sobota, 19 października 2013

Moje dotykanie świata… - Jolanta Kępa wędr.



fot. Aleksandra Matusiak

„Dotykanie  świata to nie tylko dalekie, niebezpieczne podróże,to także podróż duchowa i intelektualna w głąb siebie, zdobywanie wiedzy, życie zgodnie ze swoimi pragnieniami.”Marek Kamiński


Od dłuższego czasu planowałam końcem września spędzić tydzień w górach, moje długo wyczekiwane wakacje. Naprawdę długo, bo od półtora roku. Początkowo i miejsce miało być inne (Bieszczady), i towarzystwo inne. Ostatecznie najbardziej stałym elementem tej wyprawy okazałam się ja z moim niezawodnym Aniołem Stróżem, a wybór padł na Tatry Zachodnie. Pięć dni samotnej wędrówki szlakami jesiennych Tatr. Cieszyłam się na samą myśl o tej podróży! Byłam lekko podekscytowana, bo bodaj pierwszy raz w życiu odważyłam się podjąć sama wyzwania drogi górskiej w pojedynkę na dłużej niż jeden dzień. Byłam jednak przekonana, że sama na pewno nie będę! Znajomi i rodzeństwo pytali się czy się nie boję („bo niedźwiedzie, jelenie i inne dzikie zwierzęta buszują po lasach i szykują się do zimy”), martwili się czy na pewno będę bezpieczna. Ja, ku ich zdziwieniu mówiłam, że nie. Byłam zupełnie o to spokojna. Zdawałam sobie sprawę z potencjalnych zagrożeń, ale czułam po prostu pokój w tym względzie. Bardzo potrzebowałam i chciałam przemierzyć tę drogę, by odnaleźć na nowo równowagę ducha, szczególnie po bardzo burzliwych ostatnich miesiącach… 




Z samotną wędrówką jest trochę tak jak ze spacerem – czasami człowiek lubi pójść na spacer bez towarzystwa, nie dlatego, żeby odciąć się od świata, ale żeby pomyśleć w spokoju o różnych sprawach z nowej perspektywy. Oczywiście starannie prześledziłam prognozy pogody, ustaliłam trasy i miejsca noclegów, spakowałam plecak, zabrałam niewielką sumę pieniędzy i najpotrzebniejsze dokumenty. Dla spokoju moich bliskich i swojego sumienia powiedziałam dokładnie jakimi szlakami będę wędrować, obiecałam codziennie dawać znak życia. W środę wieczorem nie mogłam spać (z wrażenia i radości!), a w czwartek bladym świtem miałam się zerwać i wyruszyć w drogę. Około godziny piątej rano budzik nieznośnie dzwonił i dzwonił. Słyszałam, że moja współlokatorka krząta się po pokoju przed wyjściem do pracy. Wstałam z wielkim wysiłkiem, zaspana popatrzyłam za okno, słotna i jesienna pogoda… skutecznie mnie zniechęciła, na chwilkę jeszcze wróciłam do ciepłego łóżka, przemyśleć sprawę. Ostatecznie po dłuższym czasie wygrzebałam się z pieleszy z postanowieniem nie poddania się. Pomyślałam: „Panie Boże ja ruszam , Ty proszę czuwaj nad moją drogą.” Szybko zjadłam śniadanie i dopakowałam plecak. Na dobry początek wstąpiłam na Mszę świętą do Dominików na Stolarskiej, a zaraz potem chciałam jak najszybciej dostać się do Zakopanego. 

W podróży spotkałam dwóch starszych panów, po chwili rozmowy jeden z nich okazał się znajomym przyjaciół z Bukowiny Tatrzańskiej, których miałam zamiar odwiedzić w drodze powrotnej. Ależ ten świat jest mały! Z drugim rozmawiałam… o życiu samym, tak jakbyśmy się znali od lat! O tym czym się zajmuję, o planach na przyszłość, o moich wakacjach, o Panu Bogu, oczywiście o górach (mój rozmówca był doświadczonym przewodnikiem górskim) i o tym jak górskie wędrówki weryfikują znajomości i przyjaźnie. Miałam wrażenie, że to nie przypadkowe spotkanie i że jeszcze kiedyś nasze drogi się skrzyżują! Po szybkim pożegnaniu na zakopiańskim dworcu, złapałam busa do Doliny Chochołowskiej. Po dotarciu na miejsce dziarsko wysiadłam, założyłam plecak i ruszyłam na szlak. A tu raz za razem zaczęło mi coś z nieba kapać na nos… Oj czyżby sprawdzian mojej wytrwałości? Wszyscy wracają do miasta, a ja pędziłam jak na skrzydłach do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Deszcz raz przycichał, raz przybierał na sile. Jakoś mi to nie przeszkadzało, cieszyłam się, że mogłam być tam gdzie byłam! Po dystansie niespełna 10 km byłam cała mokra, sama już nie wiedziałam czy bardziej od deszczu, czy z wysiłku. Ale za to pełna entuzjazmu! Szybka kolacja, gorąca herbata (w górach po takim wysiłku smakuje wyjątkowo!) i zanurkowałam do śpiwora. Oglądałam mapy na dobranoc (uwielbiam to, bo wtedy zaczynam prawdziwie marzyć) i cicho westchnęłam do Pana Boga z podziękowaniem za ten naprawdę dobry dzień. 

fot. Aleksandra Matusiak
W piątek od samego rana mogłam cieszyć się ciepłymi promieniami jesiennego słońca, bliskim spotkaniem z młodą kozicą, która na szczęście potraktowała mnie jak nieszkodliwego drapieżnika, pięknymi widokami z grani pod Wołowcem, serdecznością i ciepłem spotkanych na szlaku Słowaków. Siedząc na przełęczy między Wołowcem a Rakoniem i popijałam gorącą herbatę, podjadałam czekoladę, a wtedy pomyślałam sobie, że tak mogło by wyglądać Niebo… Trasa tego dnia była niewymagająca, powiedziałabym spacerowa, dlatego pozwoliłam sobie na dłuższe postoje, a nawet krótką drzemkę poobiednią... Rozkoszowałam się ciszą i panoramą słowackiej części Tatr. W czasie zejścia jeszcze ktoś mnie ostrzegał, żebym uważała na niedźwiedzie, bo w tym rejonie jest ich trochę. Pocieszałam się jednak myślą, że raczej jestem „cienka i żylasta” to nie smakowałabym takiemu misiowi. Na szczęście żadnego nie spotkałam. 

Samotna wędrówka i cisza, powodują, że myśli same uciekają ku Niebu. Bo jak tu się nie zachwycić pięknem dzikiej, prawie niezmienionej ludzką ręką przyrody? Jest w niej coś, co mnie niesamowicie koi i uspokaja. Wieczorem zajrzałam do kaplicy bł. Jana Pawła II opodal schroniska, która w każdą niedzielę (a w Sylwestra w szczególności) nawiedzana jest prze liczne grupy turystów i miejscowych górali. Tym razem nie spotykam tam nikogo. Karol Wojtyła często wędrował okolicznymi szlakami, doskonale wiem dlaczego tak za nimi tęsknił. Kiedy był już papieżem, w zaawansowanym wieku, udało mu się odwiedzić te strony, dlatego schronisko nosi jego imię. Pamięć o nim jest bardzo żywa w świadomości gospodarzy i górali zajmujących się tam wypasem owiec. W sobotę postanowiłam zabrać wszystko i ruszyć w kierunku Hali Ornak. Pogoda okazała się coraz bardziej łaskawa, pierwsze godziny marszu mogłam być sama, słuchając szumu lasu i górskich strumieni. Pierwsze podejście pod Trzydniowiański Wierch nieco mnie zmęczyło. Zastanawiałam się wtedy, co ja takiego zapakowałam? Ten plecak tak mi ciąży, a właściwie nic prawie tam ze sobą nie mam! Na grani tuż pod Kończystym Wierchem spotykam kilku zapaleńców, którzy zmierzali w tą samą stronę co i ja, to znaczy do Starorobociańskiego Wierchu i Ornaku. 

Czułam już, że ten dzień będzie dla mnie dość męczący. Nogi zaczynały boleć i wszystko co zabrałam z miasta, a wydawało mi się niezbędne, niosłam terazna plecach, okazało się nie do końca potrzebne. Myślałam o tym dlaczego człowiek gromadzi tyle zbędnych rzeczy? Dlaczego tak łatwo wpada w tą pułapkę? A tak naprawdę do szczęścia jest potrzebne tak niewiele! Kilkadziesiąt metrów przed szczytem Starorobociańskiego Wierchu miałam szczerą ochotę pozbyć się z plecaka połowy rzeczy, ale po głowie krążyła mi taka myśl - jak się babo spakowałaś, tak teraz masz.  Zaczynałam walczyć sama ze sobą o każdy kolejny krok. Nie dotarłam jeszcze na skraj mojej wytrzymałości, ale wiedziałam już, że nie będzie teraz tak łatwo jak poprzedniego dnia. W tamtym momencie poratowała mnie jedna rzecz – modlitwa na różańcu. Dla mnie to jest właśnie modlitwa drogi i wtedy najbardziej dociera do mojego serca. Pamiętam z jaką siłą dotknęły mnie tajemnice, w których Maryja powiedziała swoje FIAT i podjęła trud wędrówki, by nieść Jezusa innym ludziom, pokonując drogę niełatwą, też przez góry. Niedawno przeczytałam w jednej z książek, a właściwie wywiadzie-rzece z Markiem Kamińskim, że właśnie modlitwa, swego rodzaju medytacja w drodze, pozwalała mu przetrwać w skrajnie niesprzyjających polarnych warunkach, przekraczać samego siebie, zrobić więcej niż mu się wydawało, że jest w stanie zrobić. W tamtym momencie czułam się podobnie. Niedługo potem jednak radość z możliwości oglądania takich widoków (!), poczucia przestrzeni prawdziwej wolności i pokoju, zdecydowanie przyćmiły i odsunęły na dalszy plan trudności z jakimi się zmagałam wdrapując na ten wierzchołek. 

Wspominając tamte momenty rozumiem już, czym jest harmonia jakiej tam mogłam doświadczyć, o której wspomniany już wcześniej słynny polski polarnik mówi, że jest najważniejszą rzeczą w życiu zaraz obok wiary, nadziei i miłości.  Schodząc w kierunku Ornaku i przełęczy Iwanickiej czułam się jakoś inaczej, przecież nic szczególnego we mnie się nie zmieniło, a z drugiej strony czułam, że coś we mnie drgnęło i inaczej już trochę postrzegałam trud tego dnia i problemy ostatnich miesięcy. Wtedy kolejny raz przekonałam się, że Pan Bóg jest prawdziwym mistrzem stworzenia! Po dotarciu do schroniska zimna jak lód woda pod prysznicem mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie dała duże orzeźwienie po męczącym dniu, a zwyczajny, prosty posiłek wydawał się naprawdę dobrą kolacją. 
fot. Aleksandra Matusiak

W niedzielę zamierzałam dojść przez Dolinę Tomanową, Czerwone Wierchy, Dolinę Kondratową do pustelni ss. Albertynek na Kalatówkach gdzie chciałam wstąpić do kaplicy na wieczorną Mszę świętą. Długość trasy też była dość znaczna, szczególnie jeżeli idzie się z dużym plecakiem. Nie obawiałam się tego bardziej  niż możliwości spotkania niedźwiedzi. Raz po raz napotykani turyści ostrzegali mnie przed matką z dwoma młodymi, która w tym rejonie miała urzędować. Doskonale wiedziałąm, że tam gdzie można spotkać młode niedźwiadki (skąd inąd urocze) tam z pewnością w pobliżu jest ich raczej groźna mama, z którą lepiej nie zadzierać. Do pewnego momentu podchodziłam do tych opowieści z dużą dozą dystansu, ale tuż przed trawersem Ciemniaka od zachodniej strony przekonałam się, że to jednak nie tylko opowieści podawane pocztą pantoflową. Dwukrotnie wyraźnie słyszałam u wylotu doliny ryk dzikiego zwierzęcia może z odległości kilometra albo mniej. Nie powiem trochę podniosło mi się ciśnienie, zdążyłam tylko pomyśleć o św. Franciszku i dostałam takiego przyśpieszenia, że w mgnieniu oka, nie oglądając się za siebie, pokonałam ostatni fragment szlaku na grań Czerwonych Wierchów w czasie dwukrotnie szybszym niż przewiduje mapa! Nie ma to jak dobra motywacja. Jako, że była to naprawdę pogodna niedziela, spotkałam tam sporo ludzi. Wiedziałam, że tak będzie kiedy zbliżę się do pasma Tatr Wysokich. Wiedziałam też, że coraz mniej będę mogła liczyć na komfort wędrowania szlakiem w samotności i zupełnej ciszy. Ale i taka wędrówka sprawiała mi dużo radości, choć czułam już zmęczenie całego ciała. 

Po drodze na Kalatówki wstąpiłam na dłuższy odpoczynek i skromny obiad do schroniska na Hali Kondratowej. Miałam tam wrócić na nocleg, ale okazało się, że mają właściwie już komplet zarezerwowanych miejsc, a zostały tylko te najdroższe, na które nie mogłam sobie pozwolić ze względu na wyczerpujące się finanse. Pomyślałam, że niech się dzieje co chce, najważniejsze żebym zdążyła na 17.00 do kaplicy św. Brata Alberta. Szczęśliwie i nawet nieco przed czasem dotarłam na miejsce. Po Eucharystii przełożona s. Agnieszka przyjęła mnie bardzo serdecznie i ciepło. Zaprosiła na herbatę i kolację, z troską pytała się o moją samotną wędrówkę i o to, czy mam gdzie spać. Dość długo rozmawiałyśmy, niespodziewanie zaczęłyśmy dotykać zupełnie naturalnie rzeczy, z którymi teraz najbardziej w życiu się zmagam. Dużo mądrych słów wtedy usłyszałam. Niesamowite doświadczenie. Kiedy człowiek przestaje się nadmiernie martwić o to, jak sobie poradzić z przeciwnościami a zaufa, dostaje od Pana Boga aż za nadto! Ostatecznie nocleg znalazłam u przyjaciół rodziców z czasów studenckich, którzy mieszkają blisko Zakopanego. Ostatniego dnia uparłam się, że koniecznie muszę pójść na Rusinową Polanę, gdzie opodal znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr. Udało mi się. Mogłam Jej podziękować za te ostatnie dni moich wakacji. Czułam, że wędrowała razem ze mną, na nowo pokazywała mi jakim błogosławieństwem może być droga. Dodawała odwagi i siły, by pokonywać te codzienne trudy wędrowania i zmierzyć się z drogą chyba jeszcze trudniejszą, bo w głąb siebie.

fot. Magdalena Ircha




Jolanta Kępa wędr.