piątek, 8 listopada 2013

"Mój Kościół" - Katarzyna Szczypek HR

Hasło „mój Kościół” -  pierwsze myśli: schodki przy ołtarzu, ziarenko, pacierz z bratem – mamy nawet wspólne zdjęcie, on w portkach i koszulce, ja w flanelowej koszuli w kwiatki, uczesana do snu, oboje klęczymy choć tego nie widać, ale pamiętam, mój brat mnie obejmuje, a ja się uśmiecham. Święta Bożego Narodzenia na wsi, przy piecu siedzimy wydaje mi się długo w nocy z rodzeństwem i gramy w planszówkę, a w tle gitara i  „Lulajże Jezuniu”. Długo w nocy – bo czekamy na Pasterkę. Czy wtedy była świadomość? To było raczej wychowanie, to się działo w domu.

Potem wiek młodzieńczy, liceum, oaza, spotkania młodzieżowe z księdzem na poddaszu, adoracje, wyjazdy, kajaki, gitara, takie „śmichy chichy”. Ale co? Że nieważne? No jak! To wszystko zdaje mi się wpłynęło na osobisty rozwój. Bo tak sobie myślę, może się wydawać to płytkie, zwykłe, taki „niedzielny katolik”, wiadomo – rodzice prowadzą do kościoła za młodu, a potem tego kościoła się człowiek trzyma, bo w sumie to w tej wspólnocie fajnie jest, a i na mszach nieźle śpiewają. Ale już wtedy rodziły się jakieś tam pytania, świadomość z pewnością rosła, pewne tematy przemyślane.

Moi rodzice mieli przyjaciela – kapłana, wpadał do nas na obiady, przyjeżdżał na wieś, jeździł z tatą na ryby. To dla nas, dla mnie i rodzeństwa dobre doświadczenie i świadectwo normalności kościoła i roli kapłanów w życiu świeckich. Świadectwo tego, że wiara nie jest niczym wyimaginowanym, że jest naturalna współpraca Kościoła z rodziną, z życiem.

Niewątpliwie znacząco wpłynął skauting – ta zwyczajność wiary, jestem normalnym człowiekiem, studiuje, uczę się, pracuję, mam rodzinę, zainteresowania, lubię czytać czy biegać. No i w tym wszystkim wiara, po prostu Bóg. Nasuwa się nawet myśl, że skauting uczy normalności życia, bez wymyślania, udawania, sztuczności. Takiego prostego życia. No bo co oferuje skauting pod kątem wiary? To co Kościół – modlitwa, Eucharystia, sakramenty.

I teraz tak – jakimi kanałami ten Kościół, ta wiara docierała i dociera w sumie nadal? Ten kanał to relacja, a dokładniej to człowiek. I chyba to dzieje się jak w harcerstwie, trzeba podzielić na etapy wiekowe: najpierw tylko ja, potem ja i to co mnie otacza, a na koniec ja i świat. W dzieciństwie to w dużej mierze tylko rodzice. No pewnie jakiś ksiądz na Mszy też. Ale to jednak rodzice mają tu ogromną zasługę. Gdyby nie to prowadzenie do kościoła, nadawanie domowej otoczki, przeżywanie świąt, tradycja. Może i tradycja, ale wiara, ich świadectwo. Potem ten kanał się rozszerza do innych, znajomych, spotykanych ludzi. Wtedy się tak wychodzi z domu, wraca później niż na dobranockę. No i poznaje się ludzi, takie przyjaźnie. Choć nie tylko, poznaje się wtedy różnych ludzi: zobojętnionych, walczących, pewnych, średnich, lekkich. Wtedy patrzy się na wszystkich, obserwuje jak taki typ sobie działa, a jak ja mam się do tego typu? No i wybiera się, towarzystwo, sposób życia, narzuca się tok myślenia. Nie wiem czy tak zawsze analizuje się i obserwuje. Może czasem się wpada w jakieś towarzystwo. Po prostu takich znajomych ma się w szkole i jak chcę zaistnieć to też muszę taki być. Ten trzeci etap wiekowy: ja i świat – kojarzy mi się z tym wszystkim co dzieje się naokoło mnie. Dostrzega się w pewnym momencie ten świat, czyli resztę Polski i Europę. Choć wracając jeszcze do Polski – dostrzega się nie tylko rodzinę i znajomych, ale również tych nieznajomych: pani w sklepie, przechodzeń, jacyś tam znajomi ledwo poznani. Chodzi o taką otwartość na innych i o łapanie kontaktu. I tak Bóg działa – przez drugiego.

Pamiętam takie świadectwo otwartości całkiem niedawno – jedziemy pociągiem, a tu nagle pewna siostra zakonna, jak się okazuje Misjonarka Miłości, od św. Matki Teresy z Kalkuty. Usiadła z nami, nie w przedziale, choć miała miejsce, ale w przedziale rowerowym, obok mnie na plecaku – na pewno mniej wygodnie niż miejsce w drugiej klasie. Uśmiechnięta, opowiadała o misjach, dzieliła się tym co ma no i mówiła o otwartości „no bo przecież my jedna rodzina jesteśmy” i „nic nie jest przypadkiem”.

Nie kojarzę mojego Kościoła z wielkimi podróżami, wyprawami do Sanktuariów i doświadczaniem cudów – bo takowych spektakularnych nie było, jednak i one mają znaczenie w dziale „duchowość”. Choć może czasem zbyt małą wagę się przywiązuje do pielgrzymek, nawiedzeń takich miejsc – „ach, by wejść, pomodlić się”, a jakie to Sanktuarium i miejsce to już mniej ważne. Choć też jestem daleka od sztuczności, nie chcę ograniczać się do nawiedzenia takiego miejsca, pomodlenia, kupienia pamiątek, wolę wejść trochę dalej – w takie wyjątkowe spotkanie z Bogiem. Trochę jak to kiedyś pewien dominikanin rzekł po spowiedzi i przyjęciu Komunii: „co, wieczorna randka z Jezusem?”. No to właśnie może niech odwiedzanie takich miejsc będzie swojego rodzaju randką, bo Bóg ten sam w małej drewnianej kapliczce na wsi co i w wielkim Sanktuarium. Czuję taką jedność Kościoła będąc w Rzymie, bliskość Watykanu i Ojca Świętego.

Każdy z nas wie co kryje się pod hasłem „mój Kościół”. Jak odkrywał wiarę, jak przybliżał się do Kościoła, ale też może jakie były odejścia od Kościoła, potem nawrócenia. Dla mnie ważna jest autentyczność i naturalność wiary – że jestem kompletnie normalnym człowiekiem z zasadami, które uwalniają.      







Katarzyna Szczypek HR