poniedziałek, 21 marca 2016

Konferencja 2 "Styl rządzenia, styl prowadzenia, styl działania" - O. Sebastian Masłowski SI

fot. Piotr Gorus

A. Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą.

Mówiłem wam o tym, że najważniejszym kryterium w działaniu, w decydowaniu, w przedsięwzięciach jest patrzenie na tych najmniejszych. Bo dla nich jest to wszystko. Im właśnie służymy. Stąd ich dobro powinno być istotne.

Nieraz mówi się w pedagogice o jasnych regułach, o jasnych zasadach, o wyraźnych granicach, o konsekwencji w ich stosowaniu. Bo to wszystko daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Są jasne prawidła i reguły gry. Można je poznać i zastosować. W rodzinach dysfunkcyjnych, nieważne, czy to alkohol, czy inne przyczyny dysfunkcji, nie ma żadnej przewidywalności. Nie da się poznać zasad i ich po prostu stosować. Zasady zmieniają się co chwilę. Raz za coś było się ukaranym, a drugim razem jest to ignorowane, albo nawet chwalone. Świetnie się zgadzam z tym, że powinny być jasne zasady.



Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Czynnik, który w psychologii jest jednym z kryteriów oznaczających, że dana osoba jest zdrowa psychicznie. To elastyczność. Znakiem zaś, że ktoś jest zaburzony, jest sztywność. Rozumiecie, jaka jest różnica między chwiejnością, brakiem kręgosłupa, chaosem, a elastycznością? Jaka jest różnica między porządkiem i byciem konsekwentnym, przewidywalnym a sztywnością? Elastyczność jest pomiędzy dwiema skrajnościami: sztywnością i brakiem zasad.

Sztywność oznacza brak dojrzałości. Ktoś, kto jest sztywny, nie potrafi sam decydować, boi się, czuje się niepewnie. Dlatego kurczowo trzyma się zasad. Ludzie na granicy rozsypania się często szukają grup, organizacji, gdzie są bardzo jasne, drobiazgowe zasady. Bo dzięki temu nie muszą się zastanawiać, co w danej sytuacji zrobić. Wszystko jest podane na tacy. Ktoś inny to określił. Ktoś inny zadecydował. Ta grupa nadaje jakąś strukturę. Bo oni sami w sobie struktury nie mają, korzystają więc ze struktury, która przychodzi z zewnątrz.

Dla kontrastu podam wam to, co Ignacy mówił o modlitwie, umartwieniach, czasie poświęconym na studia itd. w przypadku uformowanego jezuity. Powiedział, że nie będzie określał ile i jak. Jezuita niech się jedynie skonsultuje ze spowiednikiem. Dziwne, prawda? W wielu zakonach jest jasno w regule wyłożone co, jak, ile itd. A tu nic. Ale pomyślcie chwilę. Jeśli ktoś rzeczywiście jest dojrzały i uformowany, to sam wie najlepiej, ile i jak powinien się modlić, studiować itd. Jest w stanie to ocenić patrząc na siebie, na swoją sytuację życiową, na okoliczności zewnętrzne w otaczającym go świecie. Jest w stanie sam narzucić sobie odpowiedni poziom dyscypliny i odpowiedni poziom luzu. Sam jest w stanie określić dawkę. Sam jest w stanie dobrać potrzebne narzędzia, sposoby. To jest właśnie człowiek dojrzały.

Przytoczę tu bardzo ważną regułę podaną przez Ignacego. Ignacy masę rzeczy bardzo drobiazgowo określał. Książeczka Ćwiczeń Duchowych jest jak instrukcja obsługi, którą formułował i poprawiał wyciągając wnioski z praktyki dawania Ćwiczeń przez dwadzieścia pięć lat. Przez cały ten czas tworzył swoją instrukcję. Mimo jednak precyzji, metodyczności i dbania o wiele szczegółów, nie stworzył sztywnej struktury, lecz przeciwnie: elastyczną. Tu jest porządek, tu są jasne zasady, ale jest też elastyczność. Nie ma kurczowego, z uporem maniaka trzymania się czegoś bez względu na wszystko.

Oto maksyma: „Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego”

Nie można chcieć, aby wszyscy szli dokładnie tą samą drogą. Przyjrzyjcie się obrazkowi zrobionemu przez mojego współbrata. On świetnie wyjaśnia, dlaczego nie można. Po wąskiej ścieżce nad przepaścią jezuita ciągnie na łańcuchu rybę, która powinna być w wodzie. Ciągnie też węża i słonia, który praktycznie się nie mieści. Przerażony przyciska się do ściany, zlany potem. Zupełnie niepotrzebnie się męczy. Na nim siedzi ptak, który z przerażeniem zasłania oczy. A jezuity zupełnie to wszystko nie obchodzi. Idzie zadowolony. On się przecież mieści. Ścieżka jest dla niego w sam raz. A że inni ciągną ostatkiem sił, że to jest ponad ich siły, że to jest nie dla nich? Nieważne. On przecież się mieści, więc droga jest dobra. Problem w tym, iż nie dostrzega, że nie dla wszystkich. Dla niektórych tak, ale nie dla każdego.
rys. Krzysztof Mądel SI („Jest czymś wielce niebezpiecznym chcieć wszystkich prowadzić tą samą drogą do doskonałości; taki człowiek nie rozumie, jak różne i jak liczne są dary Ducha Świętego.”)
Na rekolekcjach ignacjańskich dlatego między innymi jest indywidualna rozmowa z osobą towarzyszącą, żeby dostosować rekolekcje do konkretnego człowieka. Metoda jest podana, ale w jej ramach jest pewne pole manewru. Poza tym może się zdarzyć, że dla jakiejś osoby ta metoda nie jest dobra. Rozmowy z kierownikiem duchowym mają za zadanie pomóc rekolektantowi rozeznać, jak to z nim jest. Bo chodzi w tym o wychowywanie do samodzielności, do dojrzałości. Na tym polega wzrost. Najpierw prowadzimy kogoś za rękę, wyjaśniamy wszystko drobiazgowo, określamy każdy krok, a potem osoba sama już powinna wiedzieć, co wybrać, jak zadecydować. Ten proces widać bardzo dobrze w książeczce ćwiczeń nawet w odniesieniu do metody modlitwy. Najpierw jest schemat drobiazgowo omówiony, potem jest coraz mniej podane, na końcu tak na dobrą sprawę nie ma nawet struktury. Nie musi być. Ona jest dla początkujących.

To jest zupełnie inny model kierownictwa duchowego niż ten rozumiany przez niektórych katolików jako kierownictwo duchowe i posłuszeństwo kierownikowi. Oni rozumieją to tak, że kierownik im ma powiedzieć, którą nogą mają dziś wstać z łóżka i jaki kolor koszuli ubrać, a następnie ile łyżeczek cukru wsypać do herbaty. Można i tak. Ale tym sposobem nie wychowa się nikogo do dojrzałości, nie wychowa się nikogo do samodzielności. Nie wychowa się nikogo z kręgosłupem.

Jest to natomiast świetna metoda wychowania sobie ludzi, którzy nie będą robili problemów, którymi łatwo się będzie rządzić, bo zawsze zrobią to, co im się każe. Nie będą podejmowali żadnej osobistej refleksji, nie wejdą w proces dokonywania wyboru, tylko posłusznie przyjmą wybór dokonany przez kierownika duchowego albo przełożonego. Super metoda. Wystarczy od małego urabiać ich w tym, że wszystko muszą mieć podane i określone. Wtedy będą się trzymać poleceń. Będą posłuszni. Ale ma to efekt uboczny: jak przyjdzie nowa, niestandardowa sytuacja, jak będzie trzeba zadziałać szybko, te osoby nie będą w stanie tego zrobić. Nie będzie bowiem jasnej instrukcji, co należy zrobić.

Szefowie, ojcowie. Nie można usiłować wszystkich prowadzić identycznie. To nie zadziała. Co z tego, że w przypadku twojego starszego syna to zadziałało? Nie znaczy to wcale, że musi zadziałać w przypadku młodszego. Pewne prawidłowości istnieją, to fakt. Ale nie jesteśmy identyczni. Każdy z nas jest inny.

Teraz pora na przykład. Widziałem drużynowego, który miał dar patrzenia na chłopców i dostosowywania wymagań, zadań na stopnie adekwatnie do ich sytuacji. Przecież struktura zadań na wywiadowcę i na ćwika pozwala na to. Pewne zadania są opcjonalne. Pewne rzeczy można dobrać do możliwości, zainteresowań, talentów chłopca. I widziałem, jak wywiadowca był wywiadowcy nierówny. Bo celem drużynowego tutaj nie było tylko to, żeby naszywka na rękawie świadczyła o jakimś poziomie wyliczonym i określonym co do miligrama. Nie. Wiedział, że niektórzy, choć może nie dorastają do poziomu wymagań, dla ich dobra powinni dostać naszywkę, bo to im doda zapału i zmobilizuje ich do dalszej pracy. Jak im się naszywki nie da, to się zniechęcą, skapitulują, przestaną się rozwijać. Potrzebują uznania. Potrzebują nagrody, choć brakuje im trochę do wymagań. I takim obniżał poprzeczkę. Przymykał na coś oko. Nie był sztywny. Dostosowywał sprawę do poziomu osoby. Wymagał, ale nie wymagał rzeczy ponad możliwości.

Względem innego gościa, który był świetny, wszystko robił ekspresowo i bez problemu, podkręcał śrubę tak, aby i dla niego zdobycie stopnia było wyzwaniem, a nie tylko pustą formalnością. Bo sprawa jest prosta: wtedy wcale by to nie było dla niego okazją do rozwoju, a poza tym, jak coś przyszło bez wysiłku, nie szanujemy tego. Gość dostawał więc wszystkie zadania straszliwie wyśrubowane. Może znalazłby się w Polsce ćwik na niższym poziomie niż ten gość jako wywiadowca. Był naprawdę świetny. Dlatego dostawał naprawdę trudne rzeczy. Żeby go zmotywować do pracy. Żeby się rozwinął.

To jest mądrość. To jest bardzo ważna umiejętność. Wymagać od każdego. Każdemu stawiać wyzwanie dostosowane do jego poziomu i jego możliwości. Głupotą by było stawiać każdemu taką samą poprzeczkę, stawiać takie same, identyczne wymagania, dawać dokładnie te same zadania do wykonania. Wtedy dla jednego coś będzie potwornie trudne, wręcz niewykonalne. I odpadnie. I się zniechęci. I zamiast go to rozwinąć, to go zmiażdży, złamie. A dokładnie ta sama rzecz dla drugiego będzie tak banalna, że nawet nie poczuje, że coś robi, nie włoży w to najmniejszego wysiłku. I też być może odpadnie. Z nudów. Bo to dla niego żadna frajda. Żadne wyzwanie. Po prostu strata czasu. Stawianie identycznych wymagań jest konieczne w testach mierzących poziom umiejętności, jak egzaminy z języka, matura, itd. Tak. Ale nie w wychowaniu. W wychowaniu chodzi o rozwój.


To jest bardzo ważne dla ojca, to jest bardzo ważne dla szefa. Nie trzymajcie się kurczowo schematu. Nie prowadźcie wszystkich identycznie. Każdy jest przecież inny. 

B. Ufaj Bogu, jakby wszystko zależało od Niego, działaj, jakby wszystko zależało od ciebie

Kolejna bardzo ważna zasada dotyczy różnych spraw. Naszej pracy, naszych planów, naszych dążeń, ale też tego, jak mamy rządzić oraz jak mamy wkładać wysiłek w wychowanie i kształtowanie tych najmniejszych.

Żeby ją zastosować, podobnie jak przy poprzedniej, potrzeba dużej dojrzałości. Ona też jest pomiędzy dwiema skrajnościami: biernością i zwalaniem wszystkiego na Boga z jednej strony, a woluntaryzmem, liczeniem tylko na własne siły z drugiej. Nam łatwo popadać w skrajności.

Ważne, żebyśmy robili, co możemy, ale oddawali sprawę Bogu. Bo nie wszystko od nas zależy. Bo nie mamy 100% kontroli nad rzeczywistością. Wiele rzeczy nas przerasta. Ale to nie znaczy, że w takim razie mamy usiąść i nic nie robić. Nie. Mamy robić wszystko, co w naszej mocy, aby dane przedsięwzięcie doszło do skutku. Trzeba jednak też wolności względem tego, co robimy, względem naszych planów, pragnień, zamierzeń, ambicji. W osiągnięciu wolności bardzo pomaga świadomość, że nie wszystko zależy od nas. Nieraz tak jest, że pomimo naszych szczerych chęci, pomimo ogromnej pracy włożonej w przedsięwzięcie, ponosimy klęskę. Nie wszystko od nas zależy. Trzeba uznać, że jest Ktoś większy od nas, Ktoś nad nami. De facto od tego zaczyna się modlitwa „Ojcze Nasz”, która jest instrukcją, jak się modlić. Zaczynamy od uznania, że jest Ktoś większy od nas. I to Jego Imię ma się święcić, Jego królestwo ma przyjść, Jego wola ma się wypełnić. Jego, nie nasza. Uznajemy Jego zwierzchność nad nami.
Rys. Krzysztof Mądel SI („Ufaj Bogu tak, jakby całe powodzenie spraw zależało wyłącznie od Niego; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał wszystko zdziałać, a Bóg nic zgoła.”)

Ale zawierzenie Bogu dotyczy też sytuacji sukcesu. Choć jestem silny i wiem, że sobie poradzę, powierzam sprawę Bogu. Nie wychodzę z założenia, że Go nie potrzebuję, bo poradzę sobie sam. Geniuszem Ignacego było to, że umiał rzeczywiście tak działać. Robił wszystko, co mógł, żeby zrealizować plany, projekty, jakie miał. Ale jednocześnie tak ufał Bogu, tak był wolny, że niezależnie od tego, czy wyszedł z tego sukces, czy porażka, był w stanie oddać sprawę Bogu.

Kiedyś zapytany, ile czasu by mu zajęło dojście do siebie, gdyby rozwiązano Towarzystwo Jezusowe, odpowiedział, że piętnaście minut. Rozumiecie? Piętnaście minut!!! Jego dzieło, nad którym tyle pracował, pomimo trudności, pomimo sprzeciwu ze strony różnych kardynałów, to Towarzystwo, będące jego dzieckiem, co do którego chciał, żeby się rozwijało, żeby przynosiło dobre owoce. I kwadrans by mu wystarczył, żeby odzyskać równowagę po tym, jak ktoś rozwali dzieło jego życia! Tyle bowiem trwa ignacjański „egzamin”, „rachunek sumienia”. I gdy papieżem został kardynał Carafa, który jeszcze przed założeniem jezuitów robił spore problemy i trudności, ta deklaracja Ignacego została zweryfikowana. Rzeczywiście tak było. Na wieść o tym zbladł, dotknęło go to. Potem poszedł do kaplicy. I po kilkunastu minutach wrócił uspokojony. Oddał sprawę Bogu. Tyle.

Przeczytamy też w następnej konferencji o sytuacji o. Jakuba Savin, o tym, ile on energii i sił wkładał w stworzenie skautingu i jak z zaufaniem Bogu podszedł do sprawy, gdy go de facto wygryziono z organizacji. A to było przecież jego dzieło, jego dziecko, dla którego nie szczędził czasu i energii.

Trzeba nam się nauczyć powierzać wszystko, co robimy Bogu i uznawać Jego zwierzchność nad tym, co z tego wyniknie. Tylko wtedy bowiem jesteśmy wolni. To jest ogromna sztuka: być w stanie zostawić coś, puścić. Nie uważać za swoje osobiste dzieło, swój osobisty zagonek, swój osobisty sukces. Także wychowywanie dzieci, wychowywanie synów trzeba tak postrzegać. To nie jest moje dzieło, to nie jest moja własność. To jest dar, jaki dał mi Bóg. I robię wszystko, co w mojej mocy, aby było jak najlepiej. Ale też ufam Bogu. Jemu oddaję pewne sprawy. Nie jestem w stanie w 100% wpłynąć na to, co i jak będzie robił mój syn. Mogę go kształtować. Ale nie wszystko ode mnie zależy. On jest wolny. On podejmuje wybory. Ja za nie jestem w stanie tego zrobić.

Przy władzy ważnym punktem jest kontrola. Człowiek chce kontrolować wszystko. Wtedy czuje się bezpiecznie. Wtedy ma wrażenie, że nic mu nie zagrozi. Gdy nie ma nad czymś kontroli, może wpadać w przerażenie i reagować gwałtownie. Ale poczucie kontroli to tylko złudzenie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować. Mój przyjaciel czekał niedawno na urodzenie się bliźniaków. Wszystko było okej. Rutynowy zabieg, rutynowa sprawa. W trakcie porodu sprawa przestała być rutynowa. Było o włos od śmierci. O włos od śmierci jego żony, o włos od śmierci jednego z dzieci. Przez wiele godzin toczyła się walka o życie. Skomentował mi to w tym stylu: „w życiu nie można niczego być pewnym, niczego przewidzieć”. On to powiedział z łatwością, bo jest we wspólnocie, która to powtarza cały czas. Powtarza cały czas, że to nie my kontrolujemy rzeczywistość, ale Bóg. I mamy Mu się poddać. Bo my możemy sobie nie wiadomo co planować, a tu nagle przyjdzie rak, wypadek, cokolwiek innego, np. krach na giełdzie i wszystkie misterne plany legną w gruzach. I z naszego kontrolowania sytuacji nie zostanie nic. Masa ludzi w takiej sytuacji popełnia samobójstwo. Bo stracili kontrolę nad życiem, nad rzeczywistością. Ale to było tylko złudzenie. Nigdy jej nie mieli. Dlatego też masa ludzi reaguje tak brutalnie, gdy czują, że tracą kontrolę. Panicznie się tego boją. Ale oni też żyją w złudzeniu. Żadna kontrola nie pochodzi od nas samych. „Nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby Ci to nie było dane z wysoka”. Dlatego właśnie mamy tak ufać Bogu, jakby wszystko zależało od Niego. Masa rządzących robi straszne rzeczy, podejmuje okropne decyzje, jeśli u ich podłoża leży strach przed utratą kontroli. Straszne decyzje wychodzą, jeśli motywem ich jest utrzymanie władzy i kontroli. Stąd w porannej medytacji było pytanie o kontrolę. Człowiek dojrzały umie być zależny. Umie też być niezależny. Nie przeraża go podleganie komuś. Nie przeraża go to, że nie on o wszystkim decyduje. Nie przeraża go też sytuacja, kiedy czuje, że to on ma decydować, że to od niego zależy to czy tamto. Nie ucieka od decyzji. Nie ucieka od odpowiedzialności.

Masa mężczyzn, zwłaszcza młodych chłopców, ma dziś straszny problem właśnie z tą kwestią. Boją się podjąć konkretne kroki, rezygnują z działania, bo czują presję, że muszą coś zrobić i boją się, że będzie klapa, że poniosą porażkę. Wolą więc nic nie robić. Na przykład nie próbują zagadać dziewczyny, bo jest ryzyko, że dostaną kosza. Nie podejmą żadnej trudnej akcji, bo jest ryzyko, że nie podołają. Czym innym jest rzucanie się z motyką na słońce, a czym innym unikanie wszelkiego ryzyka ze strachu przed porażką. To jest problem chłopców, to jest problem mężczyzn dzisiaj. I dlatego uciekają w świat wirtualny, gdzie jest bezpieczniej. Kwestia tego problemu, kryzysu męskości to oddzielny temat. Może na kolejne rekolekcje właśnie. Bardziej psychologizujące. Ale to też jest konieczne: zobaczyć jak jest. Zrozumieć, jak to działa, jaki jest mechanizm. Spróbować znaleźć przyczyny, źródła, dlaczego tak jest. Bo to może być punkt wyjścia do zmiany. 





O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych