Szefie, najpierw zrozum!

Masz objąć służbę w jednostce. Trzeba się jednak do tego jakoś przygotować. W większości wypadków (a przynajmniej tak powinno być) jedziesz więc na jeden z obozów szkoleniowych: Dżunglę, Adalbertusa, Jadwigę, Inigo lub W drodze. Tam słuchasz konferencji, uczysz się, czym jest Skała Narady czy Apel Ewangeliczny. Czasem nawet dostajesz gotowe materiały np. scenariusze gier. Wracasz więc naładowany teorią i odrobiną praktyki. Zaczynasz rok harcerski i z zapałem wprowadzasz to wszystko w życie. I co? I nie do końca działa. Ale jak to?

Hmmm, najlepiej opiszę to na pewnym przykładzie. Wyobraźmy sobie świeżo upieczonego szefa kręgu. Już na początku swojej służby staje on przed zadaniem przygotowania wędrowników do pierwszego obrzędu na Młodej Drodze. Chcąc być dobrym szefem, sumiennie zaplanował sobie na wrzesień, październik i listopad konferencje o Eligo Viam i związanych z tym wyborach. Zaprosił księdza, zaprosił doświadczonego HR-a, a w grudniu czekał na listy od wędrowników. Efekt jednak  był mierny. Kilku chłopaków złożyło listy, ale pozostali utknęli w miejscu. Mijają kolejne miesiące. W kręgu przybyło nieco odznak EV, bo w końcu szefowi kręgu udało się „wcisnąć” swoim wędrownikom jakichś HR-ów i było co zapisać na papierze. Jednak został jeszcze jeden wędrownik bez Opiekuna Drogi. Chciałby dalej się formować, być w kręgu, ale jakoś nie może znaleźć odpowiadającego mu Starszego Brata, mimo iż z pozostałymi wyborami EV nie miał problemów. „Szkoda, ale chyba trzeba będzie się z nim pożegnać” myśli sobie szef kręgu. „Ewentualnie jakoś go przepchnąć bez Eligo Viam”. No i właśnie tu widać, na czym polega problem tego szefa…

Opisywany przeze mnie szef kręgu nie zrozumiał, o co chodzi w obrzędzie Eligo Viam. Nie spróbował wyszukać jego istoty. Kiedy weźmiemy ceremoniał do ręki i przestudiujemy odpowiedni fragment, dowiemy się, że w gruncie rzeczy w tym obrzędzie chodzi o dwie sprawy. Pierwsza to pragnienie życia duchem wędrowniczym. Druga to chęć rozwoju i formacji osobistej prowadzącej m.in. do podjęcia służby Harcerza Orlego. Cztery wybory to tylko pewna rama. Ważna i potrzebna. Ale w podejściu indywidualnym powinniśmy umieć dostosowywać te środki. Dlatego wędrownika z przykładu należałoby dopuścić do Eligo Viam i pozwolić mu się dalej rozwijać, gdyż chce tego, co jak napisałem jest istotą obrzędu. Starszego Brata możemy mu na jakiś czas „odpuścić”, mając nadzieję, że znajdzie takiego, z którym wytworzy dobrą relację i spotka się więcej niż dwa razy (pierwszy i ostatni).

Niestety, nie zawsze na obozach szkoleniowych, szczególnie tych pierwszego stopnia, przyszli szefowie wnikliwie poznają istotę tego, co przyjdzie im robić. „Technikaliów” jest sporo, czas goni, więc kto by jeszcze spamiętał „dlaczego to wszystko tak wygląda?”. A to przecież najważniejsze pytanie! Dlatego zachęcam, żeby nie zatrzymywać się w rozwoju i nie poprzestawać na pierwszym stopniu kursu. Polecam jeździć na kolejne stopnie obozów szkoleniowych, na spotkania śródroczne namiestnictw i na kursy skautmistrzowskie (np. Iziqu i Kudu). Kiedy zrozumiesz metodę, to, co jest jej istotą, będziesz lepszym szefem dla swoich podopiecznych. Być może dzięki temu uratujesz dla skautingu (i nie tylko) jakiegoś chłopaka lub dziewczynę, którzy pozornie nie wpisywali się w „ramy”. Może nie będziesz ciągnąć wyuczonego schematu Skały Narady, który w Twojej gromadzie dawno przestał działać, a twórczo go odświeżysz uzyskując pożądany efekt. Ważne, żeby wiedzieć i rozumieć, po co podejmuje się konkretne działania. Nie robić tego bezmyślnie lub „bo zawsze tak było”.

Dlatego zachęcam wszystkich: zostańcie entuzjastami metody!

Fot. na okładce: Krzysztof Noworyta

Piotr Wąsik


Wilczek, harcerz, wędrownik. Następnie akela i szef kręgu. A to wszystko w Radomiu. Działa w Namiestnictwie Wędrowników. Niepoprawny fan polskiej Ekstraklasy.

Prowadź, to znaczy inspiruj!

O roli szefa i powierzaniu odpowiedzialności. 

Na jednej ze zbiórek naborowych wyciągnąłem krzesiwo i pytam: “czy ktoś chce rozpalić ognisko?” Zgłaszają się niemal wszyscy chłopcy. Przekazuje krzesiwo w ich ręce i zaczynają rozpalać. Znaczy… starają się, ale zadanie okazuje się zadziwiająco trudne. Po kilku minutach nieudanych prób, gdy wszyscy chętni spróbowali już swoich sił, pytają mnie: “Panie Antku, czy mógłby nam Pan pomóc?” Pokazuję im jak przygotować materiał na rozpałkę, biorę krzesiwo i po kilku sekundach mamy ogień. A “Pan Antek” zyskuje w oczach chłopców.  

Wszyscy wiemy, że istotą metody jest samowychowanie młodych, a o powierzaniu odpowiedzialności słyszeliśmy już wiele. Ale czy robimy to w dobry sposób? Poniższy artykuł traktuje o rzeczach fundamentalnych, o roli szefa, wynikającej z istoty skautingu. Połączyłem w nim teorię z praktycznymi pomysłami, by dostarczyć Ci gotowych wskazówek do poprawy pracy z jednostką.  

Kim szef nie jest?   

Skautmistrz nie może być ani profesorem, ani oficerem, ani katechetą, ani specjalistą, fachowcem”  

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

To może w takim razie szef to menadżer albo przywódca?   

Nie. Rolą przywódcy jest takie prowadzenie zespołu, by ten dążył wytrwale do wyznaczonego celu, by kończył zadania z sukcesem. Na pierwszym miejscu stawiane jest tu powodzenie projektu, a ludzie, choć ważni, są raczej elementem, a nie podmiotem zainteresowania. Nie uważam, żeby takie podejście było złe w firmie. W końcu jej celem jest dostarczanie wartości dla klientów, a nie rozrywka dla pracowników. Ale skauting to nie przedsiębiorstwo i jego dążeniem nie jest sprawnie działająca grupa, ani 100% wykonanie planu pracy. Dla nas to, czy scenka na ognisku była udana czy też nie, jest mało ważne. To sytuacja wychowawcza, której celem jest rozwój wodzireja, który ją przygotował. I takie podejście jest też zdrowe dla szefa, bo przestaje przejmować się rzeczami, które choć są najbardziej widoczne, to jednak mniej ważne. Szef powinien wspierać w rozwoju, stwarzać przestrzeń do samowychowania się młodego człowieka. “Dziewczyna i chłopak muszą wziąć sprawy tej wielkiej łodzi, jaką jest ich życie, we własne ręce” (B-P) I do tego prowadzi formacja skautowa, której zwieńczeniem jest wymarsz/fiat – wzięcie całkowitej odpowiedzialności za swój rozwój. 

Kim więc powinien być szef?  

“Skautmistrz musi być starszym bratem dla swoich chłopców, to znaczy ma patrzeć na świat z ich punktu widzenia, musi prowadzić, przewodniczyć i budzić entuzjazm dla właściwych rzeczy. Jak prawdziwy starszy brat musi zachowywać tradycje rodzinne i pilnować by były one przestrzegane, pożądana jest tu pewna stanowczość. Oto i wszystko.” 

~ Robert Baden-Powell “Wskazówki dla skautmistrzów”  

Proste? Na pierwszy rzut oka tak. Ale zagłębiając się w ten temat mocniej, możemy napotkać pewne trudności. Choćby dlatego, że taki obraz starszego brata rzadko kiedy ma odzwierciedlenie w obecnej rzeczywistości. Nie każdy z nas ma starszego brata, ale z pewnością, każdy ma pewne intuicje co do jego roli. To określenie posiada liczne konotacje, więc aby uniknąć nieporozumień, chciałbym na potrzeby tego tekstu, na nowo zdefiniować pojęcie opisujące rolę i zadania szefa. 

Szef jako Inspirator, czyli osoba mająca pozytywny wpływ na Inspirowanych (nie wychowanków czy podwładnych, bo te pojęcia nieadekwatnie definiują relację między chłopakiem/dziewczyną, a szefem).   

Aby mieć wpływ Inspirator potrzebuje dwóch rzeczy:  

autorytetu i relacji.  

Jak kształtować swój autorytet?  

Wiadomo, że wiele zachowań inspirowani wchłaniają przez nasz przykład. Warto więc byśmy prezentowali sobą dobry poziom. Nie chodzi o to, by być chodzącym ideałem, ale przykładem dążenia do niego, inspiracją do pracy na sobą. Skauting daje nam ku temu narzędzia: spotkania z opiekunem drogi, stałym spowiednikiem, kursy szkoleniowe itd.  

Inspirowanym imponuje też umiejętność stworzenia przygody i brania w niej udziału. Pociąga ich energia i harc bijące od inspiratora. Ale także jego wytrwałość w dążeniu do celu. Niezłomność, wypływająca z przekonania o słuszności misji oraz zgodności z zasadami, którymi żyje.  

Wywoływanie filmu – Legwan Mogielnica 03.2021, fot. Antoni Biel

Negatywny wpływ na autorytet inspiratora ma, bez wątpienia, brak osobistego zorganizowania. Dlatego tak ważna jest sumienność i punktualność. Jednak inspirator to też człowiek, czasem powinie mu się noga. Ważne jest wtedy, by umiał przyznać się do błędu.   

Nie zapominajmy, że autorytet żyje prawem harcerskim. Szczególnie widoczny w jego życiu jest 8 punkt. Inspirator nie może być sztywny. Gdy trzeba zachować powagę to jest poważny, ale w pozostałym czasie, zawsze radosny. Ma do siebie dystans i lubi żartować.  

Warto zastanowić się, których z powyższych cech nam brakuje, co potrzeba jeszcze doszlifować. Ale tak jak już wspominałem, chodzi o rozwijanie się w dobrym kierunku, a małe potknięcia wcale nie przeszkadzają w byciu autorytetem. One też niosą przekaz. Pokazują inspirowanym, że można popełniać błędy. Ważne, by mimo tych niepowodzeń ciągle iść naprzód.  

Wpływ inspiratora będzie tym większy, jeśli autorytet podeprzemy relacją. 

Jak więc rozwijać relacje z inspirowanymi?  

Przede wszystkim szukać okazji do spotkań, być dostępnym na zbiórkach czy wyjazdach. Śmiać się razem z nimi. Pytać o zainteresowania, pasje, szkołę, pomysły na gry. Okazywać zaufanie, przez powierzanie odpowiedzialnych zadań, pomagać w ich wykonaniu i chwalić dobrze wykonaną robotę. Nagradzać inicjatywę. Szczerze mówić o swoich odczuciach. Jasno i konsekwentnie komunikować oczekiwania. Rozmawiać o zachowaniach, które nie są właściwe.  

Zainteresowanie i poważne traktowanie, nie tylko dostarczają nam wiedzy o problemach i potrzebach inspirowanego, lecz także budują jego wiarę w siebie. Uwaga poświęcona przez kogoś starszego, skutkuje wzrostem jego poczucia własnej wartości i sprawia, że czuje się on potrzebny. To z kolei daje przestrzeń motorowi odpowiedzialność.  

Powierzanie odpowiedzialności jest głównym narzędziem wpływu inspiratora. Cała zagwozdka polega jednak na tym, że trzeba pogodzić w nim, dwie pozornie sprzeczne idee: dawanie pełnej odpowiedzialności i obdarzanie odpowiedzialnością na miarę inspirowanego. Odpowiedzią na ten problem jest podejście obszarowe, zilustrowane na schemacie.  

Na działania grupy, można spojrzeć jak na puzzle. Pojedyncze elementy tworzą statek, morze, brzeg, roślinność, niebo, które razem dają kompletny krajobraz. Jeden puzzel oznacza pojedyncze, proste zadanie. Grupa elementów tworząca żagiel to projekt, składający się z kilku zadań, a cały statek jest odrębnym obszarem działalności grupy. I tak dajemy całkowitą odpowiedzialność inspirowanemu najpierw w jednym puzzelku – np. przynieś siekierę na zbiórkę, naucz zastęp nowego węzła. Potem dajemy mu do ułożenia żagiel – np. zrób grę terenową, skoordynuj budowę tratwy. Następnie obejmuje on ster kierowania całym statkiem – np. pionierką zastępu. Do niego należy określenie kierunku rejsu i rozdzielenie mniejszych zadań innym.  

Do poziomu umiejętności i chęci działania trzeba dopasować sposób traktowania.  

Przychodzący do zastępu świeżak lub starszy członek w nowym dla siebie obszarze, jest pełen energii. Chce działać. Wszystko jest dla niego nowe i fascynujące. Nie wie jeszcze, że pewnych rzeczy nie potrafi zrobić, dlatego mocno wierzy w siebie. Sygnalizuje on pierwsze własne pomysły, które warto wykorzystywać, chociaż na początek bardziej oczekuje wzięcia udziału w przygodzie, niż samodzielnego jej tworzenia. Warto dawać mu proste zadania i gdy sobie z nimi nie radzi, pokazywać jak je wykonać: przynieś na zbiórkę łopatę i sznurek; zbierz drewno, „ale patrz to co zebrałeś jest żywe – nie będzie się palić, a poza tym jako harcerze szanujemy przyrodę – poszukaj martwego i suchego drewna – to te które łatwo się łamie”. 

Kiedy weźmie udział w kilku grach i trochę się podszkoli, można poprosić go o zrobienie własnej gry dla zastępu. Będzie to dla niego pierwsze trudniejsze zadanie, warto więc, by nie skończyło się totalnym niepowodzeniem. Dobrze byłoby usiąść z nim i pomóc w jej zaplanowaniu, potem w rozłożeniu punktów przed zbiórką. Następnym razem wystarczy jedynie szczere zainteresowanie: ‘’jaki masz pomysł na tą grę’’, ‘’jak chcesz nagrodzić zwycięzców?’’ A po wykonaniu dokładna informacja zwrotna z pochwałą. To szczególnie ważne, by inspirowany nie stracił wiary w siebie, by pokazywać mu, że potrafi, przez dostosowywanie poziomu trudności zadań do jego możliwości. W przeciwnym wypadku, gry nie zrobi – powie, że zapomniał, ale tak naprawdę, to nie umiał, albo nie wiedział, że potrafi. 

Gdy już podstawy mamy opanowane, a inspirowanego zaczynają nudzić proste zabawy, trzeba po raz kolejny zwiększyć obszar jego odpowiedzialności. Przekazać funkcję, czyli powierzyć pieczę nad rozwojem zastępu w danej technice. Funkcyjny z prawdziwego zdarzenia sam powinien wykazywać inicjatywę. Powinien wiedzieć czego chce chłopaków nauczyć, jaki ambitny harc zaproponować. Po pewnym czasie, zdobędzie wiedzę z danego obszaru większą od zastępowego. W takim przypadku nieuzasadnione byłoby jakiekolwiek kontrolowanie tego jak idzie mu wymyślanie gry czy wyczynu dla zastępu. Taki ekspert powinien mieć wolna rękę w obszarze swojego działania. A kiedy funkcja przestanie go rozwijać i zacznie nudzić, to warto zastanowić się nad jej zmianą na inną np. na funkcje zastępowego, a wtedy cykl oddziaływania zatoczy koło.   

Powyższy opis dotyczy zielonej gałęzi, bo w niej najłatwiej to zilustrować. Schemat ten jest jednak bardzo uniwersalny i można go stosować na różnych poziomach.  

Apel rozpoczynający rok formacyjny 2020/2021 środowiska radomskiego, fot. Zuzia Pytlewska

Generalną zasadą jest, by w zadaniach o pewnym stopniu skomplikowania i nowych dla inspirowanego oddziaływać poprzez instruowanie – jasno określić cel działania i w razie potrzeby pokazać sposób jego realizacji. Oraz pamiętać o dostarczaniu świeżakowi częstej informacji zwrotnej.  

Adeptowi, który powoli traci wiarę we własne możliwości, a brak zdolności do wykonania zadania samodzielnie, frustruje, potrzeba wzmocnienia pozytywnego i wyznaczania zadań na jego miarę. Wspierania, polegającego na zainteresowaniu postępami oraz pomaganiu w odnajdywaniu sposobów wykonania projektu. Ważne jest tu chwalenie i motywowanie do działania.  

Kiedy kompetencje adepta wzrosną, zadania zaczną go nudzić, to znaczy, że powoli staje się ekspertem. To znak, że trzeba powierzyć mu obszar, w którym to on będzie rządził i swobodnie decydował. Nie można jednak przestać się nim całkowicie interesować. Konsultacja na początku i podziw wyrażony po dobrze wykonanej pracy powinien wystarczyć.  

Powierzanie odpowiedzialności wszystkim w jednakowy sposób, może mieć fatalne skutki. Nie można traktować świeżaka jak eksperta, gdyż doprowadzi to do pozostawienia go samemu sobie. Z kolei nadopiekuńczość wobec eksperta, wywoła u niego frustrację. Będzie czuł, że mu nie ufamy, że nie jest traktowany poważnie. Ważne jest więc, by nauczyć się prawidłowo rozpoznawać na jakim etapie jest nasz inspirowany i dopasować wsparcie do jego potrzeb i możliwości.  

Fot. na okładce: Antoni Biel

Antoni Biel


Perfekcjonista, który lubi szukać dziury w całym. W przerwach od nauki gotuje i piecze. Aktualnie drużynowy 9 Drużyny Radomskiej.

Kształtowanie kobiecości – myśli Edyty Stein (św. Teresy Benedykty od Krzyża)

Edyta Stein przyszła na świat jako najmłodsze dziecko w żydowskiej rodzinie. Urodziła się 12.10.1891r. we Wrocławiu, w Dzień Pojednania. Po ukończeniu szkoły, liceum i czterech semestrów studiów, podczas których zajmowała się głównie psychologią, Edyta wyjechała do Getyngi, gdzie studiowała fenomenologię u Edmunda Husserla. Była wykładowcą z propedeutyki filozofii, historii i niemieckiego w jednym z wrocławskich gimnazjów. Następnie została asystentką Husserla i doktoryzowała się u niego z filozofii. Była wybitnie uzdolniona, co zauważali jej nauczyciele.

W 1922 r. przyjęła chrzest w Kościele katolickim. Na jej nawrócenie miały wpływ m.in. pełna wewnętrznego pokoju, wynikająca z wiary, postawa żony zmarłego prof. Reinacha i lektura autobiografii św. Teresy z Avila. Edyta Stein przez wiele lat była wykładowcą w liceum i seminarium nauczycielskim, a następnie w Instytucie Pedagogiki Naukowej. W latach 1929-32 zajmowała się kwestiami dotyczącymi kobiet – wygłaszała odczyty na zaproszenie żeńskich organizacji katolickiej inteligencji. Jej starania o habilitacje i praca dydaktyczna zostały przekreślone z powodu wejścia w życie ustawy NSDAP dotyczącej eliminacji ze stanowisk państwowych osób pochodzenia niearyjskiego.

W 1933r. wstąpiła do Karmelu w Kolonii, gdzie przyjęła imię zakonne Teresy Benedykty od Krzyża. W 1938r. z powodu narastającego antysemityzmu musiała uciekać do Holandii, gdzie ją zaaresztowano. Zginęła w Oświęcimiu w 1942r. 11.10.1998r. została kanonizowana przez św. Jana Pawła II, który podczas uroczystości z tej okazji powiedział:

„Miłość do Chrystusa była ogniem, który zapalił życie siostry Teresy Benedykty od Krzyża na długo przedtem, zanim uświadomiła sobie, że została całkowicie nim ogarnięta. Na początku jej ideałem była wolność. Przez długi czas Edyta Stein przeżywała doświadczenie poszukiwania. Jej umysł nie ustawał w kontynuowaniu badań, a jej serce żywiło nadzieję. Przeszła trudną drogę filozofii i u jej kresu została nagrodzona: odnalazła prawdę, a raczej została zdobyta przez prawdę. Odkryła bowiem w końcu nowe imię prawdy, którym był Jezus Chrystus. Od tej chwili Słowo Wcielone stało się dla niej wszystkim. Patrząc jako karmelitanka na ten okres swojego życia, pisała do jednej z benedyktynek: „Kto szuka prawdy, świadomie lub nieświadomie szuka Boga”.

W tym tekście postaram się jak najwierniej – poprzez zestawienie cytatów – odtworzyć główne wątki poruszane przez Edytę Stein w trakcie jej wykładów dotyczących kobiet. Myślę, że pomimo upływu lat, spostrzeżenia przez nią poczynione są wciąż aktualne. Przyjrzyjmy się zatem bliżej następującym kwestiom: jakie cechy są charakterystyczne dla kobiet, dlaczego mogą one stać się wartością oraz jakim mogą ulec wypaczeniom, a także w jaki sposób kobiecość może być kształtowana poprzez formację.

Edyta Stein (św. Teresa Benedykta od Krzyża)

Jakie cechy są charakterystyczne dla kobiet, dlaczego mogą one stać się one wartością oraz jakim mogą ulec wypaczeniom?

Na początku Edyta Stein nakreśla rysy kobiecej natury:

„Postawa kobiety jest osobowa – i ma to wieloraki sens. Po pierwsze, w to, co robi, chętnie angażuje całą swoją osobę. Interesuje ją następnie żyjąca, konkretna osoba, zarówno w odniesieniu do jej własnego życia osobistego, jaki i do innych osób oraz ich spraw osobistych. (…)

U kobiety jest naturalne dążenie do całości i pełni – znowu w podwójnym kierunku: sama chciałaby być człowiekiem integralnym, rozwinąć się w pełni i wszechstronnie; chciałaby też dopomóc do tego innym i tam, gdzie ma do czynienia z człowiekiem, chciałaby zająć się całym człowiekiem.”

Te charakterystyczne dla kobiet cechy same w sobie nie przestawiają jeszcze żadnej wartości – zyskują ją dopiero wtedy, gdy zostaną odpowiednio ukształtowane. Edyta Stein tłumaczy sens postawy osobowej i ukierunkowania na całość. Osoba jest ważniejsza od rzeczy materialnych, a przedmioty są przeznaczone dla użytku ludzi. „(…) za wszystkim, co na świecie przedstawia jakąś wartość, jest osoba Stwórcy, który wszelkie wyobrażalne wartości zawiera w sobie i przewyższa jako ich prawzór.” Najwyższym ze stworzeń jest człowiek będący osobą. Natomiast tendencja do całościowego postrzegania pomaga kobiecie uwzględniać równocześnie wiele wymiarów, których np. może dotyczyć problem, z jakim boryka się dany człowiek. Ponadto chroni ją przed koncentracją na doskonaleniu określonych zdolności przy zaniedbaniu innych i czyni ją uważną na to, czy rozwój innych przebiega w sposób harmonijny.

Następnie Edyta Stein pokazuje, jak zniekształcone mogą zostać naturalne predyspozycje kobiety:

„ (…) skłonność do nadawania znaczenia własnej osobie; angażowanie do tego siebie samej i innych; szukanie miłości i podziwu, niezdolność przyjmowania krytyki, odczuwane jako atak na własną osobę. To pragnienie znaczenia i nieograniczonego uznania rozszerza się na wszystko, co należy do osoby. Własny mąż musi być uznawany za najlepszego, własne dzieci muszą być najpiękniejsze, najmądrzejsze i najbardziej uzdolnione. To właśnie jest ta ślepa miłość kobieca, która mąci rzeczową ocenę (…). Do tego nadmiernego podkreślania ważności własnej osoby dołącza się nadmierne zainteresowanie innymi. Niestosowne ingerowanie w ich życie osobiste, próby podporządkowania sobie innych. Obydwie te rzeczy – nadmierne akcentowanie własnej i cudzej osobowości – łączą się ze sobą w kobiecym poświęceniu się i w dążeniu do oddania się całkowicie drugiemu człowiekowi w taki sposób, że nie służy to własnemu człowieczeństwu kobiety ani człowieczeństwu drugiego, a jednocześnie kobieta taka traci zdolność wykonywania innych zadań.

Z tym zakłamanym dążeniem do podkreślenia własnego znaczenia wiąże się także wypaczone pragnienie całości i dopełnienia: pragnienie orientowania się we wszystkim, a stąd pokosztowania wszystkiego i nie zagłębiania się w niczym. (…) Kto jakąś rzecz gruntownie opanuje, ten jest bliżej pełnego człowieczeństwa niż ten, kto nigdy nie ma pod nogami twardego gruntu.”

O tym, jak ustrzec się tego typu nieprawidłowości, będzie jeszcze mowa później. Tymczasem wróćmy do poruszanej wcześniej sprawy: Kim jest ów człowiek integralny, o którym wspominała Edyta Stein? To osoba, w której obraz Boga zachowuje najwyższą możliwą czystość, „wolą kieruje rozum, a władze niższe są pod kontrolą poznania i woli”. Każdy ma w sobie pragnienie by się nim stać. U kobiet to dążenie może być bardziej widoczne ze względu na jego związek z przeznaczeniem do bycia towarzyszką i matką.

„Być towarzyszką-czyli ostoją i wsparciem; żeby zaś tym być, trzeba samemu mocno się trzymać a to jest możliwe tylko wtedy gdy wewnątrz wszystko jest należycie uporządkowane i zrównoważone. Być matką – czyli piastować autentyczne człowieczeństwo i strzec go, i dopomagać w jego rozwoju. Znowu – żeby temu sprostać, trzeba je najpierw mieć samemu i dobrze wiedzieć, co to znaczy; w przeciwnym razie nie można być przewodnikiem na tej drodze.”

Edyta Stein zwraca uwagę na to, że „(…) tajemniczy proces rozwoju nowego stworzenia w matczynym organizmie jest tak głęboką jednością rzeczywistości cielesnej i duchowej, że nietrudno zrozumieć, że jedność ta charakteryzuje całą naturę kobiecą.” W związku z tym istota każdej kobiety jest przeniknięta przez macierzyństwo tzn. niezależnie od tego czy jest lub będzie żoną i mamą, może odnaleźć i rozwinąć w sobie predyspozycje do wspierania rozwoju człowieczeństwa w innych ludziach.

„Duchowe predyspozycje związane z jej przeznaczeniem na małżonkę i matkę nie zamykają się w ścisłych granicach małżeńskich relacji i fizycznego macierzyństwa, lecz mogą w swym oddziaływaniu służyć każdemu, kogo kobieta spotka w swym życiu. W ten sposób także kobieta pozbawiona możności małżeństwa i macierzyństwa, albo dobrowolnie z nich rezygnująca, może realizować swe przeznaczenie w sposób bardziej uduchowiony. Wszędzie, gdzie człowiekowi samotnemu, a w szczególności znajdującemu się w materialnej lub duchowej potrzebie, dopomaga, otaczając go współczującą i rozumiejącą miłością i radami, tam jest towarzyszką życia, sprawiającą, że »człowiek nie jest sam«.”

Aby kobieta potrafiła wyjść naprzeciw drugiemu człowiekowi i odpowiedzieć na jego potrzeby, jej dusza powinna przybrać określony kształt, scharakteryzowany przez Edytę Stein w taki sposób:

(…) dusza kobiety musi być szeroka i otwarta na wszystko, co ludzkie; musi być cicha, żeby gwałtowne wichury nie gasiły słabych płomyków; musi być ciepła, żeby nie uschły delikatne kiełki; musi być jasna, żeby w zakamarkach i fałdach nie zagnieżdżały się szkodniki; zamknięta w sobie, żeby czynniki zewnętrzne nie zagrażały życiu wewnętrznemu; uwolniona od samej siebie, żeby znajdowało w niej miejsce życie kogoś drugiego; a wreszcie ma być panią samej siebie i swego ciała, ażeby cała jej osoba była gotowa usłużyć na każde wezwanie.” 

Zadaniem kobiety jest poszukiwanie ukrytego wewnątrz innych skarbu i ciężaru. Jej wewnętrzna przestrzeń musi się poszerzać, by mogła pomieścić w sobie to, co odkryje. „Dusze kobiet są tak często i tak bardzo w stanie poruszenia, a ruch już sam z siebie często tworzy zakłócenia ciszy; kobiety mają nadto wielką ochotę to uzewnętrzniać i o tym opowiadać.” Jednak „(…) kiedy pełne szmerów ja całkowicie zniknie, wtedy pojawi się wolna przestrzeń i cisza – wtedy coś innego będzie w mogło w niej znaleźć dla siebie miejsce i stanie się dosłyszalne.”„Dusza kobiety jawi się naprzód jako mroczna i ciemna nieprzenikniona dla siebie samej i dla innych. Promienną czyni ją dopiero Boskie światło.”

W tym momencie można się zacząć zastanawiać, co zrobić, by wypracować w sobie wyżej wymienione wyżej cechy. Jednak, jak pisze Edyta Stein: „Myślę, że w grę wchodzi tutaj nie tyle różnorodność przymiotów, zajęcie się każdym z nich osobno i przyswojenie ich sobie, co raczej prosty, całościowy stan duszy, ujmowany z różnych stron w tych przymiotach. Stanu tego nie możemy stworzyć własnymi siłami, konieczna jest tu pomocą łaski.”

Formacja: praca i środki nadprzyrodzone-łaska

Wiemy już na czym polega potencjał kobiety. Jednak jej naturalne predyspozycje mogą się rozwinąć tylko wtedy, gdy zostaną poddane odpowiedniej formacji. Jako jedno z narzędzi służących kształtowaniu charakteru Edyta Stein wymienia pracę.

„Jak można teraz ten surowy materiał specyficznych cech kobiecych, z wszystkimi jego wadami i słabościami (…) przekuć w oczyszczoną i wartościową kobiecość? Pomocny jest tutaj zwłaszcza pewien środek naturalny: solidna, rzeczowa praca. Każda taka praca, niezależnie od jej rodzaju – gospodyni domu, rzemiosło, nauka itd.- wymaga stosowania się do praw danej rzeczy, pozostawienia na boku własnej osoby, myślenia o sobie, jak również wszelkich humorów i nastrojów. Kto tego się nauczył, ten stał się „rzeczowy”, stracił coś z „nadmiaru osobowości” i osiągnął pewną wolność od siebie samego, a jednocześnie przeniósł się w jakimś punkcie z powierzchowności do głębi i ma coś, na czym może się oprzeć. Już ze względu na tę wielką zdobycz osobistą – abstrahując całkowicie od wszelkiego przymusu ekonomicznego – każda dziewczyna powinna posiąść solidne wykształcenie zawodowe i po tej nauce mieć jakieś zadanie, które będzie w całości wypełniać. (…) Ponieważ rzeczowa praca, którą uważam za lekarstwo na wady specyficznych cech kobiecych, jest tym, do czego jest na ogół z natury skłonny mężczyzna, można by też powiedzieć: odtrutkę na „nadmiar kobiecości” stanowi pewien dodatek męskiej natury. Znaczy to jednak zarazem, że na tym stopniu nie możemy pozostać. W ten sposób osiągnęlibyśmy tylko jakieś upodobnienie do typu męskiego, co rzeczywiście zdarzało się w początkach ruchu kobiet, i nie byłby to wielki sukces ani dla nas samych, ani dla innych. Musimy pójść dalej i od postawy rzeczowej przejść do prawdziwej osobowej (…). Tutaj potrzebne jest jednak poznanie autentycznego człowieczeństwa, czyli idealnego obrazu, a także poznanie jego założeń, jak też odchyleń od niego – w nas samych i w innych – swoboda spojrzenia, uniezależnienie się od nas samych i od innych oraz potrzebna do podjęcia pewnych koniecznych, praktycznych ruchów siła, której absolutnie nie można nabyć samymi ludzkimi środkami. Żadna wiedza książkowa nie może naszym ślepym oczom dać tej ostrości spojrzenia, żaden wysiłek woli nie może dać energii potrzebnej do wycinania dzikich pędów nas samych i w drogich na ludziach. Konieczna jest pomoc środków nadprzyrodzonych.”

Warto podejmować pracę nad sobą, jednak nasze wysiłki mają ograniczoną skuteczność. Osiągnięcie dojrzałości jest możliwe tylko dzięki łasce. Ona bowiem może przemieniać naszą naturę od wewnątrz, podczas gdy my sami próbujemy nadać sobie kształt od zewnątrz.                                

„Człowiek dojrzały, który budzi się do życia w duchowej wolności, zostaje oddany w swe własne ręce. Jako mający wolną wolą, może sam pracować nad swoim kształtem, może dobrowolnie uruchamiać swe władze duchowe i w ten sposób troszczyć się o ich kształtowanie: na kształtujące go wpływy może się otwierać albo się na nie zamknąć. Tak jak siły kształtujące go od zewnątrz, podobnie on sam jest związany danym mu materiałem i pierwszą działającą w nim siłą nadającą kształt; nikt nie może uczynić siebie samego czymś, czym nie jest ze swej natury. Istnieje tylko jedna siła kształtująca, która w przeciwieństwie do dotychczas wymienionych nie jest zamknięta w granicach natury, lecz może jeszcze od wewnątrz przemieniać sam wewnętrzny kształt: jest to siła łaski.”

Oprócz otwierania się na przemieniającą moc łaski, która jest kluczowym elementem formacji, warto zadbać również o pewne inne sprawy, na które mamy wpływ. Tak jak ciało potrzebuje wartości odżywczych z pokarmu, który jest dostarczany z zewnątrz, tak też dusza potrzebuje stosownej „strawy” aby mogła wzrastać. 

„Możliwość wzrastania jest uwarunkowana przyjmowaniem czegoś. (…) tylko to, co dusza przyjmuje wewnętrznie, wchodzi w jej własny byt w ten sposób, że możemy mówić o wzroście i formacji; to, co przyjmują wyłącznie zmysły i rozum, pozostaje poza stanem jej posiadania.”

„W duszy kobiety znajduje się szczególnie silnie wrodzone pragnienie takich karmiących duszę wartości: jest ona otwarta na piękno, łatwo zachwyca się tym, co moralnie szlachetne, przede wszystkim jednak otwarta jest na najwyższe ziemskie wartości – na wartości niewymowne, osadzone w samym bycie duszy. Dlatego bez wątpienia słusznie jeszcze kilka lat temu w formacji dziewcząt w dużej mierze uwzględniano materiały „kształtujące uczucia”: literaturę, sztukę, historię.”     

Edyta Stein podkreśla znaczenie ćwiczenia rozumu dla formacji – także tej duchowej. 

„Jeśli dusza ma być należycie uformowana, a nie zdeformowana, musi mieć zdolność porównywania i rozróżniania, określania oceny i miary. Nie powinna – ulegając nieokreślonemu entuzjazmowi – kierować się marzycielstwem; powinna mieć subtelny zmysł odczuwania i wyostrzony, krytyczny osąd.

Składa się na to w pierwszym rzędzie dobrze wyćwiczony rozum. Mimo, iż zdolność abstrakcyjnego myślenia jest zazwyczaj niższa u kobiet i samo czysto rozumowe przyjęcie nie decyduje jeszcze w sposób istotny o formacji, to w królestwie ducha kluczowe znaczenie ma rozum; stanowi on oko, przez które przenika światło do mroków duszy.”                           

„Rozum (…) może i powinien być przymuszany do działania. (…) Kształtowanie rozumu nie powinno jednak dokonywać się kosztem kształtowania uczuć. Równałoby się to czynieniu środka celem.”

Kształtowaniu należy poddać także uczucia i wolę. Okazje ku temu stwarza praktyczne działanie. Edyta Stein wspomina również o tym, że obejmująca całość formacja powinna zawierać ćwiczenie ciała – ciało i dusza mają rozwijać się harmonijnie, a nie jedno kosztem drugiego (jednak ciało ma podlegać duszy).

„Należy przy tym pamiętać, że oprócz teoretycznego istnieje również rozum praktyczny. Wyćwiczenie tej władzy jest sprawą nadzwyczaj doniosłą dla dalszego życia, a polega ono nie na rozwiązywaniu problemów teoretycznych, lecz na posługiwaniu się nim przy pełnieniu konkretnych zadań. Odpowiada to także naturze kobiety, ponieważ jest ona nastawiona bardziej na konkret niż na abstrakcję. Zawiera się w tym jednocześnie ćwiczenie woli, od której ciągle się czegoś oczekuje: dokonywania wyboru, podejmowania decyzji, rezygnowania z czegoś, ofiar itd. Jest to też nieodzowne dla należytego kształtowania uczuć. Czy entuzjazm jest autentyczny, czy rzeczywiście sprawy wyższe przekładamy nad niższe itd., okazuje się dopiero wtedy, gdy przekonanie i wewnętrzne nastawienie trzeba przełożyć na działanie.”

„Człowiek jest w końcu z samej swej natury przeznaczony nie tylko do otrzymywania, ale także do działania, do kształtowania otaczającej go rzeczywistości zewnętrznej. Dlatego aktywizacja własnych zdolności praktycznych i twórczych stanowi istotną część procesu formacji. A od większości kobiet oczekuje się w życiu przydatności praktycznej. Kobiety praktyczne, energiczne, stanowcze i ofiarne potrafimy wychować tylko wtedy, gdy pozwolimy im działać już w wieku szkolnym.”

Zdaniem Edyty Stein „sednem wszelkiej formacji kobiet musi być formacja religijna.” Tłumaczy to w ten sposób:

„Moglibyśmy też powiedzieć, że religijna formacja równa się posiadaniu żywej wiary. Posiadanie żywej wiary oznacza poznanie Boga, kochanie Go i służenie Mu. Kto zna Boga (w tym sensie i w tej mierze, w jakiej poznanie Boga – dzięki światłu przyrodzonemu i nadprzyrodzonemu – jest możliwe), ten może Go tylko kochać, a kto Go kocha, temu nie pozostaje nic innego, jak Mu służyć. Tak więc żywa wiara jest sprawą rozumu i serca, działaniem woli i czynem. Kto potrafi ją w sobie obudzić, ten ćwiczy wszystkie swe władze. Obudzenie jej domaga się jednak zaangażowania wszystkich władz; nie wystarczy tu sama sucha nauka, rozmowa; nie wystarczy też samo uczucie budzące entuzjazm; konieczne jest uczenie się religii, które rodzi się pełni własnego życia religijnego i wprowadza w głębiny Bóstwa oraz potrafi ukazać Jego łaskawość; które roznieca miłość i domaga się potwierdzenia jej czynem, gdy samemu się ich dokonuje.”

Tak jak zostało wspomniane na początku tego tekstu, kobiety charakteryzuje nastawienie na osobę i dążenie do całości i pełni. Później była mowa o macierzyństwie, które wiąże się z oddaniem siebie samej. Gdy połączymy te wszystkie aspekty, zrozumiałe staje się dlaczego kobiety mają w sobie pragnienie, by w pełni oddać samą siebie drugiej osobie (lub Osobie).

(…) jest w niej [kobiecie] naturalne pragnienie całkowitego oddania się na własność. Gdy dobrze zrozumiała, że wziąć ją całkowicie na własność nie potrafi nikt inny poza Bogiem oraz że całkowite oddanie się na własność komuś innemu jest grzeszny rabunkiem wobec Boga, wtedy takie oddanie się nie będzie już dla niej ciężarem, wtedy uwolni się też od samej siebie. Wtedy też oczywiste stanie się dla niej zamknięcie się w swej twierdzy; przedtem była wystawiona na gwałtowne, ciągle przenikające do jej wnętrza ataki z zewnątrz i sama też wychodziła z siebie, żeby na zewnątrz szukać czegoś, co by mogło zaspokoić jej głód. W tej swojej twierdzy jest władczynią jako służebnica swego Pana i w ten sposób, gotowa jest usługiwać każdemu (…)”

Kobieta może osiągnąć wolność od samej siebie, gdy odda siebie Temu, który ją stworzył. Jej pragnienie bycia kochaną tylko dzięki Niemu może zostać w pełni zaspokojone. Kobieta znajdująca oparcie w Bogu zyskuje pewien stopień wewnętrznej niezależności od innych ludzi, a równocześnie staje się zdolna do tego, by ich prawdziwie kochać. Dzięki temu, że zaufała Bogu, nie musi się już niczego obawiać – jej życie jest kształtowane przez łaskę „Bo kto się odda Panu, ten nie ginie, gdyż Pan mocen jest ustrzec go, oczyścić, wysublimować i nadać właściwą miarę.”  Wzorem integralnego człowieczeństwa, które może stać się udziałem każdego, kto odda się Bogu, jest Jezus.

„(…) gdzie mamy konkretny obraz integralnego człowieczeństwa? Obraz Boga w ludzkiej postaci znalazł się wśród nas w Synu Człowieczym Jezusie Chrystusie. Gdy rozważymy ten Obraz, taki, jaki do nas mówi w prostym przekazie Ewangelii, wtedy otwiera on nasze oczy. Im lepiej poznajemy Zbawiciela, tym bardziej ulegamy tej wzniosłości i łagodności, tej królewskiej wolności, której obce są wszelkie inne więzy poza poddaniem się woli Ojca: wolności od wszystkich stworzeń, stanowiącej jednocześnie podstawę miłosiernej miłości do każdego stworzenia. A im głębiej przenika w nas ten Obraz Boga, im bardziej rozbudza naszą miłość, tym bardziej wrażliwi stajemy się na wszelkie odchylenia od niego w nas samych i w innych; otwierają się nasze oczy na rzeczywiste poznanie człowieka, wolne od wszelkiego upiększania. A kiedy już brak nam sił i coraz trudniej jest nam wnosić widok ludzkiej słabości nas samych i u drugiego, wtedy trzeba znowu tylko spojrzeć na Zbawiciela; On nie odwrócił się ze wstrętem od naszej nędzy, ale właśnie z powodu tej nędzy przyszedł do nas i wziął ją na siebie. (…). Gdy jesteśmy bezradni i nie wiemy, gdzie szukać pomocy, wtedy On sam nam dostarcza lekarstwa. Przez swe sakramenty oczyszcza nas i umacnia. A gdy zgodnie z jego wolą zwracamy się do niego z ufnością, wtedy Jego duch coraz głębiej nas przenika i przekształca. Przyłączając się do Niego, uczymy się obywania się bez ludzkiego wsparcia oraz zyskujemy wolność i moc, które musimy mieć, ażeby służyć wsparciem i podporą dla innych. On sam nas prowadzi i pokazuje nam, jak mamy prowadzić innych. W ten sposób przez Niego osiągamy integralne człowieczeństwo i jednocześnie odpowiednią osobową postawę. Kto na Niego patrzy i do Niego się zwraca, ten widzi Boga, prawzór wszelkiej osobowości i kwintesencję wszelkich wartości. Tutaj jest odpowiednie miejsce na oddanie się, do którego skłonna jest kobieca natura; tutaj znajdujemy też z drugiej strony absolutną miłość i oddanie, których na próżno szukamy u ludzi. Oddanie się Chrystusowi nie czyni nas ślepymi i głuchymi na to, czego potrzebują inni; przeciwnie – szukamy teraz obrazu Boga we wszystkich ludziach i chcemy im wszędzie dopomagać do życia wolności. Teraz możemy w związku z tym również powiedzieć: specyficzna wartość kobiety polega w istocie na szczególnej wrażliwości na działanie Boga w duszy, a pełnię osiąga wtedy, gdy z ufnością i bez oporu poddajemy się temu działaniu.”

Myśli Edyty Stein najlepiej podsumowują jej własne słowa:

„(…)specyficzne cechy kobiece wskazują na doniosłe zadanie: rozwijania autentycznego człowieczeństwa w sobie samej i w innych. W tych specyficznych cechach kobiecych obecne są jednak również niebezpieczne zarodki, które zagrażają rozwojowi jej specyficznych wartości i tym samym należytemu wypełnianiu tego zadania. Niebezpieczeństwom tym można zapobiec jedynie poprzez staranne ćwiczenie się w szkole pracy i dzięki wyzwalającej mocy łaski Bożej. Naszą misją jest bycie sprawnym narzędziem w rękach Boga i realizowanie Jego dzieła w miejscu, do którego nas zaprowadzi. Jeśli je wykonujemy, wtedy czynimy to, co najlepsze dla nas samych, dla naszego bliższego otoczenia i tym samym jednocześnie dla całego narodu.”

Źródła:

„Światłość w ciemności” Edyta Stein-s. Teresa Benedykta od Krzyża

„Kobieta. Pytania i refleksje” Edyta Stein-s. Teresa Benedykta od Krzyża  

„Zawód mężczyzny i kobiety według natury i łaski” w: Z własnej głębi. Wybór pism duchowych, 1978, t. II, str. 35, Edyta Stein 

Polecam przeczytać również:                                                                   

Mulieris dignitatem − list apostolski Jana Pawła II o godności i powołaniu kobiety

Przemówienie Kard. Stefana Wyszyńskiego prymasa Polski do dziewcząt polskich                                                                                                                     

Wrocławianka


Sympatyk Skautów Europy

Przestrzeń Wolności

Artykuł pierwotnie ukazał się w Azymut – Niezależne Pismo Instruktorów (2020 r.). Modyfikowany. 

“Skauting wychowuje do wolności. Poprzez „system zastępowy” (…) uczy poczucia odpowiedzialności i sprawowania władzy na miarę kompetencji wieku młodzieńczego.” 
Karta Skautingu Europejskiego, Art. 12 

W pierwszej części tekstu (link) między wierszami postulowałem konieczność patrzenia na skauting w duchu personalistycznym. To znaczy, że w centrum zainteresowania skautingu nie stoi prężna drużyna, społeczeństwo czy przyszłość Narodu, ale osoba – nastoletni chłopak. Osoba, która przede wszystkim posiada swoją godność oraz wynikającą z niej odrębność i specyfikę (niepowtarzalność) – których nie należy zacierać. Osoba, która jest warta walki o nią ze względu na nią samą, a nie użyteczność społeczną. I wreszcie osoba, która rozwija się i staje się szczęśliwą w relacji (co jest czymś więcej niż tylko życiem w zbiorowości ludzi) – a szczególnie biorąc odpowiedzialność za inne osoby. A aby mogła nawiązywać osobowe relacje i brać odpowiedzialność konieczne jest, aby miała zdolność samostanowienia i nieskrępowaną wolę.  

Starałem się pokazać to w jaki sposób możemy rozwój tej osobowej natury wynaturzyć lub przynajmniej pozostawić bez wsparcia. Teraz pojawia się pytanie w jaki sposób ten rozwój możemy wspierać. Jak dopasować działania drużyny do potrzeb trzydziestu kompletnie różnych chłopaków i nie zwariować? Jak skutecznie kształtować harcerzy, jednocześnie unikając pokusy przeciskania ich przez ten sam szablon? W jaki sposób mimo działania w grupie kształtować osoby samodzielne, które czynnie kreują swoje życie zamiast płynąć z prądem? 

W moim przekonaniu jedyną możliwą drogą jest pozostawienia im wolności. Nie da się wykształcić wspomnianych cech ściśle programując i kontrolując działania wychowanka. Za to, jeżeli pozostawimy chłopakom swobodę, to oni automatycznie dopasują działania do swoich pragnień. Damy im przestrzeń do rozwijania swoich talentów. Unikniemy umieszczenia chłopaka w degenerującym ciepłym inkubatorze anonimowej zbiorowości, w której nic nie trzeba, za nic się nie odpowiada i niczym nie trzeba się martwić (bo starczy się podporządkować poleceniom). Damy mu szansę, aby nauczył się chodzić na własnych nogach.  

Ktoś powie, że to szaleństwo. Zostawić chłopaków samym sobie? Kupią słodycze, wyciągną telefony i zmarnują młodość. Nie wystarczy powiedzieć “róbta co chceta”, aby chłopak dobrze wybrał. Nie wystarczy wywieźć harcerza samotnie do lasu, by stał się ćwikiem. Podobnie nie wystarczy wjechać z czołgami do roponośnego kraju, aby stał się oazą demokracji. Zgadzam się – nie wystarczy. Dlatego rolą wychowawcy staje się pomóc chłopakowi zadomowić się w tej swobodzie – uczynić go pełnoprawnym obywatelem Przestrzeni Wolności. Jak zwykła mawiać Maria Montessori, stale “pomagać mu zrobić to samodzielnie”.  

Przestrzeń Wolności 

Pora odkryć karty: to całe mnóstwo słów miało służyć prezentacji tej właśnie koncepcji. W moim przekonaniu, aby realnie dać chłopcu tę przestrzeń wolności i sprawić by z niej sensownie korzystał, starczy wybrać dobre tworzywo do jej budowy – a dokładniej kompleksowo wykorzystać pięć motorów skautingu. Są one częścią koncepcji piętnastu elementów skautingu pochodzącej z tradycji skautingu katolickiego. Motory stanowią pięć elementów napędzających skauting. Z jednej strony napędzają działanie harcerzy – sprawiają, że chce im się ‘robić skauting’. Z drugiej strony napędzają ich rozwój – są narzędziami, które odpowiadają za główne oddziaływanie metody na duszę wychowanka. W FSE motory są powszechnie nauczane, a zatem znane i lubiane. Jednak tym, czego mi w tym nauczaniu brakowało, jest spojrzenie na nie całościowo, dostrzeżenie tej ogólniejszej zasady, której motory są uszczegółowieniem. Zdaje się, że zdarzyło mi się na nią natrafić i to wcale nie w czasie słodkiego dumania, lecz na placu boju – w trakcie przeprowadzania zasadniczych reform w mojej drużynie. Zanim do niej przejdę spróbuję pokrótce wyjaśnić o co z tymi motorami chodzi. 

Działanie  

Wychowujemy w działaniu – nic nie robimy w teorii. Pierwszym co się nasuwa na myśl jest grywalizacja i adwenturyzacja wszystkiego. Uczymy i ćwiczymy przez grę. Zrezygnujemy z quizów i pogadanek, zamiast uczyć się węzłów w harcówce zbudujemy drabinkę linową i platformę na drzewie oraz zawsze damy szansę działania harcerzom. Tworzymy atmosferę aktywności i działania nie marnując czasu na siedzenie w obozie lub harcówce. Jednak na tym znaczenie tego motoru się nie kończy. Oznacza on również, że chcemy, aby skauting był metodą wychowania czynnego – to znaczy takiego, w którym proces wychowawczy zachodzi dzięki aktywnościom podejmowanym przez wychowanka. Oznacza to detronizację wychowawcy. Od teraz nie są najważniejsze jego porady i gawędy, kary i nagrody (tfu, przepraszam: konsekwencje), prowadzone zajęcia i przeróżne stosowane socjotechniki. Najważniejsze są wszelkie ćwiczenia podejmowane przez harcerza i sytuacje wychowawcze, w które on dobrowolnie wchodzi. W takim ujęciu zadaniem drużynowego jest wcielenie się w rolę trenera personalnego podsuwającego harcerzowi kolejne ćwiczenia i aranżującemu sytuacje wychowawcze. Trenera, który gdy widzi niedomaganie podopiecznego – np. mającego bałagan w namiocie – nie szuka patetycznych słów pouczenia lub narzędzi nacisku, ale sytuacji sprzyjającej zmianie – np. ciekawych gier nocnych wymagającej sprawnego odnalezienia się w swoim ekwipażu. Działania takiego drużynowego nie tylko zyskają na atrakcyjności, ale również na skuteczności – nie zatrzyma się na karmieniu intelektu kolejnymi regułami, ale uzyska dostęp do woli kształtowanej przez doświadczenie. 

Rady  

Najkrócej rzecz ujmując staramy się wszystkie ważne decyzje podejmować razem z chłopakami oraz uczyć ich wspólnie rozwiązywać problemy w ramach systemu rad: Rada Zastępu, Rada Drużyny, Sąd Honorowy. Ta metoda pomaga nabyć wiele umiejętności społecznych: rozmowa, publiczne wypowiedzi, wyjaśnianie konfliktów. Jednak z naszej perspektywy najistotniejsze będą dwa zyski: poczucie wpływu na działania drużyny i zastępu oraz kształtowanie własnego zdania. Doskonalenie stosowania rad będzie polegało na coraz to radykalniejszym oddawaniu głosu zastępowym (i analogicznie w skali zastępu – harcerzom) – niech wyrażają swoje zdanie, proponują pomysły, przejmują inicjatywę, podejmują decyzje. Dlatego ważny jest sposób prowadzenia rad – nie powinniśmy przedstawiać chłopakom gotowych decyzji do klepnięcia, ale raczej wskazywać sprawy do omówienia, angażując ich w wypracowanie rozwiązań. Co istotne, system rad nie ma nic wspólnego z kolektywizacją decyzji. Mądry szef słucha zdania zastępowych i stara się jak najbardziej oddać stery drużyny w ich ręce. Ale nie zapomina, że jest szefem i ma odwagę wziąć odpowiedzialność za decyzję. System rad jest narzędziem często trywializowanym, a szkoda – jest on kluczem do uczynienia drużyny własnością chłopaków 

Interes 

Od wieków toczony jest bój o to jak ten motor oryginalnie się nazywa: interes czy zainteresowanie. Ja podpisuję się pod obiema nazwami. Aspekt zainteresowania, oznacza tyle że drużynowy dąży do tego, aby nie przepychać swoich planów i ambicji, ale pozwalać chłopakom realizować ich marzenia. Odgadnięcie tych marzeń to nie lada sztuka. Stąd mawia się, że podstawowym zadaniem drużynowego jest obserwacja. Wymaga właściwego prowadzenia rad oraz budowania bezpośrednich relacji w ZZcie. Często prowadzi również do stosowania nietypowych rozwiązań i ‚naginania’ pozostałych reguł. Nietypowa funkcja w zastępie? Czemu nie! Obóz na wozach konnych, prycze na tratwach – świetna sprawa! Laptop i drukarka obozowa służąca wydawaniu drużynowej gazety – no cóż, w imię wyższych celów… Szef wszystkie swoje cele realizuje łącząc je z zainteresowaniami chłopaków. W ten sposób realizowany jest ich interes – działają po to, aby osiągnąć własne cele. 

Odpowiedzialność 

Każdy chłopak, choć na początku o tym nie wie, chce być obarczonym odpowiedzialnością. Dzięki podziałowi zadań w ramach zastępu (kucharz, pionier, sanitariusz…) każdy z jego członków jest potrzebny, ba! nawet konieczny. Ma okazję sprawdzić swoje siły i poczuć satysfakcję z wypełnionego zadania. Odpowiedzialność powierza mu jego szef, którego dobrze zna – zatem jest ona wyrazem zaufania i buduje poczucie wartości w formie relacyjnej, a nie jedynie zadaniowej. Szef powierzający odpowiedzialność traktuje harcerza poważnie i nie wycofuje się ze swojej deklaracji – nie rozpościera ochronnego parasola zapobiegającego doświadczeniu konsekwencji działań. Jego zaufanie jest realne, odpowiedzialność jest realna, konsekwencje są realne – to nie jest zabawa na niby. 

System Zastępowy  

Creme de la creme motorów i całej metody harcerskiej. Temat, na który napisano wiele książek, których treści nie zamierzam tu powtarzać. Wspomnę jedynie o tym, że jako motor system zastępowy odnosi się zarówno do oddziaływań wewnętrznych zastępu (autonomia zastępu, podział funkcji, życie wspólnotowe, dbanie o codzienne potrzeby, harce dla samych harców, tożsamość zastępu, bliski autorytet w osobie zastępowego), jak i zewnętrznych (współpraca i rywalizacja z innymi zastępami). 

Captain Nature  

Czas na podsumowanie. Spójrzmy zatem co powstaje, gdy łączymy wszystkie motory w całość – jaka charakterystyka środowiska wychowawczego oraz jaki obraz wychowanka się wyłania.  

Można by powiedzieć, że samo danie swobody zastępom by wystarczało. Jednak kompleksowo stosując pięć motorów nie tylko pozostawiamy im swobodę, ale też stopniowo uczymy ich ją wykorzystać (wspomniane ‘zadomowienie’ w Przestrzeni Wolności). 

Poszukujemy marzeń harcerzy i staramy się dać im możliwość ich realizacji (interes). Dajemy im możliwość wyrażenia własnego zdania o planach oraz realny wpływ na sposób realizacji marzeń (rady). W ten sposób działania drużyny stają się ‘ich’ działaniami, ich – harcerzy. Nie są do nich przymuszeni, nie przyjmują ich potulnie z braku alternatywy lub znudzenia – sami je wymyślili i sami zaplanowali ich realizację. Poprzez odpowiedzialność pozwalamy im realnie się zaangażować. Zaangażowanie to wiąże się ze swoistym poczuciem własności – harcerz przyjmuje określone zadania lub obszar działań jako swój i dba o nie dla własnego interesu, a nie z powodu zewnętrznego nakazu. To dzięki temu jest możliwe, aby harcerz przyjmował odpowiedzialność dobrowolnie, a nawet samoczynnie ją podejmował. Całą tę machinę wprawiamy w ruch dzięki napędowi działania. Te wszystkie uczucia, poczucia, plany i deklaracje nie kończą się na rozmyślaniach – są realizowane poprzez konkretne działania. Wszystkie te zyski uzdalniają harcerza do czynnego kreowania swojego otoczenia. Przestrzeń do tej kreacji daje harcerzom system zastępowy. Tę przestrzeń najlepiej wizualizuje obraz obozowiska zastępu w czasie obozu (i analogicznie obraz miejsca zbiórek). Na trzy tygodnie banda chłopaków dosłownie dostaje od nadleśnictwa kilka arów ‘czystego’ lasu do dyspozycji. Nie są na nim dozorowani i sterowani – oni tam rządzą! Starają się w tym fragmencie świata jak najlepiej urządzić i spędzić tam czas jak najowocniej. Co ważne te starania dotyczą nie tylko gier i rywalizacji o wstążkę za pionierkę, ale również życia codziennego: gotowanie, zabezpieczenie chrustu, gospodarowanie wolnym czasem… Motory przestają być elementem programu drużyny – może dopasowanego, może skonsultowanego, ale jednak ‘zewnętrzengo’ i formalnego – a stają się częścią ich codzienności i ich własnej spontanicznej aktywności. W końcu prawdziwy zastęp jest bandą podwórkową, a nie klasą podążającą za programem. Niezwykle istotna jest trwała tożsamość zastępu (zastępu wielowiekowego) i wynikająca z niej łatwość z jaką jest się z zastępem utożsamić. Chodzi o to, że harcerze nie tylko walczą o nagrody i dbają o to by było co do gara włożyć. Oni przede wszystkim tworzą legendę swojego zastępu. Wymyślaj wyczyny i popisy, organizują zbiórki, planują wypady i niestandardowe wydarzenia. Podejmują wiele aktywności z własnej inicjatywy. Ucząc się kreować ciekawe i wartościowe życie zastępu w pewnym sensie uczą się kreować swoje własne życie. I na końcu: ciężko dać chłopakom większą swobodę, niż ta którą otrzymują w ramach uznawanej, autonomicznej bandy podwórkowej. 

Zapewne w wielu głowach pojawiają się teraz wątpliwości. Czy to jest możliwe? Czy to nie utopia? Ile lat pracy wytrawnego pedagoga trzeba, aby taki efekt osiągnąć? Przecież tego się nie wprowadzi od tak… I o to chodzi! Ważne jest, że wolność dawana harcerzom przez skauting jest wolnością, którą się zdobywa. To znaczy zakres wolności jest tym większy, im dalej harcerze postąpią w ‘zadomawianiu się’ w niej. Im bardziej harcerze angażują się w rady, im większy wpływ chcą mieć, im chętniej podejmują odpowiedzialność, im …, tym więcej możliwości się przed nimi otwiera. Można powiedzieć, że tej wolności nikt im nie daje, ale oni, rozwijając się, sami ją sobie biorą.  

Na marginesie dodam, że z doświadczenia wiem, że w przeciągu roku jest możliwe zastartowanie zmian w tym kierunku, więc zapewne w dwa lata można by do tego ideału znacząco się przybliżyć.  

Podsumowanie podsumowania  

O co tyle zachodu? Czy chodzi tylko o to, aby zróżnicować zajęcia dla różnych harcerzy? Uatrakcyjnić? Otóż nie tylko. Jak wspominałem wychowanie indywidualne powinno nie tylko różnicować podejście do wychowanków (“aspekt zewnętrzny”), ale również kształcić w nich cechy uzdalniające do samodzielnego życia jako pełnowartościowa osoba (“aspekt wewnętrzny”).  Moim zdaniem, dzięki powyższym cechom, skauting może takie postawy kształcić. Całe rozumowanie opiera się na założeniu, że następuje “transmisja” postaw z działań harcerskich do życia codziennego. Myślę, że nie jest to założenie nieuzasadnione i można je podeprzeć przykładami. 

Najkrócej mówiąc chcielibyśmy, aby harcerze stali się gospodarzami swojego życia. A więc przede wszystkim, aby wykształciło się w nich poczucie własności i dbali o swój los jak o swój własny (jakkolwiek paradoksalnie to brzmi). A więc, aby napotykając trudności lub doświadczając braku nie szukali winnych lub usprawiedliwienia, lecz starali się na miarę swoich możliwości problemowi zaradzić. Aby traktowali swoje życie jako wielki harc – a więc własne dzieło, które każdy stara się stworzyć jak najwspanialszym dla własnej radości i dla zysku bliźnich (dawniej: zastępu). Harc, z którego mogą również czerpać radość i cieszyć się chwilą, a nie jedynie liczyć zyski. Aby tego dokonać konieczna jest aktywna postawa, czyli odruch działania pozwalający plany i marzenia wdrożyć w życie. 

Ponadto, dzięki stworzeniu Przestrzeni Wolności dajemy chłopakom swobodę do własnych prób. Prób odnalezienia talentów, odkrycia powołania, wykorzystania predyspozycji, poznania siebie – prób prowadzących do ukształtowania się tożsamości. 

Uważam, że te zyski – inicjatywa i swoboda do rozwoju – są jedną z największych zalet skautingu. Wydaje mi się, że są one równie ważne, albo nawet ważniejsze od dyscypliny i nawet szeroko pojętej porządności lub słowności. Po części potwierdza to Baden Powell pisząc w “Skautingu dla chłopców”, że o wiele łatwiej jest zrobić ze skauta dobrego żołnierza (posłusznego, zdyscyplinowanego), niż z żołnierza skauta (samodzielnego, wykazującego inicjatywę, zaradnego). Dlatego też wybrałem inicjatywy i wolności piewcą być! 

Skauting stwarza sposobność dla inicjatywy, samokontroli, ufności we własne siły, samoopanowania i kierowania sobą” – Wskazówki dla skautmistrzów 

Ignacy Piszczek


Ignacy Piszczek – przez 5 lat drużynowy, w międzyczasie zamieszany w sprawy namiestnictwa, szkolenia i Centrum Rozwoju. Obecnie namiestnik harcerzy. Fan dydaktyki, fanatyk anegdotek.

„Łatwo jest mówić, trudniej pracować…”

W Palmirach wyłaniają się z mgły rzędy równomiernie ułożonych krzyży. Ich widok, ilekroć tu jestem, wprawia w zadumę nad tragedią rozstrzelanych, strachem nad skalą niemieckiego terroru, refleksją nad przyczyną tych mordów. Na cmentarz wchodzi się przez bramę z napisem: „Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć”. Samo, zresztą symboliczne, zdanie zostało wyryte w jednej z cel w katowni gestapo na Alei Szucha. Przypominają się też inne wyskrobane w niemieckich więzieniach napisy, takie jak urywek z Horacego: „Dulce et decorum est pro Patria mori” – „Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę”, czy też ten z więzienia w Hotelu Palace w Zakopanem, który stał się później jednym z tekstów w Symfonii Pieśni Żałosnych Henryka Góreckiego: „Mamo nie płacz, nie. Niebios przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”.

Czytamy Dziady, Redutę Ordona, Kordiana, Kamienie na Szaniec i wiersze Baczyńskiego, pamiętamy  fragmenty ze Słowackiego „Polska Winkelriedem narodów!/Poświęci się, choć padnie jak dawniéj! jak nieraz!” Zresztą to za Słowackim właśnie śpiewamy na naszych ogniskach: „Bo kto zaufał Chrystusowi Panu/ I szedł na święte kraju werbowanie/Ten de profundis z ciemnego kurhanu/Na trąbę wstanie”. W jaki sposób udźwignąć to nasze dziedzictwo? W jakim kluczu odczytać ma je polski skaut?

Rozmawiam z moimi znajomymi. Mówią sloganami: „Polska to kraj z tektury i to takiej przemoczonej” – nie czarujmy się, wszyscy wiemy, że w takich porównaniach padają mocniejsze słowa. „Polska to chlew” – to pada o wiele częściej. „Nie chcę mieć nic wspólnego z tym krajem”. Znajomi się pytają: a co ty sądzisz o Polsce?

A ja? Jaką mam postawę wobec patriotyzmu? Czy jako drużynowy, wódz mojej drużyny przekazuję go chłopakom? Przecież przyrzekałem: „Całym życiem służyć Bogu, Kościołowi i mojej Ojczyźnie”, co więcej – jako drużynowy obiecywałem nie tylko przestrzegać ale i „uczyć przestrzegania Prawa Harcerskiego, zasad, regulaminów i pedagogiki Federacji Skautingu Europejskiego”. Na przyrzeczeniu, które odbieram, zwracam się do drużyny: „A teraz wymieńmy wspólnie prawo harcerskie i zasady podstawowe” I powtarzamy wówczas: „Harcerz jest wierny swojej Ojczyźnie i działa na rzecz jedności i braterstwa w Europie”. Rozmawiam z niektórymi harcerzami, co to znaczy być „lojalnym wobec swojego kraju?”

Aby odpowiedzieć sobie na powyższe pytania, starałem się zobaczyć, co na ten temat sądził Jacques Sevin i Michel Menu, co jest napisane w dokumentach podstawowych, co zawiera się w pedagogice skautingu katolickiego. Przede wszystkim wychodzę z założenia, że wychowanie patriotyczne w naszym ruchu jest czymś naturalnym, chęć wychowania dobrych obywateli stanowiła jedną z przyczyn założenia skautingu przez lorda Baden-Powella. Dlatego chciałbym na początek przywołać ponaglenie Stanisława Sedlaczka, który w broszurce pt. Kilka myśli o zadaniach harcerstwa wydanej w 1919 roku pisał: „musimy budować Polskę w duszach — przez wychowanie”.

Po pierwsze: budować Polskę. W jaki sposób? W Skautingu autorstwa Jacquesa Sevina czy w „Podstawach fundamentalnych Skautingu” zredagowanych między innymi przez Michela Menu nie znajdziemy osobnych rozdziałów poświęconych stricte tematom patriotyzmu. Wśród aktywności harcerskich nie znajdziemy żadnych, które wprost realizują to zadanie. Można powiedzieć, że wszystkie nasze czynności w jakiś sposób wpływają na Ojczyznę. A w szczególności codzienny dobry uczynek, który analizował Sevin w „Skautingu”, podając go jako główną przyczynę wpływu na społeczeństwo i naród:

Na początku śmialiśmy się z tego pozornie łatwego obowiązku. Kiedy rodzice uświadamiali sobie, że ich dzieci wracały ze spotkań mniej egoistyczne i bardziej usłużne, kiedy przechodniowi przystającemu na skraju chodnika, skaut oferował wskazania drogi lub pomoc w noszeniu paczek, (…) kiedy widzieliśmy organizowane przez zastępy małe „święta dobrotliwości” dla na najbardziej potrzebnych rodzin lub przedsiębrane za darmo jakieś rzeczywiste prace w publicznych miejscach, takie jak wyciosanie w urwisku schodów o siedemdziesięciu pięciu stopniach przeznaczonych robotników fabryki, aby nie musieli chodzić na około. Kiedy dostrzegliśmy że Dobry Uczynek kończy się na licznych akcjach ratunkowych, które kosztują często życie młodych bohaterów, wówczas już nie pozwalamy sobie śmiać się z tego, a jedynie szczerze podziwiamy.

Jeśli chcę jako skaut być patriotą zadaję sobie to pytanie: jak u mnie z codziennym dobrym uczynkiem? Czy jeszcze pamiętam, że naczelnym zadaniem wędrownika jest każdego dnia obserwować otoczenie, bo tylko przez to można dostrzec możliwość służby drugiemu człowiekowi? Czy przekazałem mojej drużynie nawyk codziennego dobrego uczynku?

Okazja do służby w drodze na Święty Krzyż, fot. Marcin Jędrzejewski

Po drugie: budować w duszach, czyli w poszczególnych jednostkach, osobach. Z literatury skautowej nigdzie nie wynika że należy organizować lub uczestniczyć w masowych akcjach, wielkich manifestacjach, uroczystych przemarszach. Nieznane być powinny „jakiekolwiek formy umasowienia lub kolektywizacji”, które powodują jedynie pojmowanie patriotyzmu jako przynależności do określonej a nie innej grupy społecznej. Karta Skautingu Europejskiego, mówiąc o formacji społecznej daje nam przykłady samodzielnych sposób wyrażania miłości do Ojczyzny, takich jak „poczucie honoru, prawdziwa wierności, szacunek dla danego słowa, poczucia odpowiedzialności obywatelskiej w ramach wspólnot doczesnych”. Tego nie da się robić z kimś, to trzeba wypracować w sobie.

Po trzecie: budować przez wychowanie. Mając na uwadze powyższe dwa punkty, wychowanie w skautingu odbywa się szczególnie przez działanie. Realizuje się to dzięki dawaniu harcerzom możliwości poszukiwania problemów społecznych w miejscach gdzie żyją, a także dzięki wymyślaniu sposobów ich rozwiązywania.  Pokazywanie harcerzom, że wszystko co czynią, wnosi coś dla Polski – może ją zarówno budować jak i niszczyć.

Nie trzeba robić kolejnej fabuły historyczno-patriotycznej, wielkich gier o zwycięstwach Sobieskich i Batorych, ekspresji na temat Powstania Warszawskiego, nie trzeba trzymać wart honorowych czy pocztów sztandarowych na uroczystościach państwowych. To co jest możliwością, nie powinno stawać się regułą w wychowaniu patriotycznym w skautingu. Słyszałem, że uczestnictwo w uroczystościach to jeden z możliwych aspektów służby. Zastanawiam się komu służę w danym momencie? Jeśli rzeczywiście wtedy służę. Bo jeśli nie człowiekowi, ani nie Panu Bogu, to taka służba wydaje się dziwnie pusta. Służba to chyba zbyt wielkie słowo na zwykłą obecność na tym czy innym wydarzeniu.

Nie jestem przeciwnikiem powyższych aktywności, jednakże nie powinny one stawać się zamiennikiem za zwykły, cichy dobry uczynek, który zrobi się  samemu lub grupą. Nie powinny zasłaniać rzeczywistych problemów, bo skaut nie żyje w świecie iluzji. Być może będzie to nas coś kosztowało. Być może nasz brak pojawiania się na uroczystościach państwowych będzie skutkował tym, że mniej osób nas ujrzy, nie będziemy przez dłuższy czas jak „śledź na wigilię”, być może nie jeden ksiądz proboszcz zdziwi się, gdy mu odpowiemy, że nie będziemy mogli się pojawić na warcie pod pomnikiem poległych w czasie II wojny światowej, bo zastępy będą w tym czasie zajęte pomocą osobom starszym w sprzątaniu grobów swoich bliskich czy wspólnym śpiewaniem piosenek wojskowych z podopiecznymi DPSu. To ta właśnie służba i ten kontakt z ludźmi wychowa ich o wiele bardziej niż najdłuższe trzymanie sztandaru czy warty honorowe na kolejnych, mnożących się rocznicach i uroczystościach.

We współczesnym świecie mamy wielu ludzi, który wypowiadają duże słowa o Polsce, Polskości, o Ojczyźnie. Ludzi, którzy w codziennym życiu nie żyją wypowiadanym ideałem. Dlatego uważam skauting za tym wartościowszy, im bardziej wzbudza w chłopcu przekonanie, że jego patriotyzm nie zależy od jedynie jego słów, lecz przede wszystkim od czynów, od pielęgnowania w sobie honoru, od poczucia odpowiedzialność za środowisko lokalne, które tworzy. Na fundamentach takiego aktywnego, świadomego i otwartego na innych patriotyzmu można budować poczucie zjednoczonej, braterskiej Europy. Skauting, który tak wychowa chłopca będzie prawdziwie europejski.

Rozliczni święci i błogosławieni Polacy troszczący się o dobro Ojczyzny, dali nam wzór takich codziennych dobrych uczynków, które kształtują naszą miłość do Ojczyzny i wpływają na nią. Bez służby drugiemu człowiekowi, trudno jest budować wspólnotę. Martyrologia, którą przywołałem na początku miała sens, jeśli będziemy o niej nie tylko pamiętać, lecz także jeśli będzie nas pobudzała do cichej pracy na rzecz Ojczyny. Bowiem łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować.

Fot. na okładce: Jakub Kord

Szymon Gontarczyk


Drużynowy 3. Drużyny Krakowskiej, ale rodem z zachodniej części Mazowsza. Skauting poznał przez zbyt intensywną naukę francuskiego, która doprowadziła go do filmików Scouts d’Europe. Wałęsając się po różnych miastach i miasteczkach Polski, poznając ich historię i coś tam pisząc na temat ich piękna, kultywuje zapomniane już ideały średniowiecznych wagabundów i romantycznych flanerów.

Skauting a dobra materialne

Skauting to ruch wychowawczy dla dzieci i młodzieży. Rozwija on młodych w wielu różnorakich dziedzinach, przygotowując ich do dorosłego i świadomego życia w społeczeństwie. Bardzo ważnym tematem, jest wychowanie do posiadania dóbr materialnych. Zgodnie z definicją dobra materialne to materialne środki zaspokajania potrzeb ludzkich.[1] W dzisiejszych czasach kapitalizmu i wolnego rynku jest szczególnie ważne, aby przygotować młodych do rozsądnego dysponowania dobrami materialnymi. Należy zwrócić również uwagę na przeszłość i wszelkiego rodzaju socjalistyczne doktryny.

W naszym Stowarzyszeniu już od pierwszego etapu formacji, a więc od Żółtej Gałęzi, staramy się kształtować w młodych ducha ubóstwa. Jest to kontynuowane poprzez rozwój w Gałęzi Zielonej. Pełny nacisk kładziony jest jednak dopiero podczas formacji w Gałęzi Czerwonej, gdzie wybrzmiewa to podczas Wymarszu Wędrownika: czy chcesz (…) zachować przez całe życie ducha ubóstwa?[2] Należy jednak pamiętać, że ubóstwo to przede wszystkim cnota chrześcijańska, która nie polega na nędzy czy abnegacji. Sam Jezus w swoim nauczaniu wskazywał na to, że dobra materialne mogą być przeszkodą w osiągnięciu Królestwa Niebieskiego.[3] Jednak nawoływał przede wszystkim do duchowego ubóstwa, które polegało na wysuwaniu na pierwszy plan sfery duchowej, a ukryciu sfery materialnej na drugim planie. Człowiek ubogi wszystko co najważniejsze ma „u Boga”. Nie oznacza to jednak, że na ziemi nie ma nic. Skauting również wpisuje się w to nauczanie, mówi o tym chociażby 9. Punkt Prawa Harcerskiego: harcerz jest gospodarny i troszczy się o dobro innych. Aby być gospodarnym trzeba wcześniej coś posiadać. Nie da się gospodarować nie mając nic. Również Wilczki mimo młodego wieku uczone są gospodarności, gdyż jedno z zadań na pierwszą gwiazdkę brzmi: jesteś oszczędny, zgromadzisz część kwoty na wyjazd gromady.[4] Mimo że skauting chce uniknąć we wszystkich dziedzinach różnych form materializmu[5], to posiadanie dóbr materialnych samo w sobie nie jest niczym złym. Istotny jest nasz stosunek do nich oraz to, co z nimi robimy. Należy też pamiętać, że ubóstwo to nie dziadostwo.[6]

Lata 30. i 40. XIX wieku to narodziny socjalizmu. Doktryna ta głosiła równość stanu posiadania oraz brak własności prywatnej. Wszystkie dobra materialne według socjalistów powinny być wspólne i rozdzielone równo między całe społeczeństwo. Taki pogląd własności wspólnej jest jednak szkodliwy dla pracownika, bowiem celem, ku któremu bezpośrednio zmierza pracownik, jest zdobycie dobra materialnego i posiadania go wyłącznie jako swoje i własne. (…) Zmiana zatem posiadania z prywatnego na wspólne, do której dążą socjaliści, pogorszyłaby warunki życia wszystkich pracowników pobierających płacę, ponieważ odebrałaby im swobodę używania płacy na cele dowolne, a tym samym także nadzieję i możność pomnożenia majątku rodzinnego i polepszenia losu.[7] Własność wspólna godzi więc w podstawowe prawo człowieka, prawo do wolności. Co więcej zagraża ona w bardzo dużym stopniu rodzinie. Ojciec i matka troszczą się bowiem o utrzymanie swoich dzieci. W sytuacji, w której dobra materialne są wspólne, to nie rodzina troszczy się o potrzeby materialne. Następuje więc rozpad rodziny, ponieważ państwo zajmuje rolę należną rodzicom, wchodzi w ich kompetencje.

Socjalizm jest również sprzeczny z zasadami Skautingu, ponieważ Skauting stawia bardzo mocno na rodzinę. Już w pierwszym punkcie Zasad Podstawowych czytamy, że obowiązki Harcerza rozpoczynają się w domu.[8] Mamy więc duży nacisk na rolę rodziny, bowiem skauting uważa się, obok szkoły, za komplementarny wobec rodziny, do której dziecko należy przede wszystkim.[9] Oczywiście, gdy rodzina znajdzie się większych trudnościach, państwo powinno wspomóc ją w wyjściu na prostą, jednak są to wyjątkowe przypadki, w których dopuszcza się ingerencje państwa w działanie rodziny.

Socjalizm ma również bardzo szkodliwy wpływ na społeczeństwo. Gdy wszystkie dobra materialne są wspólne pracownicy stopniowo tracą bodziec do pracy, przestają dostrzegać w pracy interes, ponieważ nie oni będą czerpać korzyści z wykonanej przez siebie pracy. W konsekwencji prowadzi to do wyczerpywania się bogactwa, a co za tym idzie, do sprowadzenia wszystkich do poziomu biedy. Innym niebezpieczeństwem jest rozwinięcie się w społeczeństwie przekonania, że wszystko im się należy i wszystko powinni dostać, a więc postaw roszczeniowych.

Skauting ma na celu wychowanie młodych ludzi jako świadomych członków społeczeństwa, biorących udział w jego życiu i dbających o dobro wspólne. Musi sprzeciwiać się więc tego typu formom upadku i degeneracji społeczeństwa. Możemy cofnąć się do samego momentu powstania świata, kiedy Bóg stwarza człowieka i daje mu ziemię na własność. Ziemia staje się źródłem utrzymania człowieka. Poprzez pracę człowiek czyni ją sobie poddaną, część ziemi staje się jego własnością. Widzimy więc początek własności indywidualnej i posiadania dóbr materialnych.[10] W obecnych czasach coraz większego znaczenia nabiera forma własności jaką jest własność wiedzy, techniki i umiejętności. Kraje uprzemysłowione polegają na tym bardziej niż na zasobach naturalnych.

W dzisiejszych czasach, kiedy większość krajów ma za sobą klęskę socjalizmu, na pierwszy plan wysuwa się model gospodarczy jakim jest kapitalizm. Warto jednak zastanowić się, czy jest to właściwa droga rozwoju gospodarczego. Jeśli mianem „kapitalizmu” określa się system ekonomiczny, który uznaje zasadniczą i pozytywną rolę przedsiębiorstwa, rynku, własności prywatnej i wynikającej z niej odpowiedzialności za środki produkcji oraz wolnej ludzkiej inicjatywy w dziedzinie gospodarczej, na postawione wyżej pytanie należy z pewnością odpowiedzieć twierdząco (…). Ale jeśli przez „kapitalizm” rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej i traktującego jako szczególny wymiar tejże wolności, która ma przede wszystkim charakter etyczny i religijny, to wówczas odpowiedź jest zdecydowanie przecząca.[11] Widać więc, że to rozwój ma służyć jednostce, a nie jednostka rozwojowi. Nie ma nic złego w zarabianiu i osiąganiu zysków, należy jednak pamiętać, że to człowiek i jego dobro muszą znaleźć się na pierwszym miejscu. Kościół uznaje pozytywną rolę zysku jako wskaźnika dobrego funkcjonowania przedsiębiorstwa: gdy przedsiębiorstwo wytwarza zysk, oznacza to, że czynniki produkcyjne zostały właściwie zastosowane a odpowiadające im potrzeby ludzkie — zaspokojone. Jednakże zysk nie jest jedynym wskaźnikiem dobrego funkcjonowania przedsiębiorstwa. Może się zdarzyć, że mimo poprawnego rachunku ekonomicznego, ludzie, którzy stanowią najcenniejszy majątek przedsiębiorstwa, są poniżani i obraża się ich godność. Jest to nie tylko moralnie niedopuszczalne, lecz na dłuższą metę musi też negatywnie odbić się na gospodarczej skuteczności przedsiębiorstwa. Celem zaś przedsiębiorstwa nie jest po prostu wytwarzanie zysku, ale samo jego istnienie jako wspólnoty ludzi, którzy na różny sposób zdążają do zaspokojenia swych podstawowych potrzeb i stanowią szczególną grupę służącą całemu społeczeństwu. Zysk nie jest jedynym regulatorem życia przedsiębiorstwa; obok niego należy brać pod uwagę czynniki ludzkie i moralne, które z perspektywy dłuższego czasu okazują się przynajmniej równie istotne dla życia przedsiębiorstwa.[12] Kapitalizm więc, mimo że jest zdecydowanie lepszy od socjalizmu, to jednak niesie w sobie niebezpieczeństwo wyzysku pracowników oraz utraty człowieczeństwa na rzecz hedonistycznego materializmu.

Podsumowując, widać bardzo duży związek między nauczaniem Kościoła, a rozwojem człowieka w naszym Stowarzyszeniu. Wśród wilczków staramy się przeciwdziałać złym cechom, które wszystkie dzieci w tym wieku posiadają. Przede wszystkim dziecięcemu egoizmowi, który w bezpośredni sposób łączy się z posiadaniem dóbr materialnych. Poprzez gry, zabawy oraz proste aktywności wychowujemy wilczka, który ma oczy i uszy otwarte i dzięki temu myśli najpierw o innych.[13] Wilczka, który jest wstanie pozbyć się swojego egoizmu i podzielić się z innym dobrami, które posiada. Nie ma znaczenia, czy jest to nowa zabawka, czy zwykła kanapka z serem podczas drugiego śniadania. Każde takie działanie ma ogromne znaczenie i jest pierwszym krokiem na drodze wychowania człowieka, który potrafi z rozsądkiem dysponować posiadanymi dobrami materialnymi. Kogoś, dla kogo drugi człowiek, a nie posiadanie dóbr, jest najwyższą wartością, mimo panującego w dzisiejszych czasach konsumpcjonizmu.

Postawę tę kształtuje się w gromadzie również poprzez czerpanie z życia świętego Franciszka z Asyżu, który nawoływał do dzielenia się i nie przywiązywania zbyt dużej wagi do posiadanych dóbr materialnych. Ta życiowa postawa świętego kontynuowana jest zresztą podczas dalszych etapów rozwoju. Proste mundury wędrownicze bez zbędnych zawieszek czy też brązowe chusty nie wzięły się znikąd.

Założycielowi skautingu również leżało na sercu kształtowanie umiejętności rozsądnego używania dóbr materialnych. Robert Baden-Powell mówił o tym w ten sposób:

Głupie skrzaty, podobnie jak małpki Bunderlog i jak wszystkie kpy na dwu nogach – gdy tylko mają trochę pieniędzy, natychmiast je wydają na pierwszą lepszą przyjemność – na przykład na kino. Ale roztropny chłopiec chowa je do skarbonki póki nie zbierze większej sumy, z której dopiero może sobie coś na przyjemności czasem przeznaczyć.[14]

Najistotniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, aby pamiętać, że człowiek używając tych dóbr powinien uważać rzeczy zewnętrzne, które posiada, nie tylko za własne, ale za wspólne w tym znaczeniu, by nie tylko jemu, ale i innym przynosiły pożytek.[15]


[1] Encyklopedia PWN, https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/dobra-materialne;3893235.html.

[2] Ceremoniał Przewodniczek i Skautów Europy, wydanie 2, Warszawa, 2012.

[3] Ewangelia według św. Marka 10, 17-30.

[4] Mowgli, Warszawa, 2015.

[5] Karta Skautingu Europejskiego, http://skauci-europy.pl/o-nas/dokumenty-podstawowe-symbolika/kartaskautingu-europejskiego

[6]  Daniel Staszewski, Konferencja Skype, data nieznana.

[7]  Leon XII, Rerum Novarum, Rozdział I Rozwiązanie fałszywe: socjalizm.

[8]  Zasady Podstawowe Skautingu Europejskiego, http://skauci-europy.pl/o-nas/dokumenty-podstawowesymbolika/zasady-podstawowe-skautingu-europejskiego

[9]  Karta Skautingu Europejskiego, http://skauci-europy.pl/o-nas/dokumenty-podstawowe-symbolika/kartaskautingu-europejskiego.

[10] Księga Rodzaju, 1, 28-31.

[11] Jan Paweł II, Centesimus annus, 42.

[12] Tamże, 35.

[13] Prawo Wilczka, http://skauci-europy.pl/o-nas/dokumenty-podstawowe-symbolika/prawo-wilczka

[14] Sir Robert Baden-Powell, Wilczęta, T. I, Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2014.

[15]  Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes, 69; 71. 6.

Karol Chomoncik


Były Akela, następnie asystent namiestnika wilczków, a obecnie szef kręgu wędrowników. Z wykształcenia informatyk, jednak jego wielką pasją pozostaje historia. Nie pogardzi również dobrą książką - szczególnie Tolkienem i Sienkiewiczem. W pozostałym czasie grywa w planszówki lub w tenisa ziemnego.

Biel i czerwień w życiu skauta

Wszyscy dobrze znamy historię bitwy pod Mafeking, kiedy to w głowie Roberta Baden-Powella zrodził się pomysł utworzenia zastępów młodych chłopców, którzy mieli pomagać w przenoszeniu meldunków. W ten sposób generał zyskał czas na odpoczynek dla zdolnych do obrony twierdzy dorosłych, którzy, wycieńczeni i ranni, byli coraz mniej efektywni. Robert Baden-Powell później pisał o tym tak:

Powiedziałem raz do jednego z tych chłopców, który właśnie przyjechał pod gęstym ogniem kul nieprzyjacielskich:
– Jeżeli będziesz tak jeździł wśród gradu kul i pękających szrapneli, dostaniesz kiedykolwiek postrzał?
A on odpowiedział mi na to:
– Jadę tak prędko, panie pułkowniku, że żadna kula mnie nie trafi…
I rzeczywiście, mężni chłopcy nie uważali na strzały; rozwozili bez wahania i chętnie rozkazy, choć wiedzieli, że narażają przy tym życie.

Bohaterska postawa chłopaków zainteresowała Baden-Powella. Nie dało się ukryć wielkiego męstwa i determinacji młodych ludzi. Dlaczego tak się zachowywali? Skąd ta odwaga? Sądzę, że płynęła z zupełnie szczerych oczekiwań Baden-Powella. Chłopcy byli świadomi wartości, którą wnoszą w szeregi obrońców twierdzy, co ich motywowało. Oni czuli się tam niezbędni!

U podstaw skautingu leży patriotyzm

Jak to zwykle w historii bywało, potrzeba stała się matką wynalazków. Baden-Powell, kiedy dostrzegł braki w szeregach żołnierzy, postawił na  chłopców, których podzielił na małe oddziały. W ten sposób prostsze zadania mogły być wykonywane szybciej i efektywniej niż wcześniej. Aby uświadomić sobie istotę walki tych młodych ludzi, należy wziąć pod uwagę szerszy kontekst historyczny tamtych wydarzeń.

Trwała krwawa, druga wojna burska. Brytyjskie wojska tłumiły zrywy niepodległościowe członków plemienia Burów – potomków Holendrów, Francuzów i Niemców osiedlających się na tych terenach w ubiegłych wiekach. Wielka Brytania zainteresowała się południowo-afrykańskim regionem Transwalu i Oranii po tym, jak odkryto tam liczne zasoby złota i diamentów. Przez dwa lata toczyły się walki partyzanckie, podsycane przez Cesarstwo Niemieckie, które zaopatrywało Burów w broń. Wojska brytyjskie, ze względu na słabe zarządzanie przez sztab oraz niedocenienie miejscowych oddziałów, odnosiło w tych walkach liczne porażki; wojska brytyjskie były wielokrotnie otaczane przez dobrze znających tamte tereny Burów. Odcięci w mieście-twierdzy żołnierze, z pułkownikiem Baden-Powellem na czele, znaleźli się właśnie w tego typu krytycznej sytuacji. Krwawe siedem miesięcy obrony miasta przyniosło śmierć dwóm tysiącom Burów i ponad dwustu Brytyjczykom. Oblegający spędzili więc dużo czasu na licznych próbach forsowania obrony.

Znając te fakty, nietrudno zauważyć, że życie w mieście musiało być w tamtym czasie niesamowicie trudne. Będąc pod ciągłą psychiczną presją ataku, żołnierze byli wyczerpani. Cywile zaangażowali się w pomoc Baden-Powellowi, jednak wciąż brakowało ludzi. Młodzi chłopcy mogli się przydać, a B.-P. to wykorzystał. W maju oddziały brytyjskie, które przybyły z odsieczą, uwolniły swoich rodaków oblężonych w Mafekingu. Po powrocie z kampanii afrykańskiej powstała książka Scouting for Boys, w której B.-P. opisał ideę i metody skautingu.

Kluczem do odkrycia roli patriotyzmu w metodzie skautowej jest właśnie analiza okoliczności tych historycznych wydarzeń. Spróbuj odnieść tamte realia do własnego życia, do własnej historii. Chłopcy chcieli żyć, rozwijać się, wrócić do normalnego życia w mieście, w którym będą czuli się dobrze. Wiedzieli, że wymaga to poświęcenia ich własnego życia; nie mogli liczyć na nikogo innego. Wszyscy byli już zaangażowani w obronę miasta. Postawiono im wysokie wymagania. Liczył na nich nie tylko B.-P. , ale także ich rodziny, sąsiedzi, wszyscy!

Być patriotą w XXI wieku

Znany wszystkim założyciel skautingu powiedział kiedyś: „Nie potrzeba nawet wojny na to, ażeby oddawać usługi jako wywiadowca, bo podczas pokoju chłopiec może dużo uczynić dla dobra ogólnego, wszędzie gdziekolwiek się znajdzie”. Te słowa realizujmy na co dzień. Najpierw jako wilczki, a potem harcerze, działamy przede wszystkim na zbiórkach i wyjazdach, ale przecież obowiązki harcerza zaczynają się w domu. Trzeba pamiętać o codziennym dobrym uczynku, który wraz z wiekiem zmienia dla nas znaczenie. Dobre uczynki kształtują ducha służby, uczą poświęcenia dla innych bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Z czasem przekształcają się w pełni świadomą służbę innym.

W dzisiejszych czasach patriotyzm jest moim zdaniem postawą wymierającą; w świecie pełnym egoistów traci na wadze dobro wspólne czy narodowe. Liczy się to, by jednostkom żyło się dobrze i wygodnie, bez „zbędnej” odpowiedzialności i zobowiązań. Taka postawa prowadzi do wykorzenienia wrażliwości, a w konsekwencji do znieczulicy. Jako skauci nie możemy izolować się we własnej społeczności, „zamykać się w bańce”. Naszym celem niech będzie służba czynem: pociągają bowiem przykłady, a nie piękne słowa. Papież Franciszek powiedział kiedyś mądre słowa: „Głoście Ewangelię, a jeśli trzeba, to także słowem!”.

Świećmy więc przykładem wartościowego życia nie tylko w mundurze. To trudne; z każdej strony bowiem świat proponuje nam konformizm i konsumpcjonizm, z którymi życie jest łatwe i przyjemne. Ale przecież chcemy żyć, a nie wegetować.

Biel i czerwień na mundurze skautowym

Niejednokrotnie odczuwałem dyskomfort, kiedy napotkany na explo człowiek patrzył na nasz zastęp z niezrozumieniem i dopytywał, dlaczego Skauci Europy. Tłumaczenia bywały lepsze i gorsze, jednak warto samemu poddać to chwili refleksji. Dlaczego Europy? Jesteśmy wspólnotą międzynarodową, jednak skauci w poszczególnych państwach noszą na mundurach flagę swojego kraju. Pomimo jednakowych oznaczeń, kolorów mundurów i wartości, które nas łączą, zachowujemy odrębność narodową. W rocie przyrzeczenia mówimy: „[…] całym swoim życiem służyć Bogu, Kościołowi, mojej Ojczyźnie, i Europie Chrześcijańskiej […]”. Zaczynamy służbę od naszej małej ojczyzny, a zatem rodziny, aby tam służyć własnemu krajowi. Przez tę służbę ofiarujemy się chrześcijańskiej Europie. Nie trzeba wielkich działań: wystarczy codzienny, drobny, dobry uczynek. Patriotyzm nie jest piastowaniem najwyższych stanowisk państwowych; to pamięć o przodkach, kultywowanie tradycji narodowych, a co moim zdaniem najważniejsze – ofiarowywanie siebie dla dobra wspólnoty.

Dla każdego z nas patriotyzm ma zapewne nieco inną definicję, choć pewne kwestie są uniwersalne. Ktoś powie, że patriotyzm to chodzenie na marsze niepodległości. Ktoś inny, że to noszenie patriotycznej odzieży. Ja uważam patriotyzm za styl życia. Jako młodzież i przyszłość Polski musimy dążyć do ideałów, przed jakimi stawia nas formacja skautowa. Ideał jest trudny do osiągnięcia. Celem samym w sobie nie jest jednak, moim zdaniem, jego osiągnięcie, a nieustanna pogoń za nim. To trud i praca włożone w dążenie do ideału kształtują nas jako ludzi. Być może bez munduru ciężko się przemóc, bo wymaga to odwagi, zorientowania, poświęcenia własnego czasu, ale przede wszystkim wymaga chęci.

Klucz do szczęścia

Odnajdowanie w sobie każdego dnia chęci do służby innym jest, jak sądzę, drogą nie tylko do życiowego sukcesu, ale także do prawdziwego szczęścia. Nie ograniczajmy naszych działań do sprzątanie lasu z gromadą, pomocy w schronisku z zastępem w ramach zbiórki czy nawet ambitnego dzielenia się ugotowanym przez drużynę posiłkiem z bezdomnymi. Te czyny są piękne i potrzebne, uczą ducha patriotyzmu i służby. Choć pozornie nie są związane z ruchem skautowym, kształtują i wychowują kolejne pokolenia Polaków. Odważę się jednak stwierdzić, że dużo więcej dobra możemy uczynić tam, gdzie wcale nie mamy na sobie munduru. Dom, miejsca pracy, nauki czy spotkań ze znajomymi to przestrzenie, gdzie warto działać przede wszystkim. W myśl zasady, że to przykłady pociągają, świadczmy o naszych ideałach w życiu codziennym. Dawania daje więcej radości niż branie, stąd w służbie innym można odnaleźć prawdziwą radość.

Wiktor Szczepanowski


Drużynowy z Radomia, rocznik 2003. Uczeń technikum elektronicznego, z pasji modelarz. Wilczek, harcerz i wędrownik. Entuzjasta kawy i dobrej książki.

Jak być dobrym szefem?

Droga Szefowo, Drogi Szefie,

pewnie już wiesz, jaką funkcję będziesz pełnić w nadchodzącym roku. Niezależnie od tego, czy zaczynasz coś nowego, czy kontynuujesz pracę ze swoją jednostką, na pewno chcesz zrobić to dobrze. Jak najlepiej. Bo przecież od tego zależy dobro Twoich podopiecznych.

Bardzo lubię Prawo Wilczka, bo zaczyna się ono od słów „wilczek myśli najpierw”. Ciebie również zachęcam do pomyślenia najpierw, już teraz, zanim skończą się wakacje i zaczniesz działać.

Po co to wszystko: zbiórki, wyjazdy?

Ile sił i czasu możesz poświęcić, żeby nie dać z siebie mniej niż możesz, ale równocześnie nie „przegiąć” kosztem innych części życia?

Jak w praktyce być dobrym szefem, dzięki któremu ludzie naprawdę dostaną skrzydeł?

I gdzie szukać odpowiedzi na te pytania? Obozy szkoleniowe są super, ale trwają tylko tydzień, więc ich program jest ograniczony. Polecam kilka książek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do tegorocznej służby. Podobno we wrześniu będziesz obiecywać pogłębianie swojej formacji pedagogicznej, a trudno pogłębiać coś, czego nie ma 😉

Poniższe pozycje dały mi dużo inspiracji, pomysłów i poczucia, że nasza służba ma sens. Życzę Ci tego samego.

  • Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły Adele Faber, Elaine Mazlish

Pozycja obowiązkowa 🙂 Nie tylko dla Akel i żółtych przybocznych; myślę, że “zieloni” też bardzo skorzystają. Bo przecież nie można mówić o wychowaniu, jeśli najpierw nie dojdzie się do porozumienia z podopiecznym. Już jakiś czas temu w Przestrzeni przygotowaliśmy dla Was ułatwienie: krótkie artykuliki przekazujące najważniejsze treści zawarte w powyższej książce. Najlepiej czytać je w tempie jeden na co najmniej tydzień, żeby mieć czas na praktykowanie. Można je przeczytać tutaj:

  • Wychowywać do wartości J. Alcazar, F. Corominas

Autorzy piszą o cnotach ludzkich: porządku, dobrego wykorzystania czasu, pracowitości, umiarkowania, posłuszeństwa, hojności, radości. Już zrobiło Ci się niedobrze? Mi trochę tak. Każdy wie, że zdobywanie i pomaganie innym w zdobywaniu takich cnót wymaga dużego wysiłku. Ale książka jasno pokazuje, że to nie jest bezsensowna musztra: “cnota, zdobyta dzięki osobistemu wysiłkowi, umacnia wolność osoby.” To już brzmi zachęcająco, prawda?

Dalej czytamy: “Dzieci nadopiekuńczych rodziców, którzy pozwalają na ich konsumpcyjne zachcianki, stają się egocentrykami, niewolnikami swoich chwilowych przeżyć, nie potrafią zainteresować się czymś przez dłuższy czas, nie są zdolne do zaangażowania, poświęcania, służby, miłości.” A bez miłości nie ma szczęścia.

W kolejnych rozdziałach zostały opisane konkretne okazje do zdobywania powyższych cnót, które możemy stworzyć naszym podopiecznym w zależności od ich wieku. I sobie, bo bardzo możliwe, że po tej lekturze stwierdzisz “muszę się za siebie wziąć” 😉

  • Bóg kocha najbardziej. Przygotowanie do I Komunii Świętej w rodzinie A. Porzezińska, ks. M. Dziewiecki  

To propozycja przede wszystkim dla starych wilków. Większość wilczków jest już co prawda po I Komunii, ale wiadomo, że przygotowanie może wyglądać różnie…  Na  przykład polegać głównie na wykuciu kilku modlitw i formułek. A rozmowy o najważniejszych sprawach naszej wiary nie zaszkodzą też tym wilczkom z lepszą formacją.

Autorzy piszą dla dorosłych (warto też polecać rodzicom!). Pokazują w jaki sposób rozmawiać z dziećmi o Bogu i prawdach wiary, żeby obraz Boga powstający w ich głowach i sercach był jak najbliższy rzeczywistości, a ich relacja z Bogiem opierała się na zaufaniu i wdzięczności, a nie na chorobliwym lęku. Dla niektórych dzieci gromada może być jedynym źródłem sensownej wiedzy na tematy wiary, więc naprawdę dużo zależy od tego, co im przekażemy. Jakiego Boga znają wilczki wychodzące z Twojej gromady – starego nudziarza, bezlitosnego sędziego, czy Kochającego Ojca?

Książka zawiera 15 katechez – konspektów do rozmów z dziećmi. Kolejna część tłumaczy znaczenie modlitw, których dzieci uczą się na pamięć. Świetny materiał na Spotkania ze Słowem Bożym. Świetny prezent dla duszpasterza. 

  • 7 nawyków skutecznego nastolatka Sean Covey

Dla drużynowych, zastępowych, szefowych/szefów młodych.

Zachęca do myślenia o ważnych sprawach i wzięcia życia w swoje ręce, zamiast dryfowania w przypadkowym kierunku. Pokazuje uniwersalne nawyki, które pomagają podejmować dobre decyzje, planować bliższą i dalszą przyszłość, stawiać sobie cele i je osiągać oraz budować relacje z innymi.

Wszystko w przyjemnej formie: książka zawiera pełno anegdot i jest napisana tak, jakby autor do nas mówił, a nie pisał.

We wstępie do kolejnego wydania autor, na podstawie mnóstwa wiadomości otrzymanych od nastolatków, wysnuwa trzy wnioski:  każdy ma jakieś problemy w relacjach, praktycznie każdy nastolatek pragnie się zmienić i stać lepszym, 7 nawyków naprawdę zadziałało w życiu wielu osób: od pokonania trudności w szkole, przez podniesienie samooceny, aż do poprawy relacji z rodzicami.

  • 7 nawyków szczęśliwego dziecka Sean Covey oraz Uczuciometr inspektora krokodyla Susanna Isern

I znów dla żółtych, serce nie sługa 😉 Dwie pozycje ze świetnymi pomysłami  na Skały Narady. Jeśli nie wiesz, o czym porozmawiać, bo Twoje wilczki w sumie są grzeczne, a Prawo Wilczka było już tysiąc razy, to koniecznie zajrzyj.

Pierwsza książka zawiera krótkie opowiadania, w których uosobione zwierzątka uczą się 7 nawyków skutecznego działania, czyli w skrócie: brania spraw w swoje ręce, dobrego planowania nauki i odpoczynku, określania celów i priorytetów oraz zasad komunikacji i współpracy z innymi. Brzmi abstrakcyjnie, ale opowiadania są bardzo konkretne. Wystarczy zmienić fabułę na Księgę Dżungli.

Druga książka opowiada o uczuciach – jak je rozpoznać i nazwać, żeby potem móc nimi kierować. Nie polecam jej czytać dzieciom, bo jest napisana dla młodszych niż wilczki, a poza tym raczej nudna, za mało się dzieje. Za to stanowi świetną bazę do stworzenia kilku dobrych Skał Narad o tym, czym są uczucia i jak sobie z nimi radzić. A radzenie sobie z uczuciami – zwłaszcza tymi nieprzyjemnymi – to niezwykle przydatna umiejętność, którą można ciągle rozwijać. Każdy chyba pamięta takiego nauczyciela, który nie panując nad swoją złością ośmieszał się przed całą klasą wrzeszcząc i wymachując rękami. Natomiast ucząc uwalniania się od smutku i przygnębienia  możemy w jakimś stopniu chronić wilczki przed depresją. Książka zawiera konkretne sposoby, a w czasie rozmowy wilczki wymyślą ich pewnie jeszcze więcej.

  • Wychowanie przez czytanie, Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska

Autorki zorganizowały znaną akcję “Cała Polska czyta dzieciom”. W książce pokazują, jak wiele można dać dziecku czytając mu książki. Pewnie wyobrażasz sobie teraz dziecko w wieku przedszkolnym. Okazuje się, że głośne czytanie ma sens jeszcze dużo później – aż do 15-16 roku życia! Jeśli masz młodsze rodzeństwo, to pewnie przypominasz sobie, że chętnie słuchałeś, kiedy rodzice czytali “maluchom” mimo, że byłeś już starszy.

“Badania potwierdzają, że jednym z najpotężniejszych czynników rozwoju dziecka i zarazem profilaktyką zachowań bezmyślnych i aspołecznych jest głośne czytanie”.

Na koniec sekret czytelniczy: jeśli masz mało czasu albo nie lubisz dużo czytać, nie musisz zawsze czytać książki od deski do deski. Czasem wystarczy zapoznać się w początkiem, żeby wiedzieć, o co chodzi, a potem przejrzeć spis treści i  “powyjadać” z książki najlepsze kąski, czyli to, co Cię zainteresuje 🙂

Fot. na okładce: Hanna Dunajska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Uwalnianie od grania ról

Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wielki wpływ na nasze zachowanie mają nasze przekonania o nas samych. Te przekonania są kształtowane w dużej mierze przez to, co słyszymy o sobie od innych. Szczególną rolę odgrywają tu przekonania naszych rodziców, ale także innych osób dla nas ważnych, z których zdaniem się liczymy. Jeśli wiele razy w swoim życiu słyszeliśmy, że posiadamy jakąś cechę – jesteśmy nieśmiali, wrażliwi, uparci, bezczelni – nieświadomie dostosowujemy nasze zachowanie do takiej etykietki. Można powiedzieć, że to samospełniająca się przepowiednia. Czasem wręcz próbujemy udowodnić, że faktycznie tacy jesteśmy. Robimy to trochę na złość, szczególnie jeśli chodzi o jakieś cechy negatywne, na zasadzie “ja wam dopiero pokażę jaki jestem złośliwy”.

Oczywiście działa to w dwie strony – również my przyczepiamy innym etykietki i postrzegamy innych poprzez opinie, jakie o danej osobie krążą. Uwolnienie się od przypisanej roli jest trudne, wymaga zmiany w sposobie myślenia, przekonania się, że nie muszę być taki. My, jako szefowie, możemy również pomóc naszym podopiecznym wyjść z granych ról i starać się, aby nasze spojrzenie na nie było wolne od opinii i etykiet. Oto kilka sposobów:

  1. Wykorzystaj okazję pokazania dziecku, że nie jest tym, za kogo się uważa

(nieśmiały) – Widziadłem jak podszedłeś do nowego chłopca w zastępie. Jaś czuł się zagubiony w nowej sytuacji, a ty się nim zaopiekowałeś i pomogłeś przełamać lody z innymi harcerzami. Zachowałeś się bardzo dojrzale i otwarcie.

  1. Stwórz sytuację, w której dziecko spojrzy na siebie inaczej

(zapominalski) – Ania zobowiązuję cię do zabrania mapy na ZZZ. Bez niej nie trafimy na miejsce.

  1. Pozwól dziecku podsłuchać, gdy mówi się o nim pozytywnie

(nieogarnięty, do rodziców, po powrocie z ZZZ-tu) – Michał bardzo dobrze sobie poradził, pomimo, że był to jego pierwszy wyjazd w naszym gronie. Nigdy nie musieliśmy na niego czekać, a nawet zauważał, co trzeba zrobić, zanim ktoś o tym powiedział.

  1. Zademonstruj zachowanie godne naśladowania

(niezorganizowany) – Aż się boję zabrać do sprzątania harcówki. Takiego bałaganu dawno tam nie było. Już wiem – musimy podzielić sprzątanie na etapy.

  1. W szczególnych momentach bądź dla dziecka skarbnicą wiedzy

– Zawsze jestem roztrzepany, nie umiem się skupić… – Myślę, że niesprawiedliwie się oceniasz. Pamiętasz, jak byłeś topografem na ostatniej pielgrzymce. Trzeba było uważać, bo trasa była skomplikowana, a ty miałeś wszystko pod kontrolą i bez problemu trafiliśmy na miejsce.

  1. Gdy dziecko postępuje wg starych nawyków, wyraź swoje uczucia lub oczekiwania

(niewytrwały) – Ela, widzę, że nie dokończyłaś wyplatać stołu i zostawiłaś wokół bałagan. Wierzę, że możesz to zrobić dobrze i do końca.

Opinie, które przywarły do nas mogą rzutować na nasze dorosłe życie. Jeśli wielokrotnie w dzieciństwie słyszeliśmy, że jesteśmy “jacyś”, to wyrobiliśmy sobie już najpewniej wzorzec zachowań, który to potwierdza. Spróbujmy prześledzić skąd wzięły się nasze przekonania o nas samych. A gdy widzimy, że do naszych podopiecznych jest przypisywana określona rola – spróbujmy ją przełamać pokazując, że to tylko opinia, nie zaś bezdyskusyjna prawda.

fot. Bożena Nowakowska

To już ostatni artykuł na podstawie książki “Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…”. Mamy nadzieję, że były one dla Was ciekawe i rozwijające. Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką i chcecie wprowadzić w życie przedstawione zasady do relacji między Wami i innymi ludźmi polecamy lekturę całości.

Pamiętajmy, że każda osoba jest podmiotem, czuje i jako dziecku Bożemu należy jej się szacunek – nawet (a może przede wszystkim) jeśli ma tylko kilka lat i jest od nas zależna. Nasze słowa mają wielkie znaczenie – dbajmy, żeby budowały, a nie niszczyły.

Emilia Kawałek


Nie wyobraża sobie życia bez czytania i kawy. W Zawiszy spędziła pół życia. Od kilku lat służy jako asystentka hufcowej ds. wypoczynku.

Czy języki miłości pomagają kochać świadomie?

Myślę, że każdy kiedyś zastanawiał się nad znaczeniem słów „kocham cię”. Może myśleliście nad nimi, kiedy ktoś powiedział je w stosunku do Was? A może to Wam przyszło je wypowiedzieć?

Miłość ma różne oblicza. Inaczej kocha się rodziców, inaczej rodzeństwo, dzieci, przyjaciół, czy męża lub żonę. Ale każda miłość swój początek bierze z Krzyża. To właśnie na Krzyżu Jezus dał nam wzór, jak kochać doskonale; tym bardziej potrafimy kochać, im bardziej nasza miłość jest podobna do Jego miłości.

Miłość, chociaż sama w sobie jest bardzo prosta i przejrzysta, lubi być przez nas komplikowana. Z czego to wynika? Przede wszystkim z naszych potrzeb, które są bardzo odmienne. Jedna jest miłość, ale wiele sposobów jej wyrażania.

Gary Chapman, amerykański psycholog, antropolog i doktor filozofii, z zauważył, że wiele nieporozumień wynika z różnego sposobu okazywania sobie miłości. Na podstawie swoich obserwacji stworzył teorię języków miłości. I tak właśnie wyróżnia języki: dotyku, drobnych przysług, akceptacji, czasu wartościowego i prezentów.

Warto zauważyć, że nie opisują one jedynie miłości w stosunku do naszego ukochanego czy ukochanej, ale też do rodziców, dzieci, naszych podopiecznych czy każdej innej osoby. Czasem odkrycie tego, jaki ktoś ma język miłości, może wiele ułatwić w naszej relacji z tą osobą, w przyjaźni, zwykłej życzliwości, czy nawet w pracy. Używanie języka miłości drugiej osoby może ułatwić komunikację, bo taka osoba czuje się przez nas szanowana i doceniona.

Posługiwanie się językami miłości możemy porównać po prostu do posługiwania się językami obcymi. Jeżeli spotykamy osobę innej narodowości, którą chcemy poznać, musimy nauczyć się mówić w jej języku. Nieważne jak dużo opowiadalibyśmy jej o sobie w swoim języku, nie wniosłoby to nic w naszą relację. Analogicznie, jeżeli bardzo wyraźnie chcielibyśmy okazać komuś miłość, ale okazywalibyśmy ją w swoim języku miłości, a nie w języku tej drugiej osoby, to ona nie będzie czuła się kochana. A nawet jeśli, to na pewno nie będzie czuła się kochana w takim stopniu, w jakim mogłaby się czuć.

Przejdźmy do przykładów. Mąż całymi dniami ciężko pracuje, żeby zapewnić byt swojej rodzinie. Jego językiem miłości są drobne przysługi i on poprzez pracę okazuje miłość swoim bliskim. Jego żona teoretycznie wie, że on to wszystko robi z miłości do niej i dzieci. Ale jej językiem miłości jest czas wartościowy. Zatem żona nie czuje się kochana, bo mąż nie ma dla niej czasu. Natomiast kiedy on wraca z pracy, żona nie okazuje mu, że docenia jego pracę. Nie chwali go, a on tych pochwał potrzebuje, ponieważ jego drugim wiodącym językiem jest język akceptacji. I przez ten brak doceniania, on też nie będzie się czuł kochany. I to może być naprawdę wspaniałe, kochające się małżeństwo, ale z takich błędów komunikacji i wzajemnego nierozumienia potrzeb, mogą wynikać liczne, zbędne konflikty.

Żeby ograniczyć takie konflikty, warto mówić o swoich potrzebach i swoim języku miłości drugiej osobie. A równocześnie starać się posługiwać i wyrażać swoje uczucia wobec niej za pomocą jej języka.

Język akceptacji, zwany też językiem wyrażeń afirmatywnych, mają osoby, które potrzebują czuć się doceniane. Potrzebują, żeby zauważać ich wysiłek, potrzebują być chwalone za różne rzeczy. I nie ma tutaj znaczenia za co. Może to być pochwała za dobry obiad, ładny makijaż, czy za awans w pracy. Dużą wagę przywiązują do słów. Osoba, która nie ma tego języka często nie widzi potrzeby chwalić, dlatego że jest dla niej oczywiste, że przykładowo obiad był dobry, bo zawsze jest dobry. Ale jeżeli wiemy, że nasz współmałżonek ma ten język, naszym zadaniem jest starać się pamiętać, aby chwalić go za najmniejsze rzeczy. Dzięki temu będzie czuł się akceptowany i kochany.

Drugim językiem jest język czasu wartościowego. Osoba, która ma taki język, potrzebuje czuć, że ktoś poświęca jej czas, że ktoś „marnuje” swój czas dla niej. Słowo „marnuje” oznacza tutaj, że druga osoba mogłaby poświęcić swój wolny czas po pracy na obejrzenie meczu, czytanie książki, czy na inną rzecz, którą lubi, a zamiast tego poświęca ten czas nam. Nawet jeśli taki spacer sam w sobie nie jest atrakcyjny dla naszego chłopaka, bo woli on spędzać czas aktywnie, to pójdzie na ten spacer ze względu na nas. Język czasu wartościowego jest mocno związany z potrzebą rozmowy, czucia się wysłuchanym i zrozumianym. Jednak to nie znaczy, że oglądanie filmu w milczeniu się do niego nie zalicza. Jeśli towarzyszy temu poczucie bycia razem, to nie ma znaczenia, czy jest to film, wymienianie opon samochodowych, robienie pizzy, czy wyjazd na Majorkę.

Język miłości prezenty charakteryzuje się tym, że dana osoba potrzebuje jakiś materialnych znaków miłości. W żadnym wypadku nie chodzi o materializm i wartość pieniężną tych rzeczy, tylko o jakiś widoczny wyraz przyjaźni czy miłości. To może być liścik, zdjęcie, czy nawet serduszko narysowane szminką na lustrze w łazience przed wyjściem do pracy. Dziewczyna, która ma ten język miłości zasuszy listek, który chłopak podniósł z ziemi i dał jej na pierwszej randce. Niektórzy wolą cieszyć się chwilą i zachowywać cenne momenty w swojej pamięci, a inni, właśnie osoby z językiem prezentów, będą pamiętały o tym, żeby taki moment uchwycić na zdjęciu, na które będą mogły potem patrzeć i wspominać.

Język drobnych przysług zwany jest czasami też językiem służby. Osoby z tym językiem jako największy wyraz Miłości traktują pomoc drugiej osobie, odciążenie jej z obowiązków. Kiedy żona sama z siebie pomyśli o zawiezieniu dzieci do szkoły, żeby mąż mógł się dłużej wyspać, wtedy on, jeśli ma ten język miłości, poczuje się najbardziej na świecie kochany. Osoba z językiem drobnych przysług, widząc, że ktoś na imprezie zmywa naczynia zamiast grać w planszówki czy tańczyć, chętnie pójdzie go zmienić. Jeżeli żona z tym językiem poprosi męża o wymianę żarówki, a on o tym zapomni, a zamiast tego po pracy przyniesie jej kwiaty, ona będzie czuła się dotknięta, bo nie zrobił tego, o co go poprosiła. I kwiaty nie będą miały większego znaczenia. Będzie się nimi cieszyć dopiero wtedy, kiedy żarówka zostanie wymieniona.

Ostatnim z języków jest dotyk. Sfera seksualna jest tylko małym elementem tego języka. Sam dotyk jest dużo szerszym zagadnieniem. Obejmuje trzymanie się za rękę z chłopakiem, zmierzwienie włosów synowi, czy przytulenie się do przyjaciółki. Dla dziewczyny z tym językiem, która siedzi z chłopakiem na grillu u znajomych, ważne będzie, aby na tym grillu siedzieć obok niego, położyć mu głowę na ramieniu, po prostu być blisko. Ona może przez całego grilla rozmawiać z przyjaciółką, a on z innymi znajomymi, ale dla niej będzie się liczyć to, że jest obok. Wiadomym jest, że dotyk jest czymś, czego potrzebujemy w związku czy małżeństwie, kiedy jesteśmy zakochani. Dlatego warto zastanowić się, czy potrzebujemy tego dotyku też od innych osób i na tej podstawie stwierdzić, czy jest to nasz wiodący język. Ważną rzeczą jest też to, że każde dziecko ma ten język. Oznacza to, że rodzice, nawet jeśli dotyk nie jest dla nich naturalnym sposobem wyrażania miłości, powinni się uczyć okazywać ją w ten sposób w stosunku do swoich dzieci, które bardzo potrzebują przytulenia, pogłaskania po głowie i wzięcia na kolana.

Eurojam 2014, fot. Jan Żochowski

Choć naszą miłość wyrażamy wobec wielu ludzi i wobec każdej z tych osób jest ona inna, szczególną wagę przykładamy do miłości małżeńskiej. Amerykańska psycholog dr Dorothy Tennov przeprowadziła badania, na których podstawie stwierdziła, że etap zakochania trwa średnio dwa lata. Podczas tego etapu często wszystko jest piękne i kolorowe. Jednak kiedy zakochanie mija, wcale nie musi być nagle strasznie. Jeżeli świadomie budujemy swoją miłość, w oparciu nie tylko o uczucia, ale i o rozum, i decyzję o wspólnym budowaniu życia i walki o zbawienie ukochanej osoby, czas po zakochaniu może być równie piękny. Świadomość języków miłości może nam w tym pomóc.

Na koniec warto wspomnieć też o tym, że miłość małżeńska jest skarbem całej rodziny. Jeżeli miłość między małżonkami jest widoczna, bardzo pozytywnie wpływa to na ich dzieci. Nie można dać dziecku większego skarbu niż wzajemna miłość rodziców.

Julia Bednarek HR


Studentka 3 roku dietetyki klinicznej na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu, pracuje jako instruktorka wspinaczki i prowadzi Soultrace - Ogólnopolski Projekt sportowo-ewangelizacyjny. W wolnych chwilach chodzi po górach i uprawia wszelakie sporty od wspinaczki, przez enduro do frisbee. Lubi też pisać, podróżować i poznawać ludzi. Przed pandemią wolontariuszka wrocławskiego hospicjum, do czego ma nadzieję powrócić. W skautingu pełni służbę szefowej wrocławskiego Ogniska Młodych Przewodniczek im. świętej Filomeny i asystentki hufcowej ds. żółtej gałęzi. Przed złożeniem Fiat należała do Ogniska św. Edyty Stein.