czwartek, 5 grudnia 2013

Moja Europa - AB HR

Na początku lat dziewięćdziesiątych wojaże zagraniczne były jeszcze rarytasem. Pamiętam kiedy nasza drużynowa wybierała się na Eurojam do Vitterbo, w 1994 roku - ależ chciałyśmy pojechać razem z nią! Pierwsza okazja na dłuższy wypad poza granice kraju nadarzyła się już w 1997 roku, kiedy skromna reprezentacja przewodniczek z Lublina wyjechała, (po raz pierwszy w błękitnych mundurach!) na Światowe Dni Młodzieży do Paryża. Wyjazd stał się dla mnie – oprócz ogromu różnorodnych, pozytywnych doświadczeń, silnym impulsem do nauki francuskiego. Nie zdawałam sobie naonczas sprawy z tego, że język, o którym Sienkiewicz pisał: ”wszelako nie wyrozumiesz, bo to jest mowa taka, jakobyś cynowe misy potrząsał”, zadziała jak komunikacyjny wytrych, otworzy wiele wrót i stanie się niezbędnym narzędziem pracy u podstaw, jaką trzeba było wykonać w pierwszych latach po wejściu do FSE, od tłumaczenia publikacji, aż po organizację najważniejszych wydarzeń tamtych czasów – Eurojamu w Żelazku i rozlicznych spotkań oraz wyjazdów szkoleniowych. Paradoksalnie, chciałabym wywołać z raptularza historię wyprawy w przeciwnym zgoła, niż zachodni, kierunku. Po latach ustawienia wektora na Okcydent, studiach przeżytych częściowo nad Loarą i frankofońskich fascynacjach...z pewną ulgą dokopałam się do swoich korzeni. Ciągnęło mnie na Wschód.


Nie po raz pierwszy przekraczałam granicę „ku bratnim narodom”. Wcześniej kilkakrotnie jeździliśmy choćby na Ukrainę. Wyprawa do Rosji  to była jednak nowa jakość, niczym teleportacja do innego wszechświata, który ostatecznie okazał się bliższy niż to się początkowo zdawało...

Przedstawiam „relację wrażeniową”, bardzo osobistą, spisaną  po przyjeździe z Kurska, gdzie wyprawiliśmy się w 2009 roku, biało-czerwonym kwartetem, pod wodzą Komisarza.



Podróż na Wschód

W drodze
Z autokaru relacji Warszawa - Kijów wychodzimy lekko oszołomieni po trwającej 14 godzin podróży. Na dworcu czeka już nasz anioł stróż - Siergiej, za którego anielską przyczyną stały się żetony do metra, city guiding na najwyższym poziomie i pyszne lody .

Bazarowość. To się nazywa wolny handel – pełna dowolność. Wszędzie stragany, budki z bud-wie-czym, tłumy ludzi. Idziemy topniejąc w niespodziewanym jak na tę porę roku i szerokość geograficzną upale. Za 14 hrywien per capita odciążamy plecy i zdajemy "rjukzaki" do przechowalni w podziemiach monumentalnego dworca w Kijowie.

W pociągu - noclegowni wkraczamy w amfilady przedziałów, gdzie ze wszystkich stron piętrzą się "półki z ludźmi" - zaścielone, przeważnie niedbale, prycze. Zwisające z łóżek gołe stopy, biel prześcieradeł i zaduch. Zmęczeni, z ulgą kładziemy się wreszcie na swoich kojach, żeby uszczknąć choć trochę snu. "Bumagi, riebiata, bumagi!" ze snu wyrywa mnie stanowczy głos celnika z rondem czapki przypominającym ogromne lądowisko dla muszej eskadry. Na wpół przytomnie szukam dokumentów. Sprawdzanie, spisywanie, uważne spojrzenia (spod ronda), czy aby ta zapuchnięta i zaspana facjata zgadza się ze zdjęciem w paszporcie. Cieszę się, że mamy glejt od Viery - Organizacja "Rasijskich Razwietczików" brzmi dumnie, więc może nas puszczą. Teraz jeszcze tylko "małe bumażki" - karteczki-przepustki, które również należy gęsto wypełnić danymi. Zadziwiające jak ogromny wysiłek państwo wkłada w system kontroli obywatela. Czujne spojrzenie Bolszego Brata jak oko Mordoru skanuje kraj w poszukiwaniu NJWJP. (Niezidentyfikowana Jednostka Wzbudzająca Jakiekolwiek Podejrzenia)

Erzac "kolejowej herbaty" (KH) esencjonalny jak yerba mate - "wykrzywia", ale doskonale cuci. Ostatnim łykiem herby-yerby wychylamy strzemiennego. Dojeżdżamy do Charkowa. Chowam na pamiątkę dwie kostki "kolejowego cukru" (KC), który był w pakiecie z KH i ściągam z wysokiej półki plecak. "Bystra, bystra"! - strofuje nas przedziałowy.


Wysiadka na dworcu w Charkowie. Rozkładamy się nonszalancko na trawniku. Plecaki zostają pod czujnym okiem Komisarza, a my wyruszamy na nocny spacer: "Charków by night".
 
Wędrowanie i obozowanie
Tuż przed Prymą całe obozowisko już żyje, ale nie widać pośpiechu, jedne czynności płynnie przechodzą w kolejne, a czas snuje się jak dym z komina przy bezwietrznej pogodzie. Nerwowe krzątanie, jakie nieodmiennie towarzyszyło wędrówkom w których uczestniczyłam, tutaj zdaje się roztapiać w leniwej atmosferze kanikuły (choć to przecież dopiero początek maja i do wakacyjnej swabody jeszcze wiele dni). Niewątpliwie, dwugodzinna różnica czasowa jest nie bez znaczenia. Przypominają mi się kadry z filmów Andrieja Tarkowskiego. Zwłaszcza z osławionego "Stalkera". Nieokiełznana, wybujała przyroda pochłaniająca zmurszałe pozostałości ludzkich siedlisk, pancerze zardzewiałych pojazdów, szkielety metalowych mostów. Wędrujemy w okolicznościach przyrody, w których co krok odnajduję te obrazy. Jest w tym pewna nostalgia i niepokój. Natura cierpliwie i z okrutną konsekwencją pochłania owoce ludzkiej pracy, roztapia w zielonej głębi.


W zasadzie można rzec, że jest to centrum "dieriewni" (wsi). Sześćdziesiąt siedem lat temu cyklon Drugiej Wojny Światowej utkwił w kurskiej ziemi swe oko, gdy podczas wielkiej bitwy pancernej starły się na tych terenach dwie armie. Czasy wojennej zawieruchy pamięta zapewne stojący nieopodal świątyni budynek szkoły; niczym stary belfer oparł się na jednym boku i pochylił ku ziemi spadzistym kapeluszem dachu, jakby przechodząc obok cerkwi, z rewerencją oddawał pokłon. Zaciekawieni wchodzimy do środka. Okazuje się, że ten przybytek nauki to prawdziwa, zahibernowana na peryferiach wielkich zmian i generalnych reform historia. Wspinamy się po drewnianych schodach w poszukiwaniu śladów dzieciństwa. Na piętrze plakaty zachęcają czerwienią tłuściutkich bukw do wstąpienia w szeregi dzielnych pionierów. Wchodzimy do klasy. Niskie drewniane ławki, samowar w rogu, pamiątki przeszłości. Naszą uwagę przyciąga oprawiona w zakurzony aksamit kronika szkoły. Na pożółkłym papierze, w misternym, koronkowym piśmie, zachowane jak owady w kropli bursztynu - portrety uczniów i nauczycieli, święta, wycieczki, egzaminy, wydarzenia z życia szkoły i miejscowości. Kapsuła czasu.


 Dziś rozpaliliśmy ognisko na wzgórzu. Niemal bezludne, niezmierzone przestrzenie ożywia przez chwilę kilka migoczących w oddali świateł domów, które po dłuższej chwili gasną, jakby wchłonięte przez smolisty mrok. Perspektywa nieskończoności. Siedzimy w kręgu niczym drużyna pierścienia. W blasku ognia tają zziębnięte twarze. Na przestrzeni dziesiątek kilometrów ciemnych pustkowi jedyna wyspa światła.


Klimat dla ducha
Pieczerska Ławra - Matecznik wiary. Złote banie cerkwi odbijają światło słoneczne tak silnie, że ma się odczucie jakby te promienie przenikały na wskroś. Duchowy rentgen. W tym miejscu historia wyziera z każdego zakątka. Dzieje świątyni sięgają połowy XI wieku, kiedy do Kijowa przybyli fundatorzy ławry i założyciele słowiańskiego stanu zakonnego – mnich Antoni, i Teodozy. Pierwszy monastyr powstał na naddnieprzańskich stokach – w pieczarach, od których pochodzi nazwa klasztoru.


Po wielu kilometrach marszu w bezlitosnym upale dochodzimy do cerkwi. Chłód wnętrza świątyni przynosi ulgę i orzeźwienie. Stoimy urzeczeni pięknem. Przestrzeń święta. Na ścianach tłumnie zebrane zastępy tych, którzy dostąpili oglądania Światłości. Zewsząd spoglądają na nas skupione, odwieczne oczy w odcieniach umbry palonej i sieny. Święci zdają się wychylać z każdego zakątka cerkwi, szeptać. Znajduję w cieniu nawy maleńki wizerunek Chrystusa pociemniały tak bardzo, że widać tylko najjaśniejsze fragmenty - muśnięcia blików, którymi pobożny ikonopis zaznaczył najważniejsze detale postaci - oczy i palec wskazujący ku górze. Digitus Dei. Podążam za nim wzrokiem. Odrapane łuki sklepienia noszą jeszcze ślady cereuleum - barwy nieba. Padająca z okna smuga światła gęstnieje w oparach kadzideł i osiada na drobinkach pyłu unoszonego powiewem. W ciszy rozbrzmiewa Wielkanocny troparion: "Christos woskresie iz miertwych, smertiju smiert popraw', i suszczim wo grobiech żiwot darowaw" ("Chrystus powstał z martwych, śmiercią podeptał śmierć, i będącym w grobach życie dał").









AB HR