środa, 16 kwietnia 2014

Spowiedź - Michał Stocki

Przyznawanie się do błędów, oczywiście poza coraz popularniejszymi gabinetami psychologów, uznawane jest za objaw słabości i nieodpowiedzialności. Słowo “sakrament pokuty” przywodzi na myśl skojarzenia z popiołem, biczowaniem i “wyglądem ponurym”, zganionym nawet przez Jezusa. Księżom nie można ufać, bo są tylko ludźmi i na pewno chwalą się między sobą wszystkimi ciekawymi przypadkami z konfesjonału. A nawet jeśli nie, to wysłuchają penitenta jednym tylko uchem, każą odmówić litanię i odprawiają bez zaangażowania się w rozmowę. Człowiek uparty znajdzie nawet liturgiczny argument przeciw spowiedzi - najczęściej odbywa się ona podczas Mszy Świętej, a jeden sakrament nie powinien przeszkadzać w zaangażowaniu się wiernych w inny.



To tylko nieliczne z wielu wyjaśnień tłumaczących dlaczego rezygnujemy z regularnej spowiedzi albo odkładamy ją “na świętego nigdy”. Przystępujemy do niej kilka razy do roku na ostatni gwizdek tuż przed świętami. Teoretycznie żadnego prawa przez to nie łamiemy, bo przykazania kościelne nakazują spowiedź co najmniej raz w roku, w dowolnym terminie. Z drugiej jednak strony - “komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”, a nikt nie zaprzeczy, że przez skauting, który kształtuje nasze życie, doświadczyliśmy wielkiego dobra. Jeżeli więc przymus prawa nie jest motywatorem do częstej spowiedzi i stałego rozwoju duchowego, powinniśmy znaleźć sobie inną zachętę.

Kilka tygodni temu postanowiłem, że po trzech latach przerwy w aktywności fizycznej zacznę regularnie biegać. Miałem dość tego, że nawet krótki sprint na tramwaj powodował zadyszkę, a ja czułem się jakbym przyrósł do fotela z korzeniami. Pierwszego dnia zastanawiałem się, po co właściwie wstałem z łóżka godzinę wcześniej, przecież na dworze jest zimno i siąpi deszcz. Po tygodniu mój organizm zaczął się przyzwyczajać do wymagań, które mu stawiałem - nie buntował się już w drugiej minucie po starcie. Z każdym kolejnym biegiem puls coraz bardziej się wyrównywał, a wysiłek stawał się dla mnie naturalny.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ dostrzegam wiele analogii pomiędzy sprawnością fizyczną a formą duchową, które zdają się działać w podobny sposób - oczywiście zachowując rozróżnienie środków prowadzących do różnych celów. Tak jak po długim braku wysiłku fizycznego nasz organizm opiera się woli, tak samo po długim okresie bez spowiedzi łatwiej jest pozostać w takim stanie niż zdecydować się na “ruch” - na rachunek sumienia i wyznanie grzechów. Tak jak po miesiącach zasiedzenia organizm nie osiąga od razu pełni możliwości, ale z każdym treningiem coraz bardziej się rozwija, tak i my po długiej przerwie w rachunku sumienia dostrzegamy jedynie największe grzechy, jednak z każdym kolejnym dniem i tygodniem jesteśmy w stanie uchwycić bardziej subtelne niuanse swojego życia - nie tylko czyny, ale też myśli, intencje, uczucia. Wreszcie - jak dla rozwoju fizycznego bardzo pomocne są rady trenera i plan treningów, tak dla rozwoju duchowego pomocny jest stały spowiednik i kierownik duchowy, który nas zna i najlepiej dostosuje bieżące cele do naszych aktualnych możliwości.

Na tym zapewne podobieństwa się nie kończą, jednak chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na najistotniejszą rzecz, która wykracza poza to porównanie. Gdy podejmujemy starania w zakresie walki duchowej, nie jesteśmy zdani tylko na własne siły. To odróżnia sferę zmysłów od sfery ducha, że w tej drugiej zawsze możemy liczyć na bezpośrednią łaskę, której Bóg nam nieustannie udziela. Może tu paść pytanie kontrolne: “Czy Bóg przestanie mi udzielać łaski, jeżeli przestanę się regularnie spowiadać i robić codzienny rachunek sumienia?” Odpowiedź brzmi: nie, Bóg nigdy nie przestaje być łaskawy i hojny w dawaniu. Ale czy jesteś pewien, że będziesz w stanie dobrze tę łaskę przyjąć i ją wykorzystać w swoim życiu, jeżeli na własne życzenie będziesz chodził po omacku, z zamkniętymi oczami duszy?

Wielki Tydzień to ostatni moment, żeby skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania. Rozważ w tym czasie, czy nie potrzebujesz stanąć u kratek konfesjonału, a jeżeli tak - nie odkładaj tego na Wielką Sobotę. Bądź gotowy wcześniej, by jak najlepiej wykorzystać każdy dzień, by mieć szeroko otwarte oczy i serce. Bóg czeka na ciebie.






Michał Stocki HO