czwartek, 5 grudnia 2013

Mój Kościół - ks. Paweł Tambor

Samo wyrażenie „mój Kościół” jest niezwykle bogate i niesie ze sobą wiele ważnych dla mnie skojarzeń. Kościół jako rzeczywistość wciąż na nowo odkrywana, tajemnicza, fascynująca, doświadczana tak realnie – czasem w bólach. Kościół jako ludzie, wspólnota. Wiem, że brzmi to frazesowo, ale dla księdza, pewnie także dzięki zasadniczości celibatu, relacja do wspólnoty, którą widzi jako Kościół, ma fundamentalne znaczenie. Jezus, ustanawiając Piotra skałą, wypowiada to samo: „mój Kościół”, „na tobie zbuduję mój Kościół”. Głowa człowieka blisko mojej głowy, przedzielona kratą. Głowa starca, który ma odwagę mówić młodemu księdzu po cichu swoje grzechy. To jest „mój Kościół”. Intensywność przekonania, z którym można wypowiadać to „mój”, to przecież przeżywanie Kościoła także jako czegoś wybranego, wyniesionego z domu, ale niejako zobaczonego w dorosłości na nowo.


Mój nauczyciel historii Kościoła w Seminarium, charyzmatyczny wykładowca, ks. prof. Daniel Olszewski, wspominał o pewnym artykule na temat Kościoła, który powstał w czasie komunizmu. Miał tytuł „Polski Kościół Katolicki”. Ks. Olszewski zwracał uwagę na znaczenie tego predykatu „polski”. On wtedy nie oznaczał tylko po prostu Kościoła w Polsce. W pewnej subtelnej dwuznaczności, głosił on, że Kościół jest polski, że budzi i niesie polskość. Podobnie jest z mówieniem o Kościele, że jest „mój”, „nasz”. U Pawła z Tarsu także dokonuje się taka ciekawa ewolucja z przeżywaniem głoszonej przez siebie Ewangelii. Przez dłuższy czas mówi o „Ewangelii Chrystusa”, a w pewnym momencie nazywa ją „swoją Ewangelią”. Kościół Chrystusa chce się stać moim Kościołem.

Moje doświadczenie Kościoła wywodzi się z domu rodzinnego. Nie tylko ze wspólnej prostej modlitwy z rodzicami, nie tylko z rozmów o Bogu, ale może przede wszystkim z patrzenia. Pamiętam do tej pory dziwne doświadczenie wewnętrzne chwili, kiedy pierwszy raz jakoś „świadomie” zobaczyłem matkę lub ojca, którzy klęczeli przy konfesjonale. Przecież oni mnie uczą, jak żyć! Co oni tam robią? Przed kim klęczą? Przed jaką rzeczywistością? Emocje i myśli dziecka… Ciekawe, że Rodzice nie bali się mówić o Bogu. On od początku, odkąd pamiętam, był Kimś realnym. Wydaje mi się, że dziś mamy z tym trochę problem. Problem ze swobodnym mówieniem o Bogu, bez podniosłych kazań i uczonych książek. A jak od gadania o Bogu przejść do „gadania” z Bogiem? – to też jest problem…

Prócz rodziny, religijne dzieciństwo zostało naznaczone niejako przez „dwa kościoły”, a raczej dwa oblicza tego samego Kościoła: wiejski i miejski. Pewnie to będą jakieś straszne uproszczenia, ale nie potrafię lepiej zrekonstruować tych bogatych wpływów obu wspólnot. Chrzest w małej parafii, tysiąc pięćdziesiąt dusz – jak to się dawniej liczyło - w drewnianej świątyni, do której zawsze wracam z pewną nostalgią, a równocześnie z całkiem normalną, zwykłą przyjemnością. Już dawno nie byłem na chórze, gdzie jako dzieciak wdrapywałem się, by słuchać śpiewu dziadka i stryja grającego na przyjemnie fałszującej fisharmonii. A zatem, Kościół wiejski z całym swoim „przyrodniczym” rytmem, prostotą, bezpośredniością. Kościół, który się sam bardzo zna, który wspólnie, w całości niemal celebruje wszystko od chrztu po pogrzeb. Wspólnota wrasta w siebie, proboszcz ma szansę stać się pasterzem naprawdę wszystkich. Taki Kościół może czasem być w swej naturalności i prawdzie także brutalny. Nie śmiałbym jednak myśleć o nim w kategoriach dojrzałości-niedojrzałości. Właśnie w takim barwnym wiejskim pejzażu wspólnoty wierzących miałem chyba najbardziej mocne doświadczenie historii człowieka i wspólnoty, która się ciosa w swojej wierze. Nawet Rzym nie zrobił na mnie takiego wrażenia w tym kontekście, co polska wieś ze świątynią w centrum wiążącą wszystkie drogi. Reymontowscy „Chłopi”, czytani ze dwadzieścia razy, genialnie trafne…

W jednej z takich wiejskich parafii diecezji kieleckiej w czasie wojny naziści zebrali chłopów wokół krzyża stojącego w pobliżu kościoła. Jednemu z nich kazali zniszczyć krzyż. „Nie zrobię tego” – to zabijemy – „Nie zniszczę”. Zabili. Nie kanonizowany, a jednak żyje nie tylko w pamięci ludzkiej.

W pewnym momencie zaczął się Kościół miejski, choć tamten wciąż żyje i chętniej chyba do niego kiedyś wrócę. Wielka, wtedy przeszło trzydziestotysięczna, parafia kielecka ze swoim patronem – św. Józefem, to przecież wszystkie, prócz chrztu i kapłaństwa, sakramenty. To kilka spowiedzi, które zapamiętam na zawsze. To doświadczenie mocy liturgii, które potem wciąż będzie dojrzewać. Spotkałem w Seminarium prawdziwego mistrza, jeśli chodzi o uczenie się Kościoła w bogatej dynamice liturgii – ks. prof. Stanisława Czerwika. Cuda się dzieją w głowie i wrażliwości żółtodzioba, gdy spotyka taką jedność wykładu z życiem.

Moje raczkujące kieleckie doświadczenie Kościoła to także nieudana, chyba miesięczna, przygoda z ministranturą. W czasie podstawówki w ogóle mi się to nie widziało. Pan Bóg musiał szukać innych sposobów.

Z czasem niedzielna Eucharystia przestała wystarczać. Dzisiaj najbardziej dziwne jest dla mnie to, że nie wiem dlaczego. W rekonstrukcji istotnych odkryć naukowych rozróżnia się tzw. dwa konteksty: kontekst odkrycia i kontekst uzasadnienia. Z tym pierwszym w moim młodzieńczym doświadczeniu Kościoła mam największy problem. Może to sobie kiedyś na starość przypomnę. Czasem się mówi, że Bóg roztacza przed człowiekiem jakiś dziwny powab. Ja nie potrafię go nazwać. Oczywiście Seminarium, studia, uczą mądrze, logicznie, rekonstruować i uzasadniać każde ważne wydarzenie w życiu człowieka, ale przecież najważniejsze jest odkrycie, najważniejsza jest świadomość drogi… Dlaczego ja tego nie pamiętam? Dlaczego nie pamiętam pierwszego pocałunku?

Duża, żywa, duchowo miejska parafia to Kościół wspólnot, to świat możliwości bardzo wielu sposób doświadczania wiary. Wysłuchałem kilku świetnych rekolekcji. To bardzo ciekawe, ale największe wrażenie robili na mnie zawsze tacy głoszący Ewangelię, którym przychodziło to niejako z trudem. Może nie samo mówienie o Bogu, ale odczuwalne trudy drogi, która doprowadza człowieka do poznania czegoś ważnego. Owoc przeżytego wysiłku słyszalny w każdym słowie. Zdarzyło się kiedyś w kieleckim św. Józefie (tak się i dziś mówi o mojej rodzinnej parafii), że porywające rekolekcje gromadziły tłumy z całego miasta, natomiast konfesjonały stały samotne. Zabrzmi to może zbyt poważnie i zasadniczo w tym kontekście, ale mój Kościół zawsze był głoszony-słyszany, pokazywany-widziany, poddawany w wątpliwość -poznawany-realny, gubiony-szukany-znajdowany.

Szczególnie fascynujące, czasem trudne, z czasem piękne w Kościele jest to, że w pewnym momencie sam przychodzi i z Bożą uroczą subtelnością wdziera się do największego introwertyka i wywraca wszystko, by znów stanęło na nogach. Ktoś po prostu klęka w konfesjonale, ktoś dzwoni na plebanię, ktoś prosi o rozmowę, ktoś przyłącza się do wspólnego wędrowania. Mój kierownik duchowy wypowiedział kiedyś zasadę, która czasem ratuje życie w gąszczu osobistych decyzji: penitent ma absolutne prawo wyboru spowiednika, spowiednik nie ma żadnego prawa wybrania sobie penitenta. Wybaczcie sztuczność tego sformułowania, ale niezwykle trafnie da się uogólnić na relację księdza do Kościoła, który staje się niejako „jego” przez posłanie. Biskup wysyła na pierwszą parafię do Włoszczowy, proboszcz wydaje dyspozycję by zająć się duszpasterzowaniem w skautingu: jestem zielony, ale mimo to „mój Kościół” sobie do mnie przyszedł.







ks. Paweł Tambor