niedziela, 20 marca 2016

Jak zostałem harcerzem - O. Sebastian Masłowski SI

Odpowiedzialny za „Przestrzeń” poprosił mnie, abym przed zamieszczeniem materiałów z rekolekcji, które prowadziłem w Wielkim Poście dla wędrowników, dał się bliżej poznać tym, którzy mnie jeszcze nie spotkali. Chciał, abym w ramach przedstawienia napisał, jak to wszystko się zaczęło. Tekst ten może jednak pełnić też inną rolę. Można by go równie dobrze zatytułować: „Jak pozyskać duszpasterza”. W gruncie rzeczy bowiem moje zostanie harcerzem wiąże się w pierwszej kolejności z tym właśnie zagadnieniem.


Ci, którzy słyszeli mnie pół roku temu na Świętym Krzyżu wiedzą, że po raz pierwszy w życiu  spotkałem Skauta Europy jakieś osiem lat temu. Długa jednak była moja droga od tego spotkania do stanu obecnego. Przez dwa – trzy lata tenże harcerz utrzymywał ze mną dość częsty kontakt. Miałem okazję go poznać, zobaczyć, jak działa, jak funkcjonuje, jak myśli. Mogłem też nieco poznać jego świat wewnętrzny. Przy okazji różnych spotkań opowiadał mi wiele o skautingu. Można było wyczuć w nim fascynację, zachwyt. To było autentyczne, ale w żaden sposób nie wywoływało we mnie chęci zaangażowania się w przedsięwzięcie. Cóż, jedni zbierają znaczki, inni biegają po krzakach. Jeśli ich to nie demoralizuje, a wręcz przeciwnie – rozwija, bardzo dobrze. Na zdrowie! Nie oznacza to jednak, że ja muszę mieć z tym cokolwiek wspólnego. Mój chrześniak od kilku lat fascynuje się jazdą na deskorolce. Trenuje godzinami, jeździ na zawody. Ale to nie oznacza, że ja, choć bardzo go lubię, też zacznę jeździć na deskorolce.

Po około trzech latach słuchania opowiadań o skautingu zdarzyło się tak, że miałem lukę do wypełnienia w pracach duszpasterskich. Musiałem bowiem wypełnić różnymi pracami okres dwóch miesięcy. Mogłem tę lukę zapełnić inną pracą, ale ponieważ tyle się nasłuchałem o skautingu, a nie miałem nic ciekawszego do roboty, postanowiłem zobaczyć, jak to funkcjonuje w praktyce. I tak pojechałem na pierwszy obóz. Nie dlatego, że mi na tym bardzo zależało, nie dlatego, że marzyłem o poznaniu tych wspaniałych skautów i w końcu nadarzyła się okazja. Po prostu była luka, nie widziałem nic pilniejszego ani ciekawszego na horyzoncie, więc wybrałem się.

Na obozie, pełnym świeżaków pierwszej klasy, którzy tak ja  w większości przypadków byli na czymś takim po raz pierwszy w życiu, zacząłem obserwować to wszystko, co się działo wokoło. I zobaczyłem świetną metodę kształtowania młodych ludzi. Metodę czynienia z nich osób odpowiedzialnych, zaradnych, umiejących współpracować ze sobą nawzajem, umiejących stanąć na wysokości zadania i nie zdezerterować w sytuacjach nieoczekiwanych, które spotykają ich po raz pierwszy w życiu i nie mają pojęcia, jak się z nimi uporać. Zobaczyłem też świetną metodę przekazywania wiary bez przeładowania religijnymi praktykami. Religijność była aplikowana w dawkach możliwych do strawienia dla ludzi w tym wieku. Metoda świetna. Czemu taka świetna? Przecież organizuje się wiele „wakacji z Bogiem”, gdzie program też nie jest przeładowany praktykami religijnymi. Msza święta odprawiona przez księdza i potem zabawa. Tutaj jednak było coś ciekawego: wiara była przekazywana przez osoby świeckie. Wiemy dobrze, że  rodzice dużo lepiej niż ksiądz przekazują dziecku wiarę. Jeśli oni tego nie zrobią, ksiądz wiele nie zdziała. On może wspomagać ten proces. Nie jest jednak w stanie zrobić tego za rodziców. Tu zaś wiarę przekazywali drużynowi, zastępowi. Nie przez napuszone kazania, ale przez proste rzeczy, które w czasie życia obozowego są naturalne i oczywiste tak, jak oddychanie: wspólna modlitwa, apel ewangeliczny, uczestnictwo we Mszy Świętej. Po prostu odniesienie do Boga obecne jest w każdej chwili. Zastępowy podobnie jak ojciec rodziny każdy posiłek zastępu zaczyna i kończy modlitwą. Drużynowy nie tylko goni chłopców do spowiedzi czy komunii i opowiada niestworzone historie o Bogu, ale sam żyje sakramentami. Oni to widzą, bo przebywając z nim siłą rzeczy go obserwują. Nie znaczy to od razu, że drużynowy jest ideałem moralności. Znaczy natomiast, że walczy o relację z Bogiem, o swój własny rozwój duchowy. To działa lepiej niż długie godziny gadania. To jest dla chłopców bardziej przekonujące niż słowa i czyny księdza, który „musi tak mówić, czy tak robić, bo ma taki zawód”. On musi. Drużynowy, przyboczni i zastępowi nie muszą. Skoro więc oni tak robią, choć nie muszą, coś w tym musi być.

Pomyślałem sobie: „gdybym ja spotkał coś takiego, gdy byłem w tym wieku…”. Widziałem, że to działa. Właściwie intuicyjnie wszedłem w „system”. Stworzyłem z drużynowym tandem, choć na Adalbertusie nigdy nie byłem i nikt mi nie mówił, że istnieje coś takiego jak „tandem wychowawczy”. Określenie „tandem” na to, co powstało, pojawiło się samo w mojej głowie. Po prostu najlepiej pasowało do opisania tego, co się działo. W masę innych rzeczy wszedłem intuicyjnie i bez żadnych szkoleń zacząłem działać zgodnie z metodą. Jakiś czas później odkryłem dlaczego. Powodem jest to, że o. Jakub Sevin był jezuitą. On stworzył tę metodę, u której podstaw, korzeni jest duchowość ignacjańska, którą znam, w którą przez lata się zagłębiałem. Chciałem przecież towarzyszyć duchowo ludziom przyjeżdżającym na rekolekcje ignacjańskie i przygotowywałem się do tego na różne sposoby. Dlatego właśnie szybko poczułem się „u siebie”. Bo choć może nazwy były inne, pewne opakowanie też, w rezultacie cele były te same. Ta sama była też strategia i metoda. „Modlitwa harcerza” też była mi dobrze znana już od nowicjatu. W tej pedagogice jest sposób myślenia, który znam, bo wypływa ona z duchowości ignacjańskiej.

Przez kolejne pięć lat jeździłem na obozy, zimowiska, raz prowadziłem rekolekcje dla zastępowych i przez cały czas, swoim zwyczajem, obserwowałem. Widziałem jak na dłoni, co wyrastało z tych świeżaków, którzy na początku nie umieli zagotować wody na herbatę, a po dwóch latach zdobyli husarię. Widziałem rozwój i postępy. Nie u każdego takie same. Nie każdy zostawał od razu mistrzem świata, ale wielu pokonało ogromną drogę rozwoju, choć nadal odstają od tych wybitnych. Nie to jednak jest ważne. Ważniejsza od tego, jak się prezentują na tle pozostałych, jest inna skala: z jakiego punktu zaczynali i gdzie są dzisiaj.

Każdy rok i każdy wyjazd przekonywał mnie coraz bardziej, że to działa. To jest wartościowe. Chcę mieć swój wkład w rozwój tego dzieła. Oczywiście mógłbym to robić nadal „będąc z boku”. Chciałem jednak uczynić jasny krok, czytelny dla wszystkich. Krok, który świadczyłby, że jestem całym sercem za tą drogą rozwoju, jaką oferuje skauting w wydaniu Roberta Baden-Powella i o. Jakuba Sevin, i chcę w niej uczestniczyć.


Jak widać, nie było łatwo mnie przekonać. Dwa, trzy lata gadania, abym w ogóle zechciał zobaczyć, co to jest. Potem minęło pięć lat obserwowania rzeczy od środka, zanim postanowiłem dołączyć. Nie zrażajcie się więc drużynowi, że powiedzieliście jakiemuś księdzu o skautingu, a on jakoś tak nie wykazał zainteresowania. Nawet jeśli w pełni wierzycie w swoje słowa, jesteście do nich przekonani, jesteście autentyczni, to jeszcze za mało. Potrzeba czasu. Gdy będziecie z nim przebywać, gdy pozna was lepiej, wtedy zwiększy się szansa, że pojedzie z wami na obóz, a z czasem może z wami zostanie. Tak jak ja. Ale trzeba było na to prawie ośmiu lat. 






O. Sebastian Masłowski SI,
duszpasterz Śląskiego Kręgu Młodych