List do brata 3 (Architekci zbiorowej wyobraźni) – Łukasz HR

Sejmik FSE w Niepokalanowie sierpień 2015 (fot. Grzegorz Gielert)
Drogi Maćku,
Cieszę się, że przezwyciężyłeś przeszkody i wziąłeś udział w Sejmiku. I przecież nie żałujesz! Przeciwnie, powiedziałeś mi w przelocie, że było bardziej niż w porządku. Czy jakoś podobnie… Bo to musi być budujące, i nie może być inaczej, widzieć tylu szefów z całej Polski, i początkujących, i weteranów, a wszystkich zaangażowanych i połączonych wspólnym ideałem, i wspólną służbą dla młodszych. To jest wielka kumulacja, lepsza niż w Lotto. Kumulacja wielu podjętych służb, wielu indywidualnych, czasami w ofiarności podjętych decyzji, ukrytych przed światem dobrych uczynków. Wszyscy, podkreślmy to, pełniący czynną służbę wychowawczą, czy bezpośrednio w jednostkach jako ich szefowie, czy w namiestnictwach, w zarządzie, w ekipach krajowych, w radzie naczelnej, służąc tym, którzy na pierwszej linii.

Ważna uwaga, uczestnicy Sejmiku reprezentowali swoje jednostki, powierzone im dziewczęta i chłopców, zaufanie ich rodziców, to był ich prawdziwy mandat do decydowania. Swoje jednostki, noszące chusty określonego koloru, mające określonych patronów, jak wierzymy, wspomagających ich na co dzień, ich i całe środowiska. Tak jak przez wieki wspaniałej historii Europy, gdy każde miasto miało swojego patrona, a nawet nierzadko zawdzięczało mu swoją nazwę, i faktycznie kultywowało nabożeństwo do niego, a on je wspierał. Nie wierzycie? Sięgnijcie po pierwszy z brzegu przewodnik. Może mieliśmy zatem do czynienia z jeszcze większą kumulacją, niż moglibyśmy przypuszczać?
Ad Mariam Europa (fot. G. Gielert)
Opowiem krótką historię a’propos, aby bardziej unaocznić, co mam na myśli. W te wakacje wyciągnąłem z biblioteczki mojej córki i przeczytałem wreszcie krótką biografię Św. Joanny d’Arc. Piszę „wreszcie”, bo moja wiedza o niej była raczej na poziomie podstawowym, potocznym, ograniczona do kilku powszechnie znanych faktów. We Francji jest to natomiast postać wciąż niezwykle popularna, mimo upływu wielu wieków, mimo rewolucji francuskiej po drodze, która zmiotła dziedzictwo chrześcijańskie. W wielu miasteczkach są jej pomniki, ulice noszą jej imię, a w sklepach z pamiątkami dla turystów można kupić gadżety z jej domniemaną podobizną. Co takiego się wydarzyło, że młoda, prosta wieśniaczka z Domremy przeszła do historii kraju i świata, i to w jakim stylu?
Cała historia sprowadza się do jednego roku życia tej kilkunastoletniej dziewczyny. Odkąd usłyszała tajemnicze głosy w swojej głowie, przypisywane trójce świętych, nie minął rok do dnia, gdy spłonęła na stosie. Kraj ogarnięty był wojną, zastępy doskonałego wojska angielskiego zajmowały kolejne miasta, a król angielski szykował się do przejęcia korony francuskiej. Joanna usłyszała głosy wzywające ją do udania się pod Orlean, stanięcia na czele wojska francuskiego i dotarcia do Delfina, aby doprowadzić do ukoronowania go na króla. Delfin, czyli następca tronu, był młodzieńcem chwiejnym i nie budzącym respektu. Uznawany za nieudacznika, otoczony był topniejącą prawie z dnia na dzień grupą wiernych możnowładców. Można powiedzieć – misja Joanny była szalona, bardziej kwalifikująca kogoś, kto ją głosił, na badania psychiatryczne, niż do tego, aby go poważnie potraktować. Zwłaszcza że wypłynęła ona z ust skromnej, młodej dziewczyny, bez żadnego przygotowania wojskowego, dyplomatycznego czy jakiegokolwiek innego. Na początku wyśmiana i zlekceważona, stopniowo zyskała grono zdeterminowanych i posłusznych dowódców. Na jej rzecz przemawiały pewność posiadanej misji i nadnaturalne fakty, które zaczęły mieć miejsce.  Jej rozkazy okazały się nadzwyczaj precyzyjne i zapewniły serię brawurowych, zaskakujących, nieprawdopodobnych zwycięstw. Na fali entuzjazmu Joanna dotarła do Delfina, rozpoznała go i nakłoniła do marszu na Reims celem koronacji. (W Katedrze w Reims koronowali się wszyscy królowie francuscy). Misja zrealizowana: Delfin został królem, Anglicy wyparci z kraju. W jednej z ostatnich potyczek Joanna została pojmana i osądzona przez uzurpatorski trybunał na czele z biskupem zdrajcą. Umarła spalona na stosie. Jej grób znajduje się w Katedrze w Rouen na północy Francji.
Historia czynów Joanny jest czymś niesamowitym, trudnym do ogarnięcia, kompletnie nieprawdopodobnym. Młoda, nie przygotowana dziewczyna z dnia na dzień staje się wybitnym strategiem wojskowym. Trudno w to uwierzyć, ale jej manewry w bitwach podobno przez stulecia były studiowane we francuskich szkołach wojskowych. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż bezpośrednią interwencją Bożą. Wiemy, że to zdarza się bardzo rzadko. Bóg woli działać bez rozgłosu, w ukryciu, przez pośredników. Wielu ludzi upatrywało zatem źródła tych nadzwyczajnych wydarzeń w interwencjach św. Ludwika, króla Francuzów, przed Najwyższym Majestatem. Że to Ludwik załatwił u Boga takie wsparcie dla swego ukochanego królestwa. Hm…
Tak, święci są w stanie „załatwić” rożne sprawy, tylko czy my jesteśmy z nimi w zażyłości, czy jesteśmy co do tego przekonani i czy prosimy? Czy byliby chociaż w gronie naszych znajomych na fejsbuku? A jak jest z patronem Twojej jednostki? Czy jest tylko odległym, wielkim nieznajomym, postacią z papieru, okazem zamkniętym w słoju z naftaliną, niegroźnym cherubinkiem spoglądającym z obrazka odpustowego? Czy też realną postacią z krwi i kości, mężczyzną ze swoim temperamentem, emocjami, planami, słabościami, którego w pewnym momencie ogarnęła większa miłość i pchnęła do wielkich czynów, czasami za cenę życia? Wierzę, że tak jest, jeśli zastępowi jako lekturę obowiązkową mają dobrą biografię patrona, jeśli jego perypetie, myśli pojawiają się w homiliach duszpasterza, jeśli wszyscy harcerze oglądali film o tym świętym, jeśli cytaty z niego pojawiają się w okrzykach zastępów, a historie z nim związane są kanonem ognisk obozowych i całorocznych? Ciągle! Jako element tradycji, jak powietrze, którym oddychamy. Tak, aby każdy, kto przewinie się przez Twoją drużynę, został z pewną podstawową wiedzą, sentymentem do tego a nie innego świętego. Chciałoby się napisać – z nabożeństwem za jego wstawiennictwem, jakąś modlitwą przez niego napisaną, formą pobożności przez tego świętego zalecaną…
Dlatego też szukanie na patronów nowych jednostek świętych „oryginalnych”, odległych, o których mało co wiadomo, może spowodować, że siła ich oddziaływania będzie dużo mniejsza niż mogłaby być. I wtedy po prostu szkoda.

Postanowiłem Ci zaufać… z łaską Bożą dasz radę! (fot. G. Gielert)
Wracajmy jednak do Sejmiku. Chciałbym napisać Ci o jeszcze jednej refleksji, która mi się nasunęła jako bądź co bądź człowiekowi przezwanego „weteranem skautowym”. Otóż Skauci Europy to coś więcej niż zwykłe stowarzyszenie, nawet pożytku publicznego. To duch i pedagogika. Wszyscy, i władze każdej kadencji, i rada naczelna, i zarząd, i ekipy krajowe z namiestnikami, i ekipy obozów szkoleniowych – jesteśmy depozytariuszami tego ducha i tej pedagogiki. Mamy go strzec, bo w tym jest skuteczność tego narzędzia wychowania. Starać się lepiej rozumieć coś, co ktoś kiedyś dobrze przemyślał, i lepiej to aplikować w praktyce. Nic nie ujmować z tego ani nic pochopnie nie dodawać, bo nam się tak akurat wydaje. Możemy oczywiście to twórczo rozwijać, bo warunki życia zmieniają się gwałtownie, a my nie możemy być obojętni, jeśli coś skutecznego jeszcze wczoraj, dzisiaj nie działa albo działa słabiej dla młodszych. Ale zawsze wtedy należy to robić z rozwagą, z jakąś taką szczególną atencją, pokorą, aby nie wylać dziecka z kąpielą, aby nie zrobić czegoś pochopnie. Nigdy arbitralnie, nigdy w pojedynkę, nawet jak jesteśmy naczelnikiem czy naczelniczką, namiestnikiem czy namiestniczką, lecz w konsultacji, bo co dwie głowy albo trzy to nie jedna. A zatem dwa hasła: depozyt i wielka ostrożność przy zmianach. Te dwie zasady pozwalają nam od ponad dwudziestu lat płynąć po nierzadko wzburzonym morzu bez szwanku, cały czas na kursie.
Jednak z drugiej strony każdy szef to człowiek czynu, człowiek, który ma inicjatywę, jest „przywódcą swoich braci harcerzy”. Przywódca przewodzi, jest przykładem realizacji ideału, pociąga nim, pociąga swoją osobowością, aktywnością, humorem. W XIX w., gdy nie było państwa polskiego, ale istniała bardzo silna polska kultura, styl życia, poeci odgrywali rolę „architektów zbiorowej wyobraźni”, pełnili nierzadko rolę zastępczą dla polityków, działaczy, liderów społecznych.  Myślę, że każdy szef może być obecnie takim architektem zbiorowych emocji, dobrej atmosfery, zmotywowania we wspólnym stawianiu sobie i realizowaniu ambitnych celów. Jednym słowem – architektem swojego środowiska. Myślę tu nie tylko o powierzonych mu chłopcach, ale i o swoich przybocznych, i otaczających go ludziach dobrej woli. Bo nie chodzi tylko o prowadzenie jednostki, chodzi o tworzenie szerszego środowiska, budowanie więzi, dobrego klimatu wokół. To szef jest gospodarzem, to od niego musi pochodzić inicjatywa, iskra, która zapala innych. To on inspiruje, zagrzewa, poddaje pomysły, podrzuca polana do ogniska, gdy ogień dogasa. A potem znika, usuwa się w cień i tylko cieszy się, że kolejny chłopak przechodzi samego siebie, że podjęte wyzwania dodają mu skrzydeł, że kipi pomysłami.
Szef wychowuje kolejnego szefa i stara się, aby tamten był lepszy od niego. Przekazuje mu swoje doświadczenie, mając nadzieję, że ten uniknie jego błędów. To jest sposób działania, magazynowanie i ubogacanie doświadczenia. By była ciągłość, by nie wywarzać otwartych drzwi ani nie wymyślać koła. A nowy szef stara się zaczerpnąć od odchodzącego, przejąć pałeczkę i pobiec szybciej. Ale bez zadęcia, że ja tu dopiero dokonam wielkich rzeczy, że wcześniej to było pasmo błędów przede mną. Taka postawa to buta i arogancja, która wcześniej czy później prowadzi do smutnych rezultatów. Pokora! Podejmuję służbę i chcę ją jak najlepiej pełnić. Tylko tyle i aż tyle! Kontynuować to, co dobre, i korygować, z delikatnością, namysłem, to co można zrobić lepiej. Jak sługa, nie jak udzielny kacyk. Taki jest etos chrześcijańskiego przywódcy, wyrosły z tradycji rycerskiej. Wymaganie od siebie, pobłażliwość dla bliźnich, obrona słabszych, odwaga w przeciwstawianiu się złu. Marzenia o wielkich czynach i odważne ich podejmowanie, dla chwały nie swojej, ale Boga i ku pożytkowi ludzi.
Ks. Marek Adamczyk – duszpasterz Stowarzyszenia (fot. G. Gielert)
I jeszcze jedna sprawa akcentowana na Sejmiku: potrzeba większej troski o udział w naszej pracy duszpasterzy. Nie od święta, ale na co dzień, włączonych w podejmowanie decyzji, w dyskusję o każdym chłopaku. Duszpasterza, z którym można skonsultować wszystko, poprosić o radę i ją uzyskać. Na pewno jest coś do zrobienia w tej sprawie. Szef jednostki, który nie ma duszpasterza, nie może być spokojny. Jeśli nie mam duszpasterza, do którego chłopcy mogą zawsze zadzwonić, umówić się na rozmowę i spowiedź, i chcą to robić a duszpasterz ten jest szczęśliwy, że swoim kapłaństwem może im służyć i robi to z oddaniem. Jeśli nie masz takiego duszpasterza – nie możesz być spokojny. To znaczy, że z pewnymi elementami naszego wychowania, naszego stylu, będzie ciężko. Wcale nie mówię, że łatwo takiego duszpasterza znaleźć, pozyskać. Swego czasu byłem pięć lat drużynowym i mimo wielu starań, nie mogę powiedzieć, że udało się w takim stopniu, jak należy. Ale później do parafii przyszedł nowy ksiądz i zaangażował się całym sobą. I to była inna jakość, przyszły lata tłuste dla całego środowiska. Zależy nam na duszpasterzach, bo zależy nam na wychowaniu prawdziwie chrześcijańskim, z sakramentami, z częstym korzystaniem ze spowiedzi, z aktywnym udziałem w Eucharystii, w poznawaniu i czerpaniu siły i wiary z Pisma Św., ze świadomością, że wskutek grzechu pierworodnego ciągle upadamy i potrzebujemy kazań, zachęt, zgłębiania naszej wiary.
 
Dlatego nowa Rada Naczelna od razu zapowiedziała, że na każde posiedzenie będzie zapraszać duszpasterza krajowego, a w razie jego nieobecności innego duszpasterza pomagającego ekipom krajowym. Bez Boga nic sensownego zrobić nie możemy, a żeby On był w pełni między nami, potrzebujemy kapłanów. Pomyśl, czy zawsze starasz się zaprosić księdza na radę drużyny? Czy prosisz o radę? Czy konsultujesz, czy starasz się włączać go w troskę o chłopaków? Czy prosisz o przyjechanie z Mszą, ze słowem, o spowiadanie? Czy z Twojej twarzy, oczu bije przekonanie, że to ważne?
Gdy przed Mszą w niedzielę na sejmiku otworzyłem swoją aplikację na telefonie z czytaniami mszalnymi, dostrzegłem tam rozważanie do tekstu ewangelii z niepublikowanych rozmów duchowych Św. Maksymiliana Kolbe (a byliśmy przecież w wybudowanym przez niego Niepokalanowie). Pisze on tak: „Życie wewnętrzne jest rzeczą najważniejszą… Aktywne życie jest wynikiem życia wewnętrznego i samo w sobie nie ma wartości, jeśli od niego nie zależy. Chcielibyśmy robić wszystko najlepiej, idealnie. Ale jeśli nie powiążemy tego z życiem wewnętrznym, nie będzie to niczemu służyło. Cała wartość naszego życia i naszych działań zależy od życia wewnętrznego, życia miłością Boga i Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, nie w teorii i radościach, ale w praktyce miłości, która polega na zjednoczeniu naszej woli z wolą Niepokalanej.” Mnie ten tekst wydał się niezwykle frapujący, i do tego zamieszczony w takim dniu, i gdy znajdowaliśmy się w takim miejscu. Pomyślałem, że podzielę się tym z Tobą.
Rozpisałem się. Wiesz dlaczego. Nowa służba przed Tobą. Świetnie. Nowe wyzwanie, nowi ludzie, nowe trudności. To się naukowo nazywa „wyjście poza swoją strefę komfortu”. Byłem szefem żółtym, zostaję zielonym. Byłem zielonym, zostaję czerwonym. Byłem czerwonym, wracam na żółtego, bo jest taka potrzeba, itd., itp. Nowe wyzwania, nowe metody ale cel ten sam! I dasz radę. Z łaską Bożą, dasz.
fot. Piotr Gorus
Trzymaj się!

Twój starszy brat Łukasz

Łukasz HR. Opiekun, obywatel, mąż, ojciec. Pisz do Łukasza, Łukasz odpowie, prawdę Ci powie.

Wyruszamy na Święty Krzyż – Maciej Drzewiczak OMI, Paweł Pilarczyk OMI

U stóp sanktuarium na Świętym Krzyżu, ale póki co…
„Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69).

W wędrowaniu ze skautami nie chodzi tylko o dojście do celu. Droga przebyta razem ma wartość sama w sobie. Symbolizuje ona nasze życie, które jest pielgrzymką do Nieba.

W przededniu…

Rozmawiam z Pawłem o podróży. Czym jechać? Trasa na Święty Krzyż jest długa. Podróż pociągiem z Wolsztyna do Kielc zajmuje około 10 godzin. Dzwoni do nas ojciec Karol Bucholc, z którym mamy dołączyć się następnego dnia do skautów. Mówi: „Pamiętajcie, że macie być najpóźniej o 18.30 w klasztorze”.
 


Czwartek – droga
 
Decyzja zapada w ostatniej chwili. Jedziemy na stopa. Modlitwy, Msza święta, śniadanie… Mamy szczęście – tzn. Pan Bóg nam błogosławi! Zabieramy się do Wolsztyna ze współbraćmi. Według mapy internetowej przed nami 473 km jazdy. Ruszamy. Pierwsze auto zatrzymuje się po nas szybko. Trafiamy do Nowego Tomyśla i… stoimy. Siąpi deszcz. Nikt nie chce nas zabrać. Pierwsze auto zatrzymuje się po kilkudziesięciu minutach. Problemy mamy też dalej.
 
Jedziemy eleganckim samochodem pracownika korporacji, później zagraconym narzędziami kombi elektryka… Rozmawiamy z gorliwym katolikiem, mężem protestantki, który właśnie jedzie do umierającego na raka ojca alkoholika i daje nam świadectwo wiary… Spotykamy samotną matkę, młodego dentystę, kierowcę tira, a wreszcie przedstawiciela handlowego, który kończy pisać swój doktorat.
 
Przepiękne doświadczenie. Tylko, że na każdy samochód trzeba czekać. Czas ucieka. Jest około godziny 17.00. Nie mamy szansy zdążyć. Ostatni kierowca wiezie nas do Ostrowca Świętokrzyskiego. Mówi: „Wiecie chłopaki, to może podrzucę was jeszcze do Kielc…”. Wjeżdżamy  do miasta. Widzę, że kierowca zmienia pas ruchu. Mówi: „No, skoro tu dojechałem, to może i pojedziemy do Huty”. A w Hucie… Na szczycie Świętego Krzyża jesteśmy zaraz przed 18.30. Pan Bóg czuwa nad nami.
 
Czwartek – nocleg
 
Jemy kolację w klasztorze. Spotykamy ojca Krzysztofa Jurewicza – szefa naszej powołaniówki. Po posiłku ruszam z ojcem Karolem i Pawłem na nocleg. Jedziemy do Łagowa. Podwozi nas ojciec socjusz. Padają kolejne żarty na temat noclegu pod namiotami. Jest ostatni tydzień września. Na dworze robi się coraz zimniej.
 
Dojeżdżamy do plebanii. Jest ciemno. Nikogo nie widać. Idziemy do proboszcza. Skautów jeszcze nie ma. Nie poddajemy się. Zaczynamy rozbijać nasze namioty. Kiedy widzę, jak mi idzie, myślę: „Bogu dzięki, że nie ma jeszcze skautów!”. Rozpalamy ognisko we trzech: ojciec Karol, Paweł i ja. Na początku ogień nie chce się palić. Wszystko jest wilgotne. Wylewam nawet resztki Bonda. Wreszcie się udaje. Patrzę na ognisko. Jest trochę koślawe. Myślę: „Jest jakie jest, ale zrobiliśmy je razem”.
Skauci przyjeżdżają około godziny 21.00. Zastają nas przy ogniu. Rozpoczynają się rozmowy. Kolejne grupy rozbijają swoje namioty. Ktoś wstawia garnek z wodą na ognisko. Inni zaczynają przygotowywać kolację – dziś jajecznica. Po 22.00, wśród unoszącej się mgły i dymu ognisk słychać modlitwy. Kolejne grupy gromadzą się przy świetle płomieni. Brewiarz, śpiew Salve Regina… Przed północą kończymy kolację. Trzeba po sobie trochę posprzątać. Obmywam się jeszcze wodą z węża ogrodowego i idę spać. Zakładam dwie pary spodni, wełniane skarpety, ciepłą bieliznę, bluzę z kapturem, skórzaną kurtkę, szalik i czapkę na uszy. Jest mi ciepło, dosyć ciepło… nie marznę. Nie wiem jeszcze, że następna noc będzie gorsza.
O. Karol Bucholc OMI błogosławi
hufcowego 1. Hufca Śląskiego
Piątek – droga

Pobudka o 6.30. Pięć minut później modlitwy. Oczywiście spóźniam się. Śniadanie. Dziś wystarczy herbatka, konkretniej – ziółka od Chila (wilczkowe imię jednego z wędrowników). Mamy post. Około 8.30 zaczyna się przygotowanie do Mszy świętej. Skauci śpiewają pieśni również po łacinie. Taki styl. Nie idzie im łatwo, ale się starają. Trochę cierpliwości i zaczyna im wychodzić. Jestem pełen podziwu. Mi nie idzie tak dobrze. Na zakończenie Eucharystii wręczają nam krzyże pielgrzymie. Prosty, drewniany krzyż – znak naszej wspólnej drogi.
 
Po Mszy świętej przyrzeczenie nowego hufcowego – bardzo poruszające wydarzenie. Widać, że ci mężczyźni poważnie podchodzą do podejmowanej odpowiedzialności. Wyruszamy na szlak. Pierwszy raz idę z pełnym bagażem. Post ścisły daje mi się we znaki. Na szczęście trasa nie jest długa. Liczy się to, jak ją przechodzimy. W trakcie wędrówki odmawiamy różaniec. Jest też czas na medytację słowa Bożego oraz konferencję.
Styl wędrowania nie taki znowu trudny – opowiada Paweł Borowiecki HR
Piątek – obóz w Starej Hucie
 
Dochodzimy do miejsca noclegu, czyli na łąkę. Rozbijamy namioty. Idziemy po chrust do lasu. Chrust okazuje się czymś w rodzaju złamanego, niedużego drzewa. Targamy je we trzech: Paweł, Chil i ja. Przechodzimy przez niewielki wąwóz. Staramy się nie wpaść do strumyka. Strumyk okazuje się być błogosławieństwem. 
 
Po pracy idziemy do niego się umyć. Woda jest lodowata. Na dnie są śliskie kamienie. Pierwszy raz kąpię się w takich warunkach. Zanurzam się cały. Myślę: „Jestem głupi i będę tego żałować”. Wychodzę i czuję się cudownie. Teraz na dworze jest tak… ciepło. Zapada powoli zmrok. W nocy rozpoczyna się spotkanie całej wędrującej grupy. Zbieramy się wszyscy wokół dwóch dużych ognisk. To czas wspólnych śpiewów i zawodów. Towarzyszy temu dużo śmiechu. Jest zimno. Nikt się nie skarży. W nocy temperatura spada niżej. Zakładam na siebie wszystkie swoje ubrania. Nie mam nic więcej. Jest mi zimno. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwy.
 
Sobota – droga
 
Pobudka podobnie jak w dniu wczorajszym. Budzę się trochę wcześniej. Wiem, ile czasu zajmuje mi wykaraskanie się spod śpiwora i z namiotu. Reszta hufca od dobrych paru minut już na nogach. Jak oni to robią? Pogoda nie zachęca dziś do wędrówki. Jest zimno, mokro i mgliście. Trawa mocno zroszona. Na szczęście dziś krótszy odcinek do przebycia. Naszym celem jest Nowa Słupia. Rozpalamy ognisko resztą wilgotnego drewna. Przygotowujemy śniadanie. Chwilę wcześniej krótka modlitwa. Po modlitwach i śniadaniu czas na zebranie się, spakowanie namiotów i jedzenia. Przydzielamy zadania. 8.30 wymarsz. Opuszczamy łąkę i idziemy na asfaltową drogę w Starej Hucie. Po chwili orientujemy się, że na dzisiejszą wędrówkę nie ma wybranego topografa. Topograf trzyma w ręku mapę i ma za zadanie prowadzić grupę. Wczorajszy przewodnik miał pilny wyjazd do domu. Nagle powstaje kilka koncepcji, którędy iść. Jedno jest pewne: z Huty Starej do Nowej Słupi nie ma dobrego szlaku. Wykluczamy pójście asfaltem. Hufcowy podejmuje decyzję. Idziemy przez strumyk za innym hufcem. Nadal nie mamy przewodnika.
 
Nowy topograf poprowadzi nawet we mgle…
Droga prowadzi przez łąki lekko pod górę. Maszerujemy kilka minut. Tymczasem biję się wewnętrznie z myślami: „A może by tak wziąć mapę? Przecież w nowicjacie chodziło się trochę po Górach Świętokrzyskich. Teraz albo nigdy”. Zgłaszam się. Biorę na siebie odpowiedzialność. Pamiętam, że trzeba dojść do puszczy. Mgła utrudnia widoczność. Dostrzegamy drzewa. Idziemy wzdłuż Puszczy Jodłowej. W międzyczasie odmawiamy różaniec. Przechodzimy przez pewne gospodarstwo w Bartoszowinach. Drogą dochodzimy do Trzcianki. Odbijamy w lewo. Ponownie idziemy wzdłuż puszczy.
Na niewielkiej polanie jeden ze skautów, Tomek,  zauważa krzyż. Jest zarośnięty bluszczem i chwastami. Jest duży, drewniany. Kiedyś ktoś o niego dbał. Modlił się przy nim. Pada hasło: „Nie możemy go tak zostawić!”. To okazja do służby. Część ekipy chwyta za noże. Niektórzy gołymi rękami wyrywają chwasty. Po chwili krzyż jest oczyszczony. Modlimy się. Śpiewamy pieśń o Krzyżu. Idziemy dalej. Znajdujemy jakiś wydeptany szlak. Słychać psy. To kontakt z cywilizacją. Jesteśmy w Nowej Słupi.
 
Nowa Słupia. Święty Krzyż.
 
Zatrzymujemy się przed kościołem. Jest to punkt zbiorczy wszystkich hufców. Skauci szli do Nowej Słupi z trzech różnych miejscowości. Przygotowujemy się do Mszy świętej. Próba śpiewu. Kapłani słuchają spowiedzi. O godzinie 12.00 rozpoczyna się Eucharystia. Później czas na przygotowanie posiłku. Moim zadaniem jest pokroić warzywa do sałatki. Na obiad kurczak w sosie z ryżem lub kaczka. Tymczasem pogoda znacznie się poprawia. Zza chmur wychodzi słońce. Krótki odpoczynek i wyruszamy pod górę. O 16.00 ma rozpocząć się droga krzyżowa. Skauci wspominają nam, że poprzednio nabożeństwo odbywało się wieczorem.
Droga
Na Święty Krzyż wchodzimy Szlakiem Królewskim. Po drodze mijamy wielu ludzi. Tego dnia na górze odbywał się XV Jubileuszowy Świętokrzyski Rajd Pielgrzymkowy PTTK. Stąd spory ruch. Dajemy wspaniałe świadectwo. Między poszczególnymi stacjami śpiewamy. Śpiew grupy ponad trzystu mężczyzn robi na mnie ogromne wrażenie. Mijani ludzie wydają się również poruszeni. Nasza grupa to bardzo niecodzienny widok.
 
Po niespełna dwóch godzinach jesteśmy na szczycie. Przy wejściu do klasztoru wita nas oblat, ojciec Krzysztof. Ma ze sobą relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Następuje ucałowanie relikwii. Podniosły moment. Jest godzina 18.30. Czas na rozbicie obozowisk. Razem z Maciejem udajemy się na moment do klasztoru. Mamy możliwość posilenia się, a nawet noclegu. Uprzejmie odmawiamy współbraciom. Wracamy na polanę. Za chwilę ma rozpocząć się biesiada. Każdy z hufców ma do odegrania scenkę. Choć chłód doskwiera wszyscy świetnie się bawią. O 20.30 udajemy się na adorację Pana Jezusa do kościoła. Przed głównym wejściem rozbrzmiewa trzykrotnie śpiew: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (J 6, 69). Ciarki przechodzą mi po plecach. Adoracja trwa prawie godzinę. Odczuwamy już zmęczenie… ale to nie koniec wrażeń!
 
Wymarsz Wędrownika na szczycie
Po modlitwach ma miejsce Wymarsz Wędrownika. Skauci zbierają się w dwóch rzędach za bramą wschodnią. Rozpalają pochodnie. My też. Dwóch skautów zostaje ustanowionych wędrownikami. Podniosłe wydarzenie. Dla nich ten obrzęd jest bardzo ważny. To symbol przyjęcia pełni odpowiedzialności. Wędrownik wychodzi z hufca. Opuszcza grupę. Kończy etap przyjmowania. Teraz zaczyna się dla niego czas służby. Obrzędowi towarzyszy odczytanie „Ośmiu błogosławieństw”.
 
Po tym wszystkim rozchodzimy się do obozowisk. Zauważamy brak istotnej dla grupy rzeczy – ogniska. Jednak jesteśmy na terenie Parku Narodowego. Modlitwa. Toaleta wieczorna przy kranikach i idziemy spać. Ustawiam budzik. Jest godzina 23.00.
 
Niedziela. Zakończenie.
 
O 6.00 pobudka. Następnie mycie się, śniadanie, składanie obozowiska. O godzinie 8.00 ma rozpocząć się uroczysta Msza święta w bazylice na Świętym Krzyżu. Na krótko przed Mszą znosimy z Maciejem nasze plecaki i namiot do klasztoru. Koniec wędrowania! Jeszcze pamiątkowe zdjęcie z całym hufcem. Przygotowanie do Eucharystii.
 
Z Maciejem zakładamy komże. Idziemy do prezbiterium. Mszy przewodniczy neoprezbiter, benedyktyn, ojciec Rafał Buczek. Dziękuje za powołanie, które odkrył będąc w skautingu. Po Mszy stoimy przed kościołem. Rozdajemy skautom foldery powołaniowe. Następnie wspólna kawa z kapelanami poszczególnych hufców. Dowiadujemy się, że byliśmy jedynymi klerykami na wędrówce. Na zewnątrz, przed bramą wschodnią, trwa konferencja. Idziemy się odświeżyć i przygotować do powrotu. Obiad w refektarzu klasztornym. Wracamy do ekipy, by się pożegnać. Jeszcze chwila rozmowy ze skautami. Dostajemy zaproszenie na kolejne wędrówki. Czemu nie?
 
Czas wracać do Obry. Jest godzina 14.00. Tym razem jedziemy samochodem z ojcem Krzysztofem Jurewiczem. W drodze powrotnej podsumowujemy Pielgrzymkę Wędrowników na Święty Krzyż. Dzielimy się wrażeniami. Czujemy pozytywne zmęczenie. Swoją obecnością na wędrówce daliśmy świadectwo zakonnego życia. Sami sporo się nauczyliśmy. Postawa skautów była bardzo budująca. Takie hasła jak odpowiedzialność, służba, wiara, modlitwa, braterstwo, męstwo na długo zostaną w naszej pamięci! Federacja Skautingu Europejskiego jest potrzebna w dzisiejszych czasach. W Polsce powstaje coraz więcej drużyn, hufców. Część z nich nie ma jeszcze duchowych opiekunów – kapłanów. Może to miejsce czeka na nas?
 
 
 
 
dk. Maciej Drzewiczak, kurs VI
 
 
 
 
 

 
 
 
kl. Paweł Pilarczyk, kurs V
 
 
 
 
 
Klerycy WSD Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze