Pochwal dziecko przed zachodem słońca

Na podstawie 5. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Skąd wiesz, na co cię stać?

Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem własnej wartości. Musimy się o niej dowiedzieć od otaczających nas osób.

Na podstawie wypowiedzi rodziców i innych dorosłych dziecko wyrabia sobie zdanie o sobie. A od jego samooceny zależy, jak w przyszłości będzie radziło sobie z pojawiającymi się problemami i jakie cele będzie sobie stawiać. Jeśli ciągle słyszy, że jest beznadziejne, robi błędy, wszędzie brudzi i nie ma za grosz rozumu, to tak właśnie siebie widzi. Nie będzie miało odwagi stawić czoła większemu wyzwaniu. Z góry zakłada, że jest nieudacznikiem.

Natomiast dziecko, które widzi, że jego uczucia są szanowane, które dostaje możliwość wyboru albo szansę na samodzielne rozwiązanie jakiegoś problemu, zaczyna widzieć siebie jako wartościowego człowieka. Rośnie w nim zaufanie i szacunek do siebie.

Dzięki pochwałom dziecko dowiaduje się, w czym jest dobre, jakie są jego talenty i mocne strony, co już potrafi . Oprócz tego pochwały motywują do powtarzania lub kontynuowania dobrych zachowań – w przeciwieństwie do strofowania, które rodzi frustrację i zniechęca do poprawy.

Jak chwalić?

Nie każda pochwała będzie miała tak pozytywne skutki. Zastanów się, jak czułbyś się w takich sytuacjach:

  • przygotowujesz dla znajomych wafle przełożone dżemem, a oni twierdzą, że świetnie pieczesz;
  • na zajęciach „strzelałeś” i udało ci się dobrze odpowiedzieć na pytanie, a prowadzący mówi, że najwyraźniej jesteś znawcą tematu;
  • dobiegasz do odjeżdżającego autobusu, a siedzący w nim kolega gratuluje ci kondycji.

Pochwała może wywołać mieszane uczucia, np. natychmiastowe zaprzeczenie lub zwątpienie w wiarygodność chwalącego – „Wafli się nie piecze, co on wygaduje”, obawę – „Co, jeśli zaraz zapyta mnie znowu i cała moja niewiedza wyjdzie na jaw?” albo skupienie się na swojej słabości – „Kondycja? Przecież ledwo żyję po dobiegnięciu do autobusu.”

Okazuje się, że również słowa „dobry”, „świetny”, „piękny” nie brzmią przekonująco. Przecież można je wypowiedzieć nieszczerze. Wymagają uzasadnienia.

Dobra pochwała ma dwie części:

1. Dorosły opisuje z uznaniem, co widzi lub czuje:

„Wszystkie menażki są umyte, a stół dokładnie wytarty. Miło tutaj wejść.”

„Na twoim obrazku wszystkie drzewa są starannie pokolorowane. Pomysłowo narysowałeś futro zwierząt, aż chce się je pogłaskać.”

2. Dziecko – po wysłuchaniu opisu – potrafi pochwalić się samo:

„Jak chcę, to umiem zrobić porządek.”

„Mój rysunek jest naprawdę dobry.”

Do opisu można dodać jedno/dwa słowa, które podsumują godne pochwały zachowanie dziecka:

„Wyplotłeś całą prycz, chociaż na początku wszystko się poplątało i musiałeś zacząć jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.”

„Poczekałeś na swoją kolej, zamiast przekrzykiwać inne dzieci. To się nazywa cierpliwość.”

Dzięki takim słowom dziecko dowiaduje się czegoś o sobie, poznaje swoje możliwości. Ta świadomość może dodać mu sił w chwili zwątpienia czy zniechęcenia.

Pokonaj swoje czarnowidztwo

Mówienie pochwał nie przychodzi nam wcale łatwo. Naszą uwagę mocniej przyciągają negatywne aspekty rzeczywistości. Bardziej skupiamy się na tym, że wilczek usmarował pół stołu klejem, niż na tym, że starał się go pościerać.

Zimowisko 1. Gromady Pilawskiej 2017, fot. Mateusz Zawadka

Dlatego musimy świadomie szukać dobrych rzeczy i o nich mówić. Mam nadzieję, że widzisz już, że warto włożyć w to trochę wysiłku. Podobno nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale swoich podopiecznych – jak najbardziej. Postaraj się na następnym spotkaniu każdemu z nich powiedzieć, co zrobił dobrze. A potem siebie też możesz pochwalić 🙂


Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Nasze rany na ciele Jezusa

W Wielkim Poście rozważamy drogę krzyżową i mękę Pana Jezusa. Uświadamiamy sobie od nowa, jak bardzo cierpiał z miłości do nas. Żeby nas odkupić zapłacił najwyższą cenę – oddał własne życie. Słyszymy, że to nasze grzechy są powodem męki Pana Jezusa. Że łamiąc przykazania przybijamy Go do krzyża.

Czyżbyś był tak okrutny?

Prawdą jest, że łamiemy Bogu serce, kiedy się od Niego odwracamy. Rozważanie drogi krzyżowej może nam pomóc wzbudzić w sobie słuszny żal i szlachetne postanowienia poprawy. I to jest bardzo dobre.

Jednak idąc dalej tym tropem, możemy dojść do przerażających wniosków: czy jestem takim potworem, że swoimi upadkami spowodowałem śmierć bezbronnego Boga? Że wbijałem gwoździe w dłonie? Plułem na ubiczowanego? Jak to możliwe, skoro jestem przeciwny karze śmierci i nie byłbym zdolny do tak okrutnego dręczenia kogokolwiek?

Między grzechem a krzyżem

Stwierdzenie, że nasze grzechy przybijają Jezusa do krzyża, jest dużym uproszczeniem. Faktycznie na początku jest grzech, a na końcu śmierć krzyżowa. Ale co dzieje się pomiędzy? Prorok Izajasz, zapowiadając mękę Mesjasza, mówi:

„On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, (…)
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.”

Iz 53, 4-5

Nasze cierpienie”, „nasze boleści”. Każdy popełniony grzech zadaje nam realną ranę. Kaleczymy sami siebie grzesząc oraz jesteśmy kaleczeni przez innych ludzi popełniających grzechy.

Bóg nie dał nam przykazań, dlatego, że ot, tak sobie wymyślił. Albo dlatego, że dając nam zadania chciał przetestować naszą miłość do Niego. Jako Stwórca zna najlepiej swoje stworzenie i wie, co jest dla nas dobre. Pragnie naszego szczęścia i daje nam na nie receptę. Krótko mówiąc, wypełnianie przykazań „się opłaca”. (Podobnie jak używanie jakiegoś urządzenia zgodnie z instrukcją producenta.) Grzech może dawać początkowo złudzenie szczęścia, ale nigdy nie jest ono trwałe. Ostatecznie zostawia ranę i ból – nasz i skrzywdzonej przez nas osoby.

Bóg widzi to lepiej od nas. „Jezus (…) wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co jest w człowieku.” (J 2, 24-25). Jezus daje temu wyraz, kiedy idąc na Kalwarię, mówi do niewiast „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23, 28).

Patrząc na poranione ciało Jezusa, widzimy nasze własne rany, które wziął na Siebie, żeby nas od nich uwolnić. Obraz Brata Alberta „Ecce Homo” (łac. Oto Człowiek) dobitnie pokazuje naszą własną, ludzką kondycję, spowodowaną grzechami, którą przyjął Jezus.

Ecce Homo, św. Brat Albert Chmielowski

„Uzdrowienie przez drogę krzyżową”

Poniżej propozycja rozważań drogi krzyżowej ks. Krzysztofa Wonsa, zamieszczonych na końcu jego książki „Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego”.

A jeśli wolisz posłuchać, wejdź tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=otFLWc-JSH0.

Ze wstępu:Tak naprawdę, to nie my idziemy Jego drogą krzyżową, ale to On idzie drogą naszej historii życia. (…) Chce się zatrzymać przy każdej życiowej ranie spowodowanej grzechem. Chce się w niej „zanurzyć”, „dotknąć” ją i „objąć” całym sobą – jak wtedy, gdy obejmował krzyż i gdy całym sobą upadł na ziemię z krzyżem. Chce wstawać i brać na siebie nasze choroby, chce uzdrawiać nas swoją miłosierną miłością. On bierze na siebie nasze rany. Chce przejść z nami wszystkie miejsca życia, w których choruje nasz prawdziwy obraz siebie, nasze poczucie własnej godności, nasza dusza dziecka, nasza pamięć i nasze serce.”

„Stacja I
Rana zakłamania i fałszu:
Jezus skazany na śmierć

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus pragnie uzdrowić mnie z ran nieprawdy i fałszu. Pozwala się ranić niesprawiedliwym wyrokiem, aby uzdrowić we mnie rany, które fałszują mój prawdziwy obraz Ojca i siebie. Przyjmuje na siebie cierpienie z powodu oskarżenia i fałszu, aby uzdrowić we mnie wszystkie zafałszowane miejsca w obrazie siebie, w obrazie mojego Ojca, wszystkie moje niesprawiedliwe wyroki, którymi ranię Ojca i siebie. Pozwala się sponiewierać fałszywym osądem, abym przestał poniewierać sobą i innymi. Jezus bity po twarzy, opluwany, krwawiący na całym ciele, chce uzdrowić we mnie obraz Ojca, abym odnalazł w Nim swoje rzeczywiste piękno.
Chwila ciszy…

Jezu, uzdrów we mnie ranę, która fałszuje mój obraz Ojca i mnie samego. Wróć mi zdrowe myśli, zdrowe uczucia, zdrowe oczy duszy!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja II
Rana ucieczki i rozłąki:
Jezus bierze na siebie mój krzyż

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Czy kiedykolwiek pomyślałem o tym, że podjęcie śmiertelnej męki było dla Jezusa związane z rozłąką z Ojcem? Jezus bierze na siebie mój największy krzyż. Aby mnie zbawić, musi przeżyć najboleśniejszą rozłąkę – z Ojcem. Chce przeżyć rozłąkę ze swoim Ojcem, aby uzdrowić we mnie ranę, która zawsze będzie zadawała mi najwięcej bólu. Wciela się w moją człowieczą codzienność, w „mój Nazaret”, w moją historię życia, aby dotrzeć do ran zadanych z powodu rozłąki, odrzucenia, ucieczek z domu. Chce przeżyć we mnie tęsknotę za Ojcem, aby uzdrowić moje życiowe tęsknoty – i tę największą, za Bogiem.
Chwila ciszy….
Jezu, który bierzesz na siebie krzyż, uzdrów mnie z ran zadanych mi przez rozłąki, odrzucenia, ucieczki!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja III
Rana pychy i zarozumiałości:
Jezus upada pierwszy raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus upada pod krzyżem wszędzie tam, gdzie trwoniłem mój ,majątek” życia, gdzie żyłem rozrzutnie. Jezus chce przeżyć słabość, kruchość, bezradność w moich ranach spowodowanych zarozumiałością, życiem na własną rękę. Chce cierpieć w moich ranach „krwawiących” przez pychę. Chce przeżyć słabość i upadek wszędzie tam, gdzie nie chciałem przyznać się do moich słabości, do moich upadków.
Chwila ciszy..
Jezu upadający, uzdrów moje rany, które zadałem sobie przez moja pychę i zarozumiałą samowystarczalność. Zdejmij ze mnie moją maskę człowieka twardego i naucz mnie przyznawać się do mojej kruchości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja IV
Rana braku miłości:
Jezus spotyka się z Matką

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jezus pragnie uzdrowić mnie z ran spowodowanych brakiem matczynej miłości. Spotyka się ze swoją Matką, aby uzdrowić zranienia zadane mi w spotkaniach z moją matką, wszystkie zranienia z powodu braku spotkań, a także tych złych spotkań, które kończyły się trzaskaniem drzwiami, obrażaniem się i sterczeniem przed drzwiami domu. Jezus chce, abym kontemplował Jego spotkanie z Maryją, abym się nim nasycał. Chce, aby Jego spotkanie z Matką uwolniło mnie od złych wspomnień, przechowywanych w pamięci pretensji, urazów, gniewu. W moich ranach zawsze jest Jezus i Ona – Maryja. Są razem. Cierpią i milczą. Cierpią i kochają. Nie opuszczają mnie również wtedy, gdy wybieram ucieczkę od siebie, gdy się zamykam w sobie. Jezus zostawia mi Matkę, aby zawsze była przy mnie i przypominała mi o Jego Ojcu, który ma serce matki, który jak prawdziwa matka oczekuje, tęskni, wzrusza się głęboko, który mówi do mnie: Ja nigdy nie zapomnę o tobie…
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie, zranionego brakiem miłości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja V
Rana osamotnienia:
Jezusowi pomaga Szymon z Cyreny

Kłaniamy Ci się, Panie Jezus Chryste…

Jezus przyjmuje pomoc od Cyrenejczyka, aby uzdrowić wszystkie bolesne momenty mojego życia, w których nie potrafiłem przyjąć miłości, odrzuciłem dobroć i pomoc. Odrzucenie miłości pozostawia głęboką ranę, która „krwawi” nieopanowaną potrzebą bycia kochanym. Odrzucenie miłości pozostawia we mnie ranę pustki. Jest to rana, która krzyczy o miłość. Za moją maską twardego, który nie potrzebuje pomocy, kryje się małe dziecko skrycie żebrzące o miłość, gotowe zadowolić się nawet strąkami, odpadkami miłości. Jezus w spotkaniu z Cyrenejczykiem pragnie uzdrowić mnie z mojego osamotnienia, na które skazuję samego siebie. Pragnie uzdrowić moją hardość serca, abym nauczył się przyjmować miłość tak, jak On ją przyjmuje od przypadkowego człowieka.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów we mnie ranę osamotnienia!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VI
Rana pod maską udawania:
Weronika ociera Jezusowi twarz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Są we mnie takie miejsca, które obnażają i zdradzają moje zranienia. Są to miejsca, na których widać je najbardziej: moja twarz, oczy, usta, mój głos. Cierpienia i smutku nie można ukryć. Nie wolno ukrywać. Nie wolno nakładać maski, ponieważ rany robią się jeszcze większe, a kiedyś maski będą zdarte. Trzeba przyznać się do swojej kruchości, jak młodszy syn z przypowieści Jezusa, nie wstydzić się wracać do Ojca w łachmanach, nie ukrywać twarzy w dłoniach, ale wtulić się w ramiona Boga. Twarz Jezusa, zakrwawiona, pełna bólu i pokoju, jest wolna od skrywania i udawania. Przyjmuje chustę Weroniki, pozwala, aby Go otarła, aby obnażyła cały Jego ból i abym patrząc na Niego, uczył się przyznawać do moich ran. Jezus pragnie uzdrowić moje życie z rany maskowania się.
Chwila ciszy…
Jezu, poślij mi Weronikę, aby była dla mnie aniołem pocieszenia w strapieniu; aby otarła chustą miejsca najbardziej poranione: moja twarz, moje udawanie, zawstydzenie, skrywaną rozpacz.
Jezu, uzdrów mnie z rany udawania!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VII
Rana połowiczności i letniości:
Jezus upada drugi raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus upada w połowie drogi, aby podźwignąć mnie z mojej połowiczności i letniości. Chce, abym przypatrzył się uważnie, gdzie upada i gdzie leży, abym w ten sposób rozpoznał to miejsce, tę ranę, która powstała we mnie od chwili, gdy zacząłem być połowiczny jak starszy i młodszy syn z przypowieści Jezusa. Upada we wszystkich miejscach moich ran, które rodzi moja połowiczność: połowiczna modlitwa, połowiczna miłość, połowiczne nawrócenie, połowiczne przebaczenie, połowiczna czystość, ubóstwo, posłuszeństwo, połowiczna miłość małżeńska, połowiczna wierność powołaniu. Za każdą połowicznością kryje się mój egoizm. Wracam do Ojca, nieraz z bardzo daleka, jak młodszy syn, ale ciągle myślę o sobie. Wracam do Ojca i zatrzymuję się przed domem, nie chcę wejść dalej, nie chcę być z Nim do końca, ponieważ ciągle myślę najpierw o sobie. Jezus pragnie uzdrowić we mnie wszystkie upadki spowodowane moja połowicznością, moim egoizmem.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany połowiczności i letniości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja VIII
Rana niewypłakanego bólu:
Jezus i płacz niewiast

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus zwraca kobietom uwagę na ich płacz. Uczy je płakać nad sobą – przed Jezusem. Kiedy gromadzi się we mnie ból, kiedy otwierają mi się oczy i widzę swoją biedę, potrzebny jest gorzki płacz nad sobą, nie nad innymi; płacz nad sobą, który nie skupia mnie na sobie, ale jak młodszego syna prowadzi do ramion Ojca. Chce uzdrowić moją duszę, abym potrafił zapłakać nad sobą. Chce wyleczyć mnie z płaczu, który zamyka na Boga, który zamyka mnie w sobie. Jezus przywraca mi płacz dziecka. „Leczy” moje „chore łzy”.
Chwila ciszy…
Jezu, ulecz moją ranę niewypłakanego bólu!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja IX
Rana rozżalenia i złości:
Jezus upada trzeci raz

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus upada, aby uzdrowić we mnie niezadowolenie, pretensje, żale starszego syna. Oto najboleśniejszy upadek, największa pokusa – zatrzymać się przed drzwiami domu Ojca i nie wejść do środka, nie chcieć cieszyć się razem z Nim. Jezus chce mnie uzdrowić z zatwardziałego gniewu i pretensji, które zamykają moje serce na Boga, na innych i na siebie.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany rozżalenia i złości!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja X
Rana obnażenia i poniżenia:
Jezus bezbronny – obnażony

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus obnażony z szat pragnie uzdrowić te momenty z historii mojego życia, w których zostałem obnażony z mojej słabości albo obnażałem i poniżałem innych. Pragnie uzdrowić we mnie serce młodszego syna, który w swojej słabości gotów był jadać to, co świnie; chce uzdrowić we mnie serce starszego syna, który nie przestaje wyrzucać grzechu swemu bratu, który go obnaża przed ojcem i nie potrafi mu przebaczyć.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów we mnie rany zadane przez obnażenie i poniżenie!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XI
Rana przemocy:
Jezus przybijany do krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezus Chryste…

Jezus bezbronny, nagi, omdlały i drżący z bólu przybijany do krzyża. Najpierw ręce, potem nogi. Całkowicie bezradny. Może jedynie wołać do nieba. Obraz okrutnej przemocy na bezradnym. Jezus raniony przemocą jest ikoną Ojca, który cierpi raniony przemocą swoich dzieci. Jednym razem raniony przemocą młodszego, innym razem starszego: przemocą wobec dobroci, wobec pokory, cichości i cierpliwości. Przemoc za pomocą pretensji, żalów, obojętności. Jezus „ikona Ojca” jest przybijany do krzyża – pozwala na przemoc. Każda rana na Jego ciele mówi o mojej przemocy wobec miłości. Bierze na siebie moją przemoc, zatrzymuje ją na sobie, aby nie raniła innych, aby uzdrowić we mnie to wszystko, co prowadzi mnie do przemocy fizycznej, psychicznej, duchowej.
Chwila ciszy…
Jezu, uzdrów mnie z rany przemocy!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XII
Rana śmierci:
Jezus kona na krzyżu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus umiera na krzyżu z powodu młodszego i starszego syna. Umiera posłany przez Ojca, aby odnalazł i wrócił życie Jego dzieciom, które się gubią, umierają poza Jego domem, umierają w swoim grzechu odejścia. Jezus konający na krzyżu, osamotniony, wyszydzony, nierozumiany w swojej miłości, mówi mi o Ojcu, który umiera, ilekroć odchodzę od Niego i brnę w grzech. Życie poza Nim jest śmiercią. Umiera za mnie, w każdym moim grzechu, który odbiera mi Boga, umiera w każdym miejscu mojego życia, w którym nie potrafię umierać dla siebie: umiera w moim egoizmie, w zarozumiałym przekonaniu, że bez Niego mogę żyć. Umiera w moim obrażaniu się na Niego. Umiera w mojej zmysłowości, w mojej złości, w braku przebaczenia. Tak długo będzie dla mnie umierał, do końca moich dni, aż nauczy mnie umierać razem z Nim. Jego przebite serce przypomina mi o Ojcu, któremu serce pęka, gdy odchodzę i który wzrusza się głęboko, gdy wracam, który mówi do mnie przez otwarte serce Jezusa: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy”. Umieranie Jezusa przypomina mi, że Ojciec na mnie czeka.
Chwila ciszy…
Jezu umierający na krzyżu mojego życia, uzdrów mnie z grzechów, które zadają Tobie i mnie śmiertelne rany.
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIII
Rana zniechęcenia:
Martwy Jezus na kolanach Matki

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste.

Maryja z martwym, bezwładnym ciałem Jezusa na swoich kolanach. Maryja obejmująca z żywą wiarą i czułością martwe Dziecko. Maryja – „ikona wiary”, która się nie załamuje, „ikona miłości”, która nie rezygnuje nawet wtedy, gdy widzi śmierć Dziecka. Na jej kolanach, przy jej łonie jest jeszcze dużo miejsca, jest miejsce także dla mnie. Chce mnie utulić i objąć, jak obejmuje Jezusa, razem z Jezusem. Maryja chce wziąć w ramiona całe moje życie, to, co umiera w nim przez moje zniechęcenie i rezygnację. Chce „przyłożyć” moje rany zniechęcenia i rezygnacji do ran Jezusa, aby zmartwychwstał we mnie syn, aby zmartwychwstała we mnie pasja i radość życia, aby uzdrowić mój bezwład życia, abym  mógł się bawić i cieszyć z Ojcem i Jego Synem, odnalezionym życiem, abym martwy ożył, zagubiony odnalazł się.
Chwila ciszy…
Ojcze o sercu matki, poślij mi Jezusa, aby uzdrowił we mnie ranę zniechęcenia i rezygnacji.  Poślij mi Maryję, aby „na swoich kolanach” uczyła mnie wiary silniejszej od śmierci!
Któryś za nas cierpiał rany…

Stacja XIV
Rana śmiertelnego grzechu:
Jezus złożony do grobu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

Jezus złożony w grobie schodzi do najgłębszych ciemności mojego życia, do najgłębszej rany mego serca. Schodzi w otchłań mojego grzechu, do miejsc, które są we mnie grobem. Chce w nich czekać na moje nawrócenie i zmartwychwstanie. Chce, abym pozwolił Mu zejść do otchłani mojego życia, gdzie nie ma życia, chce mnie z niej wyprowadzić. Chce, abym oddał Mu mój grzech i wtulony w Jego ramiona powiedział: „Zgrzeszyłem wobec Ojca i względem Ciebie'”. Jezus szuka mnie w grobie moich grzechów, w ciemnościach moich lęków, w moim poczuciu „niegodnego dziecka”. Szuka mnie tam, gdzie już nikt inny nie zagląda. Chce mnie wrócić Ojcu, chce, abym uwierzył, że w domu Ojca jest mieszkań wiele. Jest także miejsce przygotowane dla mnie i wszystko jest już przygotowane do uczty.
Chwila ciszy…
Jezu schodzący do otchłani moich śmiertelnych grzechów, uzdrów mnie z ran grobowych ciemności i lęku!
Któryś za na cierpiał rany… (3 razy)

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Zamiast karania

Na podstawie 3. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish.

Jak Ci poszło?

Sprawdzałeś już skuteczność metod zachęcania do współpracy z poprzedniego artykułu? (Jeśli jeszcze go nie czytałeś, zajrzyj najpierw tutaj:https://przestrzen.skauci-europy.pl/2021/02/jak-zachecic-dzieci-do-wspolpracy/)

Może jeszcze ciągle nie mogłeś się powstrzymać od oskarżania albo sarkazmu – nie poddawaj się, ćwiczenie czyni mistrza, a zauważanie błędów to pierwszy krok do ich pokonania. Może udało ci się już zastosować wskazówki i jesteś zachwycony efektem.

Ja wam pokażę!

A może starałeś się jak mogłeś, robiłeś wszystko jak trzeba, a twoi podopieczni nadal nie chcieli współpracować? Co wtedy? Nic tylko nicponi ukarać. I to tak, żeby zapamiętali…

Co właściwie kieruje tobą w takim momencie? Nadal chodzi o dobro dziecka? Czy po prostu puściły ci nerwy i chcesz zadać ból, żeby się odegrać i pokazać, kto tu rządzi?

Trudno się przyznać do tak nieszlachetnych motywacji. Zwłaszcza, jeśli się przyrzekało lojalność wobec podwładnych. Łatwiej zasłonić się tym, że „oni naprawdę robią źle” i „trzeba dać im nauczkę na przyszłość”. Ale sam wiesz najlepiej, dlaczego masz ochotę ukarać małego człowieka…

Skutki kary

Załóżmy jednak, że tym razem nie chodzi o zemstę. Opanowałeś swój gniew i stwierdziłeś, że trzeba ukarać winowajcę, żeby w przyszłości postępował lepiej. Czy faktycznie taki będzie efekt kary?

Wyobraźmy sobie, że nie przesłałeś w terminie rozliczenia zimowiska. W związku z tym hufcowy/hufcowa za karę zobowiązuje cię do rozliczenia obozów wszystkich jednostek z hufca. Dodaje, że to dla twojego dobra – może w końcu nauczysz się załatwiać ważne sprawy na czas. Co czujesz, kiedy dociera do ciebie, że to nie żart i faktycznie będziesz musiał to zrobić?

Dziecko też tak ma. Kara wywołuje w nim uczucia nienawiści, oporu i chęci odwetu albo własnej bezwartościowości i rozczulania się nad sobą. Zamiast zastanowić się, jak może naprawić to, co zrobiło, dziecko oddaje się myślom o odwecie. A przecież nie o to nam chodzi. Dlatego można powiedzieć, że kara jest nieskuteczna, bo rozprasza.

Obóz letni 3. Gromady Garwolińskiej, rok. 2017, fot. Ernest Benicki

Co w zamian?

Jak możemy okiełznać krnąbrnych ludków, skoro kara jest nieskuteczna? Poniżej kilka wskazówek.

1. Wskaż w czym dziecko może ci pomóc.

Wilczek przeszkadza na Skale Narady. Zamiast grozić, że nie weźmie udziału w grze, zaangażuj go – może coś rozdać albo trzymać tak, żeby wszyscy widzieli.

2. Wyraź ostry sprzeciw (bez atakowania charakteru dziecka).

„Nie podoba mi się to, co robisz. Przeszkadzasz wszystkim się skupić”.

Nie dodawaj: „Jesteś okropny”.

I nie uśmiechaj się słodko, dziecko musi widzieć, że mówisz serio.

3. Wyraź swoje uczucia i określ swoje oczekiwania.

„Jestem wściekły, bo znowu nie mogłem znaleźć moich nożyczek. Oczekuję, że będziesz je odkładać do szuflady”.

4. Pokaż dziecku, jak może naprawić zło.

„Stroje, których używaliście do scenki i zostawiliście na dworze, są teraz całe mokre. Trzeba je rozwiesić na słońcu, żeby wyschły.”

5. Zaproponuj wybór

„Możesz pożyczać przybory ze skrzyni, jeśli będziesz je odkładać na miejsce. Inaczej stracisz taką możliwość. Wybieraj.”

6. Przejmij inicjatywę, jeśli nadal postępuje źle.

„Tak, skrzynia jest zamknięta.”

7. Daj dziecku odczuć konsekwencje.

„Nie przyszedłeś na obiad, chociaż wołałem kilka razy. Teraz twoja porcja jest już zimna.”

Jak grochem o ścianę?

Jeśli problem nadal istnieje, to pewnie jest bardziej złożony, niż się wydaje. Warto wtedy na spokojnie usiąść, postarać się zrozumieć drugą stronę i wspólnie wymyślić rozwiązanie.

Krok 1. Porozmawiaj o dziecięcych uczuciach i potrzebach.

„Widzę, że nie lubisz chodzić razem z grupą”

Krok 2. Porozmawiaj o twoich uczuciach i potrzebach.

„Bardzo się martwię, kiedy twoja szóstka wraca z gry bez ciebie.”

Krok 3. Wspólnie zastanówcie się nad rozwiązaniem korzystnym dla obu stron.

„Co możemy zrobić, żebyśmy obaj byli zadowoleni?”

Krok 4. Spisz wszystkie pomysły bez oceniania ich.

Propozycję przygotowania osobnego zestawu zadań na grę dla tego dziecka też.

Krok 5. Zadecyduj, który pomysł Ci się podoba, który nie, a który zamierzasz wcielić w życie.

„Teraz zobaczmy, co chcemy skreślić, a co zostawić”

„Skreśl to, że Ikki idzie ze mną na każdą grę, bo inni będą się śmiali.”

Ilustracja: Liliana Sowińska

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Jak pomóc dzieciom radzić sobie z uczuciami?

Na podstawie 1. rozdziału książki „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” A. Faber, E. Mazlish

Z kim nie lubimy rozmawiać?

Wyobraź sobie taką sytuację: przygotowujesz na zajęcia prezentację na zadany temat. Najpierw dużo czytasz, szukasz ciekawostek w różnych źródłach, potem starasz się jasno i atrakcyjnie ująć poznane treści. Poświęcasz na to dużo czasu. W końcu nadchodzi dzień twojego wystąpienia. Stresujesz się przez prawie całe zajęcia, bo prowadzący w żółwim tempie omawia kolokwium. Na prezentację zostaje ostatnie 10 minut. Pomijasz połowę, żeby zdążyć powiedzieć o najważniejszych kwestiach. Prowadzący przerywa ci stwierdzeniem, że właściwie nie o to mu chodziło, to jest nie na temat, ale dobrze, postawi trzy, a teraz do widzenia. I wychodzi.

Wracając do domu, spotykasz znajomą osobę i opowiadasz jej, co cię spotkało. Poniżej kilka wersji odpowiedzi twojego rozmówcy. Co czujesz podczas każdej z nich? Którą chciałbyś usłyszeć, a której wolałbyś uniknąć?

Zaprzeczanie uczuciom: „No co ty, nie przesadzaj, nie ma się czym przejmować. Przecież wiesz, że to nie koniec świata. No już, uśmiechnij się!”

– Odpowiedź filozoficzna „Nie żyjemy w świecie idealnym. Takie jest życie, trzeba się z tym pogodzić”.

– Rada: „Tylko nie poruszaj tego tematu z prowadzącym, jeśli nie chcesz sobie zaszkodzić. Pokorne ciele dwie matki ssie, warto o tym pamiętać”.

– Pytania: „Co dokładnie ci powiedział? A nie dało się zrobić tej prezentacji na następnych zajęciach? Dlaczego nie poszedłeś za nim i nie porozmawiałeś?”

– Obrona drugiej strony: „Najwyraźniej miał gorszy dzień. A skoro powiedział, że prezentacja jest nie na temat, to pewnie tak było. Ciesz się, że w ogóle ci ją zaliczył”.

– Żal: „Ojej, biedactwo, że też przytrafiło ci się coś takiego. Tak mi cię szkoda”.

– Psychoanalityk-amator: „Pewnie prowadzący przypomina ci twojego ojca, który w dzieciństwie często cię lekceważył. Dlatego jesteś taki zdenerwowany”.

– Odpowiedź empatyczna: „Och, to musiało być przykre. Napracowałeś się i takie lekceważące potraktowanie musiało być trudne do zniesienia”.

I jak, którą odpowiedź chciałbyś usłyszeć?

Dziecko też człowiek

Kiedy rozmówca udziela rad lub wygłasza „mądrości”, zwykle wcale nam nie pomaga. Przeciwnie, czujemy się jeszcze gorzej. Usprawiedliwianie drugiej strony oraz dopytywanie powodują, że musimy się bronić. Chyba jednak najgorsze są zapewnienia, że wcale nie mamy powodu, żeby czuć to, co czujemy. Słysząc je, mamy ochotę zakończyć rozmowę i chłodno się pożegnać.

Odpowiedź empatyczna to to, co każdy chciałby usłyszeć. Czujemy się lepiej, kiedy rozmówca naprawdę nas słucha, czyli „wczuwa się” w sytuację, docenia to, co przeżywamy
i pozwala nam o tym opowiedzieć. Wtedy nieprzyjemne uczucia słabną, a my jesteśmy w stanie poradzić sobie z nimi, a także znaleźć samodzielnie rozwiązanie problemu.

Tak samo jest z dziećmi. Kiedy akceptujemy ich uczucia, czują się dobrze, łatwiej im się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji. Potrafią same sobie pomóc, jeśli zostaną wysłuchane
i otrzymają empatyczną odpowiedź.

Skała Narady, Obóz 3. Gromady Garwolińskiej

Indiański wojownik kontra Mickiewicz

Niestety język empatii nie jest dla nas naturalny. Często uczucia wydają się czymś wstydliwym, a ich pokazanie obnażeniem słabości, więc staramy się tego unikać. Wygląda na to, że kamienna twarz indiańskiego wojownika jest ideałem również w naszej kulturze. „Miej serce i patrzaj w serce” błaga wieszcz, ale nam ciągle bliżej do preriowych dzikusów.

Dobra wiadomość jest taka, że języka empatii można się nauczyć. Czy warto się wysilać? Ks. M. Dziewiecki pisze: „Jesteśmy w stanie kochać i czuć się kochanymi wtedy, gdy obok są ludzie, których rozumiemy, i którzy empatycznie wczuwają się w nasze myśli, przeżycia i pragnienia”.

Poniżej wskazówki praktyczne. Myślę, że ich zastosowanie umożliwia nie tylko dogadanie się z najbardziej problematycznym wilczkiem w gromadzie, ale też podniesienie jakości każdej relacji.

Wreszcie praktyka

1. Słuchaj dziecka bardzo uważnie.

Oderwij wzrok od komputera/telefonu/książki. Nie udawaj, że słuchasz.

2. Zaakceptuj uczucia dziecka słowami „och”, „mmm”, „rozumiem”.

Słowa tego typu zachęcą dziecko do wyrażania swoich uczuć i myśli oraz do samodzielnego szukania rozwiązań.

Powstrzymaj się na razie od dawania rad. Mały człowiek poradzi sobie sam, jeśli nie będziesz mu przeszkadzać obwinianiem i pouczeniami.

3. Nazwij uczucia dziecka.

Wbrew pozorom nazwanie uczuć dziecka nie powoduje pogorszenia sytuacji. Potwierdzenie jego przeżyć przyniesie mu ulgę. Nauczy się też od Ciebie nazw różnych uczuć, a rozpoznawanie uczuć to pierwszy krok do poradzenia sobie z nimi.

4. Zamień pragnienia dziecka w fantazję.

Czasem samo zrozumienie czyni sytuację łatwiejszą do zniesienia. Dziecku łatwiej przestać się czegoś domagać lub czemuś sprzeciwiać.

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Lectio Divina. Spotkaj się z Bogiem

Czy w Niebie wszyscy będą tak samo szczęśliwi? Tak i nie. Każdy zbawiony osiągnie pełnię szczęścia, ale na swoją miarę. Pełnia pełni nierówna. W pełnej beczce jest dużo więcej wody niż w pełnym naparstku. Człowiek też ma swoją „duchową pojemność”. I ma na nią wpływ. Od Ciebie zależy, jak bardzo będziesz szczęśliwy. A czym będzie to szczęście, dla którego stworzył nas Bóg? Leo J. Trese, autor książki W co wierzymy, posługuje się następującym przykładem.

Historia miłości

Pewien amerykański żołnierz został wysłany do zagranicznej bazy wojskowej. Otrzymywał od rodziny list z dołączoną lokalną gazetą. Podczas przeglądania zobaczył zdjęcie dziewczyny, która od razu mu się spodobała. Postanowił nawiązać z nią kontakt. Wysłał list i po jakimś czasie dostał odpowiedź. Od tamtej pory pisali do siebie regularnie, w wiadomościach dzielili się swoimi przeżyciami i przemyśleniami tym, co dla każdego z nich było ważne. Poznawali się coraz lepiej i stawali się sobie coraz bliżsi. Pod wzajemnym wpływem starali się być coraz lepsi, chłopak nawet rzucił palenie. Z utęsknieniem czekali na prawdziwe spotkanie. Po dwóch latach żołnierz zakończył służbę i wrócił w rodzinne strony. Jak wielka była jego radość, kiedy na dworcu witał się z ukochaną!

Nasza sytuacja jest podobna. W niebie w końcu będziemy mogli spotkać się z Bogiem twarzą w twarz, rzucić Mu się na szyję. Z tą różnicą, że chłopak na dworcu mógłby być mimo wszystko rozczarowany, gdyby np. okazało się, że dziewczyna ma paskudnie skrzeczący głos. W niebie posiądziemy nieskończenie doskonałego Boga i będziemy przez Niego posiadani. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie radości płynącej z takiego zjednoczenia. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” – pisze św. Paweł o czekającym nas szczęściu. Żadna ludzka miłość nie może zaspokoić wszystkich tęsknot i pragnień ludzkiego serca. Może je wypełnić tylko nieskończona miłość Boga.

A gdyby żołnierz nie pisał listów? Cóż, jeśli nawet dziewczyna byłaby na dworcu w czasie jego powrotu, to po prostu przeszedłby obok niej, jak obok innych nieznanych osób. Gdyby znał ją z widzenia, może rzuciłby szybkie „cześć” i poszedł dalej. Podobnie osoba, która na ziemi nie pozna i nie pokocha Boga, nie będzie mogła cieszyć się wypełnieniem tej miłości w niebie. To szczęście nie będzie dla niej istnieć tak, jak dla niewidomego nie istnieje piękno górskiego widoku. Ktoś, kto przed śmiercią pozna Boga trochę, pewnie ucieszy się, kiedy spotka go w Niebie i na swoją miarę będzie szczęśliwy. Ale tylko ten, kto pokocha Go szalenie, będzie też szalenie szczęśliwy.

il. Agata Kocyan

Masz nieodczytaną wiadomość

Właśnie po to żyjemy na Ziemi, żeby przez miłość do Boga, budować fundamenty naszego szczęścia w Niebie. Pięknie brzmi, ale jak to zrobić? Jak zaprzyjaźnić się z Osobą, której nie widzimy i nie słyszymy? Czy można Ją poznać? Żołnierzowi udało się za pomocą korespondencji. My też mamy taką szansę. W dodatku nie musimy pisać pierwsi i niepewnie czekać na odpowiedź, bo Bóg już opowiedział o Sobie. W Piśmie Świętym i Tradycji objawił nam wszystko, co jest potrzebne, żeby Go poznać. I zachwycić się. A także poznać siebie – takimi, jakimi On nas widzi. I znowu się zachwycić.

„Ucz się o sercu Boga ze słów Boga” – zachęca św. Grzegorz Wielki. Słowo Boga to coś więcej niż słowo człowieka. Jest „żywe i skuteczne”. Bóg sprawia to, co mówi – w ten sposób stworzył świat. I to stwórcze Słowo pozwala zamknąć się w biednych ludzkich literach. Bóg jest tak pokorny. Słowo stało się ciałem – Wszechmocny stał się niemowlęciem. Nieogarniony pozwolił zamknąć się w literze, żebyśmy mogli Go poznawać. Pomyśl o tym, kiedy będziesz patrzeć na Dzieciątko w żłóbku. Jak bardzo Bóg się uniżył, żeby być blisko nas. Niemowlę. Litera.

A Ty, jak odpowiadasz na Jego starania? Czytasz w ogóle to, co do Ciebie napisał? Pomyśl, z jaką niecierpliwością czekasz czasem na jakąś wiadomość. Wzbudź w sobie taki głód Słowa – otwieraj Biblię jak wiadomość od ważnej dla Ciebie osoby. W ten sposób czytali ją chrześcijanie już od pierwszych wieków – praktykowali lectio Divina, czyli pobożne czytanie prowadzące do spotkania z Bogiem.

Nic z tego nie rozumiem

Dzieje Apostolskie zawierają barwną opowieść o apostole Filipie. Posłuszny poleceniu anioła Filip staje przy drodze z Jerozolimy do Gazy. Właśnie przejeżdża tamtędy dworzanin etiopskiej królowej, który zarządza całym jej skarbem. Czyta księgę proroka Izajasza. Na wezwanie Ducha, Filip dogania wóz. Pyta dostojnika, czy rozumie, co czyta, a ten z prostotą odpowiada: „Jakżeż mogę rozumieć, kiedy mi nikt nie wyjaśni?”. Dalej jadą razem. Filip, wychodząc od słów proroka, opowiada Etiopczykowi o Jezusie. A na postoju, na prośbę dworzanina, udziela mu chrztu.

Czasem podczas czytania Pisma Świętego czujemy się zupełnie jak etiopski dworzanin – nic nie rozumiemy. W dodatku zwykle nie zjawia się przy nas apostoł ani anioł, który mógłby nam wszystko wytłumaczyć. Co tu robić? Wymyślanie własnych teorii może być niebezpieczne – z błędnej interpretacji Pisma wzięły początek różne herezje. „Żadne proroctwo Pisma nie jest do prywatnego wyjaśniania” – pisze św. Piotr w swoim liście.

Tekst biblijny powinien być czytany w świetle całości Biblii. I tak podczas czytania Starego Testamentu nie możemy udawać, że nie znamy Nowego. Musimy też widzieć opisane wydarzenia w świetle Tradycji. Co to znaczy? Apostołowie osobiście znali Jezusa, słyszeli wszystko bezpośrednio od Niego, mogli Mu zadawać pytania, widzieli to, co robił. Potem uczestniczyli w spisywaniu ksiąg Nowego Testamentu. Najlepiej wiedzieli, jak należy je interpretować, w jakim duchu czytać. Tą wiedzę przekazali swoim następcom – biskupom.

Ponadto wierzymy, że w Kościele działa Duch Święty, który umożliwia coraz lepsze rozumienie Objawienia. Dlatego oprócz Pisma Świętego należy czytać komentarze. Jest wielu ludzi mądrzejszych od nas, którzy poświęcili się studiowaniu kwestii biblijnych. Dzięki nim możemy poznać kontekst kulturowy w jakim dany tekst powstał, inne znaczenia słów, które na polski zostały przetłumaczone w tylko jeden sposób oraz wersety Pisma Świętego, które są związane z fragmentem przez nas czytanym i w jakiś sposób go tłumaczą. Niektóre wydania Pisma, mają wbudowane krótkie komentarze (wyd. Edycja Świętego Pawła). Mamy również do dyspozycji, np. Katolicki Komentarz Biblijny wyd. „Vocatio” albo bardziej przystępną serię Katolicki Komentarz do Pisma Świętego wyd. „W drodze”, czy komentarze do Ewangelii z danego dnia w Oremusie.

Czy Pismo Święte może się mylić?

Jeszcze jedna ważna sprawa. Czy Pismo Święte może się mylić? Autorem jest przecież Bóg, to On natchnął ludzi, którzy pisali Biblię. Czy taki tekst może zawierać jakiekolwiek błędy?

Był czas, kiedy obrońcy nieomylności Pisma Świętego uważali ludzi nauki za bluźnierców, bo ich odkrycia wydawały się kłócić z jego treścią. Też uważasz, że świat nie powstał w siedem dni? Czy w takim razie Bóg się pomylił? Pismo Święte jest nauczycielem prawd zbawczych. I ucząc nas prawd potrzebnych po zbawienia jest nieomylne, bo jego pierwszym autorem jest Bóg. Natomiast twórcą bezpośrednim każdej księgi jest konkretny człowiek, żyjący w określonym czasie, kulturze, posiadający wiedzę na miarę swojej epoki i stanu. Bóg temu człowiekowi nie zabiera jego rozumienia świata, nie daje mu nowego, wszechwiedzącego umysłu. Nie robi też z niego bezmyślnego narzędzia, które tylko zapisuje podyktowany tekst. Pozwala mu być autorem, dbając o to, żeby powstający tekst pokazywał prawdę o Bogu i człowieku w odniesieniu do Boga. Dlatego czerpanie z Biblii wiedzy o funkcjonowaniu przyrody albo zarządzaniu pieniędzmi to pomyłka.

Lectio – pozwól Bogu, żeby Ci poczytał

Lectio Divina znaczy po łacinie „Boże czytanie”. Wyróżniono w nim cztery charakterystyczne etapy. To nie jest schemat, który trzeba bezwzględnie realizować, a raczej opis tego, co dzieje się w duszy człowieka pobożnie czytającego Pismo Święte.

Na początku warto pomodlić się o pomoc Ducha Świętego, by pod Jego natchnieniem Słowo stawało się Pismem. I odwrotnie: dzięki Jego mocy Pismo może stać się dla nas żywym Słowem. Zaczynamy lectio – łac. czytanie. To moment strategiczny. Jeśli chcemy, żeby nasze lectio było Divina – Boże, a nie humana – ludzkie, to musimy pozwolić, żeby to Bóg nam czytał.

Ojcowie starożytni gorąco zachęcali: zrób wszystko, żeby twoje czytanie zamieniło się w słuchanie. Co Bóg mówi? „Bez tego pytania święty tekst będzie tylko pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli” pisze Benedykt XVI w Verbum Domini”. Nie jest to może łatwe, ale nie jest niemożliwe. W odpowiedniej lekturze pomoże spokojne miejsce, umożliwiające skupienie, a także zapoznanie się z przypisami i komentarzami, dzięki którym lepiej zrozumiemy to, co czytamy.

A jednak najważniejsze nie jest zrozumienie tekstu, ale przyjęcie go z wiarą i miłością. Może być tak, że nie będziemy rozumieć i nie powinno nas to zniechęcać. Kluczowe nie jest pytanie „dlaczego?”, tylko „kto mówi?”. Skoro mówi Bóg – przyjmuję to, chociaż nie rozumiem. Co Maryja mogła rozumieć w chwili zwiastowania? Przyjęła słowa anioła, bo uwierzyła, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, a nie dlatego, że te słowa wydały jej się logiczne. Co Bóg mówi?

Meditatio – Ty jesteś tym człowiekiem

Drugim etapem jest meditatio – rozważanie. Zadaliśmy już pytanie „co Bóg mówi?”, teraz zapytajmy „co Bóg mówi do mnie?”. Nie do księży ani do mojej rodziny, tylko do mnie. Najłatwiej czytać Biblię „na wynos” – zauważyć, kto powinien to sobie przeczytać i się zmienić, ale nie o to chodzi.

W Starym Testamencie jest scena, w której prorok przychodzi upomnieć grzeszącego króla Dawida. Opowiada mu historię człowieka, który zabrał biednemu sąsiadowi jego jedyną owieczkę, chociaż sam miał wielkie stado. Dawid od razu mówi, że człowiek ten postąpił źle i zasługuje na karę. Zupełnie się jednak nie orientuje, że mowa o nim samym. Dopiero prorok mu uświadamia: „ty jesteś tym człowiekiem”. Warto sobie to powtarzać „ty jesteś tym człowiekiem” – trędowatym, faryzeuszem, uczniem.

Jak rozpoznać to, co w tym tekście jest ważne w kontekście obecnego momentu mojego życia? Patrzeć na poruszenia serca. Jaki fragment szczególnie mnie poruszył? Zdrowa część mojego serca będzie reagować radością i pokojem, a chora – niepokojem. Co w tekście przynosi mi radość, a co niepokoi i pokazuje zranione miejsca?

Oratio – sam nie dasz rady

Widzimy już swoją prawdziwą twarz. To, co w nas dobre, ale też nasze słabości. Oratio to modlitwa – rozmowa z Bogiem o tym, co zobaczyliśmy. Dziękowanie Mu, uwielbianie Go – jak Maryja w Magnificat.

To jednak nie wszystko. Nie udawajmy, że ze wszystkim tak łatwo nam się zgodzić. Bóg chce leczyć nasze słabości, ale nas to wcale nie zachwyca, wygodnie nam ze starym sposobem myślenia, przyzwyczajeniami. Nasza modlitwa może wyglądać jak walka Jakuba z Bogiem na pustyni. Taka też Mu się podoba, bo dopóki jest nasze zaangażowanie, jest też szansa, że staniemy po Jego stronie i poprosimy o pomoc w tym, co nas przerasta. Możemy i powinniśmy być z Bogiem całkowicie szczerzy. On się nie obrazi, nienawidzi tylko letniości – modlitwy powierzchownej, nudzenia się na modlitwie. Jeśli brakuje Ci do Niego zaufania albo nie rozumiesz, co się wyrabia w twoim życiu – powiedz Mu to otwarcie. I poproś, żeby coś z tym zrobił. Żebyś potrafił stanąć po Jego stronie.

Contemplatio – być razem

Kiedy proboszcz z Ars przyszedł rano otworzyć kościół, jeden z wieśniaków już czekał pod drzwiami. Zdziwionemu księdzu wyjaśnił, że przychodzi, żeby przed tabernakulum szukać siły i pomocy do całodziennej pracy.

„I co mówisz Bogu, kiedy tak klęczysz?” – zapytał proboszcz.

„Nic.” – odpowiedział wieśniak. – „Patrzę na Niego, a On na mnie.”

Na tym polega kontemplacja. Nie są już potrzebne słowa ani rozważania. Tak jak w towarzystwie osoby, którą dobrze znamy – nie trzeba cały czas mówić, wystarczy być, cieszyć się jej obecnością i świadomością, że ona również cieszy się, że nas widzi. Wpatruj się w Boga, na Nim skup całą swoją uwagę. Myśli, które będą przychodzić Ci do głowy, łagodnie od siebie odsuwaj. Możesz powtarzać powoli jakieś krótkie słowa, które pomogą Ci się skupić, np. „Pan mój i Bóg mój” albo po prostu Imię Jezus. W ten sposób miniesz kurtyny Twoich uczuć i myśli i wejdziesz do swojej „wewnętrznej izdebki” – najgłębszego miejsca Twojego serca, gdzie przebywa sam Bóg.

Drogi Czytelniku, więcej poczytasz lub posłuchasz tutaj:

1. Życie w rytmie Słowa. Praktyka lectio divina, ks. Krzysztof Wons,

https://www.youtube.com/watch?v=xkP4vDIOxGs

2. Świątynia. Wprowadzenie do kontemplacji, Monika i dk. Marcin Gajdowie

3. Rozumieć Biblię, Monika i dk. Marcin Gajdowie

https://www.fundacjatheosis.pl/biblia-non-profit/

4. Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym “Dei Verbum”, Sobór Watykański II,

https://biblia.wiara.pl/doc/423157.DEI-VERBUM

5. Lectio divina. Boże czytanie, Benedyktyni tynieccy

6. W co wierzymy, Leo J. Trese

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".

Łaska – dar, który warto przyjąć

Rzeczy niemożliwe robimy od razu, na cuda trzeba chwilę poczekać. Na pewno nie potrzebujesz niczyjej łaski?

Mokry las pięknie pachnie. Deszcz nie pada już tak mocno, ale drogą ciągle spływa pełno wody. Grupa osób w pelerynach idzie pod górę po śliskich kamieniach. Niektórzy głośno sapią i zastanawiają się, jakim cudem misternie spakowany plecak zrobił się taki ciężki i czego jeszcze można było nie zabierać. Akela opowiada, co wilczki wymyśliły na obozie.

Tu jest dobre miejsce na obiad.  – zauważa ktoś z przodu.

Zatrzymują się. Każdy wyjmuje z plecaka, to, co wziął ze sobą do wspólnego przygotowania posiłku: kociołek, patelnię, jedzenie… Jedni szukają mniej mokrego drewna, drudzy kroją mięso i warzywa. W powietrzu unosi się nieśmiało smuga dymu. Potem cała chmura. W końcu jest i ogień. Może nie było jedną zapałką, ale płonie. Wiadomo, przecież, że chcieć to móc.

Skaut wszechmogący?

Dzięki służbie ma się świetną okazję, żeby zrobić czasem coś trudniejszego. Przełamać swoje lenistwo i wygodnictwo. Zahartować trochę swoją wolę i przestać być „ciepłą kluchą”. Nieprzyjemnie to robić, ale potem człowiek jest z siebie zadowolony. Takich okazji do zadowolenia pojawia się sporo: zdobycie stopnia albo sprawności, zbudowanie imponującej platformy, dobra zbiórka, mimo deszczu, udane spotkanie z rodzicami czy dogadanie się z sanepidem.

Okazuje się, że wystarczy trochę wysiłku i sprawy idą po naszej myśli. Zaczyna nam się wydawać, że chcieć to móc.  I zaczyna się problem.

Bo przecież „chcieć to móc” oznacza: być wszechmogącym. A żaden człowiek wszechmogący nie jest. Dobrze jest się starać i przygotować dobrą zbiórkę. I może być tak, że im bardziej się postarasz, tym zbiórka będzie lepsza. Ale niekoniecznie. Może zupełnie zachrypniesz i nie będziesz w stanie prowadzić śpiewogrania albo zapomnisz zabrać z domu kluczowego elementu gry. To dobra okazja, żeby uznać swoją niedoskonałość. Warto mieć silną wolę. Silna wola jednak nie załatwi wszystkiego, nie ma sensu, więc bezgranicznie jej ufać.

Egipski Ozyrys w Twojej głowie

Kto pójdzie do nieba? Ten, kto sobie zasłuży. Kto unikał grzechu i czynił  dobro? Jeśli tak myślisz, to bliżej Ci do starożytnego Egiptu, niż do chrześcijaństwa. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że po śmierci człowiek trafia na sąd Ozyrysa, gdzie zdaje sprawę ze swoich uczynków, a jego serce zostaje zważone na wadze. Potem następuje ocena czy zmarły zasłużył na raj, czy też zostanie pożarty przez potwora.

Brzmi egzotycznie, prawda? A jednak, w jakimś zakątku naszej chrześcijańskiej głowy, siedzi sobie taki właśnie Ozyrys ze swoją wagą. Szepcze, że musisz spełnić odpowiednie normy moralne, żeby kupić sobie szczęście po śmierci. A często go słuchamy. I boimy się, że na to szczęście nie zasłużymy. Być może robimy dobre postanowienia, staramy się być coraz lepszymi (i bardzo dobrze!), ale ciągle spowiadamy się z tego samego.

„Bój się Boga!” wołają niektórzy, kiedy ktoś robi coś niemądrego. I faktycznie, od momentu grzechu pierworodnego, człowiek boi się Boga, kiedy ma coś na sumieniu. Już w Księdze Rodzaju czytamy, jak Adam odpowiada Bogu, który go woła: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się”. Przed Bogiem każdy jest w pewnym sensie nagi, bo Bóg wie o nas wszystko. Takie stwierdzenie wywołuje niepokój i mamy ochotę ukryć się jak Adam. Bo waga Ozyrysa wyraźnie pokazuje, że nie zasługujemy na raj, możemy się za to spodziewać kary.

Krzyż Chrystusa przekreśla wagę Ozyrysa

Tymczasem w naszej wierze nie jest tak, jak podpowiada nam nasze rozumienie sprawiedliwości. Jest dokładnie na odwrót. Nie musimy zasługiwać na raj. Nie możemy kupić sobie wiecznego szczęścia, bo już zostaliśmy odkupieni. Cena została zapłacona. Bóg tak bardzo pragnie naszego dobra, że oddał swoje życie.

Na krzyżu Chrystus udowadnia nam swoją miłość. Czy musiał umrzeć tak straszną śmiercią, aby nas odkupić? Nie musiał, mógł zrobić coś łatwiejszego. Zapłacił najwyższą możliwą cenę, żeby żaden, nawet największy grzesznik, nie zwątpił, że zapłata jest wystarczająca, że miłość Boga obejmuje także jego.

Łatwo się przyzwyczaić nawet do tak niesamowitych rzeczy. Wyobraź sobie sytuację, w której jakiś człowiek poświęca za Ciebie swoje życie. A teraz uświadom sobie od nowa, że Bóg zrobił to naprawdę.

Im mniejszy, tym większy

Jesteśmy już zbawieni. Dlatego droga do świętości nie polega na zaliczaniu zadań ani zbieraniu punktów za dobre uczynki czy praktyki religijne.

Kto pierwszy został ogłoszony świętym? „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”. Tak, te słowa Jezusa usłyszał dobry łotr. A łotr to łotr, na pewno nie nazbierał w życiu wielu „punktów”. Jego przeciwieństwem jest bogaty młodzieniec, który „wszystkiego tego przestrzegał od młodości” i wyraził zainteresowanie osiągnięciem życia wiecznego. Pewnie był gotowy przestrzegać dodatkowych przepisów albo częściej spełniać pobożne praktyki. A jednak on nie usłyszał, że dziś będzie w raju. Odszedł zasmucony. Jak to? Dobry nie poszedł do nieba, a zły do piekła? Ano nie.

Dobry łotr uwierzył w miłość Chrystusa, pokochał Go i zapragnął przyjąć to, co On mu może dać – łaskę. Stało się to w ostatnich chwilach jego życia, kiedy nie mógł już po ludzku naprawić tego, zrobił źle. A jednak ten pokorny gest zaufania odwrócił jego sytuację o Natomiast bogaty młodzieniec dobrze sobie radził własnymi siłami. Być może w pokoju na ścianie miał napis „ Impossible” z dorysowanym człowiekiem, który wykopuje pierwszą sylabę. Wierzył w siebie. Wiedział, że jeśli postara się jeszcze bardziej, osiągnie jeszcze więcej. Jezus nie powiedział, że to źle. Jednak młodzieniec odszedł zasmucony. Nie potrafił zaufać Jezusowi, uwierzyć, że On lepiej wie, co przynosi szczęście. Wolał nadal polegać tylko na swoich zdolnościach, silnej woli, majątku.

Wolą Bożą szczęście człowieka

Bóg nie chce, abyśmy służyli Mu ze strachu przed karą albo z chęci zasłużenia na nagrodę. Wykupił nas, ale nie zrobił z nas swoich niewolników, tylko adoptował jako przybrane dzieci. Do niczego nas nie zmusza. Chce natomiast, żebyśmy uwierzyli w Jego dobre intencje względem nas. W to, że On, jako nasz Stwórca, najlepiej zna drogę do naszego szczęścia i gorąco go pragnie. Tak, wolą Boża jest nasze szczęście.

My też chcemy być szczęśliwi. Ale po grzechu pierworodnym człowiek widzi niezbyt dokładnie i często wydaje nam się, że szczęście jest tam, gdzie są tylko jego namiastki. Mylimy szczęście z przyjemnością. Wydaje nam się, że mamy lepszy pomysł, niż Bóg. I dla ułudy odrzucamy propozycję Boga.

Wydaje się to głupie, a jednak ciągle to robimy. Grzeszymy, czyli odrzucamy Boga. Łamiemy prawo? Gorzej: łamiemy Serce. 

Jednak Bóg jest cierpliwy. Zna naszą słabość. Zna nas „nagich” i nadal widzi w nas dobro. Nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika.

Całkiem za darmo

Z naszą słabością nie jesteśmy sami. Jeśli, jak dobry łotr, uznamy pokornie, że sami nie damy rady i okażemy zaufanie, Bóg nam pomoże – obdarzy nas swoją łaską.

Co to jest łaska? Po łacinie łaska to gratia – prawie jak gratis, czyli to, co dostajemy za darmo. Na łaskę nie trzeba zasłużyć, może ją dostać każdy. Co nie znaczy, że komuś się ona należy. Nikomu się nie należy. Jest jak nieoczekiwany prezent, dany bez żadnej okazji.

Wiemy już, że za darmo. Ale co właściwie dostajemy? Łaska to stan łączności z Bogiem, nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi. Dzięki temu możemy uczestniczyć w życiu Boga już tu na ziemi oraz mamy zapewnione ostateczne zjednoczenie z Bogiem w wieczności. Nadal brzmi enigmatycznie. Bo co to znaczy uczestniczyć w życiu Boga? Jeśli mówimy, że uczestniczymy w czyimś życiu, to mamy na myśli, że towarzyszymy tej osobie w tym co robi, martwimy się jej problemami, cieszymy z jej radości, przeżywamy to, co ona. To, co przeżywa Bóg, zobaczymy dokładnie w niebie, ale już teraz możemy to zobaczyć częściowo.

Andriej Rublow – Trójca święta

Popatrz na ikonę A. Rublowa Trójca św. Przedstawia ona trzy Osoby Boskie siedzące przy stole. Panuje między nimi doskonała jedność, zrozumienie, oddanie. Doskonała Miłość. Bóg jest tak szczęśliwy, że niczego nie potrzebuje, nic nie mogłoby uszczęśliwić Go jeszcze bardziej. Trójca św. nie jest zamkniętym gronem. Łaska to zaproszenie, żebyś też Ty też usiadł przy stole przedstawionym na ikonie i przeżywał to, co przeżywa Bóg.

Ale ja nic nie czuję

Łaska należy do porządku nadprzyrodzonego. Nie możemy jej zobaczyć ani poczuć. Możemy jednak zobaczyć jej skutki, kiedy popatrzymy w przeszłość. Nie jesteś doskonały, ale niektóre sprawy poszły do przodu, prawda?

Chrystus ustanowił sakramenty, czyli widzialne znaki otrzymywanej łaski, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że ją otrzymujemy. W momencie chrztu otrzymujemy łaskę uświęcającą  – Bóg udziela nam się po raz pierwszy. Później łaska może w nas wzrastać, kiedy korzystamy z kolejnych sakramentów. To tak, jakbyśmy siedzieli przy stole jeszcze bliżej Trójcy Świętej albo coraz lepiej znali język, którym posługują się Osoby Boskie i mogli pełniej uczestniczyć w rozmowie.

Łaskę uświęcającą możemy też stracić popełniając grzech śmiertelny. Oświadczamy wtedy Bogu, że nie chcemy uczestniczyć w Jego życiu, uważamy, że Jego Wola wcale nie jest najlepsza. W sakramencie spowiedzi Bóg, widząc nasz żal, zapomina o bólu, który Mu zadaliśmy i ponownie zaprasza nas do siebie.

Bóg zrobi za mnie wszystko?

Można pomyśleć, że skoro łaska zapewnia zbawienie, to żaden wysiłek z naszej strony nie jest już potrzebny. Ale Bóg nie chce zbawiać nas automatycznie, na siłę. Dał nam wolną wolę. Inaczej nie moglibyśmy Go kochać, bo miłość to kwestia decyzji. Bóg chce, żebyśmy przyjmowali Jego miłość i odpowiadali Mu miłością, tylko dlatego, że tak właśnie chcemy.

Mamy wybór, mamy więc też tę straszną możliwość odmowy. A skutki grzechu pierworodnego i działalność szatana sprawiają, że odmowa często wydaje nam się uzasadniona i atrakcyjna. Częste korzystanie z sakramentu Eucharystii oraz spowiedzi pomaga nam widzieć prawdziwie i nie dać się oszukać.

A co z przestrzeganiem przykazań? Przykazania mówią o praktykowaniu miłości do Boga i bliźniego. Jeśli doświadczamy uczestnictwa w życiu Boga i widzimy, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani, to w sposób naturalny chcemy Mu odpowiedzieć tym samym  – bezpośrednio i przez to, co robimy dla innych ludzi. Nie zbieramy „punktów za dobre zachowanie”. Chcemy sprawić radość kochanej Osobie i dlatego podejmujemy wysiłek pracy nad sobą. Żeby już więcej nie sprawić Bogu bólu.

Miłość nie jest uczuciem i nie zawsze towarzyszą jej przyjemne emocje. W takiej sytuacji Bóg tym bardziej docenia to, co dla Niego robimy. Widzi nasze starania i je przyjmuje, chociaż efekty często nie są niesamowite. Jak mama ciesząca się z rysunku, który dostała od trzylatka.

Warto się starać. Pokazywać Bogu, że chcemy Go kochać ze wszystkich sił. A resztę zostawić działaniu Jego łaski.

Popatrz jeszcze raz na ikonę.

„Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy”. (J 14, 23)

Hanna Dunajska


Hania Dunajska jest Akelą 2. Gromady Wrocławskiej. Studiuje filologię polską i pracuje w księgarni "Pociąg do Bajeczki".