Idźmy z radością na spotkanie Pana

5.15 rano – wydawać by się mogło, że najbardziej spektakularnym, co może się wydarzyć, będzie przewrócenie się na drugi bok i poprawienie poduszki. Nie tym razem. Dzwoni budzik, a ja myślę „cholerka, już?!”. No i gdzie w tym ta radość z nagłówka artykułu, który jednocześnie jest refrenem śpiewanego w adwencie psalmu. Nie ma jednak czasu na myślenie, na poranne ogarnięcie jest zaledwie 10 minut, tak by zdążyć na autobus i być w kościele przed godz. 6.

W drodze na przystanek przychodzą mi do głowy nowe pytania. „Po co ja to robię? Co da mi pójście na roraty? Czy idę tam, bo umówiłam się z chłopakiem, kolegą, koleżanką? Czy idę tam, żeby coś sobie udowodnić?” Serio, nie zmyślam. Te pytania pojawiają się w mojej 25-letniej HRkowej głowie. Daleko mi do świętości, ale wierzę, że człowiek, który chce się rozwijać, powinien cieszyć się ze wszelkich wątpliwości i zapraszając do akcji Ducha Świętego próbować na nie odpowiadać.

Kiedy jestem już w ciemnym kościele przychodzi pierwsza iskierka radości. A w zasadzie dumy, że choć pół godziny temu miałam ochotę podciągnąć kołdrę i spać dalej, a dałam radę. Jestem tu. Dla Ciebie Panie.

Później myślę o ludziach, którzy przyszli tu z lampionami. Czy jadąc tramwajem trzymali je na wierzchu, czy w torbie? Co pomyśleli sobie inni przechodnie, których mimo wczesnej pory na ulicach i w tramwajach jest już całkiem sporo. Czy po roratach wezmą lampion do pracy, postawią na biurku i na pytanie zdziwionego kolegi „po co ci ta świeczka?” odpowiedzą odważnie „przyjechałem prosto z rorat”?

W trakcie Mszy pierwszy raz w tym Adwencie odczułam, że robię to, co powinnam i jestem tu, gdzie trzeba. Może w tym roku nie mam jakichś spektakularnych duchowych uniesień, na kazaniu nie zalewam się łzami, a czasami nawet ciężko mi nie myśleć o śniadaniu. Ale jestem wierna. Jestem. I wierzę, że jest ze mną też Bóg. Że działa cały czas. Zawsze, ale po cichu. Pamiętam bardzo dobrze poprzednie Adwenty. Trzy lata temu spędziłam go w większości w szpitalu i dopiero 6 stycznia poczułam, że moje oczekiwanie wciąż trwa, a w zasadzie dopiero się zaczęło. Dwa lata temu była pandemia i na roraty trzeba było się zapisać. Jeden jedyny raz spóźnił mi się tramwaj, a do kościoła, do którego jeździłam, miałam prawie pół godziny drogi. Okazało się, że właśnie tego dnia ojciec zamknął drzwi, bo w kościele mimo pandemii był po prostu tłum ludzi. Z płaczem odbiłam się od klamki. Z kolei rok temu, z wielką radością i ekscytacją jeździłam prawie na każde roraty. W większości sama, cieszyłam się swoim towarzystwem, to był zdecydowanie czas, w którym na nowo się poznawałam. W wigilię podziękowałam Bogu za najlepszy Adwent w życiu. Dziś zdałam sobie sprawę, że tegoroczny Adwent spisałam na straty. Założyłam, że na pewno nie będzie lepszy niż poprzedni. A właściwie, dlaczego? Komu w tym wszystkim nie daję szansy na działanie? Sobie, czy Panu Bogu? Myślę, że nam obu. Tylko On w przeciwieństwie do mnie i tak działa. Po cichu.

***

Po tym wstępie, do którego zainspirował mnie dzisiejszy poranek, chcę podzielić się z Wami jeszcze kilkoma przemyśleniami na temat Adwentu i przeżywania Bożego Narodzenia, które wyszły z moich ust w Wigilię Bożego Narodzenia 2020 roku:

Każdy Adwent jest dla nas inny, choć te same czytania, roraty i oczekiwanie przewijają się przez całe nasze życie i pozornie mogą być takie same. Obecnie przeżywam bardzo trudny czas w moim życiu i gdyby nie to, że teraz jest Adwent to byłoby dużo gorzej. Wszystkie natchnienia, momenty zwolnienia, Słowo Boże pozwoliły mi być po prostu z Panem Bogiem. Nie lubię mówić, że czuć Jego obecność. Niektórzy śmieją się, że czuć można kiełbasę, a nie Pana Boga. Miałam też wrażenie na początku Adwentu, że św. Jan Chrzciciel jest mi szczególnie bliski. I przez cały Adwent tak było. We wczorajszej Ewangelii mieliśmy nadanie mu imienia, dzisiaj mamy uwielbienie, które wygłosił jego ojciec. I nigdy wcześniej Jan Chrzciciel nie był mi tak bliski. Zawsze to był taki tam prorok, w ogóle dziwny, w skórze wielbłądziej, który jadł nie wiadomo co. A tutaj Jan pokazał mi w tym Adwencie, żeby pomimo tego, że wiele razy w Ewangelii mieliśmy skupić się na nim, to nigdy tej uwagi tak naprawdę nie chciał, a wszystko co robił, było na chwałę Bożą. Było po to, żeby zwrócić uwagę na Pana Jezusa. I chciałabym uczyć się od Jana być takim człowiekiem, na którego ludzie patrzą i mówią „o kurczę, Pan Jezus!”. Chodzi mi o świadczenie swoim życiem o obecności Pana Boga.

Trochę do myślenia dał mi także świąteczny filmik Tomasza Samołyka, o tym jak rozmawiać z ludźmi w domu, podczas tych wszystkich kłótni świątecznych i żeby nie rugać na innych „Weź może w końcu pójść do kościoła!”, tylko podejść do nich z miłością. Ja tej miłości w Adwencie mogłam uczyć się od Jana Chrzciciela. Był moim wielkim przewodnikiem i chciałabym wrócić do niego.

Inną myślą podsumowującą Adwent było to, że było tak super, bo roraty, Lectio Divina, rozważanie, pomodlić się udało. I chciałam, żeby Bóg był blisko mnie, czułam, że jest. No i wtedy przyszły myśli, że „może on wcale nie jest ze mną, może ja to tylko wymyślam, żeby się lepiej poczuć, na roraty chodzę tylko dla siebie, a nie dla Niego”. Przegadałam to z moim kierownikiem duchowym, który wyjaśnił mi, że to jest pokusa, bo gdy jesteśmy blisko Pana Boga, to diabłu się to po prostu nie podoba i będzie mi wkręcał, że to nie ma sensu. I trochę mu się udało. Po moim pierwszym zwątpieniu, czy nie robię tego dla siebie, trochę przystopowałam z modlitwą. To było kilka dni. I po tych kilku dniach czułam się okropnie. I wróciłam. Do tego adwentowego pędu, to tego, żeby Pana Boga zaprosić więcej.

Trzecią najważniejszą rzeczą w tym adwencie, która do mnie trafiła, to słowa o Maryi, że „rozważała wszystkie sprawy w swoim sercu”. I myślę, że to właśnie rozważanie Słowa, swojego życia i badanie swojego serca to są sprawy, którymi chciałabym ucieszyć się podczas wieczerzy, podczas pasterki, podczas Świąt, żeby dobrze ten Adwent zakończyć.  W porównaniu do poprzedniego Adwentu, w którym nie było modlitwy, nie było rorat, a była okropna i ciężka choroba, ten był niesamowity. Myślę, że jest to mój ulubiony okres roku liturgicznego i niech trwa. Niech to oczekiwanie na Pana Jezusa też trwa i uczy nas, że mamy czuwać, nie spać i On przyjdzie.

***

Lubię wracać do tego, co sama powiedziałam, szczególnie, że po dwóch latach przyszły przecież podobne zwątpienia. „Po co chodzę na roraty? Co mi to w ogóle daje?”. I cieszę się z łaski Boga, który mówi mi, żebym wracała do tego co było, ochłonęła trochę i szła dalej, z lampionem w ręku a z Nim pod rękę.

Jak śpiewamy w hymnie Rorate Caeli:

Consolamini, consolamini, popule meus
Cito veniet salus tua
Quare maerore consumeris, quia innovavit te dolor?
Salvabo te, noli timere
Ego enim sum Dominus Deus tuus, Sanctus Israel,
Redemptor tuus

– Pocieszcie się, pocieszcie się, ludu mój
Wkrótce nadejdzie twoje zbawienie
Czy dlatego tracisz ducha, że odnowiła się twoja boleść?
Ocalę cię, nie bój się
Jam jest bowiem Pan, Bóg twój, Święty Izraela,
twój Odkupiciel

Fot. na okładce: Sebastian Twardy

Katarzyna Chomoncik


Skautowo – obecnie asystentka hufcowej i wice-przewodnicząca Rady Naczelnej. Z wykształcenia i zamiłowania – pedagog i manager projektów. Pracuje w dziale HR w międzynarodowym banku.