Skauting dla chłopców: męska przygoda – Michel Menu

Jest to ostatni rozdział książki „Art et Technique du Scoutmestre” („Sztuka i technika szefa skautowego”) autorstwa Michel Menu, wydanej po raz pierwszy w 1965 r.

Michel Menu (1916-2015) – uczestnik francuskiego ruchu oporu (walczył między innymi pod Dunkierką), inżynier, doktor psychologii i nauk politycznych, w latach 1947-1956 r. namiestnik harcerzy (chłopców w wieku 12-17 lat) w ramach Scouts de France, odnowiciel metody harcerskiej według założeń Baden-Powella, twórca wyzwania Raider scout, które stało się impulsem do ilościowego i jakościowego wzrostu skautów katolickich we Francji (od 1949 do 1953 r. poziom Raider scout osiągnęło 220 francuskich drużyn), twórca samodzielnych zastępów działających od 1951 r., organizator wielkich obozów i zlotów harcerskich (podczas jednego z nich 700 zastępów zdecydowało się wziąć udział w misji stworzenia drużyn w nowych miejscach), propagator tzw. „skautingu misyjnego”, mąż i ojciec pięciorga dzieci.
Pisząc tę książkę nie zamierzałem pod żadnym pozorem stwarzać zwodniczo pozory, jakoby sam skauting był w stanie powstrzyma dryf kontynentów… czy nawet dryf kultury. To byłoby szydercze i pogardliwe dla waszej inteligencji. Ale byłoby jeszcze bardziej godnym pogardy pozwolić wam uwierzyć, że nic z tym nie możecie zrobić! Przynajmniej, jeśli chodzi o dryf kultury…
Przy użyciu narzędzia jakim jest skauting, jak prymitywne by ono nie było, przeprowadzamy operację na człowieku, na ludziach z prawdziwą skutecznością. Skautmistrz[1], który bierze odpowiedzialność za drużynę, może być pewny, że los świata w jednej miliardowej jest na moment w jego rękach[2]. A jedna miliardowa z naukowego punktu widzenia to już ogromna liczba! Czyż to nie całej ludzkości pomagamy rozwijać się, od chwili, w której wychowujemy jednego z jej przyszłych budowniczych? I czyż nie oświecamy całej ludzkości, gdy przekazujemy jej… skauta niosącego światło[3]?

Wychowanie jest najczystszym, najużyteczniejszym i najbardziej przyszłościowym powołaniem. Jest o wiele więcej mężczyzn niż sobie wyobrażamy, którzy byliby w stanie odpowiedzieć na powołanie do służby Skautmistrza. Mam na myśli mężczyzn między 25 a 30 rokiem życia, a nawet starszych, którzy jednak pozostali wystarczająco młodymi, żeby zrozumieć ukryte aspiracje dzisiejszego młodego Daniela[4] i wystarczająco dojrzałych, żeby obudzić w sobie… przenikliwość. Czy w Europie nie ma milionów kierowników? Dlaczego więc czasami brakuje nam Skautmistrzów? Znajdujemy u niektórych z pewnością dobre chęci, ale obawiają się oni, że skauting ich przesadnie zaangażuje i że nie pozwoli im „żyć własnym życiem”. Są trzy kryteria, które pomogą im rozeznać, czy mają powołanie do bycia Skautmistrzem.

Pierwsze kryterium jest sine qua non. Nie można go ominąć. To zdolność do… miłości! Miłości do życia w rozkwicie, miłości do młodych. Nie do młodych postrzeganych jako masa socjologiczna, ale do młodych z krwi i kości, którzy przechodzą obok nas pełni niepokoju ściskającego żołądek i do których wystarczyłoby być może mrugnąć okiem lub kopnąć ich w tyłek, żeby zaangażowali się zwycięsko w wielką grę zwaną życiem zamiast schodzić z dobrej drogi w ślepe uliczki.
Ponadto, trzeba posiadać gruntowny zmysł praktyczny, od urodzenia lub szybko wypracowany później. Nie trzeba znać się na rolnictwie, żeby zostać Skautmistrzem, pod warunkiem jednak, że nie będziemy należeć do tych, co ciągną stokrotki, chcąc, żeby szybciej rosły. Praktyczny wychowawca nie jest nerwowy, tylko cierpliwy i wie, że potrzeba 5 czy 6 lat, żeby przejść przez okres dorastania i że trzeba przez ten czas plewić i podlewać bezustannie, czekać i czasami przycinać gałązki, zanim pojawi się owoc.
W końcu, żeby być efektywnym Skautmistrzem, trzeba to lubić! Lubić z pewną dozą namiętności, tak jak inni lubią polowanie czy tenis. Chłopcy wyczuwają z odległości 500 metrów „życzliwą duszę, która chce ich dobra”, ale która odczuwa strach na widok siekiery lub kompasu. Można z pewnością spotkać Skautmistrzów, którzy angażują się w harcerstwo z poświęcenia. To niezwykle poruszające! Znałem takich, którzy dawali dowód „przykładnego ducha ofiarności”, tak jak pielęgniarki, które z litości poślubiają swoich pacjentów. Ale trzeba to powiedzieć wprost, powołania z pasji są mniej męczące niż powołania związane z heroicznym poświęceniem.

Otóż, człowiek może mierzyć 1,60 albo 1,90, ważyć 70 lub 100 kilo, być ślepym jak kret i… fałszować, ale jeśli łączy wszystkie powyższe kryteria, nawet jeśli tylko potencjalnie, to jest obiecujący jako Skautmistrz. Jego wiek nie ma wcale znaczenia. Pomiędzy 20 a 50 rokiem życia możemy być Skautmistrzem doskonale operacyjnym! Skauting w rzeczywistości potrzebuje mężczyzn dobrze znających życie, którym zawód dał pewność, doświadczenie i rozwagę, mężczyzn, których rozpromienia miłość do żony, a ich ojcostwo sprawia, że wzrastają.

To nie brak czasu i pieniędzy sprawia, że miliony chłopców nie mają swoich Skautmistrzów, ale rodzaj letargicznego odrętwienia, które może opętać człowieka, kiedy zamiast rozwijać poprzez czyny pełną siłę swojego wieku, spędza czas na kanapie. Cały więc obrasta w tłuszcz i potrzeba aż sześciu ludzi, żeby go zanieść na cmentarz!
Ileż ja widziałem tych wybitnych i obiecujących chłopców w wieku 19 lat, tych młodych stworzonych po to, żeby rozsiewać wokół radość życia, tych apostołów napędzanych ewidentnie przez łaskę, którzy w przeciągu 2-3 lat zatracają swoje ciało i duszę w małżeństwie. Wszystko przez to, że pomylili miłość z kawałkiem złota lub „talentem”, który trzeba było zakopać w ziemi, chroniąc przed dostępem powietrza. Ileż to ja znałem tych młodych par, rozpalonych w dniu ślubu, którzy zamiast razem wzrastać i doskonalić się wzajemnie, popychać jeden drugiego w stronę szczytu, zamykali się w swoich bunkrach! Dlatego, że pomylili oni miłość z systemem… redukcji głów lub podporządkowaniem sobie jednego przez drugie.
Możemy uciec od tej przedwczesnej starości, tylko jeśli zdołamy wykroić dla siebie chwilę wolności, nawet jeśli miałoby to być tylko kilka godzin w ciągu roku, w których będziemy mogli zadać sobie prawdziwe pytanie o sens życia, o sens… swojego życia! Niektórzy, szukając odpowiedzi, udają się na tydzień rekolekcji do klasztoru lub do Foyers de charité[5]. Inni wyruszają na 8-dniową wędrówkę razem z Goums[6]… na pustynię. To są właśnie doświadczenia obowiązkowe do przeżycia, i to nie jeden raz, skoro mamy całe życie przed samą!

Kiedy jesteśmy w związku małżeńskim i w pełni angażujemy się w obowiązki codziennego życia, podjęcie funkcji w skautingu wymaga oczywiście, żebyśmy umieli balansować ze swoimi planami, kierując się niezaprzeczalną i trwałą hierarchią priorytetów: najpierw oczywiście rodzina, potem zawód i działalność apostolska. Ale, jak pokazuje doświadczenie, możemy pogodzić te trzy zadania jednocześnie. Głęboki rozwój, stały wigor, jaśniejący blask miłości małżeńskiej nie wykluczają się z Ofiarowywaniem się innym.
Jeżeli chcemy przemienić nasze życie w życie apostolskie, musimy być gotowi na poświęcenie, którego nie sposób uniknąć, i rezygnować ze zbytecznych rzeczy. Ale trzeba przede wszystkim, żeby małżonkowie nie mylili miłości z hibernacją. Miłość jest jak ziarno gorczycy, które w zależności od troski jaką je otoczymy, może stać się ogromnym drzewem lub obumrzeć w ziemi. Można pielęgnować to ziarno na wiele sposobów, każda rodzina ma swój własny, ale nigdy nie może się to odbywać przez pomnażanie dwóch oziębłości lub dwóch przeciętności.
Mężczyźnie potrzeba ogromnego morza… do zmagania się z nim, stałych lądów… do odkrywania oraz zwycięstw… nad fatalizmem. Aby pozostał młodym, trzeba mu przygód na szerokich wodach. A żonie potrzeba mężczyzny… młodego!

Własny dom oparty na solidnych fundamentach buduje się w społeczeństwie, w konkretnej miejscowości i w Kościele. Dwóm małżonkom, stanowiącym jedno, potrzeba otwartych drzwi, otwartych rąk i otwartego serca. Kiedy patrzą na siebie, mają powód, żeby być szczęśliwymi i jest to szczęście, które nie blednie jak włosy wraz z upływem czasu. A kiedy my patrzymy na nich, nie widzimy przygnębienia i strachu przed zbliżającą się śmiercią.
W tym wtajemniczeniu, jakim jest drużyna harcerska, w pewnej oddaleniu od rodziny i szkoły, młodzi ludzie potrzebują kogoś, kogo będą mogli pokochać! Dobrowolnie, z własnego wyboru. Potrzebują człowieka, w pełni dojrzałego, który kochając skauting, zarazi ich tą miłością, potrzebują kogoś, kto kochając prawo harcerskie, sprawi, że pokochają je, tak jakby to było prawo każdego człowieka.
Pewnego pięknego wieczoru, drużynowy przybył na czuwanie modlitewne drużyny w Święto Zesłania Ducha Świętego ze swoją młodą żoną przy ramieniu. Była trochę zdziwioną brunetką. Chłopcy patrzyli na nią jak na objawienie. Pokochali ją od razu, od pierwszego wejrzenia, nie wiedząc, dlaczego. Pokochali ją jako tą, która „użyczyła” im tego człowieka, z którego powodu oni są tak dumni, że mają takiego Skautmistrza, który dzieli się z nimi swoim życiem szczęśliwego człowieka. Tak naprawdę, to żaden komunikat nie niesie za sobą ważniejszej treści niż przekaz szczęścia. Kiedy przybliżymy się do szczęścia w „żywej formie” w takim człowieku, bardzo szybko odkryjemy jego źródło w Tym, który jako jedyny może zmienić naszą doczesną ociężałość w łaskę zmartwychwstania.
Czyż nie jest kluczowym celem wszystkich aktywności w skautingu, żebyśmy wszystkim tym, którzy marzą o zostaniu „nosicielami Światła”, przekazywali Wiarę, która uczyni z nich autentycznych skautów niosących Światło?
A teraz?
Moi przyjaciele Skautmistrzowie, którzy czasami czujecie się tak zmęczeni, że chcielibyście przekazać swoją służbę komuś innemu, pozwólcie, że jako końcowy przekaz, dam wam jedną radę. Jeżeli chcecie zachować wasz młody zapał do niesienia Wiary wbrew wiatrom i burzom, miejcie oczy szeroko otwarte na swoje życie usłane różami, gdyż zawsze jest ryzyko, że to wszystko może się zawalić!

Zanurzcie się od czasu do czasu w kłębowisku młodych ludzi, wychodzących z liceum lub w pociągu, który zabiera zbłąkanych chłopaków do najbiedniejszych dzielnic. Wypada zrobić ten typ ćwiczenia bezpośrednio, bez żadnej osłony, tak, żeby dotknąć najciemniejszych zakamarków duszy…
Wybierzcie się na imprezę do klubu w jakiś sobotni wieczór. Jeśli zostaniecie tam przynajmniej dwie godziny, zrozumiecie z pewnością co może wywoływać u nastolatków „zamęt, zawroty głowy i lęk przed… nicością”.
Raz albo dwa razy w roku, w niedzielne popołudnie, zapuście się rowerem na powolną przejażdżkę na przedmieścia… Albo jeszcze lepiej, powróćcie do starych filmów takich jak: „Zapomniani” (Los Olvidados), czy „Buntownik bez powodu”. Przeanalizujcie twarze młodych w „West Side Story”.

To właśnie tutaj widać twarze mężczyzn, zbliżających się do trzydziestki. Niektórzy z nich przeszli już służbę wojskową, przeszkolenie z użycia broni i nauczyli się jak zabijać „nie patrząc”. Inni przeszli już zwycięsko przez obiecujące konkursy. Wielu zalecało się do „amazonek” na skuterach albo dali się zwieść wieczorowym akrobatkom. Ale ilu z nich będzie całkowicie głuchymi i ślepymi?
Z pewnością za 15 czy 20 lat nasze samoloty będą latały jeszcze wyżej, ulice naszych miast będą jeszcze szersze, będziemy manipulować naszymi genami z większą przemyślnością i etyką, ale czy ten świat, który będzie się kręcił coraz szybciej nie stanie się wielką areną cyrkową dla wzbogaconych proletariuszy? Czy to wszystko pomniejszy choć o jedną miliardową pytanie czy życie Człowieka ma większe znaczenie aniżeli śmierć?
Jeśli niektórzy ludzie patrzący dalejnie przekażą Wiary chrześcijańskiej młodym pokoleniom, w momencie, w którym są one w fazie pełnego rozwoju, gdzież będą one szukać Nadziei, która uzdrowi ich z tego okropnego zamiłowania do nicości, które tak często hamuje ich rozwój?
Jeśli teraz krzyk rozpaczy młodych ludzi, nie wystarcza wam do podniesienia się z miejsca i stanięcia na baczność, możecie jeszcze raz przeczytać fragmenty z Pisma Świętego: Łk 9,46 i Mk 9,38… Niedaleko od Góry Tabor, w Palestynie, niedługo przed Przemienieniem, nazajutrz po dniu, w którym Jezus zapowiedział swoją śmierć krzyżową, w czasie wielkich cudów, wybuchła między Apostołami sprzeczka o to, czy w Królestwie Bożym będzie hierarchia miejsc i kto w ostateczności będzie najważniejszy. Otóż, Ten, który umiłował życie, i jakże mógłby go nie umiłować, skoro sam jest prawdziwym. Życiem, zmęczony naszym hierarchizowaniem, wyciąga ręce w stronę małego żydowskiego chłopca, z pewnością ubrudzonego. Ciągnie go łagodnie za kaptur, żeby go przyprowadzić do siebie jak na namaszczenie. I w wielkiej ciszy jego Słowo rozbrzmiewa tak: „To dziecko jest największe w Królestwie Niebieskim”. I żeby to bezimienne wyróżnienie zapisało się w naszej pamięci aż do końca świata, oświadcza: Kto by to dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje”. Jeśli wzięliśmy sobie te słowa do serca, nawet tylko jeden raz w życiu, to zostaniemy młodzi przez… przynajmniej 50 lat, a Skautmistrzami na długo.
Tłumaczenie: Anna Latoch

[1] Wszędzie tam, gdzie użyto sformułowania „Skautmistrz”, chodzi o francuskie słowo Scoutmestre(dosłownie po polsku „skautmistrz”), które w istocie oznacza szefa jednostki, takiego jak Akela, drużynowy czy szef kręgu. Nie należy mylić tego słowa z polskim pojęciem „harcmistrza” oznaczającym jeden ze stopni w rozwoju pedagogicznym. Francuskie Scoutmestrejest tożsame z angielskim słowem scoutmasterużywanym przez Baden-Powella i oznaczającym po prostu drużynowego. Stąd chociażby tytuł jego książki „Wskazówki dla skautmistrzów”, które są podstawowymi wskazówkami dla drużynowych.
[2] Pogrubienia, kursywy i początkowe wielkie litery wyrazów są zgodne z wersją wydawcy.
[3] Mamy tu do czynienia z trudna do oddania grą słów, ponieważ jedno z określeń skauta we Francji brzmi éclaireur, co oznacza „niosący światło” lub „oświecający”. Francuzi stosują zamiennie słowo scout (skaut) i éclaireur, tak jak Polacy co do zasady zamiennie stosują skaut i harcerz.
[4] Odwołanie do biblijnej postaci Daniela proroka.
[5] Foyers de charité – dosłownie: Domy Miłosierdzia, są to wspólnoty, założone przez Martę Robin, które na podobieństwo pierwszych chrześcijan żyją razem i dzielą wspólnie wszystkie dobra i umiejętności. Ich głównym celem jest krzewienie Nowej Ewangelizacji, między innymi poprzez organizację rekolekcji.
[6] „Les Goums” to 8-dniowe wędrówki po pustyni, adresowane do młodych między 20 a 35 rokiem życia, zorganizowane pierwszy raz w 1969 roku przez Michela Menu, jednego z twórców skautingu katolickiego.

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Więcej kochać (1929) – o. Jakub Sevin SI

List o. Jakuba Sevin do szefów skautowych
Więcej kochać
1929
Wszystko zapowiada, że rozpoczynający się rok będzie wspaniałym rokiem. Z mgieł jego poranka wyłaniają się trzy szczyty: Rzym, Orlean i Birkenhead[1]. W ich kierunku zwracają się wszystkie oczy i serca. 
Miłość do Papieża, tego Papieża, który tak bardzo kocha wszystkich skautów, który tak kocha Francję i którego powinniśmy wspierać, szczególnie miłować i pocieszać, my, którzy przyrzekliśmy służyć Kościołowi najlepiej jak potrafimy. Zwłaszcza w tych dniach, gdy wielu młodych Francuzów chce być dla Kościoła tylko synami zbłąkanymi i zbuntowanymi.
Miłość do Francji, „wielkiej ziemi” i kraju św. Joanny, który zawdzięcza jej zachowanie istnienia, wiary i jedności narodowej, i który chce wokół niej i jej sztandaru gromadzić swoje dzieci w jednym wiecznym i świętym uścisku. 
Wreszcie miłość do wszystkich naszych braci skautów, która rozkwitnie podczas nadchodzącego Jamboree, a która wypływa z pokładów braterstwa młodych. Tam „nie będzie już Greka ani poganina”, gdzie wszystkie warstwy społeczne i wszystkie rasy wymieszają się pod okiem jedynego Ojca w niebie.
Czyż to wszystko, moi drodzy szefowie, nie przemawia do nas wystarczająco dobitnie? Aby ten 1929 rok był rokiem wyjątkowym, rokiem wspaniałym, trzeba by rozświetlił się on całkowicie tą wspaniałością Boga, która zwie się miłością.
Chcę mówić wam o miłości takiej jaka ma królować w nas i między nami. W 1927 roku pisałem do was: „Najpierw myśleć”. Dziś dodaję: „Więcej kochać”.

Miłość można rozumieć w dwojaki sposób: z perspektywy Boga i bliźniego. W ten właśnie sposób program na ten rok łączy się z programem roku poprzedniego. To, co ostatecznie stanowi o naszej  wartości, to poziom miłości do Boga, moc i bogactwo stanu łaski oraz nasz faktyczny wiek – korzystny ciężar doświadczenia życiowego – czyli całość wspaniałych dni przeżytych w przyjaźni Bożej. Chrześcijanin, który jest skautem, nie może być dobrym skautem, jeśli nie jest dobrym chrześcijaninem. A cóż to za chrześcijanin, który spędza większość swojej egzystencji w otwartym konflikcie, lub też w ciągłych buntach i powrotach do swego Mistrza, któremu służbę chyba tylko udaje?
 
Tutaj ujawnia się prymat duchowości, którego nie mamy prawa ignorować. Podczas licznych egzaminów zadaje się Wam pytanie: W jaki sposób masz zamiar zabiegać o utrzymanie swoich skautów w stanie łaski uświęcającej?(Oczywiście zasadnicza rola w tej kwestii przypada duszpasterzowi.) Częste stawianie sobie tego pytania jest konieczne nie tylko dla tych, którzy jeżdżą na wyższe stopnie kursów dla drużynowych i przygotowują swoją odznakę leśną[2]. Czyż nie jest to nasza pierwsza powinność: pomóc powierzonym Wam duszom żyć życiem blisko Boga? To jest właśnie źródło ponadnaturalnego piękna widniejącego na twarzach tylu skautów. W Was również, w Was szczególnie powinno cudownie kwitnąć to piękno. I najlepszą odpowiedzią na wyżej zadane pytanie wcale nie jest następująca: „Móc zawsze spojrzeć w oczy moim skautom”. To nie jest wystarczająca motywacja.
Chciałbym zachwycić Was i waszych skautów tym właśnie stanem łaski. Znam takich, którzy przysięgają, że pozostaną w stanie łaski i w ten sposób pomagają Bogu. Dlaczegóżby nie? Nie przeszkadza to przecież powiedzieć pokornie za Joanną D’Arc: „Jeśli nie jestem w stanie łaski, Bóg mnie do niej doprowadzi. Jeśli zaś trwam w łasce, to Bóg mnie w niej utrzyma”. Nasza droga święta dobrze wiedziała kogo się trzymać!
Czyż to nie jest łaska nad łaskami i czyż codzienna modlitwa szefa skautowego nie pobrzmiewa słowami wypowiedzianymi przez Boskiego Mistrza po Ostatniej Wieczerzy: „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz żebyś ich zachował od zła”.
Prawo skautowe, które nie jest „słabą podróbką ducha ewangelicznego”, stoi na szczycie najlepszych możliwych środków, które są nam dane, byśmy pomogli w tym zachowaniu naszych młodych od zła. Nie obawiajcie się, że zbyt silnie je zaakcentujecie, albo że zbyt głęboko wejdzie ono w dusze waszych chłopców. W ostatnim czasie prawo skautowe było przedmiotem niedorzecznych ataków. Niektórzy  mają skłonność do traktowania go jako zbiór przepisów dotyczących tego co zewnętrzne i powierzchowny regulamin. Ci sami są skłonni nawet dodać, że warto oprawić je przyzwoicie, powiesić nad łóżkiem, w dobrym tonie jest zacytować je od czasu do czasu, gdyż jest ono częścią naszego ruchu…
Ale tu chodzi o coś zupełnie innego! Prawo skautowe, tak jak cały nasz skauting, jest środkiem do służby Bogu.Jest po to, aby lepiej Mu służyć. Tak jak reguły wszelakich grup religijnych i wspólnot, których wspólnym celem jest budowanie elit. Bez prawa nie bylibyśmy skautami – nigdy za wiele przypominania tego faktu tym, którzy przyrzekli go przestrzegać. Jednak przypominając im o tym najważniejszym obowiązku, nie można pozwolić sobie na zeświecczenie tego prawa, jak bardzo nam drogiego. Dokładamy starań, by go przestrzegać, ponieważ tak przyrzekliśmy, jasne, ale przede wszystkich dlatego, że przyrzekliśmy to Bogu. To Jemu daliśmy słowo i Jemu danego słowa dotrzymujemy, wiedząc, że nic nie możemy bez Jego łaski. Wypełniamy zatem dzieło miłości i poprzez miłość. Zawsze uważałem, że skaut, który składa swoje przyrzeczenie po uprzednim należytym przygotowaniu, dokonuje doskonałego aktu miłości.
A nasz bliźni? Ten bliźni tak liczny w ogromnej rodzinie skautowej? To dla nas honor, że możemy używać pięknego pojęcia brat w odniesieniu do nas jako chrześcijan, oczywiście nie czyniąc z tego słowa oficjalnego ani administracyjnego zwrotu. Powinniśmy być z tego tyleż dumni, co szczęśliwi. Czy jednak wystarczająco wgłębiamy się we wszystko, czego ten tytuł od nas wymaga? Czy jest on wystarczająco rzeczywisty, wystarczająco głęboki, wystarczająco ponadnaturalny?
Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Przypomnijcie sobie, jak, w ostatnich latach, wielkiej radości doświadczaliśmy dostrzegając na chodniku, w tramwaju, czy w pociągu spiżowy krzyż skautowy wpięty w ubranie nieznajomego? Przechodził przez nas wtedy dziwny dreszcz: podchodziliśmy i rozpromienieni wymienialiśmy pozdrowienie skautowe, ciesząc się możliwością zasalutowania trzema palcami. Elegancki licealista przechodził przez ulicę, by uścisnąć szorstką dłoń robotnika, i zostawali przyjaciółmi na zawsze.
A teraz? Przyzwyczajenie, ciągły wzrost liczebny. Zdarza się, że nie pozdrawiamy się, a jeśli nawet, to z obojętnością. Nieznany skaut pozostaje nieznanym, a szefowe, i to zarówno wilczków, jak i harcerek, czują się czasem traktowane jak obce osoby. Gdybyśmy jednak znali radość, którą można wlać w serce poprzez serdeczny uścisk dłoni młodszego brata skauta spotkanego w metrze w stroju roboczym; poprzez serdeczne pozdrowienie, dobrze wykonane, oraz w odniesieniu do szefowej poprzez szczególną uprzejmość wynikającą z więzi braterstwa…Czyż kurtuazja nie jest kwiatem braterskiej miłości?
To wszystko jednak są jedynie zewnętrzne oznaki. Miłość, szczególnie w gronie szefów, powinna mieć większą głębię. Miłość to stać się jednym, lecz pozostając nadal dwoma osobami. Czy jako szefowie z jednego miasta potrafimy współpracować i tworzyć wspólne akcje naszych drużyn? Czy znasz drużynę z sąsiedniej dzielnicy? Ile razy w roku Twoja drużyna spotyka się z jakąś inną? Wreszcie, skautmistrzu, czy znasz dobrze swoich podopiecznych? Czy zauważyliście kiedyś tę zabawną niekonsekwencję: wymagamy od drużyn i skautów, aby stawali się silnie zindywidualizowani, wspieramy wszystkie zdrowe kierunki rozwoju ich osobowości, ale jak tylko ktoś różni się od nas, krytykujemy!
Dbajmy zatem, jak to mówi św. Paweł, o zachowanie jedności ducha, zachowując pokój, który nas jednoczy[3].Nie ma różnych kategorii szefów: ważniejszych i mniej ważnych. Sam fakt istnienia hierarchii nie zmienia tego. Posiadanie kolejnych stopni kursów skautmistrzowskich nie powinno negatywnie wpływać na jedność między nami. Istnieją szkolenia dla szefów, jednak nie powinno być nigdy odrębnych „szkół” pośród szefów. Takie „szkoły” jednak powstaną, nawet wbrew waszej woli, jeśli tylko pozwolicie, aby przesadne sympatie i zachwyty zaczęły tworzyć ekskluzywne kluby stawiające w opozycji wobec siebie niektórych z Waszych szefów: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa, ja jestem Kefasa” mówili chrześcijanie w Koryncie, a Paweł musiał im przypominać: „Jesteście wszyscy Chrystusa!”. Tak samo i my, Skauci Francji. Umiejmy zatem kochać bez konfrontowania się wzajemnie: „kochać, to znaczy przestać więcej się porównywać”[4].
Skauci Francji, na przednówku Jamboree spójność narodowa pomiędzy naszymi drużynami powinna być jeszcze bardziej widoczna. Tutaj z przyjemnością zacytuję słowa jednego z szefów z Paryża:
 
„Będąc skautami nie jesteśmy ani trochę mniej Francuzami. Ciekawie jest dostrzec, że nawet w naszym skautingu potwierdza się ta ironiczna, trudna do określenia różnica pomiędzy Paryżem i prowincją. Czy nie byłoby dobrze, aby nasza wspólnota zachowała pełnię pierwotnie nadanego jej kierunku i aby stworzyła ciaśniejsze i bardziej serdeczne relacje pomiędzy naszymi drużynami z Paryża i prowincji? Trzeba pokazać paryżanom skauting z prowincji, którego często nie znają i traktują go jakby był pośledniej wartości. Z kolei skautom z prowincji trzeba pokazać skauting paryski, z którego nieco się podśmiewają i traktują jak skauting w pantofelkach… lub raczej w lakierkach. Oczywiście skauting tu i tam jest w trochę inny sposób praktykowany. I to właśnie dlatego w interesie wszystkich i z korzyścią dla wszystkich byłoby lepsze wzajemne poznanie się. Niech wiele drużyn z Paryża i obozuje z drużynami z prowincji: efektem będą owocne doświadczenia, jedni od drugich wiele się nauczą, stworzą się relacje pomiędzy szefami i zastępowymi oraz z pewnością idea skautingu będzie się rozwijać w nas wszystkich. Zbratane drużyny pomimo dystansu je dzielącego będą sobie pomagały duchowo i materialnie, a po upływie roku pracy będą się spotykały na kolejnym wspólnym obozie letnim, w jeszcze bardziej zażyłym braterstwie. Czyż to nie byłby wspaniały skauting?”
Znowu miłość… Tak, z pewnością! Pójdźmy dalej. Nie przypisujmy skautingowi charakteru wyspiarskiego tylko dlatego, że zrodził się na pewnej małej wyspie, Wielkiej Brytanii. Niech skauting w parafii, w mieście i w kraju nie pozostaje odseparowany od innych dzieł, jakby je ignorował, lub akceptował bycie ignorowanym przez nie. Dowiadujcie się, co się dzieje wokół was, poza wami. Poznawajcie wszystkich ludzi. Rozmawiajcie ze wszystkimi. Służcie wszystkim. Więź i miłość. Więź przez miłość.
 
Z tego punktu widzenia jest rzeczą znakomitą, że pójdziemy do Rzymu, pomieszani z tłumem pozostałych młodych pielgrzymów, być może pozbawieni naszych mundurów. Papież tego nie potrzebuje by nas rozpoznać! Z tej wyprawy do stolicy apostolskiej, na którą liczę, iż udacie się bardzo licznie, wrócicie wzmocnieni na duchu, z sercem jeszcze bardziej wypełnionym entuzjazmem i miłością: bardziej katoliccy, bardziej też zdolni zrozumieć wspaniałe spotkanie, jakim będzie Jamboree. Tam również nasze miłosierdzie powinno promieniować na miasteczko namiotów zamieszkane przez 50 tysięcy obozujących. O tym jednak będziemy mieli jeszcze okazję mówić. Tymczasem zauważam, że moje słowa wydłużają się w nieskończoność.
Rok 1928 przyniósł nam duży postęp w jakości organizacji ruchu. Haec oportuit facere[5]. Cieszmy się osiągniętymi rezultatami oraz poprzez naszą dokładność, naszą dyscyplinę, naszego ducha służby narodowi, pomagajmy w osiąganiu jeszcze większej doskonałości. Oby rok 1929 przyniósł nam dwa razy większy progres organizacyjny poprzez wzrost w Miłości Chrystusa. Zarówno koleżeństwo, jak i nawet pewien rodzaj braterstwa są w stanie wytworzyć się między nami bez Chrystusa, bez Jego miłości i bez dostrzegania Jego oblicza w naszych braciach. Jeśli jednak zrozumiemy tę miłość, moi bracia, jakaż zmiana dokona się w naszych życiach, naszym apostolacie i naszym skautingu.
Wspólnota trosk, jedność metody, pokrewieństwo intelektualne – wszystko to jest marnością w porównaniu z więzami duchowymi, którą tworzy żywa i promieniująca Komunia Świętych. Modlicie się za swoje drużyny, ale dlaczego słowa modlitwy skautowej napisane są w liczbie pojedynczej? Nie mówimy przecież: „Naucz nas dawać, a nie liczyć”, lecz „Naucz mnie dawać (…)”. W tym roku, w którym udamy się do Rzymu, Rzymu, w którym brakuje naszych braci, postarajcie się modlić codziennie o odrodzenie skautów katolickich we Włoszech i by Jamboree, które będzie opłakiwać ich nieobecność, doświadczyło kiedyś ich obecności żywej i tryumfującej. Na każdym ognisku obozowym módlmy się za cały ruch skautowy na całym świecie, a zwłaszcza za tych, którym brakuje prawdziwej wiary, aby za naszym wstawiennictwem otworzyli oczy na Światło, którego nic nie zdoła przysłonić. Do modlitwy wiernych dodawajmy każdego miesiąca modlitwę za miliony naszych braci i około milion naszych sióstr – harcerek: razem tworzymy całkiem sporą rodzinę! Poprzez miłość, jakkolwiek daleko by nie byli, zawsze jesteśmy w stanie do nich dotrzeć. Miejcie zatem, moi bracia, serca otwarte tak szeroko, jak szeroki jest świat.
Jeśli zatem ta pełna miłość się w Was rozwinie, zostaniecie prawdziwie szefami: godnymi braćmi i siostrami tej, w której Francja już od 500 lat czci pierwszą „drużynową”[6]. Ona mówiła, że przysłał ją Pan Nieba, by „przyniosła pocieszenie biednym i nieszczęśliwym”. Pociągała ludzi swoja radością, dobrocią, tą atmosferą ponadnaturalności, którą roztaczała wokół siebie i która otaczała ją niczym niewidzialna aureola. Przy niej grzech wydawał się niemożliwym… Czym były te wszystkie znaki, jeśli nie właśnie promieniowaniem miłości, które uczyniła ją świętą? I takie jest nasze życzenie składane wszystkim Wam: szefom i szefowym w ten jeden z pierwszych poranków nowego roku. Niech miłość do Boga i do ludzi, w duchu św. Joanny d’Arc i w duchu naszego Pana Jezusa wzrastała w nas ku wspaniałości doskonałej czystości, sit splendor Domini super nos[7], a cała armia Skautów i Przewodniczek Francji niech idzie z tym samym rozmachem i jaśniejącymi duszami na krucjatę honoru, oddania i czystości ku Chrystusowi, naszemu Mistrzowi.
Tłumaczenie: Grzegorz Waligórski
Redakcja i korekta: Błażej Marzoch, Paweł Czuba
 

[1] Mowa o trzech ważnych wydarzeniach roku 1929: pielgrzymce Skautów Francji do Rzymu, obchodach 500-lecia wystąpienia Joanny D’Arc w Orleanie, oraz nadchodzącym Jamboree w Birkenhead.
[2] Chodzi o odznakę dwóch drewienek, którą skautmistrzowie otrzymują wraz ze specjalną chustą (obecnie żółta, zielona lub szkocka chusta).
[3] List św. Pawła do Efezjan, 4, 1-3.
[4] Bernard Grasset, Remarques sur l’action.
[5] Haec oportuit facere et illa non omittere = To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać (Mt 23, 23).
[6] Ona jest pierwszym Jeźdźcem
Ale wszystko to uczynił Bóg, który dał jej
Taką siłę, większą niż Hektora i Achillesa
(Christine de Pisan o Joannie D’Arc)
[7] Niech światło Pana spoczywa na nas.
Prawo Szefa
 
1. Szef jest skautem.
2. Szef jest szefem.
3. Szef ma zawód.
4. Szef najpierw myśli, potem mówi, a zawsze się modli.
5. Szef ma Przybocznego i Zastępowych.
6. Szef potrafi zachęcać i umie dziękować.
7. Szef ma zdrowy rozsądek i jest poetą.
8. Szef wierzy, że rzeczy się wydarzą, a one się wydarzają.
9. Szef ma 21 lat – i się nie starzeje.
10. Amen.
 




Ojciec Jakub Sevin SI
“Le Chef”, marzec 1929

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

DOM … kilka refleksji na temat hufca i środowiska – Paweł Lochyński HR

Podejmując służbę hufcowego 7 lat temu miałem długofalowy cel: stworzyć środowisko wzajemnej odpowiedzialności, w którym HRzy, przewodniczki i wędrownicy wspierają się wzajemnie, stanowią zespół, grają w jednej drużynie dla dobra wspólnego. Budowę hufca przyrównać można do budowy domu: trzeba najpierw położyć fundament, którym niezmiennie zawsze musi być BÓG, postawić ściany, którymi będą kursy szkoleniowe, dachem będzie wspólnota hufca i parafii, drzwiami i oknami na świat będą Legwany, Watahy, Harce Majowe, Pielgrzymki. Sercem i piecem w domu są szefowie, którzy ogrzewają cały dom swoim zapałem, kominem jest krąg, a ociepleniem – wsparcie i zaangażowanie Rodziców. Wiedziałem, że każdy z tych elementów może funkcjonować osobno, ale … cóż się stanie z zapałem szefów (=piec), jeżeli zabraknie kręgu (=komin)? Jak ogromne musi być wykorzystanie energii szefów (=piec), jeżeli nie ocieplimy ścian i nie wykorzystamy wsparcia Rodziców (=ocieplenie domu)?  

Troska o hufiec jest naszym wspólnym dobrem. Jeśli będzie nam towarzyszyć troska o jednostki naszego hufca, jeśli ochoczo weźmiemy udział w pracy dla dobra innych, owocem będą odpowiedzialność, braterstwo, szczerość, dobrze rozeznane powołania do życia w rodzinie, powielania zakonne.
Troska o hufiec to też otwartość na ludzi, na tworzenie nowych jednostek, na podejmowanie nowej służby. Nie chowa się przecież światła pod korcem, ale na świeczniku, by oświecało domowników.
Myśląc „rozwój hufca” trzeba też myśleć „porządek”. Działać należy w sposób uporządkowany: krąg szefów – krąg młodych – drużyna – gromada. Krąg szefów to przede wszystkim wspólnota i formacja. Krąg młodych to czas intensywnej nauki przez przygodę, czyli jak służyć, jak skutecznie formować samego siebie? Jak stawać się godnym zaufania i odpowiedzialnym szefem? Drużyna będzie silna mocnym drużynowym. Od jego postawy zależy postawa przyszłych szefów – dziś harcerzy. Prosty skauting uczy najwięcej: regularność zbiórek, sumienność w wypełnianiu obowiązków, troska o każdego, umiejętne wprowadzanie nowych w życie zastępu (skaut Anioł, który będzie towarzyszył nowemu członkowi zastępu). I wreszcie gromada: bardzo ważny etap, etap startu w formację. Gromada musi przygotować wilczka do zadań, które czekać go będą w drużynie. Gromada to: dobra pedagogika, zaangażowane wilczki i wystarczająca liczba przybocznych. Gromada powinna składać się w 50% (minimum) z chłopców z terenu parafii, optymalnie ponad 75%. Należy wprowadzić zasadę, że pierwszeństwo do gromady zawsze mają dzieci z parafii, pozwoli to budować poczucie wspólnoty, odpowiedzialności za środowisko lokalne. Trzeba budować trwałe, mocne relacje, pielęgnując sąsiedzkie znajomości, kontakty. Bliskość lokalizacyjna ułatwia bliskość mentalną.
 
Szczep i szczepowi. Głównymi wyzwaniami stojącymi przed szczepowymi są: współpraca z parafią, współpraca ze szkołą, współpraca z rodzicami, budowanie wspólnoty, dbałość o relacje szefowie – Duszpasterze, szczególna troska o wilczki, które przechodzą do drużyny. Jak to zrobić? Przede wszystkim BYĆ, obecność na spotkaniu, zbiórce, chwila indywidualnej rozmowy, uświadamianie młodym, że są potrzebni, że na nich liczymy. Szczep jest niezwykle ważny i potrzebny, pomaga w zmianie myślenia kolorem żółtym czy zielonym. Pokazuje ciągłość, znaczenie każdego etapu, tę ciągłość dostrzegają również Rodzice, znający nie tylko szefa ich syna, ale także innych szefów w szczepie.
Każdy element budowanego domu jest ważny, by zauważyć całość. Jeśli hufcowy widzi całościowo, tak też zaczną dostrzegać skauting szefowie, skauci, ich Rodzice i środowisko lokalne. Skauting jest prosty!
Powyższe refleksje dotyczące hufca nie stanowią bezwzględnej wykładni do zaaplikowania. Stanowią raczej punkt wyjścia do refleksji i przemyśleń. Wybrane wskazówki można wykorzystać, co nie znaczy, że będą one zasadne i możliwe do wdrożenia we wszystkich środowiskach.
Paweł Lochyński HR od 26.09.2008 do 29.08.2015 pełnił funkcję hufcowego 1. Hufca Wrocławskiego (wcześniejsza nazwa Hufiec Dolnośląski).

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Konferencja 3 “Odejście o. Jakuba Sevin” – O. Sebastian Masłowski SI

o. Jakub Sevin SI – kulisy odejścia ze Skautów Francji


Rok 1924
Choć oficjalne odszedł w roku 1933, to już dziewięć lat wcześniej był tego zwiastun. W roku 1924 zrezygnował z funkcji commissionnaire général. Są jeszcze dwie ważne funkcje w organizacji: chef scout i aumônier général (duszpasterz generalny). Szef skautów chciał umocnić swoją władzę osłabiając rolę komisarza. Generał de Salins (chef scout) żądał dymisji o. Sevin jako komisarza generalnego. Co, oprócz chęci umocnienia swojej władzy, mogło być powodem dążenia do zdymisjonowania o. Jakuba z funkcji, jaką dał mu sam Baden-Powell? Przecież o. Sevin był jedynym, który przeszedł obóz szkoleniowy dla szefów w Gilwell i miał uprawnienia do szkolenia innych?
Niektórzy z rezerwą przyglądali się pewnym poczynaniom o. Jakuba. Między innymi chciał on stworzyć „zakon skautowy”, który stanowiłby rdzeń organizacji i jego celem byłoby służenie harcerzom. Niektórzy wyrażali obawy, że podzieli to organizację na tych, którzy do tego zakonu należą i na pozostałych. Duszpasterze skautowi należący do różnych zakonów bali się, że harcerze nie będą wstępować do ich nowicjatów tylko do tego zakonu skautowego, a duszpasterze diecezjalni, że harcerze nie będą wstępować do seminarium.

Przełożeni zakonni o. Jakuba, z którymi konsultował się w tej sprawie, radzili złożyć rezygnację z funkcji, aby „uspokoić nastroje”. O. Jakub przyjął to. Co ciekawe, ten sam komitet wykonawczy (comité exécutif), który go pozbawił funkcji komisarza generalnego, wysłał go z szefem skautów, generałem de Salins, do Rzymu. Tak naprawdę sytuacja była poważna. To był moment, kiedy ziemia się paliła pod nogami całej organizacji i było o włos od tego, że zostaną potępieni i zlikwidowani. On zaś nie unosił się honorem, nie obrażał się, nie mówił: „skoro mnie nie chcecie, to radźcie sobie sami”, tylko pojechał. A sprawa była poważna. Federacja została oskarżona w Stolicy Świętej, że jest teozoficzna, protestancka i interkonfesjonalna.
Niektórzy biskupi atakowali skautów. Np. arcybiskup Besançon atakował modlitwy skautowe, a także „Medytacje skauta nad Ewangelią”, które napisał o. Sevin. Dlatego jezuici szybko wysyłali do Rzymu prośbę, aby papież napisał list aprobujący tę książeczkę. W Rzymie odbyła się audiencja z oficjelami watykańskimi. Potem audiencja prywatna u papieża. Rok później Pius XI w czasie pielgrzymki skautów na rok jubileuszowy wygłosił pochwałę i aprobatę.
15 marca 1933
Reorganizacja formacji szefów. O. Sevin został zwolniony. Nowy skład ekipy opublikowano w majowym numerze „le Chef”.
W lipcowym numerze o. Sevin napisał list: „Mój generale! Zapoznałem się z propozycją, abym pozostał członkiem komitetu kierowniczego Skautów Francji. Z całym szacunkiem do uczuć, które pana inspirowały w złożeniu tej propozycji, żałuję, że nie mogę jej przyjąć. Z jednej strony, moje pozostanie w komitecie w momencie, gdy jestem zwolniony ze wszystkich funkcji, do których miałem dostęp, tworzyłoby anomalie, które właśnie pan chciał zlikwidować. Z drugiej strony, moja obecność krępowałaby aktualnych członków Komitetu, który w exposé na temat formacji szefów i międzynarodowego komisariatu uczynionym przez Szefa Skautów i generalnego duszpasterza, jednogłośnie zadecydowali o zwolnieniu mnie z mych funkcji (15 marca). Pominąwszy wszelkie inne rozważania, ze względu na nowe regulacje, które pan opublikuje, jak i ze względu na delikatność dla mych dawnych kolegów, widzę ku mojemu wielkiemu żalowi, panie generale, niemożliwym kontynuację bycia członkiem komitetu”.
Dopiero po tym liście wieść o usunięciu o. Jakuba ze wszystkich funkcji stała się powszechnie znana. W maju wielu nie zauważyło, że jego nazwiska nie ma na liście. Wśród skautów zawrzało. Oficjalny powód usunięcia go był podawany taki, że zostawienie o. Sevin w Chamarande (odpowiednik obozu szkoleniowego w Gilwell) oznaczało nieprzestrzeganie zasady oddzielenia duszpasterza od szefa (świecki szef i duszpasterz).
Ale to był tylko oficjalny powód. Jak to przebiegało?
Jakie to były funkcje:
– szef obozu szkoleniowego Chamarande;
– szef komisariatu zajmującego się relacjami międzynarodowymi;
– kierowanie czasopismem Le Chef (odpowiednik naszej „Przestrzeni”).

Przed oficjalnym wystąpieniem z żądaniem usunięcia o. Jakuba generał de Salins zagroził duszpasterzowi generalnemu kanonikowi Cornette, że jeśli ten nie poprze go przeciwko o. Sevin, dostanie dymisję. Klasyczny szantaż. Generał de Salins miał jasne podejście: jeśli o. Sevin nie przestanie natychmiast, będzie zdymisjonowany. Co miał przestać? Dla o. Sevin najważniejsze było formowanie chrześcijańskie. Tworzenie lepszych chrześcijan. Skauting był narzędziem do tego. [Ale jak zobaczycie w materiałach, które przeczytacie, to nie był wymysł Jakuba Sevin. To był wymysł Baden-Powella. On określił, że chrześcijaństwo jest podstawą skautingu. W innym miejscu powiedział wprost, że jeśli skauting ma nie być chrześcijański, to lepiej, żeby go nie było]. „Zakon skautowy” był jedną z idei. Ale starania o jego założenie zostały dwa lata wcześniej przerwane, bo w 1931 roku generał Ledóchowski zabronił mu tworzyć zakon dla skautów.

           
Ta wizja duchowo-religijna skautingu bardzo nie pasowała zwłaszcza dwóm członkom komitetu: hrabiemu de Kergorlay, i komendantowi Lhôpital, który miał bardzo laickie zapatrywania. Dla tych dwóch poczynania o. Jakuba były oburzające.       Nic dziwnego, że cisnęło im się na usta pytanie: Co robi ten zakonnik, do tego jezuita, na czele najważniejszego w Ruchu działu – działu formacji szefów? Mamy słowa hrabiego de Kergorlay: „Nie mam do ojca zaufania, ojca wpływ nas krępuje (…) wasz wpływ przeszkadza, zawadza, pochłania i chcemy go zmniejszyć”. W czasie zebrania komitetu 10 stycznia 1932 roku M. Lhôpital powiedział: „Bezużytecznym jest dokonywanie zmian między nami. Powiedzmy bez ogródek, wszystkie kroki, które podejmujemy, podejmijmy przeciwko o. Sevin”. Trudno o jaśniejsze stanowisko.
           
Po 1933 roku o. Sevin zostaje jedynie duszpasterzem drużyny w Lille. To wszystko. Niby nikt go nie wyrzucał. Sam przecież zdecydował się zrezygnować z bycia w komitecie. Ale widać, że wszystko tak zostało ułożone, aby był zmuszony do odejścia. Formalnie nikt go nie wyrzucał, formalnie sam odszedł. Ale znamy takie techniki pozbycia się kogoś robione w białych rękawiczkach. O. Jakub mógłby rozpętać wojnę. Wielu go popierało. Decyzja, która jakiś czas była nieznana, potem rozeszła się lotem błyskawicy. „Wystarczyłoby, aby wypowiedział jedno słowo, a więcej niż połowa federacji zgromadziłaby się wokół niego” – to słowa jednej z szefowych. Wiecie, jaka byłaby to wojna? I to wojna z szansą wygranej. Cóż bowiem mógłby zrobić komitet, który nie miałby kim rządzić, bo wszyscy się od niego odwrócili?. O. Jakub jednak nie powiedział ani słowa.
           
Co wniósł do skautingu o. Sevin? Prawo, zasady podstawowe, przyrzeczenie, modlitwę harcerza. Fundator pedagogiki i czasopisma, twórca stroju i insygniów, twórca pieśni: marszowych, na ognisko i na modlitwę, dusza żywej i oryginalnej duchowości proponowanej młodym. Był mistrzem myśli i tym, który kierował sumieniem wielu pokoleń szefowych i szefów.
           

Jak reagował na to wszystko, co go spotkało? Nie było też w nim żadnej goryczy. Gdy generał de Salins w styczniu 1936 wylądował w szpitalu, ten go odwiedził. Generał prosił go, aby wrócił do współpracy przy czasopiśmie „Le Chef”. O. Jakub się zgodził. Nie uniósł się honorem. Przecież to generał wcześniej usunął go z redakcji. Dalej utrzymywał kontakt z kanonikiem Cornette. W listopadzie 1936 roku usłyszał o pogorszeniu się jego zdrowia i odwiedził go. Kanonik umarł czterdzieści osiem godzin później. W 1937 roku umarł kolejny z tych, którzy go wygryźli, który przejął po nim funkcję komisarza. Komentując jego śmierć, tak napisał do Jacqueline Brière (założycielki sióstr Świętego Krzyża Jerozolimskiego, a więc swojej podopiecznej z kręgu duchowego): „Gazeta zawiadomiła o śmierci Komisarza de Kergorlay. Był on wielkim sprawcą mojego odejścia. Módlmy się za niego, bo umieszczam go pośród mych największych dobroczyńców duchowych”. Niesamowite słowa. Nazywać swoim dobroczyńcą duchowym tego, który tyle zła mu wyrządził. Do Edouarda de Macedo napisał: „nie mam ani urazy, ani goryczy względem odpowiedzialnych za to, co się stało, i życzę im dużo pokoju i radości”. Prowincjałowi napisał: „Dzięki Bogu, pozostaję spokojny…” Do innego jezuity napisał: „Módlmy się w spokoju, aby te wydarzenia nie uczyniły szkody duszom naszych szefów i szefowych, aby nasi chłopcy nie musieli cierpieć”
à widzicie? Myśli o tych najmniejszych, o tych, którym miał służyć. Nie musi więc udowadniać, kto tu rządzi. Ani walczyć o sprawiedliwość z kierownictwem organizacji. Jego główną troską jest dobro dusz tych, dla których to wszystko robił.
           
W roku 1947w Moisson we Francji odbyło się Jamboree – międzynarodowy zjazd skautów. Dziwnym trafem kierownictwo organizacji „zapomniało” go zaprosić. Nie skarżył się, że „zapomnieli”. Z uśmiechem po prostu zgodził się na to, rozbił namiot w podobozie zagranicznym. Wśród Skautów Francji nie było dla niego miejsca. Przecież to było jawne świństwo, które mu zrobili.
Na wiadomość o tym, co się stało w 1933 (przeczytali w „Le chef”), podniosło się w organizacji wielkie oburzenie. Wielu nie wierzyło. Czekali na jego powrót, naciskali go, żeby tego żądał. Skauci z Flandrii, którzy znali go lepiej niż pozostali, byli bliscy rewolty i sugerowali mu, żeby się odłączył. Pewne, że poszliby za nim bez wahania. Stworzyliby inną organizację. Wiecie, co by się działo? Jak widzicie, miał możliwości. Ludzie byli za nim. Mógł zacząć walkę. Postawiłby na swoim. Pokazałby, kto tu rządzi. Ale czy rzeczywiście byłoby to dla dobra tych najmniejszych? Wątpię. Tak te wydarzenia po latach skomentował nasz poprzedni przełożony generalny, Peter-Hans Kolvenbach: „Zmuszony tak niespodziewanie ustąpić, ojciec zaakceptował usunięcie się w cień. Zraniony, złamany, z pewnością, ale bez goryczy i resentymentu (urazy). Uczynił swoim podejście Jana Chrzciciela: «trzeba, żeby on wzrastał, a ja się umniejszał». I to właśnie uczyniło go wielkim.”             Zawsze słuchał przełożonych zakonnych. Był najświetniejszym przykładem tego, że „harcerz jest karny. Każde zadanie (polecenie) wykonuje sumiennie i do końca.”
Kiedy już powstały siostry Świętego Krzyża Jerozolimskiego i został ich kapelanem,  przyszedł moment, że przełożeni kazali mu je zostawić. I to też przyjął. Decyzja ostateczna przełożonych przyszła w liście dziewiątego marca 1950 r. Zrobiło na mnie wrażenie to, jak spędził ostatnie godziny swojego życia. Chory, leżący, z trudem mówiący. Szesnastego lipca 1951 roku jego stan bardzo się pogorszył. Umieścili go w łóżku. Dostał absolucję i sakrament chorych. Dali mu krzyż, który dostał w dniu ślubów zakonnych, który będzie już do samego końca trzymał w dłoni, albo przy sobie. Czasem czuwający przy nim słyszeli, jak mówił: „krzyż moich pierwszych ślubów, mój towarzysz”, „mój stary towarzysz”. Bardzo trudna noc. Stracił świadomość. Odzyskał ją rano. Siedemnastego lipca przyjął komunię. Po południu prosił, żeby mu dali jego krzyż. Ściska go mówiąc: „prawdziwy Krzyż”. Gdy wieczorem żegnali go: „Dobranoc ojcze, do jutra” odpowiedział: „W niebie”. W nocy powtarzał: „niebawem umrę, niebawem umrę”. Dziewiętnastego lipca też cały czas trzymał krzyż w ręce powtarzając: „mój towarzysz”, ‘to mój towarzysz”. To bardzo ważne. To na mnie zrobiło wrażenie. Zgodnie z tym, co św. Ignacy mówi, jezuita ma być człowiekiem III tygodnia Ćwiczeń Ignacjańskich. A III tydzień to podążanie za Chrystusem wszędzie, do końca, a więc w cierpieniu, po to, aby potem podążać za Nim też w chwale. III tydzień to męka i krzyż. Kiedy czytałem biografię tego człowieka, widziałem wyraźnie, że był człowiekiem III tygodnia. W sposób zdrowy. Nie masochistyczny. Przyjmował cierpienie, które na niego spadało. Choćby tę kwestię bycia wygryzionym ze skautów, także inne rzeczy. Te ostatnie godziny z krzyżem w ręku świetnie pasują do całego jego życia. To nie było przedstawienie. To był zewnętrzny wyraz tego, czym żył.
           
Przytoczę jego wiersze z roku 1902. Już wtedy złożył taką deklarację. I to, jak żył w ciągu kolejnych czterdziestu dziewięciu lat było zgodne z tym, co wtedy napisał:
31.12.1902
„Nie będę nic więcej kochał na tym świecie
niż Twoje Serce i Twój Krzyż
chcę z Tobą dzielić jego ciężar
w doskonałej radości
Chcę słuchać Twego głosu
I nie kochać niczego więcej na tym świecie
Oprócz Twojego Serca i Twojego Krzyża
(…) Tym lepiej więc, jeśli moje serce krwawi
Panie Jezu, to jest dla Królowania
I dla miłości Twojego Serca”
I dalej:
1902-1904
„Chcę podążać tą samą drogą
Co by mnie nie spotkało i ile by mnie to nie kosztowało
Pomimo strachu, pomimo wątpliwości
Aż do szczytu Golgoty
Aby naśladować Króla, którego kocham
Chcę przywdziać jego diadem
Chcę nieść mój krzyż ja sam
Jak On sam go niósł…

On jest moim Królem, to wszystko, co można powiedzieć
On jest moim Królem, to jedyna prawda
On jest moim Królem, moje serce pragnie
Podążać za Nim i będzie za Nim podążało”
„O Serce mojego Jezusa, Tobie ufam
To Ty, to Ty jesteś tym, do którego chcę być podobny
Zrób z moim sercem wszystko, co podoba Ci się zrobić”
5 września 1904 roku. Druga rocznica złożenia ślubów zakonnych:
„Jestem dla Ciebie i nie chcę kochać niczego na tym świecie
Oprócz twojego Serca, oprócz Twojego Krzyża
Chcę pod działaniem jego płodnej łaski
Przekształcić się w Ciebie tak jak powinienem”
Tu jego słowa z lat czterdziestych:
 „Jakub od Jezusa już więcej nie istnieje. Umarł. W jego miejsce nie spotykamy nikogo więcej niż tylko Jezusa we wszystkim (przeżyciu i poszukiwaniu), we wszystkim jest tylko cały Jezus: Jezus adorujący i modlący się, „jedno” z Ojcem. Jezus ukrzyżowany i cierpiący, zawsze w czasie mszy; Jezus promieniujący młodością i radością; Jezus całkowicie oddany i całkowicie biedny. Stąd odnowiony ślub, aby we wszystkim było więcej Jezusa, to znaczy: niczego celowo, czego by nie zrobił, albo nie pomyślał Jezus (albo Jakub od Jezusa, co jest tym samym); nic z motywów osobistych albo z interesowności; żadnej radości nie szukać w mych relacjach duchowych; nieskazitelność w zachowywaniu ducha reguły zakonnej. Wszystko musi we mnie umrzeć”
Jego śmierć:
„Powrót do domu ojca” – mówiłem o tym w kazaniu na Świętym Krzyżu.
Patrzcie jak to wszystko świetnie się uzupełnia. On rzeczywiście żył tym, o czym mówił. „Bez religii skauting jest bumerangiem rzuconym byle gdzie, w kierunku przygody. Czasem uderzy właściwie, czasem nie. Tylko religia wyznacza skautingowi cel do zrealizowania”. Bez tego będzie pusty. I Baden Powell, który mówi: „Skaut jest przede wszystkim wierzący: odrzucam skauting, który nie ma religii w swojej podstawie”.

 
O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Wędrowników

 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Konferencja 2 “Styl rządzenia, styl prowadzenia, styl działania” – O. Sebastian Masłowski SI

fot. Piotr Gorus

A. Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą.

Mówiłem wam o tym, że najważniejszym kryterium w działaniu, w decydowaniu, w przedsięwzięciach jest patrzenie na tych najmniejszych. Bo dla nich jest to wszystko. Im właśnie służymy. Stąd ich dobro powinno być istotne.
Nieraz mówi się w pedagogice o jasnych regułach, o jasnych zasadach, o wyraźnych granicach, o konsekwencji w ich stosowaniu. Bo to wszystko daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Są jasne prawidła i reguły gry. Można je poznać i zastosować. W rodzinach dysfunkcyjnych, nieważne, czy to alkohol, czy inne przyczyny dysfunkcji, nie ma żadnej przewidywalności. Nie da się poznać zasad i ich po prostu stosować. Zasady zmieniają się co chwilę. Raz za coś było się ukaranym, a drugim razem jest to ignorowane, albo nawet chwalone. Świetnie się zgadzam z tym, że powinny być jasne zasady.


Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Czynnik, który w psychologii jest jednym z kryteriów oznaczających, że dana osoba jest zdrowa psychicznie. To elastyczność. Znakiem zaś, że ktoś jest zaburzony, jest sztywność. Rozumiecie, jaka jest różnica między chwiejnością, brakiem kręgosłupa, chaosem, a elastycznością? Jaka jest różnica między porządkiem i byciem konsekwentnym, przewidywalnym a sztywnością? Elastyczność jest pomiędzy dwiema skrajnościami: sztywnością i brakiem zasad.
Sztywność oznacza brak dojrzałości. Ktoś, kto jest sztywny, nie potrafi sam decydować, boi się, czuje się niepewnie. Dlatego kurczowo trzyma się zasad. Ludzie na granicy rozsypania się często szukają grup, organizacji, gdzie są bardzo jasne, drobiazgowe zasady. Bo dzięki temu nie muszą się zastanawiać, co w danej sytuacji zrobić. Wszystko jest podane na tacy. Ktoś inny to określił. Ktoś inny zadecydował. Ta grupa nadaje jakąś strukturę. Bo oni sami w sobie struktury nie mają, korzystają więc ze struktury, która przychodzi z zewnątrz.
Dla kontrastu podam wam to, co Ignacy mówił o modlitwie, umartwieniach, czasie poświęconym na studia itd. w przypadku uformowanego jezuity. Powiedział, że nie będzie określał ile i jak. Jezuita niech się jedynie skonsultuje ze spowiednikiem. Dziwne, prawda? W wielu zakonach jest jasno w regule wyłożone co, jak, ile itd. A tu nic. Ale pomyślcie chwilę. Jeśli ktoś rzeczywiście jest dojrzały i uformowany, to sam wie najlepiej, ile i jak powinien się modlić, studiować itd. Jest w stanie to ocenić patrząc na siebie, na swoją sytuację życiową, na okoliczności zewnętrzne w otaczającym go świecie. Jest w stanie sam narzucić sobie odpowiedni poziom dyscypliny i odpowiedni poziom luzu. Sam jest w stanie określić dawkę. Sam jest w stanie dobrać potrzebne narzędzia, sposoby. To jest właśnie człowiek dojrzały.
Przytoczę tu bardzo ważną regułę podaną przez Ignacego. Ignacy masę rzeczy bardzo drobiazgowo określał. Książeczka Ćwiczeń Duchowych jest jak instrukcja obsługi, którą formułował i poprawiał wyciągając wnioski z praktyki dawania Ćwiczeń przez dwadzieścia pięć lat. Przez cały ten czas tworzył swoją instrukcję. Mimo jednak precyzji, metodyczności i dbania o wiele szczegółów, nie stworzył sztywnej struktury, lecz przeciwnie: elastyczną. Tu jest porządek, tu są jasne zasady, ale jest też elastyczność. Nie ma kurczowego, z uporem maniaka trzymania się czegoś bez względu na wszystko.
Oto maksyma: „Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego”
Nie można chcieć, aby wszyscy szli dokładnie tą samą drogą. Przyjrzyjcie się obrazkowi zrobionemu przez mojego współbrata. On świetnie wyjaśnia, dlaczego nie można. Po wąskiej ścieżce nad przepaścią jezuita ciągnie na łańcuchu rybę, która powinna być w wodzie. Ciągnie też węża i słonia, który praktycznie się nie mieści. Przerażony przyciska się do ściany, zlany potem. Zupełnie niepotrzebnie się męczy. Na nim siedzi ptak, który z przerażeniem zasłania oczy. A jezuity zupełnie to wszystko nie obchodzi. Idzie zadowolony. On się przecież mieści. Ścieżka jest dla niego w sam raz. A że inni ciągną ostatkiem sił, że to jest ponad ich siły, że to jest nie dla nich? Nieważne. On przecież się mieści, więc droga jest dobra. Problem w tym, iż nie dostrzega, że nie dla wszystkich. Dla niektórych tak, ale nie dla każdego.
rys. Krzysztof Mądel SI („Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego.”)
Na rekolekcjach ignacjańskich dlatego między innymi jest indywidualna rozmowa z osobą towarzyszącą, żeby dostosować rekolekcje do konkretnego człowieka. Metoda jest podana, ale w jej ramach jest pewne pole manewru. Poza tym może się zdarzyć, że dla jakiejś osoby ta metoda nie jest dobra. Rozmowy z kierownikiem duchowym mają za zadanie pomóc rekolektantowi rozeznać, jak to z nim jest. Bo chodzi w tym o wychowywanie do samodzielności, do dojrzałości. Na tym polega wzrost. Najpierw prowadzimy kogoś za rękę, wyjaśniamy wszystko drobiazgowo, określamy każdy krok, a potem osoba sama już powinna wiedzieć, co wybrać, jak zadecydować. Ten proces widać bardzo dobrze w książeczce ćwiczeń nawet w odniesieniu do metody modlitwy. Najpierw jest schemat drobiazgowo omówiony, potem jest coraz mniej podane, na końcu tak na dobrą sprawę nie ma nawet struktury. Nie musi być. Ona jest dla początkujących.
To jest zupełnie inny model kierownictwa duchowego niż ten rozumiany przez niektórych katolików jako kierownictwo duchowe i posłuszeństwo kierownikowi. Oni rozumieją to tak, że kierownik im ma powiedzieć, którą nogą mają dziś wstać z łóżka i jaki kolor koszuli ubrać, a następnie ile łyżeczek cukru wsypać do herbaty. Można i tak. Ale tym sposobem nie wychowa się nikogo do dojrzałości, nie wychowa się nikogo do samodzielności. Nie wychowa się nikogo z kręgosłupem.
Jest to natomiast świetna metoda wychowania sobie ludzi, którzy nie będą robili problemów, którymi łatwo się będzie rządzić, bo zawsze zrobią to, co im się każe. Nie będą podejmowali żadnej osobistej refleksji, nie wejdą w proces dokonywania wyboru, tylko posłusznie przyjmą wybór dokonany przez kierownika duchowego albo przełożonego. Super metoda. Wystarczy od małego urabiać ich w tym, że wszystko muszą mieć podane i określone. Wtedy będą się trzymać poleceń. Będą posłuszni. Ale ma to efekt uboczny: jak przyjdzie nowa, niestandardowa sytuacja, jak będzie trzeba zadziałać szybko, te osoby nie będą w stanie tego zrobić. Nie będzie bowiem jasnej instrukcji, co należy zrobić.
Szefowie, ojcowie. Nie można usiłować wszystkich prowadzić identycznie. To nie zadziała. Co z tego, że w przypadku twojego starszego syna to zadziałało? Nie znaczy to wcale, że musi zadziałać w przypadku młodszego. Pewne prawidłowości istnieją, to fakt. Ale nie jesteśmy identyczni. Każdy z nas jest inny.
Teraz pora na przykład. Widziałem drużynowego, który miał dar patrzenia na chłopców i dostosowywania wymagań, zadań na stopnie adekwatnie do ich sytuacji. Przecież struktura zadań na wywiadowcę i na ćwika pozwala na to. Pewne zadania są opcjonalne. Pewne rzeczy można dobrać do możliwości, zainteresowań, talentów chłopca. I widziałem, jak wywiadowca był wywiadowcy nierówny. Bo celem drużynowego tutaj nie było tylko to, żeby naszywka na rękawie świadczyła o jakimś poziomie wyliczonym i określonym co do miligrama. Nie. Wiedział, że niektórzy, choć może nie dorastają do poziomu wymagań, dla ich dobra powinni dostać naszywkę, bo to im doda zapału i zmobilizuje ich do dalszej pracy. Jak im się naszywki nie da, to się zniechęcą, skapitulują, przestaną się rozwijać. Potrzebują uznania. Potrzebują nagrody, choć brakuje im trochę do wymagań. I takim obniżał poprzeczkę. Przymykał na coś oko. Nie był sztywny. Dostosowywał sprawę do poziomu osoby. Wymagał, ale nie wymagał rzeczy ponad możliwości.
Względem innego gościa, który był świetny, wszystko robił ekspresowo i bez problemu, podkręcał śrubę tak, aby i dla niego zdobycie stopnia było wyzwaniem, a nie tylko pustą formalnością. Bo sprawa jest prosta: wtedy wcale by to nie było dla niego okazją do rozwoju, a poza tym, jak coś przyszło bez wysiłku, nie szanujemy tego. Gość dostawał więc wszystkie zadania straszliwie wyśrubowane. Może znalazłby się w Polsce ćwik na niższym poziomie niż ten gość jako wywiadowca. Był naprawdę świetny. Dlatego dostawał naprawdę trudne rzeczy. Żeby go zmotywować do pracy. Żeby się rozwinął.
To jest mądrość. To jest bardzo ważna umiejętność. Wymagać od każdego. Każdemu stawiać wyzwanie dostosowane do jego poziomu i jego możliwości. Głupotą by było stawiać każdemu taką samą poprzeczkę, stawiać takie same, identyczne wymagania, dawać dokładnie te same zadania do wykonania. Wtedy dla jednego coś będzie potwornie trudne, wręcz niewykonalne. I odpadnie. I się zniechęci. I zamiast go to rozwinąć, to go zmiażdży, złamie. A dokładnie ta sama rzecz dla drugiego będzie tak banalna, że nawet nie poczuje, że coś robi, nie włoży w to najmniejszego wysiłku. I też być może odpadnie. Z nudów. Bo to dla niego żadna frajda. Żadne wyzwanie. Po prostu strata czasu. Stawianie identycznych wymagań jest konieczne w testach mierzących poziom umiejętności, jak egzaminy z języka, matura, itd. Tak. Ale nie w wychowaniu. W wychowaniu chodzi o rozwój.
To jest bardzo ważne dla ojca, to jest bardzo ważne dla szefa. Nie trzymajcie się kurczowo schematu. Nie prowadźcie wszystkich identycznie. Każdy jest przecież inny. 
 

B. Ufaj Bogu, jakby wszystko zależało od Niego, działaj, jakby wszystko zależało od ciebie

Kolejna bardzo ważna zasada dotyczy różnych spraw. Naszej pracy, naszych planów, naszych dążeń, ale też tego, jak mamy rządzić oraz jak mamy wkładać wysiłek w wychowanie i kształtowanie tych najmniejszych.
Żeby ją zastosować, podobnie jak przy poprzedniej, potrzeba dużej dojrzałości. Ona też jest pomiędzy dwiema skrajnościami: biernością i zwalaniem wszystkiego na Boga z jednej strony, a woluntaryzmem, liczeniem tylko na własne siły z drugiej. Nam łatwo popadać w skrajności.
Ważne, żebyśmy robili, co możemy, ale oddawali sprawę Bogu. Bo nie wszystko od nas zależy. Bo nie mamy 100% kontroli nad rzeczywistością. Wiele rzeczy nas przerasta. Ale to nie znaczy, że w takim razie mamy usiąść i nic nie robić. Nie. Mamy robić wszystko, co w naszej mocy, aby dane przedsięwzięcie doszło do skutku. Trzeba jednak też wolności względem tego, co robimy, względem naszych planów, pragnień, zamierzeń, ambicji. W osiągnięciu wolności bardzo pomaga świadomość, że nie wszystko zależy od nas. Nieraz tak jest, że pomimo naszych szczerych chęci, pomimo ogromnej pracy włożonej w przedsięwzięcie, ponosimy klęskę. Nie wszystko od nas zależy. Trzeba uznać, że jest Ktoś większy od nas, Ktoś nad nami. De facto od tego zaczyna się modlitwa „Ojcze Nasz”, która jest instrukcją, jak się modlić. Zaczynamy od uznania, że jest Ktoś większy od nas. I to Jego Imię ma się święcić, Jego królestwo ma przyjść, Jego wola ma się wypełnić. Jego, nie nasza. Uznajemy Jego zwierzchność nad nami.

Rys. Krzysztof Mądel SI („Ufaj Bogu tak, jakby całe powodzenie spraw zależało wyłącznie od Niego; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał wszystko zdziałać, a Bóg nic zgoła.”)

 

Ale zawierzenie Bogu dotyczy też sytuacji sukcesu. Choć jestem silny i wiem, że sobie poradzę, powierzam sprawę Bogu. Nie wychodzę z założenia, że Go nie potrzebuję, bo poradzę sobie sam. Geniuszem Ignacego było to, że umiał rzeczywiście tak działać. Robił wszystko, co mógł, żeby zrealizować plany, projekty, jakie miał. Ale jednocześnie tak ufał Bogu, tak był wolny, że niezależnie od tego, czy wyszedł z tego sukces, czy porażka, był w stanie oddać sprawę Bogu.
Kiedyś zapytany, ile czasu by mu zajęło dojście do siebie, gdyby rozwiązano Towarzystwo Jezusowe, odpowiedział, że piętnaście minut. Rozumiecie? Piętnaście minut!!! Jego dzieło, nad którym tyle pracował, pomimo trudności, pomimo sprzeciwu ze strony różnych kardynałów, to Towarzystwo, będące jego dzieckiem, co do którego chciał, żeby się rozwijało, żeby przynosiło dobre owoce. I kwadrans by mu wystarczył, żeby odzyskać równowagę po tym, jak ktoś rozwali dzieło jego życia! Tyle bowiem trwa ignacjański „egzamin”, „rachunek sumienia”. I gdy papieżem został kardynał Carafa, który jeszcze przed założeniem jezuitów robił spore problemy i trudności, ta deklaracja Ignacego została zweryfikowana. Rzeczywiście tak było. Na wieść o tym zbladł, dotknęło go to. Potem poszedł do kaplicy. I po kilkunastu minutach wrócił uspokojony. Oddał sprawę Bogu. Tyle.
Przeczytamy też w następnej konferencji o sytuacji o. Jakuba Savin, o tym, ile on energii i sił wkładał w stworzenie skautingu i jak z zaufaniem Bogu podszedł do sprawy, gdy go de facto wygryziono z organizacji. A to było przecież jego dzieło, jego dziecko, dla którego nie szczędził czasu i energii.
Trzeba nam się nauczyć powierzać wszystko, co robimy Bogu i uznawać Jego zwierzchność nad tym, co z tego wyniknie. Tylko wtedy bowiem jesteśmy wolni. To jest ogromna sztuka: być w stanie zostawić coś, puścić. Nie uważać za swoje osobiste dzieło, swój osobisty zagonek, swój osobisty sukces. Także wychowywanie dzieci, wychowywanie synów trzeba tak postrzegać. To nie jest moje dzieło, to nie jest moja własność. To jest dar, jaki dał mi Bóg. I robię wszystko, co w mojej mocy, aby było jak najlepiej. Ale też ufam Bogu. Jemu oddaję pewne sprawy. Nie jestem w stanie w 100% wpłynąć na to, co i jak będzie robił mój syn. Mogę go kształtować. Ale nie wszystko ode mnie zależy. On jest wolny. On podejmuje wybory. Ja za nie jestem w stanie tego zrobić.
Przy władzy ważnym punktem jest kontrola. Człowiek chce kontrolować wszystko. Wtedy czuje się bezpiecznie. Wtedy ma wrażenie, że nic mu nie zagrozi. Gdy nie ma nad czymś kontroli, może wpadać w przerażenie i reagować gwałtownie. Ale poczucie kontroli to tylko złudzenie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować. Mój przyjaciel czekał niedawno na urodzenie się bliźniaków. Wszystko było okej. Rutynowy zabieg, rutynowa sprawa. W trakcie porodu sprawa przestała być rutynowa. Było o włos od śmierci. O włos od śmierci jego żony, o włos od śmierci jednego z dzieci. Przez wiele godzin toczyła się walka o życie. Skomentował mi to w tym stylu: „w życiu nie można niczego być pewnym, niczego przewidzieć”. On to powiedział z łatwością, bo jest we wspólnocie, która to powtarza cały czas. Powtarza cały czas, że to nie my kontrolujemy rzeczywistość, ale Bóg. I mamy Mu się poddać. Bo my możemy sobie nie wiadomo co planować, a tu nagle przyjdzie rak, wypadek, cokolwiek innego, np. krach na giełdzie i wszystkie misterne plany legną w gruzach. I z naszego kontrolowania sytuacji nie zostanie nic. Masa ludzi w takiej sytuacji popełnia samobójstwo. Bo stracili kontrolę nad życiem, nad rzeczywistością. Ale to było tylko złudzenie. Nigdy jej nie mieli. Dlatego też masa ludzi reaguje tak brutalnie, gdy czują, że tracą kontrolę. Panicznie się tego boją. Ale oni też żyją w złudzeniu. Żadna kontrola nie pochodzi od nas samych. „Nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby Ci to nie było dane z wysoka”. Dlatego właśnie mamy tak ufać Bogu, jakby wszystko zależało od Niego. Masa rządzących robi straszne rzeczy, podejmuje okropne decyzje, jeśli u ich podłoża leży strach przed utratą kontroli. Straszne decyzje wychodzą, jeśli motywem ich jest utrzymanie władzy i kontroli. Stąd w porannej medytacji było pytanie o kontrolę. Człowiek dojrzały umie być zależny. Umie też być niezależny. Nie przeraża go podleganie komuś. Nie przeraża go to, że nie on o wszystkim decyduje. Nie przeraża go też sytuacja, kiedy czuje, że to on ma decydować, że to od niego zależy to czy tamto. Nie ucieka od decyzji. Nie ucieka od odpowiedzialności.
Masa mężczyzn, zwłaszcza młodych chłopców, ma dziś straszny problem właśnie z tą kwestią. Boją się podjąć konkretne kroki, rezygnują z działania, bo czują presję, że muszą coś zrobić i boją się, że będzie klapa, że poniosą porażkę. Wolą więc nic nie robić. Na przykład nie próbują zagadać dziewczyny, bo jest ryzyko, że dostaną kosza. Nie podejmą żadnej trudnej akcji, bo jest ryzyko, że nie podołają. Czym innym jest rzucanie się z motyką na słońce, a czym innym unikanie wszelkiego ryzyka ze strachu przed porażką. To jest problem chłopców, to jest problem mężczyzn dzisiaj. I dlatego uciekają w świat wirtualny, gdzie jest bezpieczniej. Kwestia tego problemu, kryzysu męskości to oddzielny temat. Może na kolejne rekolekcje właśnie. Bardziej psychologizujące. Ale to też jest konieczne: zobaczyć jak jest. Zrozumieć, jak to działa, jaki jest mechanizm. Spróbować znaleźć przyczyny, źródła, dlaczego tak jest. Bo to może być punkt wyjścia do zmiany. 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Medytacja 2 – O. Sebastian Masłowski SI

 Mk 10,35-45: “Wtedy podeszli do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy. On ich zapytał: Co chcecie, żebym wam uczynił? Rzekli Mu: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie. Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Odpowiedzieli Mu: Możemy. Lecz Jezus rzekł do nich: Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane. Gdy dziesięciu pozostałych to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.”


Prośba CD 46: Aby moje pragnienia, decyzje i czyny były w sposób czysty skierowane ku służbie i chwale Jego Boskiego Majestatu.
 
Obraz: Jakub i Jan chcą coś załatwić u Jezusa. Chcą być na topie: po lewej i prawej stronie Jezusa, czyli chcą rządzić. Chcą coś znaczyć. Chcą być panami. Uważają, że wiedzą, czego pragną. Jezus mówi im wprost: nie wiecie, o co prosicie. Zobacz jeszcze raz tego małego chłopca. Nie masz nim rządzić. Masz mu służyć. Masz być jego niewolnikiem. Masz za niego dać życie.
 
fot. Piotr Gorus

Prośba: Abym zrozumiał wewnętrznie słowa Jezusa, który mówi, jak ma między nami być, jak mają wyglądać rządy i bycie wielkim w Jego królestwie.

 
1. Daj nam to, czego chcemy

Jakub i Jan są konkretni. Wiedzą, czego chcą. Mają wizję, plan. Nie kręcą, mówią jasno, co im się marzy. Jezus mówi im wprost: Nie wiecie, o co prosicie. Nie macie pojęcia, czego pragniecie. Chcecie rządzić w moim królestwie, chcecie być w nim grubymi rybami? Jesteście gotowi wypić kielich, który z tym się wiąże? Jesteście w stanie ponieść wszystkie konsekwencje podążania za mną? Odpowiadają: „Jesteśmy”. Mówią szczerze. Tak uważają. Uznają, że są na to gotowi. Jezus mówi: przyjdzie to na was, ale to nie znaczy, że będziecie rządzić.
 
–> Czego ja chcę? Czy wiem, czego chcę? Czy mam wizję rządzenia moją jednostką, ludźmi, których mam pod sobą? Co chcę zrealizować? Jak chcę to zrealizować?
 
2. Ci, którzy uchodzą za władców, uciskają poddanych i dają im odczuć swoją władzę.

Tak rządzą ludzie tego świata. Zależy im na tym, żeby było jasne, kto tu rządzi, kto tu decyduje. Nie chcą być lekceważeni. Nie chcą być traktowani bez należytego respektu. Gdy czują, że ich pozycja władzy, chwały i splendoru jest zagrożona, reagują gwałtownie. Karzą. Dają odczuć swoją władzę.

Nawet wtedy, gdy nikt nie podważa ich władzy, pokazują kto tu rządzi, bo mogą, bo nikt nie jest w stanie im w tym przeszkodzić. Bo może im to ujść bezkarnie. Przecież to oni decydują. Przecież to oni mają siłę pokazać innym, gdzie raki zimują. Czemu więc nie pokazać?
 
–> Jak ja rządzę? Przyjrzę się swoim ostatnim decyzjom. Przyjrzę się temu, co robię. Jak traktuję swoich podwładnych? Czy daję im odczuć swoją władzę? Czy pokazuję im, kto tu rządzi, czy daję im popalić, bo tak mogę, bo jestem w stanie to zrobić, bo nikt mi w tym nie przeszkodzi?
 
3. Nie tak będzie między wami

Jak odmienna jest koncepcja rządów Jezusa. Pokazuje coś kompletnie odwrotnego. Zamiast przywilejów, zaszczytów i prestiżu, więcej pracy. Zamiast tego, że teraz inni za nas wszystko zrobią, a my tylko będziemy pokazywać palcem, to my powinniśmy się spalać i eksploatować. Mamy być niewolnikami wszystkich. Dlaczego? Bo Jezus nie przyszedł po to, żeby mu służono, ale żeby służyć. Przyszedł po to, żeby się spalić dla nas. A my mamy Go naśladować. Mamy Go uosabiać. Mamy być Nim. Jego rękami, Jego nogami, Jego naśladowcami: “NIE ROBIMY NA ZIEMI NICZEGO INACZEJ NIŻ TYLKO SIĘ SPALAJĄC”. To jest fragment pieśni napisanej przez o. Jakuba. To jest droga, jaką nam zostawił Jezus.
 
–> Czy podejmując konkretne decyzje, chcę służyć, chcę dać swoje życie za tych najmniejszych, chcę się spalać dla nich? Czy chcę się spalać dla tego malca?
 
Rozmowa końcowa:
Porozmawiaj z Bogiem o roli, jaką ma dla Ciebie w skautingu, w rodzinie, w świecie. Roli starszego brata. Tę drogę pokazał nam Jezus, stając się naszym bratem. Choć był Panem, przyjął postać człowieka, choć był Panem, służył nam, choć był Panem, mył nam nogi (co było zadaniem służącego i niewolnika). Proś Go, aby dał Ci łaskę naśladowania Go w sprawowaniu tej władzy. Proś Go o łaskę, abyś uosabiał Go w oczach tych chłopców, do których jesteś posłany. Aby doświadczając Ciebie, mogli doświadczyć Jego: Jego miłości, Jego oddania. Tego, jak Mu zależy na nich. Tego, jak oddaje za nich swoje życie.



 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

 

 

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Konferencja 1 “O władzy” – O. Sebastian Masłowski SI

fot. Szymon Zając

Mt 18, 1-5: “W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.”

 

Mt 20,24-28: “przewodzący narodom uciskają je, dają im odczuć swoją władzę.”

 

Mk 10,41-45: „ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swoją władzę. NIE TAK BĘDZIE MIĘDZY WAMI.”

Mocny, zdrowy mężczyzna. Przygoda, odkrywanie świata, zdobywanie, zwyciężanie. Czyż to nie jest kwintesencją zielonej gałęzi? Czyż to nie jest kwintesencją tego, czego dziś szuka każda korporacja? Elastyczny gość, przed którym stawiamy wyzwania, a on je pokonuje. Jedno za drugim. Wynegocjuje najniższą cenę, gdy trzeba coś kupić. Gdy trzeba coś sprzedać, załatwi podpisanie korzystnego kontraktu tak, aby zmaksymalizować zyski.
Ale wiemy, że nasz ideał rozwoju się na tym nie kończy. Bo po coś jeszcze są ci z czerwonej gałęzi. I u nich ideałem nie jest zdobywanie, wygrywanie, bycie na szczycie, ale przelewanie krwi. Oddawanie życia dla tych najmniejszych.
Oczywiście, już wcześniej te idee są przemycane harcerzom (choćby w geście salutowania: kciuk przytrzymuje mały palec – silniejszy podtrzymuje słabszego itd.), ale dla nich zasadniczo liczy się wygrana.
Zobaczcie, że bycie dla najmniejszych to jest punkt, który tak bardzo nie interesuje tych, którzy są na szczycie, których pozycja jest obiektem westchnień wielu. Np.:
·         Np.: Świetnych prawników, którzy wygrają sprawę nie do wygrania – mniejsza o to, gdzie jest prawda. Liczy się, żeby wygrać.
·         Świetnego managera, który w dżungli współzawodnictwa odstawił innych daleko. Poradził sobie w świecie intryg i w wyścigu szczurów.
·         Szefa firmy czy dyrektora, który wykosił konkurencję.
Zobaczcie, że to ta sama zabawa. Zmieniły się tylko zabawki. Już nie zdobywa podkładek po śrubkach, które zastępują denary w czasie wielkiej gry, tylko zera na rachunku bankowym. Już nie przechytrzył przeciwników znajdując lukę w systemie na wielkiej grze, wykorzystując dostępne legalnie możliwości, ale znalazł lukę w przepisach skarbowych. Już nie ma na ramieniu kolekcji naszywek, ale dobry samochód w dobrym garażu przy domu w odpowiedniej dzielnicy i wakacje na Mallorce, na Gran Canarii, czy też na Hawajach.
I takiego pracownika potrzebuje korporacja. Człowieka, któremu ta zabawa, ta gra się nie znudziła. Bo potrzeba kogoś, kto będzie się piął w górę. Zostanie dyrektorem oddziału, potem regionu, potem czegoś tam jeszcze.
Ktoś, komu nawet nie chodzi już tak bardzo o pieniądze. Ma ich już dosyć. Co jakiś czas dokupi sobie kolejną zabawkę, ok, ale jemu chodzi o wygrywanie, dominowanie. WYGRYWANIE, WYGRYWANIE. To jest samiec α – tak dziś poszukiwany towar. Wielu takich dużych chłopców spotykamy na co dzień.
Nam zaś chodzi o przejście na kolejny etap rozwoju. Przejście z etapu wojownika – który musi wygrać i to jest najważniejsze – do etapu ojca, który troszczy się o tych najmniejszych. Taki pracownik nie jest aż tak poszukiwany. Niewielu mężczyzn oprze się pokusie wygrywania. Mam kolegę, który pracuje w banku, ma możliwości samodzielnego przydzielania kredytów na spore sumy, dom, dwie córki. Był przez chwilę dyrektorem, ale zrezygnował. Gdy zaproponowali mu znowu – odmówił. Woli zarabiać mniej, ale mieszkać tam, gdzie mieszka, nie przeprowadzać się za kolejnymi coraz wyższymi posadkami. Słabo. Na wyższym stołku przyniósłby dużo więcej zysków korporacji.
Przeszedł na wyższy etap rozwoju. Oczywiście, jego dom rodzinny mu w tym pomógł. Jego rodzice byli nauczycielami, którzy chcieli poświęcać czas swoim synom. Byli dla swoich dzieci. Byli z nimi. On to nieświadomie naśladuje. Chce poświęcić czas swoim córkom. Jest z nimi. Choć to nie znaczy, że nie istnieje dla niego nic poza dziećmi. Ma swoje zainteresowania. Rozwija się. Biega. Bierze udział w maratonach.
Bardzo istotną rzeczą jest, aby ten, kto ma władzę, był ojcem. Bo to sprawi, że dla niego od wygrania potyczki ważniejsze będzie ochronienie dzieci. To będzie dojrzałe sprawowanie władzy.
 
Jeśli tego nie ma, dzieją się straszne rzeczy. Konkretne szkody. Choć osobnik wygrywa.
Ten, kto ma władzę, nie lubi, aby podwładni „grali mu na nosie”, wmanewrowywali w różne decyzje. W końcu to on jest szefem i on tu rządzi. à  Prawidłowo. Czy ktoś się do tego przyczepi?
fot. Piotr Gorus
Jednak jeśli zapomnę o tym, że mam być ojcem dla tych najmniejszych, w tym dbaniu o to, abym miał posłuch, może umknąć mi istotna kwestia: jakie konsekwencje będzie to miało dla tych najmniejszych, dla szeregowych harcerzy, dla wilczków. Dlatego właśnie w medytacji kazałem wam przywołać najmniejszego harcerza czy też wilczka z waszej jednostki. Bo to o niego chodzi, bo dla niego robimy to wszystko. Nie dla wielkości Skautów Europy. I przy podejmowaniu decyzji musimy patrzeć, jakie ta decyzja pociągnie konsekwencje dla każdego z tych najmniejszych.
W przeciwnym razie może się zdarzyć, że ucierpią ci na samym dole, choć szef wygra. Nie pozwoli, żeby podwładny grał mu na nosie. Nie pozwoli się wmanewrować w decyzję, którą jego podwładny mu podsuwa i de facto manipuluje w tym kierunku, żeby przełożony „podporządkował się” jego decyzji. Nie da z siebie szydzić. Nie da się nabić w butelkę. A że jako efekt uboczny jakiś zastęp się rozleci – trudno. Że ktoś odpadnie – trudno.
Gdy ktoś z szefów u podłoża swych decyzji kieruje się zasadą: „ja tu rządzę, nie będzie tak jak ty chcesz, ale jak ja chcę”, może wyrządzić masę szkód. Może podjąć wiele działań, które jasno pokażą, kto tu rządzi, pokażą, że nie będzie tańczył, jak mu zagrają, ale jako efekt uboczny dokonają się konkretne szkody w życiu jednostek, w życiu tych najmniejszych. Bo nie kierował się zasadą „co będzie dla nich najlepsze”, ale: „nie pozwolę, by ze mnie kpiono, bo ja tu rządzę. Muszę mieć posłuch i szacunek”. A czasem lepiej by było dla dobra tych najmniejszych, gdyby ustąpił. Ale to oznaczałoby konieczność wyzbycia się dumy szefa. Tego, że on tu rządzi, że jego zdanie jest na wierzchu i że on wygrywa. To oznaczałoby konieczność wyjścia na głupka, frajera, który daje się manipulować, jest słaby i niezaradny…
Tylko bardzo dojrzały człowiek jest w stanie coś takiego zrobić. Ten, dla którego od tego, kto tu rządzi, ważniejsze jest: CO BĘDZIE LEPSZE DLA TYCH NAJMNIEJSZYCH.
To zjawisko występuje wszędzie. Nie tylko u skautów.
Bywają i w innych miejscach szefowie, przełożeni, którzy podejmują na pierwszy rzut oka zadziwiające, niezrozumiałe decyzje. Dziwne decyzje personalne, dziwne przenoszenie ludzi. Wyznaczanie kogoś do pracy, gdzie się nie nadaje, albo gdzie się bardzo męczy i ci, dla których pracuje, też się z nim męczą, bo po prostu się do tego nie nadaje. Dziwne rzeczy. Niezrozumiałe to wszystko. Czy rzeczywiście są one dziwne i niezrozumiałe? Tak, jeśli nie znajdziemy klucza interpretacyjnego, który jest w stanie je wyjaśnić.
Kiedyś miałem okazję obserwować tego typu zjawiska i w pewnym momencie olśniło mnie. Odnalazłem klucz interpretacyjny, który pasował. Wyjaśniał większość obserwowanych zdarzeń. Oto ten klucz: Jeśli pojawia się choć cień wątpliwości, że ktoś nie rozumie, kto tu rządzi, musi być natychmiast poddany reedukacji w tej kwestii”. Tym to sposobem mający władzę dba, aby dany delikwent zrozumiał, kto tu rządzi. Stąd dziwne roszady, przesunięcia, dziwne decyzje.

Czy na tym korzystają ci najmniejsi? Nie. Ale mniejsza o to. Najważniejsze, że jest jasne, kto tu rządzi. Nikt mu nie gra na nosie. On tu ma władzę i On decyduje.

Ktoś bardzo dobrze skomentował zjawisko niewłaściwego sprawowania władzy. Ujął to w celnym sformułowaniu: „Postępuje nie jak ojciec, ale jak urzędnik” – TO JEST SEDNO SPRAWY: Żeby dobrze sprawować władzę, trzeba być ojcem. Bo prawdziwy ojciec dba o swoje dzieci. Nawet jeśli broją. Władca, przełożony zaś chce po prostu mieć porządek, chce pozbyć się problemu i ewentualnie udowodnić, kto tu rządzi. Ojciec zaś chce dobra dziecka. I nawet decydując się na ukaranie, szuka takiej metody, aby dla dziecka wynikło z tego coś dobrego, żeby dziecko się czegoś nauczyło. Nie tylko tego, żeby było sprawiedliwie.
O tym właśnie czytamy w Ewangelii. O tym mówi Jezus w rozważanych przez nas na medytacji fragmentach.
Dlatego trzeba się uniżyć jak to dziecko. Bo tylko ten jest naprawdę wielki. Bo wygrał ze swoją ambicją. I nie będzie nią zaślepiony. I przyjmie takie dziecko w imię Jezusa. A Jezus się identyfikuje właśnie z tymi najmniejszymi i ich los jest Mu bliski.
W filmie o o. Jakubie Sevin słyszeliśmy o byciu starszym bratem. Ale starszy brat jest jak ojciec. Też dba, też chroni, też się opiekuje. Tylko dystans jest mniejszy. To ktoś bliższy. Ktoś, kto się nie wywyższa. Nie jest Panem, ale kimś bliskim. I zaangażowanym.
Każdy z nas odczuwa w tym zakresie pokusę: Żeby udowodnić, kto tu rządzi.
Stąd słowa Jezusa: NIE TAK BĘDZIE MIĘDZY WAMI.
 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Medytacja 1 – O. Sebastian Masłowski SI

Mt 18, 1-5: “W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.”

 

Mk 9,33-37: “Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.”

 
Prośba CD (Ćwiczenia Duchowe) 46: Aby moje pragnienia, decyzje i czyny były w sposób czysty skierowane ku służbie i chwale Jego Boskiego Majestatu.
 
Obraz: Wyobraź sobie scenę: Jezus, który pokazuje nam dziecko. Wyobraź sobie małego wilczka, małego harcerza, najmniejszego z Twojego szczepu, z Twojej drużyny. Zobacz, jak Jezus go stawia przed Tobą, obejmuje ramionami. On go kocha. Nie chce, żeby stała mu się krzywda. Przyjrzyj się temu malcowi, jego twarzy, jego oczom, jego zaufaniu. Jezus daje Ci go za wzór. Masz się stać ufny i oddany Chrystusowi tak, jak ten mały chłopiec jest ufny i oddany swojemu Akeli, swojemu drużynowemu. Jezus każe Ci go przyjąć. Gdy przyjmiesz tego malca, przyjmiesz samego Jezusa.
fot. Szymon Zając

 

Prośba: Abym poznał, czego chce ode mnie Jezus w tym konkretnym miejscu, gdzie jestem. Abym poznał, jak mam sprawować władzę, jak używać siły, autorytetu, które posiadam.
 
1. Kto jest największy?

Ludzi to zawsze interesuje. Kto jest większy, kto jest mniejszy, kto jest najlepszy, kto jest gorszy. Współzawodnictwo. Odznaczanie się, bycie „na wierzchu” mamy we krwi. Chcemy rządzić, chcemy zdobywać, chcemy wygrywać. Kto jest największy wśród nas? Kto tu rządzi? Z rządzeniem wiąże się też kontrola. Chcemy kontrolować sytuację. Nie lubimy być zależni. Nie lubimy podlegać innym, podporządkowywać się.
 
–> Jak się czuję, kiedy tracę kontrolę? W których sferach mojego życia nie mam kontroli?

Czy mam kontrolę w drużynie, szczepie, gromadzie, hufcu, czy wiele rzeczy wymyka mi się spod kontroli? Jak się wtedy czuję, jak reaguję? Jak podchodzę do tych, którzy zagrażają mojemu kontrolowaniu sytuacji?
 
2. Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.

Cechą dziecka jest to, że właśnie nie kontroluje sytuacji. Od niego wiele rzeczy nie zależy. Musi się podporządkować innym. Często się buntuje z tego powodu. Marzy o czasie, kiedy będzie duże i będzie mogło samo decydować o wszystkim. Ale na dziś nie ma wyjścia. Musi słuchać. Musi się poddać komuś większemu od siebie. Patrzcie na tego malca, którego przywołaliście w obrazie. Od jak wielu ludzi jest on zależny. Ilu się musi podporządkować: szóstkowemu, zastępowemu, drużynowemu, szczepowemu, hufcowemu. Patrzcie na tego malca.
 
–> Jan reaguję na myśl, że muszę się stać jak zależne dziecko, muszę się poddać Komuś większemu od siebie? Muszę się zgodzić, że nie wszystko będzie ode mnie zależało?
 
„Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”
 
3. Kto by przyjął takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje

Cały skauting, cała władza, wszystkie akcje są właśnie dla tego malca. Są robione ze względu na niego. On tu jest najważniejszy. Dla niego to się robi. Nie dla setek ważnych osób, nie dla prestiżu, nie dla rozwoju drużyny, hufca, nie dla zdobycia husarii. Dla tego malca. Żeby się rozwinął, żeby wzrastał, żeby dojrzał. Bo w nim mieszka Jezus. Bo przyjęcie tego malca, najmniejszego, najmniej zaradnego, najmniej istotnego w całej strukturze to przyjęcie Jezusa.

Bez niego przecież drużyna by sobie świetnie radziła, nic by się nie zawaliło, nikt by nawet nie poczuł szczególnie boleśnie jego odejścia, wykruszenia się. To właśnie w nim Jezus mieszka i właśnie dla niego jest to wszystko, co robimy.
 
–> Czy podejmując różne decyzje dotyczące drużyny, hufca, różnych akcji, mam przed oczyma tego najmniejszego? Czym mam przed oczyma to dziecko, dla którego nie jestem panem, władcą, ale starszym bratem? Bo bycie szefem to bycie starszym bratem. Bratem, który ma chronić, kochać. Ma autorytet, ale to jest autorytet starszego brata, nie władcy.
 
Rozmowa końcowa:
Porozmawiaj z Bogiem o roli, jaką ma dla Ciebie w skautingu, w rodzinie, w świecie. Roli starszego brata. Tę drogę pokazał nam Jezus, stając się naszym bratem. Choć był Panem, przyjął postać człowieka, choć był Panem, służył nam, choć był Panem, mył nam nogi (co było zadaniem służącego i niewolnika). Proś Go, aby dał Ci łaskę naśladowania Go w sprawowaniu tej władzy. Proś Go o łaskę, abyś uosabiał Go w oczach tych chłopców, do których jesteś posłany. Aby doświadczając Ciebie, mogli doświadczyć Jego: Jego miłości, Jego oddania. Tego, jak Mu zależy na nich. Tego, jak oddaje za nich swoje życie.



 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Jak zostałem harcerzem – O. Sebastian Masłowski SI

Odpowiedzialny za „Przestrzeń” poprosił mnie, abym przed zamieszczeniem materiałów z rekolekcji, które prowadziłem w Wielkim Poście dla wędrowników, dał się bliżej poznać tym, którzy mnie jeszcze nie spotkali. Chciał, abym w ramach przedstawienia napisał, jak to wszystko się zaczęło. Tekst ten może jednak pełnić też inną rolę. Można by go równie dobrze zatytułować: „Jak pozyskać duszpasterza”. W gruncie rzeczy bowiem moje zostanie harcerzem wiąże się w pierwszej kolejności z tym właśnie zagadnieniem.


Ci, którzy słyszeli mnie pół roku temu na Świętym Krzyżu wiedzą, że po raz pierwszy w życiu  spotkałem Skauta Europy jakieś osiem lat temu. Długa jednak była moja droga od tego spotkania do stanu obecnego. Przez dwa – trzy lata tenże harcerz utrzymywał ze mną dość częsty kontakt. Miałem okazję go poznać, zobaczyć, jak działa, jak funkcjonuje, jak myśli. Mogłem też nieco poznać jego świat wewnętrzny. Przy okazji różnych spotkań opowiadał mi wiele o skautingu. Można było wyczuć w nim fascynację, zachwyt. To było autentyczne, ale w żaden sposób nie wywoływało we mnie chęci zaangażowania się w przedsięwzięcie. Cóż, jedni zbierają znaczki, inni biegają po krzakach. Jeśli ich to nie demoralizuje, a wręcz przeciwnie – rozwija, bardzo dobrze. Na zdrowie! Nie oznacza to jednak, że ja muszę mieć z tym cokolwiek wspólnego. Mój chrześniak od kilku lat fascynuje się jazdą na deskorolce. Trenuje godzinami, jeździ na zawody. Ale to nie oznacza, że ja, choć bardzo go lubię, też zacznę jeździć na deskorolce.

Po około trzech latach słuchania opowiadań o skautingu zdarzyło się tak, że miałem lukę do wypełnienia w pracach duszpasterskich. Musiałem bowiem wypełnić różnymi pracami okres dwóch miesięcy. Mogłem tę lukę zapełnić inną pracą, ale ponieważ tyle się nasłuchałem o skautingu, a nie miałem nic ciekawszego do roboty, postanowiłem zobaczyć, jak to funkcjonuje w praktyce. I tak pojechałem na pierwszy obóz. Nie dlatego, że mi na tym bardzo zależało, nie dlatego, że marzyłem o poznaniu tych wspaniałych skautów i w końcu nadarzyła się okazja. Po prostu była luka, nie widziałem nic pilniejszego ani ciekawszego na horyzoncie, więc wybrałem się.
Na obozie, pełnym świeżaków pierwszej klasy, którzy tak ja  w większości przypadków byli na czymś takim po raz pierwszy w życiu, zacząłem obserwować to wszystko, co się działo wokoło. I zobaczyłem świetną metodę kształtowania młodych ludzi. Metodę czynienia z nich osób odpowiedzialnych, zaradnych, umiejących współpracować ze sobą nawzajem, umiejących stanąć na wysokości zadania i nie zdezerterować w sytuacjach nieoczekiwanych, które spotykają ich po raz pierwszy w życiu i nie mają pojęcia, jak się z nimi uporać. Zobaczyłem też świetną metodę przekazywania wiary bez przeładowania religijnymi praktykami. Religijność była aplikowana w dawkach możliwych do strawienia dla ludzi w tym wieku. Metoda świetna. Czemu taka świetna? Przecież organizuje się wiele „wakacji z Bogiem”, gdzie program też nie jest przeładowany praktykami religijnymi. Msza święta odprawiona przez księdza i potem zabawa. Tutaj jednak było coś ciekawego: wiara była przekazywana przez osoby świeckie. Wiemy dobrze, że  rodzice dużo lepiej niż ksiądz przekazują dziecku wiarę. Jeśli oni tego nie zrobią, ksiądz wiele nie zdziała. On może wspomagać ten proces. Nie jest jednak w stanie zrobić tego za rodziców. Tu zaś wiarę przekazywali drużynowi, zastępowi. Nie przez napuszone kazania, ale przez proste rzeczy, które w czasie życia obozowego są naturalne i oczywiste tak, jak oddychanie: wspólna modlitwa, apel ewangeliczny, uczestnictwo we Mszy Świętej. Po prostu odniesienie do Boga obecne jest w każdej chwili. Zastępowy podobnie jak ojciec rodziny każdy posiłek zastępu zaczyna i kończy modlitwą. Drużynowy nie tylko goni chłopców do spowiedzi czy komunii i opowiada niestworzone historie o Bogu, ale sam żyje sakramentami. Oni to widzą, bo przebywając z nim siłą rzeczy go obserwują. Nie znaczy to od razu, że drużynowy jest ideałem moralności. Znaczy natomiast, że walczy o relację z Bogiem, o swój własny rozwój duchowy. To działa lepiej niż długie godziny gadania. To jest dla chłopców bardziej przekonujące niż słowa i czyny księdza, który „musi tak mówić, czy tak robić, bo ma taki zawód”. On musi. Drużynowy, przyboczni i zastępowi nie muszą. Skoro więc oni tak robią, choć nie muszą, coś w tym musi być.
Pomyślałem sobie: „gdybym ja spotkał coś takiego, gdy byłem w tym wieku…”. Widziałem, że to działa. Właściwie intuicyjnie wszedłem w „system”. Stworzyłem z drużynowym tandem, choć na Adalbertusie nigdy nie byłem i nikt mi nie mówił, że istnieje coś takiego jak „tandem wychowawczy”. Określenie „tandem” na to, co powstało, pojawiło się samo w mojej głowie. Po prostu najlepiej pasowało do opisania tego, co się działo. W masę innych rzeczy wszedłem intuicyjnie i bez żadnych szkoleń zacząłem działać zgodnie z metodą. Jakiś czas później odkryłem dlaczego. Powodem jest to, że o. Jakub Sevin był jezuitą. On stworzył tę metodę, u której podstaw, korzeni jest duchowość ignacjańska, którą znam, w którą przez lata się zagłębiałem. Chciałem przecież towarzyszyć duchowo ludziom przyjeżdżającym na rekolekcje ignacjańskie i przygotowywałem się do tego na różne sposoby. Dlatego właśnie szybko poczułem się „u siebie”. Bo choć może nazwy były inne, pewne opakowanie też, w rezultacie cele były te same. Ta sama była też strategia i metoda. „Modlitwa harcerza” też była mi dobrze znana już od nowicjatu. W tej pedagogice jest sposób myślenia, który znam, bo wypływa ona z duchowości ignacjańskiej.
Przez kolejne pięć lat jeździłem na obozy, zimowiska, raz prowadziłem rekolekcje dla zastępowych i przez cały czas, swoim zwyczajem, obserwowałem. Widziałem jak na dłoni, co wyrastało z tych świeżaków, którzy na początku nie umieli zagotować wody na herbatę, a po dwóch latach zdobyli husarię. Widziałem rozwój i postępy. Nie u każdego takie same. Nie każdy zostawał od razu mistrzem świata, ale wielu pokonało ogromną drogę rozwoju, choć nadal odstają od tych wybitnych. Nie to jednak jest ważne. Ważniejsza od tego, jak się prezentują na tle pozostałych, jest inna skala: z jakiego punktu zaczynali i gdzie są dzisiaj.
Każdy rok i każdy wyjazd przekonywał mnie coraz bardziej, że to działa. To jest wartościowe. Chcę mieć swój wkład w rozwój tego dzieła. Oczywiście mógłbym to robić nadal „będąc z boku”. Chciałem jednak uczynić jasny krok, czytelny dla wszystkich. Krok, który świadczyłby, że jestem całym sercem za tą drogą rozwoju, jaką oferuje skauting w wydaniu Roberta Baden-Powella i o. Jakuba Sevin, i chcę w niej uczestniczyć.
Jak widać, nie było łatwo mnie przekonać. Dwa, trzy lata gadania, abym w ogóle zechciał zobaczyć, co to jest. Potem minęło pięć lat obserwowania rzeczy od środka, zanim postanowiłem dołączyć. Nie zrażajcie się więc drużynowi, że powiedzieliście jakiemuś księdzu o skautingu, a on jakoś tak nie wykazał zainteresowania. Nawet jeśli w pełni wierzycie w swoje słowa, jesteście do nich przekonani, jesteście autentyczni, to jeszcze za mało. Potrzeba czasu. Gdy będziecie z nim przebywać, gdy pozna was lepiej, wtedy zwiększy się szansa, że pojedzie z wami na obóz, a z czasem może z wami zostanie. Tak jak ja. Ale trzeba było na to prawie ośmiu lat. 
 

 
O. Sebastian Masłowski SI,

duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)

Książki i biografie (3) – Hathina poleca… Barbara Piotrowska – Dubik “Kwiaty na stepie”

Są książki, które zadomowiają się na stałe w umyśle, a przede wszystkim w sercu osoby czytającej. Nie sposób o nich zapomnieć. Losy bohaterów, ich emocje, przemyślenia, kłopoty stają się bliskie jak losy przyjaciela. Jedną z takich książek w moim życiu jest pamiętnik z zesłania do Kazachstanu, napisany przez panią Barbarę Piotrkowską – Dubik.

Gdy autorka miała dwanaście lat, wybuchła wojna, a ona z mamą, dwoma braćmi i wujkiem Zbyszkiem została wywieziona w głąb Rosji. To był – jak pisze – „koniec dziecięcego świata, radości, koniec marzeń.” Zaczął się nowy, straszliwy etap w jej życiu. Stała się świadkiem dantejskich scen na peronie, kiedy to wyrzuconych ze swych domów Polaków pakowano do bydlęcych wagonów, aby w zimnie, głodzie i uwłaczających ludzkiej godności warunkach wywieźć w nieznane. A potem… nieznośny ciężar codzienności w Kazachstanie: bezdomność, głód, praca ponad siły w polu lub przy pasaniu świń, pięćdziesięciostopniowe mrozy w zimie i nie do wytrzymania upały w lecie… „Są momenty, że załamuję się – zwierzała się nastoletnia Basia – nie wytrzymuję ciężaru codziennego dnia. Jesteśmy niedostatecznie ubrani, niedożywieni i coraz mniej odporni.” Życie w tych warunkach wydaje się koszmarem. Drogą przez mękę. Jednak jest w tej książce coś, co nie pozwala utracić wiary w Boga, Jego troskliwą Opatrzność i ludzką dobroć. Basia w pewnym momencie tak wspomina swoje dzieciństwo: „Na wszystko patrzyłam dziecięcymi, ufnymi oczyma. Nie wierzyłam wówczas w zło i okrucieństwo.” Myślę, że wiele z tego spojrzenia: ufnego, dziecięcego pozostało nawet w zetknięciu z brutalną i okrutną rzeczywistością. Tym bardziej że właśnie wtedy w niejednej sytuacji dokonywał się cud człowieczeństwa. Przykłady można mnożyć. Zbyszek, brat mamy, dobrowolnie pojechał do Kazachstanu, by opiekować się siostrą i jej dziećmi. Poświęcił swoje młode, 23-letnie życie. W sytuacjach ekstremalnych dodawał wszystkim otuchy. Przerażonych, upchniętych w wagonie ludzi zachęcał: „Dość płaczu i lamentu! Musimy sobie pomagać, musimy przetrwać, bo to najważniejsze.”
Nie tylko Zbyszek tak bardzo się poświęcił. Basia wspomina księdza Fedorowicza, który dobrowolnie przyjechał na nieludzką ziemię towarzyszyć swoim wiernym, a przede wszystkim karmić ich Chlebem Pańskim.
 
Czasem zastanawiam się, co dawało tym ludziom siły do przetrwania. Jak to się stało, że przeżyli? Oddam znowu głos autorce: „Myślę, że to, że zostaliśmy wychowani w wierze i patriotyzmie, w miłości do Boga i do Ojczyzny. I choć krzyż utrudzenia był o wiele za ciężki na nasze dziecięce ramiona, przetrwaliśmy. Przetrwaliśmy, bo miłość była silniejsza od zła i przemocy. Przetrwaliśmy, bo Twoje Imię, Boże, wypowiadaliśmy z wiarą, miłością i ufnością, oczekując ratunku od Ciebie. Przetrwaliśmy dzięki pomocy rodziny, przyjaciół, znanych i nieznanych ludzi dobrej woli z różnych stron świata i tych miejscowych, którzy dzielili z nami wspólny los.”
Jan Stanisławski “Kwiaty na stepie”

 

Wzrusza mnie głęboko wiara Basi i jej rodziny. Kiedy pewnego dnia pasała świnie, wszystkie jej się porozłaziły tak, że straciła je z oczu. Obawiała się kary. I wtedy spojrzała na góry, na rozkwitające kwiaty i na niebo. Zaczęła się modlić: „Kim ja jestem wobec Ciebie, Boże? Czy mogę wołać do Ciebie jak do Ojca? Proszę, nie opuszczaj mnie, przyjdź mi z pomocą. Jestem teraz pasterką świń, zagubioną wraz z nimi na stepie, ale jestem Twoim dzieckiem… Bądź ze mną! Modlę się o szczęśliwe zakończenie dzisiejszego dnia pracy, a także w intencji najbliższych. Już nie rozpaczam. Dziecięca ufność i wiara dają nadzieję, że Ten, który wszystko stworzył, nie zapomni także i o mnie. Wypowiadam Jego Imię z miłością, z głębi mojego serca.” Polacy obchodzą tu, na wygnaniu święta: Boże Narodzenie, Zmartwychwstanie, Wszystkich Świętych…. Te dni różnią się od innych. Mamusia wysypuje na stół prawdziwą, białą mąkę, przechowywaną specjalnie na święta. Mąkę, którą dostali w paczce z kraju. Stół nakrywają serwetą, kładą sianko, na środku krzyż i książeczka do nabożeństwa, opłatek z Ojczyzny i kaganek zamiast świecy… Jest barszcz z białych buraków, kawałek chleba i makuch. Potem białe kluski z przyrumienioną na maśle cebulką, na deser kompot z suszu owocowego. Prawdziwa uczta! Oczywiście nie może się obyć bez śpiewania kolęd i modlitwy: „Odczuwamy Twoją obecność, Panie Jezu, pośród nas. Dzielimy się opłatkiem ze łzami w oczach, składamy sobie życzenia serdeczne płacząc. Myślimy o naszych najbliższych. Jaka jest ich wigilia?”  
Piękna jest wzajemna troska o siebie nawzajem, zdolność do wyrzeczeń, by sprawić radość drugiemu. Wzruszający jest opis imienin Basi: „Nadchodzi 4 grudnia, ucałowaniom i życzeniom nie ma końca. Jędrulek ( najmłodszy z rodzeństwa) ściska w rączce jeden cukierek, który zachował specjalnie dla mnie na ten dzień, jeszcze z paczki. Wręcza mi go z dumą.
 
-Dziecinko kochana, jakie to wielkie wyrzeczenie z twojej strony, żeby do tej pory nie zjeść cukierka, zwłaszcza gdy ich tutaj w ogóle nie ma.
 
Dzielę ten cukierek na kilka kawałeczków.” Mama przygotowuje uroczysty – jak na tamte warunki – posiłek. Nie jeden nawet, ale aż trzy tego dnia. Znajomi i przyjaciele przychodzą z życzeniami. Przynoszą laurki. Na nich napisy: „ile dziadów na odpuście, ile liści na kapuście, ile kropli wpada w morze, daj Ci chłopców tyle, Boże.” Nieludzka ziemia zamienia się w przedsionek nieba, bo tyle tam dobroci i życzliwości, tyle ludzkiej przyjaźni. To są właśnie owe „kwiaty na stepie”, o których mówi tytuł pamiętnika. I dlatego opowieść o Golgocie Wschodu tchnie nadzieją i wiarą w człowieka, który – wbrew warunkom – potrafi zachować ludzką godność.
fot. Jarosław Głażewski

 

 
Agata Głażewska,
Hathina, żona HRa, matka dwojga harcerzy

Konto wpisów nieprzypisanych do nikogo bądź wpisów stworzonych przed migracją na nową stronę. (głównie wpisy przed 2020)