poniedziałek, 9 grudnia 2013

Świętokrzyskie kazanie 2013 (Memento Mori) - fr. Filip Boháč OP



Homilia wygłoszona przez O. Filipa w czasie tegorocznej pielgrzymki wędrowników na Święty Krzyż w niedzielę 29.09.2013 podczas Mszy świętej prymicyjnej w Bazylice Mniejszej Świętej Trójcy i Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego.

Homilia jest komentarzem do fragmentu Ewangelii czytanego w XXVI Niedzielę Zwykłą roku C, tj.: przypowieści o Łazarzu i bogaczu (Łk 16, 19-31).





Dzisiejsza ewangelia nie mówi tylko o naszym stosunku do majątku, lecz ukrywa także jedno zdanie, kluczowe dla nauki o ostatnich rzeczach człowieka. Abraham mówi do bogacza w Otchłani: A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Inaczej mówiąc, los człowieka w wieczności jest zdecydowany w godzinie jego śmierci: w ewangelii Łazarz jest definitywnie zbawiony i bogacz potępiony. Nikt nie może już tego zmienić.

Prawda, Orygenes i kilku innych uważali, że na końcu świata dojdzie do wielkiego pojednania, gdy nawróci się Szatan i wszyscy jego naśladowcy. Ta teoria brzmi bardzo fajnie, jest popularna wśród teologów współczesnych, a jednak została potępiona przez Kościół. Jest to pytanie trudne lecz istotne – spróbujmy zrozumieć dlaczego.

Dla aniołów sprawa jest prosta. Anioł nie zastanawia się jak my, przechodząc od wniosku do wniosku, lecz ma od razu ogląd wszystkiego. Popatrzy na gwiazdy i mógłby od razu zdać profesurę z astronomii. A wiec gdy się decyduje, ma pełną świadomość wszystkich konsekwencji tej decyzji. Dlatego jego decyzja jest nieodwracalna – nie może już znaleźć dodatkowych elementów, na podstawie których później zmieniłby zdanie. Gdy Bóg proponuje aniołowi udział w swoim życiu, jego „tak” lub „nie” jest definitywne. Szatan nie może się nawrócić i anioł nie może już zgrzeszyć.

Nasza sytuacja jest inna, bo długo trwa, zanim zrozumiemy konsekwencje naszych działań. Jak często sobie mówimy: „Gdybym to wiedział, to bym inaczej zrobił…” No i poza tym ulegamy wpływom zmieniających się emocji. Dlatego możemy zmienić zdanie, nawet w kwestii kluczowej naszego stosunku do Pana Boga. Jednak tylko podczas naszego życia na tej ziemi, bo w chwili śmierci nasza odpowiedz staje się ostateczną.

Czemu tak jest? Chodzi tutaj o antropologię. Ewentualny akt nawrócenia pośmiertnego nie byłby aktem całego człowieka, a tylko duszy oddzielonej od ciała. Skutkiem tego całe nasze życie na ziemi straciłoby swe znaczenie, bo tak naprawdę decydująca chwila nastąpiłaby dopiero po nim. W takim pojęciu Wcielenie Syna Bożego stałoby się zupełnie absurdalne: po co się wcielać, jak ciało się nie liczy? Po co żyć na tej ziemi, gdy losy człowieka decydują się gdzie indziej? W tej optyce dla zbawienia ludzi potrzebna byłaby raczej jakaś iluminacja pośmiertna. No i poza tym na przykład kanonizacja świętych nie byłaby możliwą: kto wie, czy święty Augustyn nie zmienił znów zdania po śmierci?

A więc należy trzymać się tej prawdy wiary: śmierci utrwala decyzję człowieka w stosunku do Pana Boga - jego „tak” lub „nie” staje się wieczne. Po śmierci nie ma już możliwości nawrócenia lub – dla zbawionych – odejścia od Boga.



Co z tego dla nas wynika?

Po pierwsze, życie trzeba traktować poważnie, jak mówi się w Wymarszu Wędrownika. Nie wiemy, ile czasu nam zostaje, a więc nie odkładajmy spraw istotnych na później. Starajmy się być nieustannie w stanie łaski uświęcającej, pozwólmy Bogu rozwijać w nas wiarę, nadzieję i miłość. Zresztą te cnoty teologalne są życiem samego Boga w nas, są już początkiem naszego życia w wieczności: jesteśmy na razie niezbyt ładnymi gąsienicami, ale już w nas żyje motyl, który pewnego razu pokaże swoje piękno.

Po drugie, nie należy żyć w strachu, czy będę zbawiony, lecz  w zaufaniu w Boże miłosierdzie. Nasze życie jest częścią walki kosmicznej, którą opisuje Apokalipsa św. Jana lub List do Efezjan, który rozważaliśmy w drodze. Mamy groźnego przeciwnika, lecz jeszcze potężniejszych sojuszników. Zbawieni przez Jezusa, wsparci przez łaskę Bożą oraz pomoc aniołów i wszystkich świętych, nie możemy przegrać.

Po trzecie, memento mori. Temat bardzo niepopularny; mnóstwo ludzi nie chce myśleć o swej śmierci, jeśli już im się to zdarza, to mówią coś w sensie: „Przede wszystkim chciałbym umrzeć szybko, żebym nic nie czuł, a najlepiej o tym w ogóle nie wiedział.” Lecz z punktu widzenia chrześcijańskiego to absurdalne. Całe generacje naszych przodków modliły się w litaniach: Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas Panie. Śmierć to decydująca chwila naszego życia, a wiec trzeba ją przeżyć świadomie, pojednawszy się z Bogiem i z ludźmi, posiliwszy się sakramentami, z pewną wiarą i nadzieją. A więc módlmy się za umierających, módlmy się w intencji naszej własnej śmierci. To nie przypadkiem powtarzamy tyle razy: Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.








fr. Filip Boháč OP