpływ na nasz dom, dzielnicę i miasto.  

„Zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: «Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: “Oto tu jest” albo: “Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest»” (Łk 17, 20-21). Ten fragment Ewangelii oczywiście tyczy się zbawczej misji Pan Jezusa i Kościoła Świętego. Ale podobnie jest z chrześcijańską organizacją życia społecznego. Dopóki będzie istnieć chociaż jedna parafia czy nawet jedna rodzina katolicka to, siłą rzeczy, jakiś fragment cywilizacji chrześcijańskiej będzie istniał wraz z nią. Dlatego też najlepszym sposobem budowy christianitas zdaje mi się być droga „oddolna” oparta na założeniach które przedstawiłem powyżej: świadectwie życia, sumiennym wypełnianiu obowiązków stanu i zaangażowaniu w naszą społeczność. Przyszłość Europy chrześcijańskiej spoczywa w naszych rękach. Jeżeli Bóg pozwoli a ludzie będą do tego ustawicznie dążyć, to może nie za dekadę, może nawet nie za stulecie, ale kiedyś znowu rozbłyśnie ona dawnym blaskiem.

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Tylko wino? Czyli o alkoholu w skautingu

Kiedy myślę o harcerzach i alkoholu od razu na myśl przychodzi mi jedna z pierwszych wędrówek prowadzonego przeze mnie kręgu wędrowników. Było to w listopadzie kilka lat temu, chodziliśmy po północnym Mazowszu. Podczas wyjazdu wydarzyło się wiele, jednak najbardziej zapamiętałem dwie rzeczy: jedną był ogromny pośpiech pierwszego dnia, a drugą – słowa pewnej harcerki z ZHR-u. Noc bowiem spędziliśmy w ich harcówce, natomiast rano mieliśmy czas pograć wspólnie w gry i porozmawiać. Z jakichś powodów, podczas gdy miłe harcerki odprowadzały nas na pociąg powrotny, temat rozmowy zszedł na dziesiąty punkt Prawa Harcerskiego. Jedna z dziewczyn powiedziała wtedy coś w stylu: „Słyszałam, że u was piję się tylko wino”. Nie pamiętam dobrze czy coś odpowiedziałem, czy może tylko się uśmiechnąłem. Nie jest to ważne. Istotna jest inna sprawa. Czy Skaut Europy w Polsce może pić alkohol?

Alkohol – ograniczenia

Skoro poruszam temat alkoholu, to znaczy, że może tu być jakaś kontrowersja. Dlatego, żeby rozwiać pewne wątpliwości, to zanim padnie odpowiedź na pytanie postawione w poprzednim akapicie, zrobię dłuższy wstęp. Na początku dla rozjaśnienia sprawy, zastanowię się nad wątpliwością: Czy człowiek chcący żyć zgodnie z prawem Bożym i ludzkim może pić alkohol? Otóż może, ale musi poddać się pewnym ograniczeniom.

Pierwszym ograniczeniem jest ilość. Już od kiedy człowiek odkrył napoje alkoholowe, zauważył, że picie ich może przynosić korzyści zarówno dla ducha (rozweselenie), jak i dla ciała (właściwości zdrowotne). Jednak wraz z nadmiernym spożyciem alkoholu przyszły także doświadczenia odurzenia, zniekształcenia i utraty świadomości oraz uzależnienia. Dlatego ludzie doszli do wniosku, że aby nie pojawiły się negatywne skutki picia, niezbędne jest umiarkowanie.

Autor natchniony w Starym Testamencie tak o tym pisze: „Wino jest pożyteczne dla ludzi, jeżeli pije się je w sposób umiarkowany. Cóż to za życie, gdy brakuje wina, od początku zostało ono stworzone dla radości. Radość serca i wesołość daje picie wina w czasie odpowiednim. Po nadużyciu wina duch gorzknieje, człowiek staje się agresywny i kłótliwy. Pijaństwo pomnaża złość głupca aż do upadku, pomniejsza siły i ran mu przysparza” (Syr 31, 27-30).

Podobne podejście do alkoholu prezentuje Kościół, którego zdanie w tej kwestii znalazło swoje odzwierciedlenie na kartach Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Cnota umiarkowania uzdalnia do unikania wszelkiego rodzaju nadużyć dotyczących pożywienia, alkoholu, tytoniu i leków. Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu – na drogach, na morzu lub w powietrzu – ponoszą poważną winę” (KKK 2290).

Wiek jest drugim ograniczeniem. Zakłada ono, że spożycie alkoholu możliwe jest dopiero od pewnego etapu życia. Warunek ten przeniesiony do prawodawstwa wielu krajów, dotyczy również ludzi, którzy nie chcą żyć zgodnie z prawem. Dla nich jest tylko jakimś utrudnieniem, dla pozostałych zaś – drogowskazem.

Już wcześniej zostało wspomniane, że w piciu należy zachować umiar a alkohol może zniekształcać świadomość, stąd oczywiste wydaje się, że decyzję o wypiciu go powinna podejmować osoba dojrzała. Kolejną sprawą jest to, że spożycie napojów wyskokowych w okresie, gdy rozwija się i kształtuje organizm młodego człowieka może nieść ze sobą negatywne skutki zdrowotne. Dlatego w różnych kulturach i prawach zastrzeżono picie alkoholu dla osób dorosłych. W krajach, w których tradycyjnie spożywa się głównie nisko i średnio procentowe alkohole takie jak wino i piwo przyjęło się, że osoby niepełnoletnie mogą mieć nieco wcześniejszy dostęp do tego typu trunków. I tak w Niemczech szesnastolatek swobodnie zakupi w sklepie wino, piwo czy cydr, ale nie będzie mógł już nabyć wódki i spirytusu. Podobne przepisy jeszcze niedawno obowiązywały w krajach słynących z winnic tj. we Francji i we Włoszech. Jednak doszło tam do zaostrzenia przepisów i szesnastolatek nie kupi już wina, ale nadal może je legalnie pić pod opieką osoby starszej np. rodzica.

W Polsce sprawa ma się nieco inaczej. Podobnie jak wiele innych praw, legalny dostęp do zakupu i spożycia alkoholu otrzymuje się wraz z osiągnięciem pełnoletności tj. 18 lat. Tę kwestię reguluje m.in. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Artykuł 15 tejże ustawy mówi: „Zabrania się sprzedaży i podawania napojów alkoholowych: (…) osobom do lat 18”. Czy wyższy niż w wymienionych wcześniej państwach wiek jest uzasadniony? Wydaje się, że tak. W szczególności kulturowo i historycznie. Bowiem na ziemiach polskich wraz z udoskonalaniem procesu destylacji (XVIII w.) zaczęły królować alkohole wysokoprocentowe. Chętnie rozprowadzała je wśród chłopów szlachta zapewniając sobie pole zbytu i „przychylność” poddanych.

Na rodzaj spożywanych trunków nie wpłynęły przemiany ustrojowe i społeczne. Szacuje się, że w 1938 r. aż 92% całej sumy czystego alkoholu wypijanego w kraju stanowiła wódka i spirytus. Przewaga napojów wysokoprocentowych utrzymywała się aż do początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (ok. 60 %), by z czasem ustąpić miejsca piwu. Jakie są z tego wnioski? Każdy, kto miał styczność z mocnymi alkoholami wie, że dla smaku się ich nie pije, a o wprowadzenie w stan upojenia nietrudno. Dlatego w Polsce przez wiele lat spożywanie alkoholu raczej nie wiązało się ze skromnym aperitifem i zbyt często przeradzało się w pijaństwo. Stąd więc w prawodawstwie i polskiej kulturze istnieje wysoka granica wiekowa związana z powszechnie akceptowalnym, legalnym piciem i kupowaniem alkoholu.

Ograniczenia w spożywaniu alkoholu związane są nie tylko z wiekiem i rozsądkiem, ale i ze stanem zdrowia. Naturalne jest, że każdy organizm ma nieco inną wytrzymałość na określone substancje. Są też sytuacje, w których nie powinno się korzystać z alkoholu, ponieważ jest to zwyczajnie szkodliwe. Osoby z problemami zdrowotnymi nie powinny zaglądać do kieliszka przez wzgląd na swoja kondycję. Picie jest też niewskazane dla kobiet w ciąży. A ponieważ te kwestie nie budzą żadnych kontrowersji, nie zostaną przeze mnie szerzej opisane.

Skaut i alkohol

Istnieją grupy, które do przedstawionych wcześniej ograniczeń dokładają swoje własne. Czy tak jest w szeroko pojętym skautingu? Cofnijmy się do początków ubiegłego stulecia. W wydanej wtedy pozycji Skauting dla chłopców gen. Robert Baden-Powell opisał podstawy metody skautowej. Książka podzielona jest na wskazówki dla instruktorów i gawędy skierowane do chłopców. Jedna z nich nosi tytuł Przyzwyczajenia zapewniające zdrowie, a podtytuł dopowiada „Bądź schludny – nie pal – nie pij – zachowaj czystość – wstawaj wcześnie – śmiej się i tyj”. W podrozdziale o alkoholu padają następujące słowa: „Człowiek, który pije, po prostu nie może być skautem. Unikajcie wszelkich alkoholi od samego początku i postanówcie sobie nie mieć z nimi nigdy nic wspólnego”.

To dość jednoznaczne stwierdzenie. Jednak lektura całego fragmentu i następnego dotyczącego trzeźwości i upijania się nie pozwala wysuwać wniosku, że abstynencja jest dozgonnym obowiązkiem skauta. Raz, że gawęda skierowana jest do młodych, niepełnoletnich chłopców, dla których nieużywanie procentowych trunków powinno być oczywistością (a najwidoczniej nie dla każdego było). Dwa, tekst ma na celu pokazać zgubne skutki alkoholu, które mógł obserwować Baden Powell w ówczesnej Anglii i przestrzec przed nimi.

Dodatkowo wcześniejszy podrozdział dotyczący palenia tytoniu choć rozpoczyna się od równie jednoznacznych słów: „Skaut nie pali”, to pod koniec pojawia się tam zdanie: „Nie wahajcie się więc i postanówcie sobie od razu, że nie będziecie palić, dopóki nie dorośniecie: i wytrwajcie w tym”. Jest to kolejna wskazówka, która pokazuje, że wspomniane kategoryczne ograniczenia kierowane są do młodych chłopców, a nie do dorosłych, którzy są w ruchu skautowym. To oczywiście nie zabrania starszym korzystać z opinii Baden-Powella o szkodliwości wspomnianych używek. Jednak jak by nie interpretować opisywanych słów, to abstynencja w żadnej postaci nie trafiła do prawa skautowego umieszczonego na pierwszych stronach Skautingu dla chłopców.

Polski harcerz nie pije

Inaczej było w Polsce. Wstęp do krajowego, przedwojennego wydania Skautingu dla chłopców zawiera m.in. polską wersję prawa skautowego – prawo harcerskie. Różni się ono nieco w kilku punktach w porównaniu z oryginałem. Dla nas najistotniejsze jest to, że do Baden-Powellowskiego dziesiątego punktu: „Skaut (harcerz) jest czysty w myśli, mowie i uczynkach” dodano fragment: „nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych”. Skąd takie zaostrzenie, raczej niespotykane w innych krajach?

Część pierwszych polskich instruktorów harcerskich (np. Andrzej Małkowski), należała do stowarzyszenia religijno-filozoficznego „Eleusis”. Organizacja pragnęła odnowy narodu polskiego, który wówczas nie posiadał własnej państwowości poprzez wymaganie od członków wstrzemięźliwości. I to poczwórnej wstrzemięźliwości od: alkoholu, tytoniu, hazardu i rozpusty. Tak przygotowani ludzie mieli stanowić przyszłą elitę kraju. Podczas tworzenia harcerstwa na ziemiach polskich, członkowie „Eleusis” wprowadzili więc, zgodnie ze swoją ideą, abstynencję do tekstu prawa harcerskiego. W tamtych czasach na całym świecie coraz liczniej pojawiały się osoby działające na rzecz trzeźwości i przeciwdziałania pijaństwu. Na tle Europy, Polacy byli jednym z narodów dość mocno dotkniętych „plagą alkoholizmu”, stąd postulaty abstynencji mogły nie dziwić. Kolejne lata działalności organizacji harcerskich nie przynosiły drastycznych zmian, jeżeli chodzi o abstynencję. Stąd w wielu pokoleniach Polaków utarło się przekonanie, że harcerz nie pije.

Dziesiąty punkt prawa harcerskiego z fragmentem „(…) nie pije napojów alkoholowych” przetrwał w największej polskiej organizacji harcerskiej, czyli w Związku Harcerstwa Polskiego, aż do 2017 r. Wówczas został zmieniony na „Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów” tym samym znosząc abstynencję. Programowo był to przełom. Jednak na ile była to rzeczywista rewolucja, a na ile zmiana sankcjonująca istniejący już w praktyce stan, można tylko przypuszczać. Poprawki w prawie harcerskim nie dotknęły Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i druga pod względem liczebności organizacja harcerska w Polsce nadal pozostaje wierna abstynencji.

Działanie Zawiszaków u swoich początków również opierało się na przedwojennym prawie harcerskim. Jednak po kilku zmianach i nie bez zaskoczenia w niektórych środowiskach, ostatecznie ustalono, że dziesiąty punkt prawa harcerskiego nie będzie zawierał abstynencji. Podobnie zresztą jak to jest choćby w organizacji włoskiej czy francuskiej należących do FSE. Lektura dokumentów Stowarzyszenia nie daje żadnych podstaw do nakładania jakiejkolwiek abstynencji od napojów alkoholowych. Brak jest podstaw do ustalenia dodatkowych ograniczeń. Wydaje się więc, że można śmiało odpowiedzieć na pytanie z pierwszego akapitu.

(Nie)prosta odpowiedź

Wyczekiwana odpowiedź brzmi: Skaut Europy w Polsce może pić alkohol. Oczywiście jeśli nie jest oderwany od otaczającej rzeczywistości. Dlatego krótkie przypomnienie: Skaut Europy jako chrześcijanin może pić, ale z umiarem. Jako Polak również, ale dopiero po skończeniu osiemnastego roku życia.

I co? Koniec artykułu? Nic z tych rzeczy. Nie pisałbym przecież tak długiego wstępu, żeby w kilku słowach zakończyć. Jest bowiem w odpowiedzi duże „ale”. I dotyczy ono także pełnoletnich, potrafiących zachować umiar harcerzy. Tym „ale” jest mundur. Kwestia picia w mundurze nie znajduje swojego odzwierciedlenia w naszym prawie harcerskim lub innych dokumentach. Jednak, mimo teoretycznej dowolności interpretacji, wyczuwamy niejako pod skórą, że nie każde podejście jest słuszne. Postaram się więc, zgodnie z moją najlepszą wolą, podać „poprawną” interpretację.

Zacznę od sytuacji, która wydaje się najprostsza w odczytaniu. Co ze spożywaniem alkoholu przez opiekunów podczas obozów i zajęć? Trzeba mieć świadomość, że w tym czasie szef jest odpowiedzialny za powierzonych mu chłopaków lub w przypadku szefowej – za dziewczyny. Dlatego koncentracja na podopiecznych powinna być stuprocentowa. Nic nie powinno jej zaburzać, a alkohol zdecydowanie to robi, jest więc wykluczony! Dla przykładu prosta sytuacja: kto pojedzie z chorym do szpitala, gdy wszyscy opiekunowie i kierowcy są nietrzeźwi? Strach nawet wspominać o konsekwencjach prawnych tego typu zdarzenia. Nawet jeżeli dla złudnego spokoju sumienia, szef zapewniłby będącego zawsze w gotowości, trzeźwego kierowcę, do tego byłaby noc, wszystkie zajęcia zostały należycie przygotowane i mundur wisiałby na drewnianym wieszaku, to nadal picie alkoholu jest ogromną nieuczciwością, która głęboko burzy jedność i wspólnotę. Ile to się mówi, że kadra nie powinna się opychać łakociami, których nie dostają wilczki i harcerze? A w tym wypadku mamy jeszcze coś gorszego i możliwie gorszącego w przypadku nakrycia przez podopiecznych.

No dobrze, ale co z sytuacjami w których dorosły wędrownik lub przewodniczka jest w mundurze, ale nie sprawuje opieki wychowawczej? Ot, prosty przykład z mojego życia, który miał miejsce na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Gdy szedłem przez Rynek Podgórski, zauważyłem kilku wędrowników z Francji, którzy wraz ze swoim duszpasterzem pili piwo w ogródku restauracyjnym. No i jak, można tak? Otóż oni mogli (choć prawdopodobnie grzeszyli ignorancją), a my nie. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest krótka: inna kultura i historia. Taką mamy spuściznę. Możemy się na nią obrażać, ale z dnia na dzień jej nie zmienimy. Jeśli więc picie publicznie w mundurze jest sprawą, która może kogoś zrazić, przez którą ktoś może poczuć się zgorszony lub stracić do nas zaufanie, to nie ma najmniejszego sensu, żebyśmy próbowali to robić. Myślę, że nawet sami wewnątrz Ruchu mamy różne zdania na ten temat. Są to zupełnie wystarczające argumenty, żeby nie pić publicznie w mundurze, mimo braku formalnego zakazu. A jeżeli nie pijemy publicznie w mundurze, to robienie tego, gdy nikt postronny nie widzi jest mocno wątpliwe. Skautem powinny kierować takie same zasady bez względu na to, czy ktoś go obserwuje. Alkohol jest zupełnie niepotrzebny w metodzie skautowej, więc strata jest żadna.

Światowe Dni Młodzieży 2016, fot. Archiwum FSE

Za granicą

Jak Francuzi przyjechali do nas (nie poznawszy wcześniej polskiej kultury w sprawie picia), tak i my czasem wyjeżdżamy za granicę na skautowe spotkania. Skoro panuje za granicą inna kultura, to może się zdarzyć, że zostaniemy przez naszych braci z Federacji poczęstowani alkoholem. Nie jest to sytuacja abstrakcyjna, gdyż sam dwa razy zetknąłem się z takimi propozycjami. Jak się wtedy zachować? Podejścia są zasadniczo dwa i nie chcę rozstrzygać, które jest słuszniejsze. Pierwsze podejście mówi, że skoro prawo nas nie ogranicza, a kultura kraju, w którym przebywamy jest temu przychylna, to nie ma nic złego w skorzystaniu z poczęstunku. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, czy w tym czasie nie opiekujemy się drużyną harcerską bądź czy owa propozycja nie wyklucza kogoś z grupy, w której przyjechaliśmy np. gdy w kręgu lub ognisku nie wszyscy są pełnoletni. Druga postawa, którą można przyjąć, to taka, że skoro pewnych zasad trzymamy się w Polsce, to zmiana kraju, kultury i inne okoliczności nie wpływają na nasze podejście.

Domowa impreza

Sprawa picia w mundurze została już chyba dobrze wyjaśniona, a sprawy kulturowo-historyczne przedstawione. Jednak jest jeszcze jeden obszar, który chciałbym poruszyć. Bowiem, gdy zdejmiemy mundur nie przestajemy być drużynowymi, akelami, szefami kręgu, ogniska itd. Moim zdaniem, mimo innego ubioru i okoliczności, część kontekstu kulturowego, o którym wcześniej pisałem, pozostaje. Wyobraźmy sobie, że nasz wilczek czy harcerz widzi nas w sobotnie popołudnie w ogródku piwnym, bądź gdy nieco później wyprowadzamy pijanego kolegę z baru. Nie wiemy, co chłopak może sobie o tym pomyśleć, mimo że w tych sytuacjach sami mogliśmy zachowywać umiar. Może przejść obok tego obojętnie lub czuć się zgorszony. W takim wypadku dość często ważne jest podejście w jego rodzinie. Opcji jest wiele. Może w domu chłopaka jest przemoc alkoholowa, albo rodzice są zagorzałymi abstynentami lub też zwyczajnie jeszcze jako młody idealista uważa alkohol za zło. Dlatego lepiej się wystrzegać takich sytuacji, bo mogą one (choć nawet niesłusznie) spowodować u podopiecznego utratę zaufania do szefa, a może nawet do całego Ruchu. Być może kiedyś chłopak sam dojrzeje do tego jak podchodzić do alkoholu (albo wcześniej przeczyta ten artykuł). W tym momencie nie nam to oceniać, skoro jakieś działanie może zaszkodzić, to po prostu lepiej go nie uskuteczniać. Domowa impreza, urodziny przyjaciela, niedzielny obiad u cioci, czyli wszędzie tam, gdzie nasze zachowanie nie wywołuje żadnych kontrowersji, są moim zdaniem znacznie lepszymi miejscami, by (z umiarem!) pić alkohol.

Niewykluczone, że dla niektórych ostatni akapit jest nieco przesadzony. Też bym tak uważał, gdyby w naszym społeczeństwie podejście do alkoholu było bardziej uporządkowane. Dlatego polecam rozmawiać z podopiecznymi o alkoholu i kulturze picia.  Czy ZZ jest odpowiedni do takich tematów? Być może, ale na pewno warto mówić o tym na Młodej Drodze i później. Z doświadczenia takich rozmów wiem, że niektórym trzeba mocniej akcentować umiar, gdyż wchodzenie w pełnoletniość ma swoje pokusy, a innym zwyczajnie należy wytłumaczyć jakie podejście powinien mieć skaut-chrześcijanin.

Można inaczej

Przez cały artykuł próbowałem odpowiedzieć na pytanie „czy Skaut Europy w Polsce może pić alkohol?”. Starałem się też rozwiązać problemy pojawiające się od strony: czy jest w tym piciu coś złego. Chrześcijanin powinien jednak przede wszystkim szukać dobra i czynić je. Dlatego w tych sytuacjach lepiej sobie zadać inne pytanie: co w tym dobrego, jakie dobro wyniknie z mojego działania? Przy takim podejściu wiele moich argumentów staje się zwyczajnie niepotrzebnych.

***

Kiedy artykuł był praktycznie ukończony, od mojego dobrego znajomego z kręgu (Franka) otrzymałem polskie tłumaczenie książki Baden-Powella Rovering to success. W pozycji tej, skierowanej do osób w wieku wędrowniczym, autor pisze o alkoholu. Nie chciałem jednak wspominać o tym wcześniej, a tym samym trochę burzyć układ swojego artykułu, gdyż moje wnioski ze Skautingu dla chłopców pokrywają się ze zdaniem Baden-Powella zamieszczonym w Rovering to succes, gdzie m. in. przestrzega przed „tym trzecim kieliszkiem”. Dodatkowo, w otrzymanej od Franka książce, temat alkoholu poruszony jest od strony, z którą może się identyfikować każdy, niekoniecznie skaut. A o umiarkowaniu w życiu oczywiście można napisać, tylko już w innym, także długim, artykule.

***

Podczas pisaniu artykułu korzystałem m.in. z:

  1. Marcin Wnuk, Barbara Purandare, Jerzy T. Marcinkowski, Struktura spożycia alkoholu w Polsce w ujęciu historycznym, Probl Hig Epidemiol 2013, 94(3), s. 446-450;
  2. Leszek Rysak, Początki harcerstwa, Biuletyn IPN, nr 5-6/2010, s. 18-28;
  3. Robert Baden-Powell, Skauting dla chłopców, 1990 (reprint z 1938r.);
  4. Robert Baden-Powell, Rovering to success, zbiór własny (Jest to inne tłumaczenie, niż istniejące wydanie papierowe. Chętnym mogę udostępnić pdf.);
  5. Czy katolik może… Pić, palić i brać narkotyki? https://opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/droga_201418_pic_katolik_uzywki.html

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Honor dany i zadany

Gdy przygotowywałem się do złożenia Przyrzeczenia bardzo głęboko to przeżywałem. I dziś, ponad dekadę później, gdy jestem świadkiem wypowiadania słów: Na mój honor, z Łaską Bożą przyrzekam… nie potrafię przejść obojętnie wobec doniosłości tej chwili. Ta rota, prosta, ale tak istotna dla naszego życia harcerskiego, rezonuje ze mną na wielu poziomach. Od dumy, przez rachunek sumienia z wywiązywania się ze słów przysięgi, po wolę kierowania się ideałami, które przyjąłem za swoje. W niniejszym tekście zajmę się pojęciem, które stanowi filar Przyrzeczenia i jest treścią pierwszego punktu prawa harcerskiego.  

Czym jest honor? Myślę, że to kolejna idea, co do której mamy pewną wspólną pulę skojarzeń. Hasło Bóg, honor, ojczyzna; pojęcia takie jak zdolność honorowakodeks honorowy albo uczynienie komuś dyshonoru. Intuicyjnie wiążemy honor z czcią, dumą, szacunkiem, trzymaniem się zasad. Wreszcie, opisową definicję znajdujemy w samym obrzędzie Przyrzeczenia: Czy wiesz, że twój honor to należeć do Chrystusa, być wiernym swojej Ojczyźnie, rodzicom, przełożonym, przyjaciołom, a także być wiernym danemu słowu? Spróbujmy jednak zagłębić się w sedno tego pojęcia i zobaczyć, jak zmieniało się jego rozumienie poprzez dzieje.  

Podobnie jak w przypadku pojęcia cnoty, najstarsze wzmianki o honorze, w szeroko rozumianej cywilizacji europejskiej, znajdziemy u Homera: 

«Hektorze! Kiedyś łatwo do ucieczki skory, 

Jak sobie śmiesz rycerskie przywłaszczać honory?… 

Jaka będzie dla niższych rycerzy obrona, 

Gdyś pozwolił wziąć Grekom ciało Sarpedona, 

Z którym cię i przymierze, i przyjaźń wiązały?  

Iliada, Homer

Społeczeństwo, w którym żył legendarny pieśniarz utożsamiało pojęcie honoru z czcią i szacunkiem, jakie wiążą się z pozycją we wspólnocie i dążeniem do stawania się jak najlepszym (gr. aristos – optymalny, najlepszy, stąd termin arystokracja). Ocena, czy ktoś honor swój zatracił albo uzyskał zależała całkowicie od społeczności w której żył. Próbę przedefiniowania tego pojęcia podjął Arystoteles. Twierdził on, że bogaci i dobrze urodzeni co prawda zasługują na szacunek, ale o wiele większą czcią powinno się otaczać ludzi prawdziwie dobrych, czyli kierujących się w życiu cnotami. Miała to być dla nich swoista nagroda. 

Podobne konotacje znajdziemy u Rzymian epoki republiki. Tam mianem honores określano urzędy publiczne sprawowane przez obywateli. Nie należała się za nie zapłata pieniężna jak rzemieślnikom czy kupcom, ale cześć i szacunek wspólnoty. Tak postrzegany honor miał kształtować życie społeczne oparte na roztropnej trosce o dobro wspólne w kontrze do partykularnych dążeń poszczególnych obywateli. 

To rozumienie pojęcia honoru zostało pogłębione i skonkretyzowane przez chrześcijaństwo. Stało się to głównie dzięki tekstom najsłynniejszego komentatora myśli Arystotelesa – Świętego Tomasza z Akwinu. Po pierwsze, honor to należna nam cześć. Znajduje swoją podstawę w samym fakcie posiadania godności Dziecka Bożego. Dobra sława czy dobre imię są zewnętrznym przejawem tej godności i zarazem nadal są nagrodą za kierowanie się cnotą w życiu społecznym. Po drugie, już przy przyjściu na świat otrzymujemy dar życia, za który żadna ilość szacunku i czci nie będzie wystarczającą zapłatą. Tym bardziej powinniśmy kochać Boga – naszego Stworzyciela oraz powinniśmy szanować naszych rodziców z samego faktu, że przyczynili się do naszego zaistnienia. Nie oznacza to oczywiście, że nasi rodzice są wolni od popełniania błędów. Wciąż istnieje wiele krzywd, które mogą nam wyrządzić, ale nawet w najbardziej trudnej i poranionej sytuacji nie wolno nam, jako chrześcijanom, o tej czci zapomnieć. Wreszcie, jako że honor jest związany z samą naszą istotą nie możemy go stracić, ale możemy go naruszyć przez nasze błędy i niedopatrzenia, które ściągają nas ze ścieżki cnót. Honor jest, więc nie tylko prawem, ale przede wszystkim obowiązkiem do czynienia dobra w świecie, który nas otacza. Jest nam dany i zadany.   

Obóz Wilczkowy 2017, fot. Robert Magnowski

W kulturze europejskiej chrześcijański ideał honoru zawierał w sobie warunki, które należało spełnić, by móc dążyć do dobrej sławy oraz etos poszczególnych warstw  społecznych, zmieniający się zależnie od epoki i kraju . Takie połączenie przynosiło zarówno dobre, jak i złe owoce. Z jednej strony pojęcie takie jak noblesse oblige wyraża dążenia do kierowania się cnotą niezależnie od naszych słabości czy trudności z jakimi się mierzymy. Tak też nasze polskie polegać jak na Zawiszy odnosi się do całkowitego zaufania i wiary w drugą osobę. Z drugiej strony stała wielokrotnie potępiana przez Kościół praktyka pojedynków, czyli zrytualizowanych walk, które niejednokrotnie kończyły się śmiercią. Przyczyną starć było np. złamanie tabu kulturowego i naruszenie dobrego imienia. To, w obliczu V przykazania, Kościół postrzegał jako sprawy błahe.  

W wyniku przemian społecznych i kulturowych, które następowały od wieku XIX a nasiliły się po II Wojnie Światowej, owo obyczajowe postrzeganie honoru prawie całkowicie zanikło w przestrzeni publicznej. Wydaje się, że dążenia naszego Stowarzyszenia do podtrzymania znaczenia honoru, który opiera się na fundamencie chrześcijańskim a nie wyłącznie na ludzkich zwyczajach czy tradycjach jest dobre i właściwe. 

Rekwizyt z gry “Wojna na Północy”, przedstawiający sztandar Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Eurojam 2014, fot. Jan Żochowski

Na koniec spróbujmy zaprzęgnąć to pogłębione znaczenie pojęcia honoru do krótkiej refleksji intelektualnej. Co oznacza hasło Bóghonorojczyzna? Jeżeli spojrzymy na nie wyjątkowo szeroko, urasta do definicji naszej chrześcijańskiej cywilizacji i jest świadectwem duchowych korzeni naszego narodu. Bóg – to nasz ostateczny cel jako źródło szczęścia wiecznego a zarazem dawca życia. Honor i jego fundament – pełnia cnót, pozwala nam w życiu ziemskim w pełni realizować się jako człowiek a zarazem dążyć do Boga. Wreszcie ojczyzna jest kolebką naszego ziemskiego życia, a zarazem jest światem, ku któremu kierujemy naszą miłość. Od mórz, gór, pól i lasów, przez nasze rodziny, przyjaciół, przełożonych i podwładnych po idee jak nasza tradycja, historia i kultura. Odrzucenie któregokolwiek z tych trzech dóbr nie pozwoli nam prowadzić pełni życia.  

Ignacy Wiński


Urodzony w roku 1998, przyrzeczenie w ostatnich dniach 2010 roku. Przez ostatnie parę lat Akela 5 Gromady Lubleskiej, prywatnie student. Zanteresowania: filozofia i historia idei, kultura i popkultura, modelarstwo.

Ceremoniał jako narzędzie

Poniższy artykuł, autorstwa naszego redaktora Ignacego Piszczka, ukazał się na łamach pisma „Azymut”, będącego czasopismem online tworzonym dla instruktorów Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Za zgodą autora, publikujemy go również na łamach „Przestrzeni”. Link do artykułu na stronie „Azymutu” znajduje się na końcu tekstu.

O Przyrzeczeniu, obrzędach i ogólnie pojmowanym ceremoniale powiedziano i napisano wiele. Jednak wydaje mi się, że większość z tych refleksji skupia się bardziej na treściach, wartościach, wzorcach osobowych i tradycjach, które staramy się przekazać, niż na samym ceremoniale. Stąd chciałbym spojrzeć na “goły” ceremoniał jako na narzędzie i zastanowić się nad mechanizmem jego działania, w oderwaniu od tego do jakiego celu go zastosujemy.

O czym mowa?

Mówiąc ceremoniał, myślę o jego dwóch składowych:
– ceremoniał dnia codziennego (codzienne apele, umundurowanie, symbolika – pozdrowienie harcerskie itp)
– “obrzędy przejścia” otwierające kolejne etapy harcerskiego życia: przyjęcie do gromady, obietnica wilczka, przejście do drużyny, przysięga wierności zastępowemu, Przyrzeczenie, mianowanie zastępowego, przejście do kręgu, Eligo Viam, zobowiązanie HO, mianowanie szefa i Wymarsz Wędrownika.

Skupię się przede wszystkim na części ceremoniału dotyczącej harcerzy (12-17 lat) – zdaje się, że dla nich został on stworzony, stąd najpełniej oddaje pierwotną ideę. A poza tym z ceremoniałem harcerzy miałem najwięcej styczności w praktyce.

Założenie podstawowe

Zanim się wgryziemy głębiej, warto określić jaka jest podstawowa zasada działania ceremoniału. Jest nią materializacja, czyli uczynienie widzialnymi i dotykalnymi, aktów woli, które są dla chłopca dość abstrakcyjne oraz treści (i wartości) które byłoby trudno (tj. nudno) lub nieskutecznie przekazać wprost. I to tyle  Widzę dwa główne wątki, w których wykorzystuje się tężę materializację: (1) ułatwienie zrozumienia i zapamiętania, (2) ułatwienie przyjęcia za własne. Ten drugi wydaje mi się ciekawszy, stąd go zostawiam na koniec dla zachęty.

Ceremoniałografia (czyli wątek pierwszy)

Ceremoniał pozwala zobrazować nasz ideał. Harcerze uczestniczący w obrzędzie, czy noszący mundur wiele elementów naszego ideału wyczuwają podskórnie dzięki skojarzeniom. Dzięki temu taka forma jest bardziej przyswajalna niż wykład. Dla przykładu – zamiast wykładu dogmatycznego o współpracy z łaską serwujemy harcerzowi dwa wspomnienia: z jednej strony szyszki wbijające się w kolana w czasie błogosławieństwa przed Przyrzeczeniem, z drugiej strony słowa, w których zobowiązuje się podjąć konkretne kroki (w tym codzienny dobry uczynek), by zrealizować Przyrzeczenie – Przyrzeczenie rozpoczynające się od słów “Na mój honor, z łaską Bożą…”. W podobny sposób – przez obrazy i atmosferę obrzędu – możemy przekazywać wiele innych treści lub pokazywać nasze podejście do chłopaka – kwestię honoru, braterstwo i solidarność, konieczność czynów idących za słowami, szacunek dla jego odrębności, poczucie sacrum itd. Stąd bardzo ważne jest zastanowić się jak wygląda dany obrzęd i jakie skojarzenia ten wygląd ze sobą niesie.

Co więcej obrazy na dłużej zapadają w pamięć. Efekt ten jest potęgowany przez rytmiczność ceremoniału – kolejne obrzędy powtarzają i pogłębiają treści z Przyrzeczenia. Dzięki temu harcerz może je wciąż sobie przypominać, głębiej rozumieć (aż do Wymarszu Wędrownika, który odsłania wszystkie karty) i wciąż na nowo, coraz dojrzalej podejmować zobowiązanie. Ponadto, ceremoniał zostawia pamiątki w postaci kolejnych elementów munduru – nawęzu, krzyża, odznak…

Wymarsz wędrownika, fot. Bartek Wyrobek

Celem tych zabiegów mnemotechnicznych, jest to, aby uzdolnić wychowanka do “zaadaptowania się i do trzymania steru swego życia jaki by nie był zmieniający się kontekst społeczno-psychologiczny go otaczający” (przyp. 2.2). Chcemy pozwolić harcerzowi chodzić o własnych nogach. Aby to umożliwić zostawiamy mu pewne punkty odniesienia – wyznaczniki moralne, dzięki którym będzie mógł budować światopogląd oraz rozeznawać, co jest prawdziwe. Skojarzenia z zapamiętanymi obrazami mogą go w krytycznym momencie ostrzec przed oszustwem – to co słyszy może mu “nie pasować” z tym co zapamiętał m. in. z ceremonii.

Rozwój osobisty jest dla chłopców czymś bardzo ulotnym. Stosunkowo łatwo im powiedzieć, że czegoś nie umieją, lub że “nie ogarniają życia”. Ciężej natomiast podjąć jakieś działania w kierunku zmiany. Tu z pomocą przychodzą “obrzędy przejścia”. Służą one skonkretyzowaniu rozwoju. Wyznaczają one kolejne etapy pracy nad sobą, z których każdy określa konkretne wymagania, wyrażone w obrzędzie. Jak wiadomo chłopcy mają problem z podejmowaniem decyzji – nie tylko z powodu braku doświadczenia, ale również z przyczyn czysto fizjologicznych. Kolejne obrzędy taktujące rozwój są na ten problem odpowiedzią. Przede wszystkim dają konkretny moment decyzji, której nadają formę namacalną – zapobiega to odkładaniu decyzji na później, czy mówieniu “dobra, to ten jeden raz se odpuszczę, ale od jutra to już się staram”. Wypowiedzenie zobowiązania na głos zapobiega rozmyciu treści decyzji. W ten sposób wychowujemy do mentalności “konkretnych kroków ciągle naprzód”.

Wychowanie w działaniu (czyli wątek drugi)

Mówi się, że skauting, jest metodą wychowania czynnego – tj, że całość wychowania następuje przez akcję podjętą przez wychowanka, przez sytuacje wychowawcze, w które wychowanek dobrowolnie wchodzi. No i tu rodzi się pytanie, w jaki sposób stanie na apelu pasuje do tej szczytnej idei?

Otóż nasze metody (np. system sprawności) w dużej mierze polegają na wyznaczaniu chłopcu atrakcyjnego celu, takiego by w czasie dążenia do niego nabywał pożądane umiejętności. Podobnie ceremoniał wyznacza kolejny cel do osiągnięcia – ideał prawdziwego harcerza pokazany w Przyrzeczeniu. Co ważne, ceremoniał (podobnie jak wymagania na sprawność) konkretyzuje ten cel – rozmyte “będę grzeczny” lub “będę dobrym harcerzem” zastępuje trzema punktami Przyrzeczenia. Istotne jest to w jaki sposób ceremoniał prezentuje ten cel – a robi to w ten sposób, aby stał się on atrakcyjny dla chłopaka, żeby miał ochotę dobrowolnie się zaangażować. Dla tej atrakcyjności kluczowym wydaje mi się fakt, że ceremoniał oddziałuje z dwoma “receptorami” w duszy chłopca: pragnieniem uczestnictwa w rzeczach wielkich (które jest przyczyną chociażby zamiłowania do gier fabularnych) oraz pragnieniem bycia traktowanym poważnie. W jaki sposób?

– uczestnictwo w rzeczach wielkich

Przyjrzyjmy się typowemu gimnazjum (np. mojemu – pozdrawiam serdecznie) starającemu się wpłynąć na zachowanie swoich uczniów. Nauczyciel wygłasza pogadanki, sili się na wymyślanie coraz to nowszych kar, stara się jak może – a chłopcy i tak nie postępują zgodnie z jego zaleceniami. Ze wszystkich sił starają się nie być grzeczni. Przecież być grzecznym, to największy wstyd. Być grzecznym, to znaczy nie mieć siły oprzeć się belfrowi, być mięczakiem, dać sobie narzucić ograniczenie. Nikt nie chce być grzecznym. W jaki sposób staramy się z tym uporać?

Otóż ceremoniał (ani żaden rozważny wychowawca) nie wymaga od chłopców bycia grzecznym. Natomiast prezentuje im ideał harcerza. Ideał, który jest bardzo ciężki do osiągnięcia, na który nie każdy może sobie pozwolić. Zatem zachęca nastolatka do osiągnięcia czegoś ambitnego, a nie do podporządkowania się nakazowi. Co więcej uwiarygadnia ten ideał – harcerze widzą drużynowego, który nosi ten sam mundur – czyli stara się wypełnić to samo Przyrzeczenie, czy choćby stara się wypełniać ten sam codzienny dobry uczynek. Słyszą czasem opowieści o dorosłych facetach, mówiących tę samą rotę Przyrzeczenia, gdy składają swój Wymarsz. Zauważają, że dobry harcerz (np. sumienny i pracujący systematycznie) nie jest wymoczkiem, lecz roztrzaskuje inne zastępy w czasie gry. Co więcej – np. na apelu dowiadują się, że te cechy są im potrzebne w dorosłym życiu, więc gra idzie o to, by być prawdziwym facetem. Ceremoniał pozwala na wspólnotową manifestację tego ideału – dodatkowo go uwiarygadniając. A robi to w sposób odpowiadający wiekowi uczestników – wielkie słowa, męstwo, honor i ważne wydarzenia (jak np. zobowiązanie “z łaską Bożą na zawsze”) oraz piękno ceremonii poruszają wciąż dosyć “baśniową” duszę chłopca.

Szefowie na apelu, fot. Jakub Panek

Czyli streszczając ten akapit – ceremoniał tak zachęca chłopców do zmiany postępowania, by nie naruszyć ich odrębności, by nie czuli się stłamszeni, lecz by mogli się wykazać. Chłopiec, któremu udaje się wypełnić prawo, zostać ćwikiem lub zrobić dobry uczynek czuje, że coś osiągnął – i jest to prawda, nie ma w tym nic z manipulacji.

 być traktowanym poważnie

Zdarza się słyszeć z ust chłopaków zdania w stylu “nie traktuj mnie jak dziecka”. Albo opiekunowie, czując pismo nosem, próbują podejść dzieciaka mówiąc “porozmawiajmy jak dorośli ludzie”. Większość chłopaków myśli i mówi, że chce być traktowana jak dorośli, a tak w sumie po prostu chce być traktowana jak osoba – czyli ktoś, kto jest zdolny do decyzji i wyróżnia się w tłumie (jest ciekawy sam w sobie). Dobrze, by ceremoniał dał im to odczuć.

Ceremoniał powinien stawiać chłopca w centrum – to znaczy powinien czynić go twórcą ceremonii, a nie jedynie odbiorcą. Chłopcy powinni mieć wpływ na kształt ceremoniału oraz być aktywnymi jego uczestnikami. Co więcej powinni podejmować akcję indywidualnie, czyli jako pojedynczy harcerz lub jako zastęp, a nie jako szereg czy tłum. W tym duchu powstał zwyczaj okrzyków zastępu – haseł wykorzystywanych przez zastęp do meldowania przybycia zastępu na apel lub wyrażenia dumy po wygranej, pochwale, przyznaniu nagrody zastępowi, czy “awansie” członka zastępu (również poza apelami). Dajemy upust entuzjazmowi i inicjatywie harcerzy, pozwalamy im się wyróżnić (zamanifestować swoją niepowtarzalną tożsamość), a co więcej dajemy im wpływ na wygląd apelu. Podobnie mianowanie zastępowego nie ogranicza się do odczytania rozkazu i wręczenia oznaczeń. Nowy zastępowy występuje na środek, odpowiada na pytania drużynowego, składa zobowiązanie, otrzymuje oznaczenia i symbolicznie dołącza do linii zastępowych odmawiając z nimi modlitwę zastępowego. Podejmuje akcję, znajduje się w centrum uwagi, a cały obrzęd jest uzależniony od jego dobrowolnej decyzji, a nie tylko decyzji szefa. Podobnie obrzęd przejścia do kręgu wędrowników nie rozpoczyna się od komendy wystąp lub czegoś podobnego – chłopak w ustalonym momencie sam robi krok naprzód mówiąc drużynowemu “Wodzu, nadszedł czas bym wyruszył w drogę!”. To wszystko, aby pokazać im, że nie sprowadzamy ich do roli pionka w szeregu. Dzięki temu jest szansa, że się zaangażują w ceremoniał uznając go za swoją własność. Za objaw tego zjawiska uważam zmianę, która nastąpiła ostatnio w mojej drużynie – jeszcze dwa lata zdarzało mi się przywoływać harcerzy do porządku w czasie ceremonii. Obecnie chłopaki sami “wczuwają” się w ceremonię, tak że nie jest to potrzebne. Raz zdarzyło się, że jeden harcerz zachował się niestosownie – po apelu upomnieli go inni harcerze. Upomnienie nie dotyczyło zasad w stylu “na baczność się nie gada”, lecz szacunku do Przyrzeczenia i świadectwa dawanego innym – i o to chodzi.

Temu celowi (przyjęciu ceremoniału i jego treści za swoje) moim prywatnym zdaniem mogą sprzeciwić się dwa wypaczenia: usztucznienie ceremoniału oraz wprowadzenie do niego przejawów despotyzmu. Pierwsze polega na wprowadzeniu do niego elementów obcych temperamentowi chłopców, przez co ceremonia staje się jakąś pozoracją lub rekonstrukcją. Stwarza to ryzyko, że również słowa wypowiadane podczas ceremonii zostaną uznane za element przedstawienia. Mam nadzieję, że nie zostanę zmieciony przez krytykę, gdy napiszę, że w moim odczuciu czymś takim są niektóre elementy rysu wojskowego apeli, np. milczący marsz na plac i meldowanie na apelu drużyny. Osobiście wolę wersję “chłopięcą”, czyli w formie rywalizacji i żartu – “partyzant” (zastępy zamaskowane w lesie), gwizdek, wyścig zastępów na plac, okrzyki zastępów, uśmiech lub pochwała drużynowego, jeżeli któryś zastęp wykazał się ciekawym okrzykiem. Po czym hymn, modlitwa, chwila powagi. Obrzęd w formie słów i gestów mających zrozumiałe znaczenie i cel. Drugie zagrożenie, czyli despotyzm, zdarzało mi się obserwować na nagraniach apeli znalezionych w internecie, w czasie których drużynowy bez potrzeby tresował harcerzy komendami baczność, spocznij, zwrot lub w skrajnych przypadkach wręcz epatował swoją władzą i przewagą upokarzając harcerzy. Przynajmniej we mnie ten widok wywoływał poczucie czegoś narzuconego i skojarzenie ze “szkolnym uciskiem” (już kończę cisnąć po szkole…), a co za tym idzie bunt. Dlaczego uważam to za sprzeczne z podstawowym celem ceremoniału piszę poniżej.

W tym miejscu mógłbym dodać, że te ceremonialne zabiegi pozwalają zobrazować zasady personalizmu chrześcijańskiego (przyp. 2.3), ale to chyba zbyt odległa dygresja. 😉

Lubimy długie słowa: internalizacja

Padło wiele górnolotnych słów i idei, jednak nadal nie bardzo wiadomo po co nam to – czyli co przez to chcemy osiągnąć. Kluczem do odpowiedzi jest wiek harcerzy, którzy nieco po przejściu do drużyny przechodzą bardzo ważny okres swojego życia – okres nastoletniego buntu. Właśnie odkrywają, że nie są przystawką do rodziców, lecz samodzielnymi jednostkami – i na każdym kroku starają się to podkreślić. Panicznie bronią się przed wszelkim nakazem ograniczającym ich odrębność. Po raz pierwszy kwestionują autorytety. Zresztą nie ma co gadać – każdy drużynowy to wie. I tu pojawiamy się my, którzy chcielibyśmy przedrzeć się przez ich wielostopniowy system obronny, by przygotować do dorosłego życia. Stąd musimy nasze wskazówki uwiarygodnić przed ich przeczulonym systemem alarmowym, tak by ich nie potraktowali, jako kolejnego ograniczenia ich swobody. A wszystko to po to, by uwewnętrznili harcerskie i chrześcijańskie przekonania. To znaczy, by w ich intelekcie i woli nastąpiło takie przemeblowanie, aby uznali, że oni chcą tak postępować i dobrowolnie zaangażowali się w dążenie ku temu. Aby prawo harcerskie było ich wewnętrznym kodeksem, a nie dyscypliną narzuconą z zewnątrz, aby go nie odrzucili, gdy zabraknie narzędzi nacisku (“Pani nie patrzy”). Także, aby na podstawie tego byli w stanie zbudować swój światopogląd oraz w niespotkanych w harcerstwie sytuacjach rozeznać, co czynić. Myślę, że taka perspektywa tłumaczy dlaczego tak ważne jest, aby przedstawić ideał harcerski jako ambitny cel; aby uniknąć pozorów despotyzmu i nakazu; aby pokazać ceremoniał (więc również jego treść) jako coś naturalnego i na serio; aby podkreślić dobrowolność i inicjatywę harcerzy; aby ceremoniał był czymś co harcerze robią, a nie na co patrzą. Ponadto, częściowo tłumaczy również rezerwę, z jaką Skauci Europy odnoszą się do wprowadzenia musztry do ceremonii.

Apel podczas ceremonii zakończenia Eurojamu 2014, fot. Jan Żochowski

Na końcu – ktoś mógłby mnie oskarżyć, że jestem przesadnym optymistą i przypisuje ceremoniałowi ponadnaturalne właściwości. I tak i nie. Przede wszystkim, rzeczywiście ceremoniał nie jest w stanie tego osiągnąć samodzielnie. Nawet perfekcyjnie prowadzony, nie potwierdzony przez działanie drużyny i postępowanie szefa nic nie wskóra. Potrzeba również, aby całość działalności drużyny odpowiadała pragnieniom harcerzy – uznają ceremoniał za swój, tylko jeżeli uznają za swoją resztę harcerstwa. W końcu – powyższe korzyści opisują raczej potencjał niż pewny skutek. Całe szczęście ceremoniał nie jest narzędziem deterministycznym, gdyż wtedy musielibyśmy uznać go za metodę manipulacji lub prania mózgu i co prędzej odrzucić. Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z osobami dysponującymi wolną wolą, a nie układami eksperymentalnymi. Tłumaczymy, pomagamy wybrać i towarzyszymy, by pomóc wytrwać przy zobowiązaniu, ale nie możemy zastąpić ich decyzji. Mimo to uważam, że warto zrozumieć mechanizm ceremoniału (którego w pełni pewnie nie udało mi się opisać), by móc go dobrze stosować i jeszcze skuteczniej pomóc naszym podopiecznym.

przypisy:

1 “Ceremoniał Przewodniczek i Skautów Europy”, Wyd. SHK “Zawisza” FSE, 2012
2 “Karta Skautingu Europejskiego”: 2.1 Art. 9, 2.2 Art. 12, 2.3 Art. 1
Polecam też artykuł Pierre Geroud-Keroud (dawny komisarz federalny FSE, twórca pierwowzoru naszego ceremoniału) zamieszczony m. in. na końcu “Ceremoniału (…)”

Link do artykułu na stronie “Azymutu”

Ignacy Piszczek


Skaut Europy, czyli zawiszak. Zaczynał jako kucharz zastępu, następnie zastępowy Sokoła w 1. Drużynie Ząbkowskiej. Od 2016 r drużynowy tejże. Od 2017 r dodatkowo asystent Namiestnika Harcerzy. Prywatnie międzywydziałowy student biotechnologii i dziedzin pokrewnych, brat trzech ZHR-owców i trojga zawiszaków (niektórzy „w stanie spoczynku”).

Kilka historii o patriotyzmie

O byciu semper parati

Michał bezmyślnie przewijał kolejne posty na Facebooku. Miał jeszcze chwilę przed wyjściem z domu na spotkanie z Anką.  Ale marnowanie czasu – pomyślał. W ostatniej chwili zobaczył jednak nowy wpis na stronie swojego osiedla. Przeczytał. Zaginęła kilkuletnia dziewczynka, sąsiedzi skrzykiwali się, żeby pomóc w poszukiwaniach. Zapadł już zmierzch, było zimno. Michał w jednej chwili sięgnął po telefon. Ciekawe czy system alarmowy ich starego zastępu jeszcze zadziała. Kto jak kto, ale oni znają tę okolicę jak nikt inny, nie mówiąc już o lesie za wiaduktem kolejowym. Spędzali tam właściwie każdą sobotę przez te kilka lat. Później drogi im się trochę rozeszły, ale czuł, że nadal mogą na siebie liczyć. I nie zawiódł się. 10 minut później grupa młodych mężczyzn z potrzebnym sprzętem, w ciepłych ubraniach spotkała się pod wiaduktem. Dobrze Was wszystkich widzieć. Odpowiedziało mu kilka głosów: Semper parati, czuwaj.

O starym i nowym rowerze

Zbierała na niego dobry rok. Jej stary 10-letni rower wiele już przeszedł i powoli jego czas się kończył. Prawdę mówiąc, za każdym razem, gdy na niego wsiadała, bała się, że jej staruszek się rozleci. Przed urodzinami tata oznajmił, że pozostałą kwotę do wymarzonego roweru dostanie od rodziców w ramach prezentu. Miała już oczywiście wybrany model. Firma znana, zagraniczna. Podekscytowana ruszyła na umówione spotkanie z szefową ogniska. Usiadły w parku – Asiu dobrze widzieć Cię taką szczęśliwą. Tylko tak myślę sobie jeszcze… Wiesz, ja też niedawno szukałam roweru dla chrześnicy na komunię i trochę czytałam o cenach, o jakości w różnych firmach i polskich, i zagranicznych. Wydaje mi się, że zdarza nam się iść na łatwiznę, na skróty i kupujemy to co jest modne, co popularne, znane. A nasze polskie firmy często nie ustępują tym zagranicznym. Ja staram się, kiedy mogę i uważam, że nie będzie to z jakąś stratą dla mnie, wybierać polskie produkty – to taki mój wkład w narodową gospodarkę – i puściła do niej oko. Rozmowa potoczyła się dalej – od rowerów, przez ubrania i kosmetyki po żywność. Joasia postanowiła jeszcze poszukać, poczytać. Może znajdzie dla siebie coś odpowiedniego, a przy okazji pozwoli zarobić jakiejś polskiej firmie. To byłby jej wkład w gospodarkę narodową.

O samochodach i kawie, której nie będzie

A niech to! Miały już ruszać na wędrówkowy szlak, a tu zepsuł się samochód i zamiast być już w górach szukały mechanika. Żadna z nich nie znała się na naprawach, a z księdzem duszpasterzem miały spotkać się dopiero jutro. Dobrze, że warsztat był niedaleko. Umówiły się, więc z panem mechanikiem, że odbiorą samochód za tydzień, gdy będą wracać ze swojej letniej wyprawy. Poszły na dworzec, złapały pociąg. Musiały zmodyfikować plany – miały 4 godziny opóźnienia i trasa zaplanowana na dzisiaj nie wchodziła w grę. Po tygodniu dobrego wędrówkowego czasu wróciły po odbiór samochodu, który nota bene pożyczyły na wędrówkę od znajomej HR-ki. Ustaliły wcześniej, że złożą się po równo na naprawę. Trochę drżały czy koszt nie przekroczy ich możliwości. Wyszło 500. To kwota brutto, ale jeśli paniom zależy to możemy zrobić bez faktury.  Większość z nich było studentkami, nie miały dużo pieniędzy, a na nieprzewidziane wydatki w zasadzie w ogóle. Było ich 5 – różnica na jedną między kwotą brutto i netto, wynosiła więc ok. 20 zł – kino albo dwie kawy na mieście. Popatrzyły po sobie. Mundur zobowiązywał, przyrzeczenie zobowiązywało. Poprosimy z VAT-em. Jakoś dadzą sobie radę.

O jedzeniu i przyjaźni

Janek kończył szykować bigos, na półmisku czekały też pierogi babci zabrane z domu w większej ilości. Za chwilę mieli pojawić się goście. Zorganizował kolacje, na którą on oraz pochodzący z Turcji Ahmed, Francuska Sophi i Japończyk Noriaki mieli przygotować swoje narodowe potrawy. Cała czwórka poznała się na studiach i bardzo polubiła, korzystali więc z tego semestru, który mieli razem spędzić w Krakowie jak tylko mogli. Prawdę mówiąc Janek dwoił się i troił, aby pokazać im jak najwięcej i jak najpiękniejszą Polskę. Organizował spotkania, wycieczki, proponował wyjścia do teatru, muzeów. Był dumny ze swojego kraju, opowiadał o jego historii, kulturze, zwyczajach. Jego przyjaciele także opowiadali o swoich ojczyznach. Okazało się, że w każdym kraju mieszkańcy narzekają na politykę i polityków (choć robią to mniej lub bardziej otwarcie), że każdy naród ma jakieś swoje przywary i że każdy kraj jest naprawdę ciekawy i piękny. Kolacja się skończyła, wkrótce skończył się też semestr i Janek pożegnał swoich przyjaciół na lotnisku. Miał nadzieję, że wkrótce uda im się spotkać ponownie, a przynajmniej tak się umówili – w najbliższe wakacje mają odwiedzić Sophi w Paryżu.

fot Monika Wójcik

Rozważania o patriotyzmie i świecie

Zastanawiam się nad definicją patriotyzmu – miłość do ojczyzny, miłość do swojego narodu, miłość do ziemi, kultury, historii. Świadomość błędów i wad, przywar jest konieczna, żeby ta miłość była dojrzała – to tak jak w miłości między ludźmi – kochamy pomimo wad i kochamy może też właśnie wady. Patriotyzm zakłada też w sobie szacunek dla innych, ciekawość świata za granicami kraju. W patriotyzmie nie ma wrogości do innych narodów, nie ma w nim miejsca na wywyższanie się i megalomanię (to są cechy szowinizmu). Polska jest dla nas wyjątkowa, bo jest nasza, bo tu wyrośliśmy i w nią wrośliśmy. Patriotyzm to gotowość do poświęceń.

Czy w dzisiejszym świecie patriotyzm jest trudny? Myślę, że i tak, i nie. Nie oddajemy już swojego życia na barykadach za swój honor i wolność przyszłych pokoleń, ale jakże ciężko nam czasami zdobyć się na te codzienne poświęcenia, małe ofiarności. Jak powiedział Kardynał Stefan Wyszyński:

Jednakże trudniej jest niekiedy żyć dla ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata.

No właśnie – ofiarność. Problem z dzisiejszym patriotyzmem może polegać właśnie na tym, że ta cnota stała się niemodna. Świat stał się miejscem, gdzie ja, moja wygoda, przyjemność są najważniejsze, a co za tym idzie z zasady nie poświęcamy się dla idei czy innych ludzi. To niewygodne – zabiera nam czas i jest zazwyczaj nieprzyjemne (co nie znaczy, że nie daje radości). W skautingu próbujemy zmienić ten sposób myślenia. Próbujemy pokazać, że to właśnie bycie dla innych może sprawić, że będziemy szczęśliwi, że Nasze życie będzie pełne. Służba w jednostkach nie jest zazwyczaj usłana różami, wymaga od poświęcenia czasu, sił, energii. Służba zaczyna się tam, gdzie kończy się przyjemność. To zdanie usłyszałam dawno temu i pomaga mi do dziś (a dziś służę innymi głównie jako żona i mama) bardziej kochać moją rodzinę i moje obowiązki.

Wyrazem patriotyzmu teraz mogą być bardzo różne działania:

  • Twoja służba w skautingu, jeśli wkładasz w nią serce, jest patriotyzmem. To praca w kształtowanie kolejnych pokoleń Polaków na dobrych ludzi. 
  • Troska o środowisko, naturę, którą staramy się rozwijać w skautingu, jest patriotyzmem. Chcemy, żeby świat stworzony przez naszego Boga był miejscem pięknym i czystym.
  • Służenie swoimi skautowymi umiejętnościami i doświadczeniem czy znajomością terenu dla dobra innych – np. tak jak w pierwszej historii – jest patriotyzmem.
  • Dbanie o dobrostan finansowy państwa, m.in. poprzez płacenie należnych podatków, wiązanie swojej przyszłości zawodowej z Polską, jest patriotyzmem. To też wyraz uczciwości i odpowiedzialności za społeczeństwo.
  • Wspieranie polskich firm poprzez wybieranie produktów wytwarzanych w Polsce jest patriotyzmem, (to tzw. patriotyzm gospodarczy).
  • Działanie w fundacjach i organizacjach pomagających innym jest patriotyzmem. Patriotyzmem jest też zrobienie zakupów starszej sąsiadce czy przyniesienie książek z biblioteki choremu sąsiadowi, bez formy zorganizowanej, z dobroci serca.
  • Noszenie maseczek i dezynfekcja rąk w dzisiejszych czasach to także wyraz patriotyzmu. To odpowiedzialność za innych, starszych, słabszych i wyraz szacunku dla pracy służby zdrowia. Nie mówiąc już o zdrowym wyrazie miłości własnej i miłości do swojej rodziny.
  • Patriotyzm to też dbałość o kulturę, język o zasady dobrego wychowania, aby żyło nam się jak najlepiej i jak najprzyjemniej w naszym kraju. Jeśli wyjeżdżamy za granicę ten punkt jest ważny podwójnie – jesteśmy przedstawicielami narodu i musimy troszczyć się o jego dobre imię.
  • …  (Twoje własne przykłady i pomysły)

Ciężko mi oddzielić bycie patriotą od bycia po prostu dobrym człowiekiem. Mam nadzieję, że to właśnie jest podstawa, którą pomaga nam rozwinąć harcerstwo – zaszczepia miłość do ojczyzny, daje wiedzę i umiejętności, odwagę do niesienia pomocy w potrzebie i niezgadzania się na zło, uczciwość wobec innych obywateli i aparatu państwowego, odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za nasze otoczenie i ludzi wokół.

Patriotyzm to umiłowanie własnej Ojczyzny, na którą składa się i rodzinna ziemia, i wytworzona na tej ziemi przez naród kultura, i cała jego tradycja, i pacierz przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, i melodia języka ojczystego, i ukochany nad wszystkie inne krajobraz, i rodzinny dom, i pamięć o ojczystych dziejach, i chwytająca ze serce matczyna kołysanka, i groby przodków, i cudowna poezja polskich romantyków, i prastara pieśń „Bogurodzica”, i polonez A – dur Szopena, i „Pożegnanie Ojczyzny” Ogińskiego, i niezliczona ilość innych zaszczepionych na zawsze w duszy Polaka wspomnień, przeżyć, uczuć, przekonań i głębokich umiłowań. Abp Stanisław Wielgus

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.