wtorek, 22 marca 2016

Konferencja 3 "Odejście o. Jakuba Sevin" - O. Sebastian Masłowski SI

o. Jakub Sevin SI – kulisy odejścia ze Skautów Francji


Rok 1924

Choć oficjalne odszedł w roku 1933, to już dziewięć lat wcześniej był tego zwiastun. W roku 1924 zrezygnował z funkcji commissionnaire général. Są jeszcze dwie ważne funkcje w organizacji: chef scout i aumônier général (duszpasterz generalny). Szef skautów chciał umocnić swoją władzę osłabiając rolę komisarza. Generał de Salins (chef scout) żądał dymisji o. Sevin jako komisarza generalnego. Co, oprócz chęci umocnienia swojej władzy, mogło być powodem dążenia do zdymisjonowania o. Jakuba z funkcji, jaką dał mu sam Baden-Powell? Przecież o. Sevin był jedynym, który przeszedł obóz szkoleniowy dla szefów w Gilwell i miał uprawnienia do szkolenia innych?

Niektórzy z rezerwą przyglądali się pewnym poczynaniom o. Jakuba. Między innymi chciał on stworzyć „zakon skautowy”, który stanowiłby rdzeń organizacji i jego celem byłoby służenie harcerzom. Niektórzy wyrażali obawy, że podzieli to organizację na tych, którzy do tego zakonu należą i na pozostałych. Duszpasterze skautowi należący do różnych zakonów bali się, że harcerze nie będą wstępować do ich nowicjatów tylko do tego zakonu skautowego, a duszpasterze diecezjalni, że harcerze nie będą wstępować do seminarium.



Przełożeni zakonni o. Jakuba, z którymi konsultował się w tej sprawie, radzili złożyć rezygnację z funkcji, aby „uspokoić nastroje”. O. Jakub przyjął to. Co ciekawe, ten sam komitet wykonawczy (comité exécutif), który go pozbawił funkcji komisarza generalnego, wysłał go z szefem skautów, generałem de Salins, do Rzymu. Tak naprawdę sytuacja była poważna. To był moment, kiedy ziemia się paliła pod nogami całej organizacji i było o włos od tego, że zostaną potępieni i zlikwidowani. On zaś nie unosił się honorem, nie obrażał się, nie mówił: „skoro mnie nie chcecie, to radźcie sobie sami”, tylko pojechał. A sprawa była poważna. Federacja została oskarżona w Stolicy Świętej, że jest teozoficzna, protestancka i interkonfesjonalna.

Niektórzy biskupi atakowali skautów. Np. arcybiskup Besançon atakował modlitwy skautowe, a także „Medytacje skauta nad Ewangelią”, które napisał o. Sevin. Dlatego jezuici szybko wysyłali do Rzymu prośbę, aby papież napisał list aprobujący tę książeczkę. W Rzymie odbyła się audiencja z oficjelami watykańskimi. Potem audiencja prywatna u papieża. Rok później Pius XI w czasie pielgrzymki skautów na rok jubileuszowy wygłosił pochwałę i aprobatę.

15 marca 1933

Reorganizacja formacji szefów. O. Sevin został zwolniony. Nowy skład ekipy opublikowano w majowym numerze „le Chef”.

W lipcowym numerze o. Sevin napisał list: „Mój generale! Zapoznałem się z propozycją, abym pozostał członkiem komitetu kierowniczego Skautów Francji. Z całym szacunkiem do uczuć, które pana inspirowały w złożeniu tej propozycji, żałuję, że nie mogę jej przyjąć. Z jednej strony, moje pozostanie w komitecie w momencie, gdy jestem zwolniony ze wszystkich funkcji, do których miałem dostęp, tworzyłoby anomalie, które właśnie pan chciał zlikwidować. Z drugiej strony, moja obecność krępowałaby aktualnych członków Komitetu, który w exposé na temat formacji szefów i międzynarodowego komisariatu uczynionym przez Szefa Skautów i generalnego duszpasterza, jednogłośnie zadecydowali o zwolnieniu mnie z mych funkcji (15 marca). Pominąwszy wszelkie inne rozważania, ze względu na nowe regulacje, które pan opublikuje, jak i ze względu na delikatność dla mych dawnych kolegów, widzę ku mojemu wielkiemu żalowi, panie generale, niemożliwym kontynuację bycia członkiem komitetu”.

Dopiero po tym liście wieść o usunięciu o. Jakuba ze wszystkich funkcji stała się powszechnie znana. W maju wielu nie zauważyło, że jego nazwiska nie ma na liście. Wśród skautów zawrzało. Oficjalny powód usunięcia go był podawany taki, że zostawienie o. Sevin w Chamarande (odpowiednik obozu szkoleniowego w Gilwell) oznaczało nieprzestrzeganie zasady oddzielenia duszpasterza od szefa (świecki szef i duszpasterz).

Ale to był tylko oficjalny powód. Jak to przebiegało?
Jakie to były funkcje:
- szef obozu szkoleniowego Chamarande;
- szef komisariatu zajmującego się relacjami międzynarodowymi;
- kierowanie czasopismem Le Chef (odpowiednik naszej „Przestrzeni”).

Przed oficjalnym wystąpieniem z żądaniem usunięcia o. Jakuba generał de Salins zagroził duszpasterzowi generalnemu kanonikowi Cornette, że jeśli ten nie poprze go przeciwko o. Sevin, dostanie dymisję. Klasyczny szantaż. Generał de Salins miał jasne podejście: jeśli o. Sevin nie przestanie natychmiast, będzie zdymisjonowany. Co miał przestać? Dla o. Sevin najważniejsze było formowanie chrześcijańskie. Tworzenie lepszych chrześcijan. Skauting był narzędziem do tego. [Ale jak zobaczycie w materiałach, które przeczytacie, to nie był wymysł Jakuba Sevin. To był wymysł Baden-Powella. On określił, że chrześcijaństwo jest podstawą skautingu. W innym miejscu powiedział wprost, że jeśli skauting ma nie być chrześcijański, to lepiej, żeby go nie było]. „Zakon skautowy” był jedną z idei. Ale starania o jego założenie zostały dwa lata wcześniej przerwane, bo w 1931 roku generał Ledóchowski zabronił mu tworzyć zakon dla skautów.
           
Ta wizja duchowo-religijna skautingu bardzo nie pasowała zwłaszcza dwóm członkom komitetu: hrabiemu de Kergorlay, i komendantowi Lhôpital, który miał bardzo laickie zapatrywania. Dla tych dwóch poczynania o. Jakuba były oburzające.       Nic dziwnego, że cisnęło im się na usta pytanie: Co robi ten zakonnik, do tego jezuita, na czele najważniejszego w Ruchu działu – działu formacji szefów? Mamy słowa hrabiego de Kergorlay: „Nie mam do ojca zaufania, ojca wpływ nas krępuje (…) wasz wpływ przeszkadza, zawadza, pochłania i chcemy go zmniejszyć”. W czasie zebrania komitetu 10 stycznia 1932 roku M. Lhôpital powiedział: „Bezużytecznym jest dokonywanie zmian między nami. Powiedzmy bez ogródek, wszystkie kroki, które podejmujemy, podejmijmy przeciwko o. Sevin”. Trudno o jaśniejsze stanowisko.
           
Po 1933 roku o. Sevin zostaje jedynie duszpasterzem drużyny w Lille. To wszystko. Niby nikt go nie wyrzucał. Sam przecież zdecydował się zrezygnować z bycia w komitecie. Ale widać, że wszystko tak zostało ułożone, aby był zmuszony do odejścia. Formalnie nikt go nie wyrzucał, formalnie sam odszedł. Ale znamy takie techniki pozbycia się kogoś robione w białych rękawiczkach. O. Jakub mógłby rozpętać wojnę. Wielu go popierało. Decyzja, która jakiś czas była nieznana, potem rozeszła się lotem błyskawicy. „Wystarczyłoby, aby wypowiedział jedno słowo, a więcej niż połowa federacji zgromadziłaby się wokół niego” – to słowa jednej z szefowych. Wiecie, jaka byłaby to wojna? I to wojna z szansą wygranej. Cóż bowiem mógłby zrobić komitet, który nie miałby kim rządzić, bo wszyscy się od niego odwrócili?. O. Jakub jednak nie powiedział ani słowa.
           
Co wniósł do skautingu o. Sevin? Prawo, zasady podstawowe, przyrzeczenie, modlitwę harcerza. Fundator pedagogiki i czasopisma, twórca stroju i insygniów, twórca pieśni: marszowych, na ognisko i na modlitwę, dusza żywej i oryginalnej duchowości proponowanej młodym. Był mistrzem myśli i tym, który kierował sumieniem wielu pokoleń szefowych i szefów.
           
Jak reagował na to wszystko, co go spotkało? Nie było też w nim żadnej goryczy. Gdy generał de Salins w styczniu 1936 wylądował w szpitalu, ten go odwiedził. Generał prosił go, aby wrócił do współpracy przy czasopiśmie „Le Chef”. O. Jakub się zgodził. Nie uniósł się honorem. Przecież to generał wcześniej usunął go z redakcji. Dalej utrzymywał kontakt z kanonikiem Cornette. W listopadzie 1936 roku usłyszał o pogorszeniu się jego zdrowia i odwiedził go. Kanonik umarł czterdzieści osiem godzin później. W 1937 roku umarł kolejny z tych, którzy go wygryźli, który przejął po nim funkcję komisarza. Komentując jego śmierć, tak napisał do Jacqueline Brière (założycielki sióstr Świętego Krzyża Jerozolimskiego, a więc swojej podopiecznej z kręgu duchowego): „Gazeta zawiadomiła o śmierci Komisarza de Kergorlay. Był on wielkim sprawcą mojego odejścia. Módlmy się za niego, bo umieszczam go pośród mych największych dobroczyńców duchowych”. Niesamowite słowa. Nazywać swoim dobroczyńcą duchowym tego, który tyle zła mu wyrządził. Do Edouarda de Macedo napisał: „nie mam ani urazy, ani goryczy względem odpowiedzialnych za to, co się stało, i życzę im dużo pokoju i radości”. Prowincjałowi napisał: „Dzięki Bogu, pozostaję spokojny…” Do innego jezuity napisał: „Módlmy się w spokoju, aby te wydarzenia nie uczyniły szkody duszom naszych szefów i szefowych, aby nasi chłopcy nie musieli cierpieć” à widzicie? Myśli o tych najmniejszych, o tych, którym miał służyć. Nie musi więc udowadniać, kto tu rządzi. Ani walczyć o sprawiedliwość z kierownictwem organizacji. Jego główną troską jest dobro dusz tych, dla których to wszystko robił.
           
W roku 1947 w Moisson we Francji odbyło się Jamboree – międzynarodowy zjazd skautów. Dziwnym trafem kierownictwo organizacji „zapomniało” go zaprosić. Nie skarżył się, że „zapomnieli”. Z uśmiechem po prostu zgodził się na to, rozbił namiot w podobozie zagranicznym. Wśród Skautów Francji nie było dla niego miejsca. Przecież to było jawne świństwo, które mu zrobili.

Na wiadomość o tym, co się stało w 1933 (przeczytali w „Le chef”), podniosło się w organizacji wielkie oburzenie. Wielu nie wierzyło. Czekali na jego powrót, naciskali go, żeby tego żądał. Skauci z Flandrii, którzy znali go lepiej niż pozostali, byli bliscy rewolty i sugerowali mu, żeby się odłączył. Pewne, że poszliby za nim bez wahania. Stworzyliby inną organizację. Wiecie, co by się działo? Jak widzicie, miał możliwości. Ludzie byli za nim. Mógł zacząć walkę. Postawiłby na swoim. Pokazałby, kto tu rządzi. Ale czy rzeczywiście byłoby to dla dobra tych najmniejszych? Wątpię. Tak te wydarzenia po latach skomentował nasz poprzedni przełożony generalny, Peter-Hans Kolvenbach: „Zmuszony tak niespodziewanie ustąpić, ojciec zaakceptował usunięcie się w cień. Zraniony, złamany, z pewnością, ale bez goryczy i resentymentu (urazy). Uczynił swoim podejście Jana Chrzciciela: «trzeba, żeby on wzrastał, a ja się umniejszał». I to właśnie uczyniło go wielkim.”             Zawsze słuchał przełożonych zakonnych. Był najświetniejszym przykładem tego, że „harcerz jest karny. Każde zadanie (polecenie) wykonuje sumiennie i do końca.”

Kiedy już powstały siostry Świętego Krzyża Jerozolimskiego i został ich kapelanem,  przyszedł moment, że przełożeni kazali mu je zostawić. I to też przyjął. Decyzja ostateczna przełożonych przyszła w liście dziewiątego marca 1950 r. Zrobiło na mnie wrażenie to, jak spędził ostatnie godziny swojego życia. Chory, leżący, z trudem mówiący. Szesnastego lipca 1951 roku jego stan bardzo się pogorszył. Umieścili go w łóżku. Dostał absolucję i sakrament chorych. Dali mu krzyż, który dostał w dniu ślubów zakonnych, który będzie już do samego końca trzymał w dłoni, albo przy sobie. Czasem czuwający przy nim słyszeli, jak mówił: „krzyż moich pierwszych ślubów, mój towarzysz”, „mój stary towarzysz”. Bardzo trudna noc. Stracił świadomość. Odzyskał ją rano. Siedemnastego lipca przyjął komunię. Po południu prosił, żeby mu dali jego krzyż. Ściska go mówiąc: „prawdziwy Krzyż”. Gdy wieczorem żegnali go: „Dobranoc ojcze, do jutra” odpowiedział: „W niebie”. W nocy powtarzał: „niebawem umrę, niebawem umrę”. Dziewiętnastego lipca też cały czas trzymał krzyż w ręce powtarzając: „mój towarzysz”, ‘to mój towarzysz”. To bardzo ważne. To na mnie zrobiło wrażenie. Zgodnie z tym, co św. Ignacy mówi, jezuita ma być człowiekiem III tygodnia Ćwiczeń Ignacjańskich. A III tydzień to podążanie za Chrystusem wszędzie, do końca, a więc w cierpieniu, po to, aby potem podążać za Nim też w chwale. III tydzień to męka i krzyż. Kiedy czytałem biografię tego człowieka, widziałem wyraźnie, że był człowiekiem III tygodnia. W sposób zdrowy. Nie masochistyczny. Przyjmował cierpienie, które na niego spadało. Choćby tę kwestię bycia wygryzionym ze skautów, także inne rzeczy. Te ostatnie godziny z krzyżem w ręku świetnie pasują do całego jego życia. To nie było przedstawienie. To był zewnętrzny wyraz tego, czym żył.
           
Przytoczę jego wiersze z roku 1902. Już wtedy złożył taką deklarację. I to, jak żył w ciągu kolejnych czterdziestu dziewięciu lat było zgodne z tym, co wtedy napisał:

31.12.1902
„Nie będę nic więcej kochał na tym świecie
niż Twoje Serce i Twój Krzyż
chcę z Tobą dzielić jego ciężar
w doskonałej radości
Chcę słuchać Twego głosu
I nie kochać niczego więcej na tym świecie
Oprócz Twojego Serca i Twojego Krzyża
(…) Tym lepiej więc, jeśli moje serce krwawi
Panie Jezu, to jest dla Królowania
I dla miłości Twojego Serca”

I dalej:
1902-1904
„Chcę podążać tą samą drogą
Co by mnie nie spotkało i ile by mnie to nie kosztowało
Pomimo strachu, pomimo wątpliwości
Aż do szczytu Golgoty
Aby naśladować Króla, którego kocham
Chcę przywdziać jego diadem
Chcę nieść mój krzyż ja sam
Jak On sam go niósł…
On jest moim Królem, to wszystko, co można powiedzieć
On jest moim Królem, to jedyna prawda
On jest moim Królem, moje serce pragnie
Podążać za Nim i będzie za Nim podążało”

„O Serce mojego Jezusa, Tobie ufam
To Ty, to Ty jesteś tym, do którego chcę być podobny
Zrób z moim sercem wszystko, co podoba Ci się zrobić”

5 września 1904 roku. Druga rocznica złożenia ślubów zakonnych:
„Jestem dla Ciebie i nie chcę kochać niczego na tym świecie
Oprócz twojego Serca, oprócz Twojego Krzyża
Chcę pod działaniem jego płodnej łaski
Przekształcić się w Ciebie tak jak powinienem”

Tu jego słowa z lat czterdziestych:
 „Jakub od Jezusa już więcej nie istnieje. Umarł. W jego miejsce nie spotykamy nikogo więcej niż tylko Jezusa we wszystkim (przeżyciu i poszukiwaniu), we wszystkim jest tylko cały Jezus: Jezus adorujący i modlący się, „jedno” z Ojcem. Jezus ukrzyżowany i cierpiący, zawsze w czasie mszy; Jezus promieniujący młodością i radością; Jezus całkowicie oddany i całkowicie biedny. Stąd odnowiony ślub, aby we wszystkim było więcej Jezusa, to znaczy: niczego celowo, czego by nie zrobił, albo nie pomyślał Jezus (albo Jakub od Jezusa, co jest tym samym); nic z motywów osobistych albo z interesowności; żadnej radości nie szukać w mych relacjach duchowych; nieskazitelność w zachowywaniu ducha reguły zakonnej. Wszystko musi we mnie umrzeć”

Jego śmierć:
„Powrót do domu ojca” – mówiłem o tym w kazaniu na Świętym Krzyżu.
Patrzcie jak to wszystko świetnie się uzupełnia. On rzeczywiście żył tym, o czym mówił. „Bez religii skauting jest bumerangiem rzuconym byle gdzie, w kierunku przygody. Czasem uderzy właściwie, czasem nie. Tylko religia wyznacza skautingowi cel do zrealizowania”. Bez tego będzie pusty. I Baden Powell, który mówi: „Skaut jest przede wszystkim wierzący: odrzucam skauting, który nie ma religii w swojej podstawie”.





O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych