piątek, 29 marca 2013

Obdarzanie zaufaniem i zainteresowaniem - Zbigniew Minda HR


Niektórzy mówią, że w wychowaniu młodych ludzi cała sztuka ze strony wychowawcy polega na umiejętnym dozowaniu wolności (czyli obdarzania zaufaniem) i kontroli.
Mnie się wydaje, że tak to może być w poprawczaku, w wojsku albo w szkole. Na pewno nie może tak być w skautingu.






Postawienie wychowawcy przed dylematem: ile wolności, a ile kontroli, to ustawienie złego paradygmatu. To definiowanie relacji na zasadzie: My-Oni. Taki Profesor Pimko z Ferdydurke. „Upupianie” tak, by wychowanek nigdy nie dojrzał. Z jednej strony My, wychowawcy, którzy z definicji mamy zawsze rację, z drugiej oni, przedmiot naszej troski. Od strony wychowanków to też tak wygląda: z jednej strony my dziewczyny, chłopaki wspaniali i niewinni, z drugiej Oni-wredni i wstrętni gnębiciele. No jest jeszcze grupa pupilków. Chłopaki i chłopięta w Ferdydurke. Ani jedni ani drudzy nie mają szans na dojrzałość przy takich wychowawcach.
Rozumiem, że ktoś tak może pojmować zadanie wychowawcy w imię tego, by nie być naiwnym, by nie zostać przez wychowanków wywiedzionym w pole. Ale powtarzam, rozumiem, że tak to najczęściej jest w szkole. Czasem tak może być w skautingu u wilczków, jak jeszcze nie nauczą się być szczerzy i dojrzalsi. Ale w skautingu relacji w taki sposób nie może ustawić zastępowy w stosunku do chłopaków, drużynowa w stosunku do zastępowych, hufcowy w stosunku do szefów, naczelniczka w stosunku do hufcowych.

Mechaniczne dozowanie na zasadzie: teraz trochę wolności, teraz trochę kontroli zakłada totalną przewagę wychowawcy. Tak może być u wilczków. Jeśli tak jest w zielonej, czerwonej i wyżej, w relacjach hufcowych z szefowymi lub naczelnika z hufcowymi, to jest to pomyłka. To nie ten paradygmat wychowawczy. Właściwy paradygmat wychowawczy to OBDARZANIE ZAUFANIEM i ZAINTERESOWANIEM. Na miejsce kontroli wchodzi życzliwe zainteresowanie.

W końcu chodzi o to, by ten gość stanął na własne nogi. Bym ja, wychowawca, przestał być potrzebny. By to dziewczyna i chłopak wzięła sprawy w swoje ręce. By zastępowa była w swoim zastępie drużynową, by drużynowy był w swojej drużynie hufcowym, by hufcowa była w swoim hufcu naczelniczką, by naczelnik był w swoim kraju komisarzem federalnym.

No tak, ale jak nie skontroluję, to przecież nie wiem, co tam się dzieje. W końcu to dla dobra podwładnego trzeba KONTROLOWAĆ, po to, żeby wymagać. Nie mogę przecież być taki naiwny, że oni tam tacy święci i aniołki. Nawet w indywidualnej rozmowie może nie mówić prawdy, bo to może nie być w jego interesie lub zwyczajnie może mieć zaburzony kontakt z rzeczywistością i nie dostrzegać tego, co inni dostrzegają. Trzeba ludziom pomóc otworzyć oczy na rzeczywistość. To prawda. To zadanie fundamentalne. Ale skauting ma po temu swoje oryginalne i ciekawe mechanizmy. Nie może zawierzyć innym sposobom, jeśli nie chce stracić swego charakteru i swej specyfiki.





Dziewczyna i chłopak muszą wziąć sprawy tej wielkiej łodzi, jaką jest ich życie we własne ręce (B-P). To dlatego obdarza się ich zaufaniem. Mówi się o prawie harcerskim, o lojalności, o zaufaniu, o tym, że tu się jest, bo się chce. Ale nie utrudnia się tego chcieć…. Musi zostać autorem, podmiotem, aktorem, właścicielem. Stąd system zastępowy wraz z radami. Nawet u wilczków są rady i słucha się każdego. Każdy jest traktowany podmiotowo. Kryterium jest prawo harcerskie.

Nie z każdym ta gra jaką jest skauting jest możliwa. Ale to powoli wychodzi w tzw. praniu. Nie ma zbiórek, zastęp się rozpada, na obozie widać, że w porównaniu z innymi ten zastęp jakoś nie tak. Nie cofamy zaufania, nie ingerujemy, natomiast życzliwie interesujemy się i obserwujemy. Rozmawiamy osobiście, na Radzie Drużyny i Sądzie Honorowym. Dajemy czas. Często jest tak, że to inni zastępowi szybciej zidentyfikują, powiedzą w twarz po swojemu, zaproponują rozwiązanie. Szef nie ma być wielkim manipulatorem, trzymającym w ręku wiedzę i nitki „naprawiania” sytuacji. On ma stworzyć WARUNKI, w których problemy będą się samorozwiązywać. Taka jest rola tych mechanizmów, które nazywamy 16 elementami. Jeśli drużynowy zbyt wkracza w sferę kompetencji zastępowego, ten nie poczuje, że to on tu naprawdę rządzi razem z chłopakami.

Podobnie rzecz się ma na wyższych szczeblach. Musi panować zasada pomocniczości. Wyższy szczeblem nigdy nie przejmuje zadań niższego szczebla. Hufcowa nie weryfikuje i nie zatwierdza decyzji podejmowanych przez Sąd Honorowy w drużynie. Naczelnik szanuje decyzje hufcowych. Zamiast kontroli żywo się interesuje, kibicuje, w klimacie zaufania zwraca delikatnie uwagę na to, co może być, jego zdaniem, błędem. Tylko w bardzo skrajnym przypadku zagrożenia życia lub zdrowia oraz poważnego wykroczenia przeciw prawu harcerskiemu bezpośrednio interweniuje, zawsze uzasadniając sensownie swoją decyzję. I to też nie jednoosobowo, ale kolegialnie. Ważne by uniknąć atmosfery kontrolowania, rozliczania, raportowania, wypełniania tabelek. Bo wtedy zastępowy, szefowa, hufcowy poczuje się trybikiem w machinie biurokratycznej.

Zasada jest jedna: masz prawo tylko do wymagania i rozliczania tyle ile wcześniej włożyłeś lub włożyłaś zainteresowania i oferowania realnej pomocy. W skautingu kontakt z przełożonym nie może być formalny i biurokratyczny. Naczelniczka, naczelnik wobec hufcowych muszą mieć po pierwsze postawę: co mogę dla Ciebie zrobić? Jak Ci mogę pomóc? Co mogę Ci załatwić? Chodzi o postawę, że to ja dla nich pracuję, a nie oni dla mnie. Służyć po prostu. To szefowie w naszym ruchu są szefami: szczepowi, hufcowi, naczelniczy, komisarz, wszyscy pracują dla nich, służą im. O tyle, o ile to robią, o tyle mają prawo od nich wymagać. To kwestia jakiegoś elementarnego zdrowego rozsądku i uczciwości. Trzeba się zaangażować osobiście.




Pamiętam, że kiedyś straciłem zastępowego, bo się nim nie interesowałem. Byłem bliski utraty kilku szefów, bo ich bez wyczucia mordowałem wymaganiami. Innym razem byłem bliski samorozwalenia dwuletniej pracy wychowawczej, bo straciłem cierpliwość i się strasznie zdenerwowałem na nieporządek i lenistwo chłopaków. O mało nie odeszli. Sam miałem ochotę odejść z jednej działalności, bo miałem wrażenie, że jestem przesłuchiwany i kontrolowany na okoliczność mojego szefowania. Czułem się jak pionek, a nie równorzędny partner, przedmiot, a nie współtwórca, któremu tak samo leży na sercu dobro sprawy jak przełożonemu. Czułem, że ktoś mi nie ufa. Nie myliłem się zresztą.

Skauting, ani u dziewczyn ani u chłopaków nie działa na zasadzie kontroli i nadopiekuńczości. Nie może też działać na zasadzie wymagania raportów. Pamiętam, jak o tym mówił w październiku 2011 Jean-Charles de Coligny na pierwszym spotkaniu poświęconym przygotowaniom do Eurojamu 2014. Rozumiem, że de facto może tak działać przez pewien czas, no, ale po pierwsze szybko się skończy, po drugie będzie karykaturą samego siebie.

Jestem zaskoczony, jak wiele osób, których wcześniej zupełnie nikt nie podejrzewał o wielki talent lub miał wątpliwości, co do jego charakteru okazywał się świetnym szefem. Oto chłopak, którego mieliśmy za krnąbrnego, „niegrzecznego”, przekornego, trzymającego z „cwaniaczkami”. Ktoś jednak zauważa: trzeba na niego postawić, bo to talent. Ryzykujemy. Poważna rozmowa. „Jesteś tu potrzebny, dużo potrafisz, mam do Ciebie zaufanie”. Został zastępowym, a potem jednym z drużynowych „legend”. Oto dziewczyna, pokręcona sytuacja rodzinna, trochę z problemami, nie taka znów zdolna pozornie. A jednak ktoś dostrzega i zostaje szefową. Dziewczyna od tej pory tryska radością życia, a jednostka ma się wspaniale. Chłopak, trochę dziwny, małomówny, trochę się z niego śmieją, pozornie pozbawiony charyzmy. Ale ktoś zauważa: ten gość jest niesamowicie mocny intelektualnie. Zostaje drużynowym, po kilku latach przechodzi do legendy ruchu. Sam miałem chłopaków-pistoletów, jak ich nazywamy, czyli takich przekornych i krnąbrnych. Poważna rozmowa, obdarzenie odpowiedzialnością i zaufaniem. Rewelacja. To nie zawsze musi działać. Ale warto ryzykować dla dobra tej dziewczyny i tego chłopaka.

Skauting to wielka przestrzeń wolności dla młodych w wieku 8-18 lat oraz dla szefowych i szefów w wieku 18-26 lat. Wieku 18-26 lat używam raczej tak statystycznie, w znaczeniu takim, że większość jest w tym wieku. Oczywiście mogą być też starsi, co jednak nie powinno stać się regułą, ci starsi powinni pozostać w widocznej mniejszości. Przestrzeń wolności oznacza samodzielność, odpowiedzialność, odwagę, ryzyko, zawsze w rozsądnych granicach.

Co to są te rozsądne granice? To zależy od kultury społecznej. We Francji rodzice lubią jak chłopaki zrobią taka grę jak na Impeesie w 2010 r. We Włoszech to niemożliwe. Można skonfigurować skauting tak szkolno-pedagogicznie jak we Włoszech. Można też tak z miejscem na szaleństwo i fantazję jak we Francji.





Baden-Powell pisze, że jak chłopak przychodzi do zastępu to nie potrzebuje teoretycznych wykładów, ale od razu przygody, działania, wejścia w grę. Podobnie rzecz się ma z tymi, którzy przychodzą w wieku 17-18 lat, oni potrzebują wędrówki i przygody. A jak ktoś przychodzi w wieku 18 lat i więcej? Otóż on też potrzebuje GRY i PRZYGODY, w jego przypadku jest to równocześnie życie kręgu szefów lub ogniska szefowych oraz ODPOWIEDZIALNOŚĆ za młodych jako przyboczny, a w uzasadnionych przypadkach, po odpowiednim przygotowaniu od razu jako szef. Szkoda bowiem marnować talenty, jak mówi Ewangelia.

W skautingu w pierwszym rzędzie ważna jest przygoda i wspólne działanie. To ono zawiązuje wspólnotę i stwarza warunki do formacji osobistej. Ta ostatnia jest niejako produktem ubocznym wejścia w grę, często natychmiastowym, często jednak warto nań chwilę cierpliwie zaczekać. Trzeba mieć na tyle wyczucia, by się zorientować, co kogo kręci, no i być spójnym z samym sobą. Jeśli ogłosiliśmy w duszpasterstwie akademickim skautowe rekolekcje wielkopostne, to nie należy się spodziewać, że taki student jest już zainteresowany byciem szefem. Na razie chce rekolekcji, potem najprawdopodobniej, jak mu się spodoba, jakoś przylgnie do tego środowiska, będzie chciał pewnie uczestniczyć w tego typu aktywnościach, może w wędrówkach. Natomiast jak ogłaszamy, że szukamy kandydatów-wolontariuszy do pracy z dziećmi i młodzieżą i jeśli tacy się zgłoszą, to nie możemy im powiedzieć: ale najpierw rekolekcje lub wędrówka. Nie, od razu przygotowanie pedagogiczne do pełnienia funkcji szefowej lub przybocznej, tym bardziej jeśli mamy do czynienia z osobami dorosłymi, poważnymi, uczestniczącymi w życiu Kościoła. Doświadczenie jest zwykle takie, że te osoby dzięki wejściu w grę poprzez kontakt z młodymi, interesują się od razu czerwoną gałęzią. Musi być wyczucie.

Nie możemy mordować szefów „służbą”. Nie możemy jednak też „mordować” ich „formacją”. To jest przestrzeń wolności. Kochaj i czyń co chcesz. Tu masz różne propozycje, jak chcesz to korzystaj. Pamiętam kiedyś taką sytuację, że jedna z lepszych drużynowych z niesamowitym wyczuciem pedagogicznym, z różnych racji osobistych nie mogła być ani na wędrówce letniej ani w ciągu roku na spotkaniach formacyjnych. Hufcowa jej nie „zamordowała”, tylko z wyczuciem otaczała ją zainteresowaniem i była z nią w ścisłym kontakcie osobistym. Gdyby pod pozorem, że nie uczestniczy w zajęciach ogniska, zabrała jej funkcję szefowej, wylałaby dziecko z kąpielą. Najważniejsze to zorientować się, kto w jakim stanie się znajduje. Nie można zgasić 22-letniej studentki z doświadczeniem w pracy z dziećmi, która marzy o pracy z wilczkami wymogiem rocznej „formacji” w czerwonej gałęzi. Nie wolno zamordować najlepszego drużynowego w hufcu tysiącem maili z prośbą o raporty, rozliczenia i spełnienie pozostałych wymogów formalnych bez żywego i życzliwego zainteresowania nim samym i jego służbą oraz zaoferowaniem konkretnej pomocy.

Zetknąłem się tysiące razy i stykam nadal z wielkim paradoksem. Dla przełożonych najczęstszym problemem, czy zmartwieniem są nie te szefowe i szefowie, którzy są bierni, bez inicjatywy, ale ci, którzy są aktywni, z pomysłami, z inicjatywą. Niestety, jest to najczęściej problem tych przełożonych, którzy nie mają kompetencji, wyobraźni, otwartości i pokory, aby przyjąć, że nie można chcieć wszystkiego kontrolować, że nie można chcieć wszystkiego zatwierdzać, być o wszystkim zawczasu informowanym. Nie można chcieć ich okiełznać, bo oni po prostu są lepsi od nas. Trzeba obdarzyć ich zaufaniem i zainteresowaniem i pozwolić im działać. Dać im wielkie pole wolności i powiedzieć: Kochaj i czyń co chcesz! Oni pójdą dalej od nas. Zorientować się, że nasz podwładny jest lepszy od nas po prostu. Nie ma nic gorszego nic przełożony zazdrosny o talent podwładnego. Nie ma nic lepszego niż przełożony chcący być po prostu przybocznym swoich podwładnych. Pamiętam, jak Tomek Szydło na co bardziej władcze posunięcia jednego z komisarzy federalnych, cytował Ewangelię: „on daje odczuć swoją władzę”. W skautingu nie możemy dawać „odczuć swojej władzy”. Kultywujmy kulturę „łagodnego przywództwa”, które potrafi być stanowcze, ale łagodnie. Bóg prowadzi sprawy tego świata „suaviter et fortiter”, łagodnie i ze stanowczością, mówi Pismo.

Nie byłoby The Daily Żelazko, nie byłoby tysiąca pomysłów na imprezy, filmiki, gry, zbiórki, publikacje, strony internetowe, nie byłoby obecnego rozwoju liczebnego, nie byłoby tego całego radosnego apostolstwa, gdybyśmy chcieli o wszystkim zawczasu wiedzieć, udzielić łaskawie „koncesji”, zatwierdzić w jakimś planie strategicznym. To się opłaca. Nie wierzę w system centralnie zarządzany. Nie wierzę w uczciwość, żywotność, radość i spontaniczność bez takiego wielkiego i życzliwego OBDARZENIA OGÓLNYM ZAUFANIEM. Nie po to tyle formujemy na obozach szkoleniowych, żeby potem ludzi trzymać na smyczy.

Nie wierzę w komisarza, który nie potrafi powiedzieć ludziom: to wy jesteście komisarzami. Nie wierzę w naczelniczkę lub naczelnika, którzy nie potrafią powiedzieć hufcowym: to wy jesteście naczelniczkami lub naczelnikami. Jeśli ktoś myśli, że takie działanie prowadzi do chaosu, ten niewiele rozumie, jak to wszystko działa, czyli jak silne więzy lojalności i jedności rodzą się z tego obdarzania zaufaniem.




Zawsze mi imponowała następująca historia: z chwilą wybuchu I Wojny Światowej, Wiktor Jaroński, poseł polski do Dumy w Petersburgu, bez konsultacji z Romanem Dmowskim, swoim szefem w Narodowej Demokracji, złożył w Dumie uroczystą deklarację, że Polacy będą walczyć po stronie Rosji w wojnie. Ani Jan Harusewicz, szef Koła Polskiego w Dumie ani Roman Dmowski nie „obrazili” się na niego, że to zrobił. Wręcz przeciwnie, Harusewicz później stwierdził on, że powiedziałby dokładnie to samo, gdyby znalazł się w podobnych okolicznościach. Roman Dmowski, który o istnieniu "deklaracji" dowiedział się z opóźnieniem znalazłszy się w Finlandii, napisał: Nigdy żaden nasz krok polityczny tak mnie nie ucieszył. Wielki książę nawiązując do "deklaracji" napisał m.in: Niechaj znikną granice dzielące naród polski, czyniąc z niego jedną całość pod berłem cesarza Rosji. Polska się odrodzi wolna w swym języku religii i samorządzie (...) miecz, który uderzył pod Grunwaldem jeszcze nie zardzewiał. Odpowiedzią, która nosiła już znamiona deklaracji rządowej, było natomiast oświadczenie dowództwa rosyjskiego wydane 9 września 1914 z jasnym powołaniem się na cara. W tym dokumencie mówiono wyraźnie, iż w razie zwycięskiego zakończenia wojny "wszystkie części dawnej Polski zostaną zjednoczone w jedną całość autonomiczną". Deklaracja Jarońskiego złożona w pierwszych dniach I wojny światowej w Dumie rosyjskiej w imieniu polskiego koła, stała się poważnym argumentem w walce o niepodległość Polski podczas konferencji wersalskiej. Powołali się na nią przedstawiciele Polskiego Komitetu Narodowego w Paryżu w odpowiedzi na wystąpienie wrogiego Polsce premiera Anglii Lloyda George'a, który twierdził, że nie należy się nam niepodległość, skoro legiony Piłsudskiego walczyły po stronie Austrii i Niemiec.

Marzy mi się, byśmy tak traktowali zastępowych, przewodniczki, wędrowników, szefów, przybocznych, hufcowych, rodziców i nie tylko, w naszym ruchu, jak Harusewicz i Dmowski potraktowali Jarońskiego. Zbyt często ci, którzy są na czele różnych szczebli traktują skauting jako coś biurokratycznego, gotowi obrazić się na działanie, które nie było „konsultowane”, zamiast cieszyć się, że było to bardzo dobre działanie. Nie bójmy się ryzyka, że ktoś zrobi coś złego, bo bez konsultacji. Upoważnijmy ludzi do działania. Byleby tylko wiedzieli, jak Jaroński jaki jest duch i zasady, w jakim mają to zrobić. A śmiem twierdzić, że każda harcerka i każdy harcerz po przyrzeczeniu doskonale je zna. Skauting jest prosty.

Nauczyłem się tego od Pierrette Givelet, Maurice Ollier, Jacques Mougenot. Podobnie jak Jaroński w 1914, postąpił bowiem Jean-Luc Angelis w Rosji, gdy jakimś trafem znalazł się w 1998 lub 1999 na zjeździe rosyjskiej organizacji skautowej ORUR. Po prostu wstał i bez konsultacji z komisarzem federalnym, nie mógł bowiem wcześniej pomyśleć, że w ogóle taka okazja może mu się przydarzyć, w imieniu FSE złożył deklarację o zainteresowaniu wstąpieniem ORUR do FSE. Uruchomił lawinę, która zaowocowała realizacją tego wezwania. Ówczesna komisarz federalna, po zasięgnięciu opinii Maurice i Jacques pochwaliła Jean-Luca.

Takie było założenie jakie przyświecało mi w czasie 3 letniego komisarzowania. Nigdy się nie obrazić na dobre działania, teoretycznie z mojego zakresu kompetencji komisarza federalnego, które są dobre, a których nie zostałem poinformowany. A na te złe się nie obrazić, tylko delikatnie skorygować, żeby sprawcy nie zniechęcić na przyszłość do podobnego eksperymentowania, szczególnie gdy widziałem, że ktoś ma talent. Stąd hasło „sam zostań własnym komisarzem federalnym”, gdyż widziałem ile inicjatyw między młodymi na szczeblu europejskim grzęźnie w niepotrzebnej maszynie biurokratycznej lub po prostu zwyczajnie nie dochodzi nawet do kontaktu między zainteresowanymi. Stąd też użycie Facebooka, które ma umożliwić szefowym i szefom bezpośredni kontakt z ich odpowiednikami. Europa nie ma być w rękach starych wygów dyplomatów, ale w rękach dziewczyn i chłopców, podobnie jak wszystko w skautingu.

Magda Biernacka, Leszek Piątek, Andrzej Patyra i Piotrek Czuba lepiej w Bośni zachęcili młodych do skautingu niż grupa szefów „emerytów” z Włoch (z całym szacunkiem ma się rozumieć ), która im towarzyszyła. Paweł Czuba przez fejsa bardziej zachęcił Bjoerna niż moje maile, po których chłopak raczej się tylko zniechęcił.

Stąd wynikało drugie założenie, że ja jako komisarz muszę pracować dla nich, muszę najpierw im pomagać zanim zacznę wymagać i prosić. Starałem się odpowiadać na wszystkie maile i czaty, dawać kontakty, załatwiać pieniądze, słowem starać się służyć, a nie by mi służono. Newslettera nie robiłem na zasadzie, „no, to jak łaskawie zechcecie mi powiedzieć co się waszym kraju dzieje, to ja łaskawie zrobię Newslettera”, tylko sam zbierałem to, co do mnie dochodziło z racji mojej funkcji, wyszukiwałem newsy i zdjęcia na fejsie, redagowałem wklejałem i wysyłałem. Tak, by pracować dla innych, a nie inni dla mnie. Oczywiście to zakłada, że dzwonisz, pytasz, prosisz, ale ciężar był na mnie.




Oczywiście, żeby nie wpaść w „nadopiekuńcze” inwestowanie bez wzajemności, w szczególności w stosunku do stowarzyszeń narodowych działałem na zasadzie: robię coś dla nich i patrzę, czy coś robią dalej. Tak było z Białorusią: pojechałem w listopadzie 2009 pierwszy raz, zobaczyłem, że po tej wizycie bardzo się ruszyli, widać to było po mnóstwie inicjatywy, to pomogłem znów, potem oni znów, to ja znów. Tak było oczywiście też w Polsce, na Ukrainie, w Szwajcarii, Hiszpanii, Słowacji, Czechach. Ale tak już nie było w Rumunii, czy na Litwie, więc tam byłem bardziej oszczędny. Kto ma temu będzie dodane, a kto nie ma, to zabiorą mu nawet to, co ma.

Kiedyś pewien tata chłopaka powiedział mi: myślę, że przejrzałem całą twoją „perfidną” pedagogikę; robisz tak, by chłopaki poczuli, że to ich własność, a potem to oni już sami to ciągną. Mało kto w życiu sprawił mi większą radość niż ten tata, który zrozumiał na czym polega wychowanie. W szczególności w takich pozaszkolnych, nieformalnych inicjatywach jak skauting.

Nazar Yeremenko, naczelnik skautów FSE na Ukrainie, miał najlepsze konferencje podczas obozu szkoleniowego Adalbertus niedaleko Skole w sierpniu 2010 r. W jednej mówił o 20 błędach, które zwykle popełnia zastępowy. Jednym z nich było przedstawianie chłopakom niewłaściwej motywacji do zrobienia rzeczy dobrej. Np. na Radzie Drużyny zdecydowano, że jego zastęp posprząta coś, co po prostu „trzeba” posprzątać. Popełnia błąd, jeśli przychodzi do zastępu i mówi: to „trzeba” zrobić lub i tak ktoś to „musi” zrobić lub zróbmy szybko i będziemy „mieć spokój”. Czyli przedstawianie czegoś jako nieprzyjemny obowiązek.

Błędem jest systematyczne nadużywanie argumentacji „to jest obowiązkowe”, bo to trzeba „zaliczyć”. Np. w odniesieniu do uczestnictwa w obozach szkoleniowych. Jasne, że to obowiązek, ale jeśli tak systematycznie przedstawiamy to szefowym i szefom, to ich zniechęcamy. Wokół tych rzeczy trzeba wytworzyć atmosferę radości, aurę legendy, tak, by po całym ruchu krążyło, że warto po prostu! Że to jest rewelacyjne doświadczenie. Obowiązek zaś dopiero na drugim planie. Że płacenie składek to przyczynianie się do budowania ruchu, troska o dobro wspólne. Obowiązek też, ale dopiero na drugim planie. W ostateczności taktownie przypomnieć, że przecież zobowiązałeś się w obrzędzie mianowania…

Błędem jest narzucanie służby młodym przewodniczkom lub młodym wędrownikom pod pozorem, że tam akurat jest potrzeba. Jeśli chcemy go potraktować podmiotowo, to trzeba zapytać, czego on sam chce, gdzie widzi się najlepiej. I warto liczyć się z tym zdaniem, bez względu na nasze obiektywne potrzeby. Ludzie nie mogą się czuć traktowani instrumentalnie. Obiektywne potrzeby naszego hufca i ruchu przedstawiamy szefowym, młodym przewodniczkom na radzie hufca, wówczas one same ochotnie podejmują służby tam, gdzie jest potrzeba. Jeśli ktoś nie wierzy, że takie poczucie odpowiedzialności, ale w wolności, jest możliwe, to ma małą wyobraźnię i warto, żeby spróbował tego stylu działania choć raz w życiu. Efekty zwykle przekraczają oczekiwania.

Jeśli pretendujemy do odgórnego dekretowania, do ustawiania pionków na szachownicy przy biurku, to co najwyżej będzie to sprawne wojsko lub korporacja, ale nie będzie to skauting, w którym wszyscy czują się jak w rodzinie, czują się podmiotowo. Stąd system rad, czy pedagogika narad, podczas których realnie podejmuje się decyzje, a nie tylko zasięga niewiążącej opinii, jest szalenie istotne. To jak działamy, czy włączamy w podejmowanie decyzji, czy nie, szczególnie te dotyczące kogoś osobiście, jak wybór służby, pokazuje jaką mamy „antropologię” w głowie. Czy taką, która szanuje wolność i zmierza do wzmocnienia w człowieku zdolności do podejmowania samodzielnych i odpowiedzialnych decyzji, czy też traktujemy go instrumentalnie-musi po prostu przyjąć plan, który przychodzi z góry.

Można nadużyć w tym kontekście kwestię „woli Bożej”. Według pewnego podejścia zgodne z wolą Bożą byłoby tylko to, co narzucone przez szefa lub szefową i pokornie przyjęte bez dyskusji do wykonania. Otóż, nie zgadzam się z takim podejściem w skautingu. Być może w zakonach, innych wspólnotach, w wojsku, coś takiego, to jak najbardziej uzasadniony sposób postępowania. Ale nie w skautingu. Skauting ma inną antropologię po prostu. Dziewczyna i chłopak sami decydują, a ich przełożonym zależy, żeby tak właśnie było, żeby wybrali służbę, o której marzą. To nie hufcowa lub hufcowy ma wielki strategiczny plan rozwoju hufca. To szefowe i szefowie kreują tę rzeczywistość zgodnie ze swoimi marzeniami, którym hufcowy i hufcowa służą.

Muszę powiedzieć, że jeszcze kilka lat temu nie do końca to rozumiałem. Zrozumiałem to dopiero, gdy popełniłem kilka błędów nierozważnymi uwagami i spowodowałem, że ktoś z tego powodu się popłakał. Nie można ranić pięknych marzeń naszych młodych przewodniczek i młodych wędrowników lub kandydatów na szefów o tym, w jakiej gałęzi chcą działać i gdzie chcą założyć jednostkę. Oni będą otwarci na nasze uwagi i sugestie. Ale pora zrozumieć hufcowo i hufcowy, że to nie ty jesteś właścicielem twojego hufca, tylko twoje szefowe i twoi szefowie. Nie ty naczelniczko i naczelniku jesteś właścicielem tego ruchu, ale twoje hufcowe ze swoimi szefowymi i twoi hufcowi z swoimi szefami. Jeśli nauczysz się działać w tym duchu zajdziesz o wiele dalej niż jesteś w stanie pomarzyć lub wymyśleć ślęcząc na mapą lub tabelkami nad biurkiem. Ty masz tylko pobudzać ludzi do wielkich marzeń. A potem umożliwiać ich realizację.







Zbigniew Minda HR