Z życia szefowej. Jak z matką

Wieże katedry wyraźnie rysowały się na tle głębokiego błękitu nieba. Drzewa zaczęły się już miejscami przebarwiać na żółto i czerwono. Ela szła raźnym krokiem po bruku Ostrowa Tumskiego i patrzyła na zabytkowe budynki z dumą bogatej dziedziczki. Wciągnęła głęboko ostre, jesienne powietrze nasycone słońcem. „Piękne to moje miasto” – pomyślała starając się objąć czułym spojrzeniem jak największą przestrzeń.

„Pałac biskupi” przeczytała odruchowo napis na okazałym budynku stojącym w głębi zadbanego ogrodu. Dopiero po chwili za słowami przypłynął ich sens. Pałac biskupi? Ela zatrzymała się. Jej uśmiech zwiotczał, między brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. We wnętrzu coś zgasło, coś przestało śpiewać. Przypomniała sobie, co ostatnio usłyszała przypadkowo w radiu. Kolejna kościelna afera. Co za paskudztwo. Wbiła wzrok w bruk. Z zakamarków myśli zaczęły pomału wypełzać pytania, których do tej pory nie miała odwagi zadać sobie wprost. Czaiły się już od dłuższego czasu i teraz, ośmielone, wychodziły na światło dzienne. I jak tu bronić takiego Kościoła? Jak się nie wstydzić być jego częścią – nawet przed sobą, a co dopiero na uczelni? Czy warto w ogóle uczestniczyć w czymś takim? A może mają rację ci, którzy wolą czcić dobrego Boga poza złym Kościołem? Zimny dreszcz przeszedł po policzkach i plecach Eli. Przecież jest wierząca, jak może zadawać takie pytania? A jednak pytania są. I bezlitośnie, z szyderczym uśmiechem, domagają się odpowiedzi.

„Podobno święci nazywali Kościół matką” – przypomniała sobie. Ale co to za matka, której się człowiek musi wstydzić – prychnęła z powątpiewaniem. Chociaż w sumie z własnej matki też nie zawsze jest się dumnym. Ela uśmiechnęła się z rezygnacją, przypominając sobie tamą sytuację z czasu zdalnych zajęć. Kamera włączona, mikrofon też, trwa dyskusja o obecności transcendencji w utworach realistów. Nagle drzwi do pokoju Eli otwierają się szeroko i raźnym krokiem wchodzi niczego niepodejrzewająca mama. Na głowie ma turban z ręcznika, w rękach stertę ubrań, w sercu radość. Podśpiewuje sobie „zabiłem byka, cóż to był za byk, krew z niego sika, siku, siku, sik” na melodię z opery „Carmen” wybornie udając męski głos operowy. Po chwili orientuje się w sytuacji, robi przerażoną minę prosto do kamery i wybiega w popłochu. Ela zachichotała ściągając na siebie zdziwione spojrzenia grupki niemieckich turystów. Aj, nie była wtedy dumna z mamy, nie była. A jednak mama to mama, Eli nigdy nie przyszłoby do głowy powiedzenie, że jej nie zna. Nawet gdyby popełniła jakieś okropne przestępstwo? Nawet. Matkę kocha się dlatego, że jest matką, a nie ze względu na to, co akurat wyrabia. Zresztą te negatywne sprawy dużo łatwiej zauważyć. Nad całą masą dobrych można szybko przejść do porządku dziennego i traktować jak powietrze.

Ale, ale. Myśli, które raz wypełzły z zakamarków wcale nie zamierzały tak łatwo dać za wygraną. Mama jest mamą nie tylko dlatego, że jakiś święty tak ją sobie ładnie nazwał. Zasłużyła sobie na to miano. Ela zaczęła myśleć o tym, jak dużo jej zawdzięcza. Jakie mnóstwo sił i czasu poświęciła jej mama. A Kościół? Dał jej coś oprócz wyrzutów sumienia? Hm… może jednak coś by się znalazło. Przypomniała sobie o swoim spowiedniku, który tyle razy pomagał jej na nowo zobaczyć dobroć Boga i sens życia. Okazywał tyle cierpliwości i łagodności. Albo ten ksiądz, który na obozie tak niesamowicie wyjaśniał im głęboki sens Mszy i odprawiał ją z widoczną miłością. Właśnie, bez Kościoła nie byłoby przecież sakramentów… A sytuacja tego protestanta, który mówił, że modli się o odpuszczenie grzechów, ale nigdy nie wie, czy został wysłuchany, nie wydaje się godna pozazdroszczenia. Na szczęście w spowiedzi sprawa staje się jasna. A jak człowiek pomyśli o komunii: sam Bóg, tak blisko. Stracenie takiej możliwości byłoby straszne. No cóż, pozostałoby czytanie Pisma Świętego, może nawet wiara stałaby się bardziej intelektualna i uduchowiona? Ale zaraz – brwi Eli podniosły się prawie do połowy czoła. Przecież to ludzie Kościoła napisali Nowy Testament! Tak samo jak mnóstwo innych książek – tę, którą czytała ostatnio i tamtą… Bez Kościoła by ich nie było. Podobnie jak wykładów z metafizyki, które rozbudziły w niej filozoficzne zainteresowania i odsłoniły przed nią tyle nowych znaczeń. A przecież wykładowca sam tego nie wymyślił. Opierał się na pracy wielu ludzi wielu wieków. Oczy Eli otwierały się coraz szerzej. Czuła coraz wyraźniej, że nie jest w stanie objąć myślą tego ogromnego spadku, który otrzymała. I że bez niego nie byłaby tym, kim jest. Ani pod względem duchowym, ani intelektualnym. Tyle czasu, sił, pracy, tyle… żyć. Widok wspaniałych katedr to tylko maleńka cząstka tego, co zawdzięcza Kościołowi.

Ela wyprostowała się i życzliwie, bez wstydu, popatrzyła przed siebie. Ogarnęła ją spokojna, mocna pewność: Kościół jest moją matką. A matki się nie porzuca.

fot. Basia Perek

Fot. na okładce: Monika Wójcik

Hanna Dunajska


Studiuje filologię polską i próbuje uczyć w szkole. Chciałaby doczytać się do „istoty rzeczy”. Była drużynową i szefową młodych, a potem odkryła żółtą gałąź i zachwyca się nią do dziś. Po 3-letnim akelowaniu została żółtą asystentką.