czwartek, 20 grudnia 2012

Opowiadanie laureata konkursu Przestrzeni - Pawła Świątkowskiego

We wrześniu ogłosiliśmy konkurs na na opowiadanie z prawem harcerskim w tle. Podczas Forum Młodych 2012 zostały przyznane nagrody wyróżnionym przez jury konkursowe autorom. Przedstawiamy zwycięskie opowiadanie Pawła Świątkowskiego, zatytułowane Z deszczu pod... Zachęcamy do czytania!








 Z deszczu pod...

 
Lato skapitulowało już kilka tygodni temu, ustępując pola jesieni - heroldowi zimy. Większość drzew straciła już liście, tylko pojedyncze najwytrwalsze sztuki żółciły się na powykręcanych gałęziach, szarpiąc się z wiatrem. Po niebie, niczym posępne czołgi zmierzające na pole bitwy, przetaczały się ołowiane chmury. W powietrzu czuć było zapach gnijących liści z nutą dymów z odległych kominów. Jeszcze nie palono śmieciami, dało się to wytrzymać.
 

To był już koniec, co skonstatował z cichym westchnięciem. Wprawdzie palce w pancernych trekkingowych butach nadal poruszały się niespokojnie, próbując wypędzić chłód, pochodzący z przemoczonych skarpetek, ramiona plecaka wbijały jeszcze się w obojczyki, ale w oddali majaczył już budynek stacji kolejowej, strzeżony przez stary semafor. Odwrócił się na chwilę do tyłu. Linia lasu ledwie majaczyła w oddali, spowita mgiełką zimnej mżawki. Gdzieś daleko biły dzwony na popołudniową mszę.
 

Czas wracać do codzienności. Zaciągnął jeszcze mocniej pas biodrowy, poprawił ułożenie plecaka na obolałych ramionach i ruszył w dół ku rozłożonemu tam sennemu miasteczku. Pod nosem zanucił słowa poznanej niedawno piosenki: To nic, że długi był marsz...
 

* * *

- Ziemowit, coś taki uśmiechnięty? - Krzysiek wpadł do biura jak zwykle spóźniony, zaspany i w źle wyprasowanej koszuli. - Mamy poniedziałek!
- Naładowałem baterie w weekend.
- Aaaaaa, chyba że tak. Faktycznie, nie można się do ciebie było dodzwonić od piątku. Więc co? Baunsik? Wódeczka z kumplami ze studiów? Jakaś panna?
- Nie - zaśmiał się. - Właściwie wręcz przeciwnie. Góry, namiot, plecak, paru znajomych - po czym w myślach dodał: - Nie zrozumiesz.
- Też spoko - stwierdził bez przekonania i natychmiast stracił zainteresowanie rozmówcą.
Faktycznie nie zrozumiał. 


Krzysiek pracował tu od niedawna, ale już dał się poznać jako człowiek-impreza. Był typową duszą towarzystwa, z wszystkimi natychmiast chciał się zapoznawać, wyciągał na piwo, na techniawki. Zawsze znajdował jakiś sposób, żeby dotrzeć do aktualnego rozmówcy i ludzie lubili go od pierwszej rozmowy.
 

Wydawać by się mogło, że taki człowiek w zespole to prawdziwy skarb. Niestety, ta towarzyska aktywność nie odbijała się korzystnie na jego wydajności w pracy. Ziemowit przez kilkanaście ostatnich dni zdołał już wyrobić sobie opinię o tym, jakim typem pracownika jest Krzysiek. Spóźniał się, często wychodził na przerwy - a to papieros, a to lunch, a to „tylko na sekundę odebrać ważną przesyłkę” - i nie było go całe kwadranse. Czas w biurze spędzał głównie na pogawędkach z innymi pracownikami. A trudno było takiemu skutecznie zwrócić uwagę.
Zręcznie umykał, skakał po tematach, obracał wszystko w żart. Ziemowit martwił się, bo zajmując średnie kierownicze stanowisko liczył się z tym, że po okresie próbnym Krzysiek trafi do jego zespołu, a wtedy stanie się realnie jego problemem.
 

Tymczasem po prostu wręczył mu teczkę z zadaniami do zrobienia na dziś. Krzysiek skrzywił się, jakby rozgryzł ziarnko ziela angielskiego w zupie, ale wziął i ruszył w kierunku swojego biurka.
U Ziemowita zadzwonił telefon. Kiedy klika minut później skończył rozmowę, Krzysiek był już pod automatem z kawą, konferując zawzięcie z dziewczyną z HR. Teczka leżała koło komputera, nawet nie otwarta.
 

Ziemowit westchnął. Trudno mu było zrozumieć takich ludzi. Sam posiadał dość
rygorystyczny system wartości, wyniesiony jeszcze z domu, a jedną z nadrzędnych reguł w nim było, by przede wszystkim być w porządku wobec innych. Oni nie byli. Pewnie nawet sobie nie zdawali do końca sprawy, że swoim niedbalstwem, spóźnianiem się i niepoważnym traktowaniem obowiązków tylko dodają roboty współpracownikom. Nie sposób też było przebić się przez hiperekstrawertyczny ekran, jakim się oddzielali od wszelkich tego typu problemów i po prostu wytłumaczyć.
 

W tym momencie zaczął żałować, że nie może być otoczony ludźmi jak ci, z którymi wędrował w weekend. Byli harcerzami, o czym zupełnie nie wiedział, kiedy ich poznał kiedyś na jakimś koncercie w sąsiednim mieście. Przypadli sobie do gustu, spotkali się jeszcze kilka razy przy rozmaitych okazjach. Właśnie wtedy zaczęli opowiadać mu o skautingu, o swoich służbach, o Prawie, którym się kierowali. Dla Ziemowita nie było to nic nowego, był wręcz zaskoczony jak bardzo to wszystko pokrywa się z jego własnym kodeksem moralnym. Ucieszył się, kiedy zaprosili go na wspólną wędrówkę. I choć było na niej ciężko, ani przez chwilę nie żałował, że zdecydował się z nimi pójść.
 

Z rozmyślania wyrwał go kobiecy głos:
- Panie Ruczaj, szef prosi.
 

Była to sekretarka jego bezpośredniego zwierzchnika. Miała chyba na imię Monika i była bardzo ciepłą i uprzejmą kobietą, czego zupełnie nie można było powiedzieć o ich wspólnym szefie. Nie, dyrektor Hajczek nie był typem korporacyjnego chama, dręczącego swoich pracowników. Był po prostu niesłychanie precyzyjny, zimny i zachodziło podejrzenie, że w ogóle niezdolny do jakiejkolwiek empatii. Większość ludzi drżała na myśl o spotkaniu z nim, jednak nie Ziemowit. On wiedział, że jest w porządku, że nie ma nic do ukrycia, co nagle mogłoby wypłynąć na powierzchnię. Bez zastanowienia wstał więc i udał się do biura szefa.
 

Dyrektor siedział, jak zawsze, na wysokim krześle, niczym na tronie. Od wezwanego oddzielała go wielka błyszcząca płaszczyzna stołu, na którym nie znajdowało się prawie nic: laptop, stos kolorowych karteczek, długopisy w kubku i dziurkacz, który nie był potrzebny do niczego, ale jego właściciel uwielbiał obracać go w rękach na wszystkie strony podczas rozmowy. Reszta pokoju też była pusta i surowa. Ścian nie zdobiły zdjęcia rodziny, ani nawet psa. Również uśmiech Hajczka wydawał się pusty i surowy.
 

- Zapraszam. Proszę siadać. Musimy omówić jedną trudną sprawę...
 

Ziemowit wrócił do swojego biurka półtorej godziny później, blady i na miękkich nogach. Usiadł ciężko na swoim obrotowym krześle, spojrzał tępo na monitor, liczbę nieprzeczytanych maili i zadań na dziś. Trochę tego było. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszyscy wydawali się pochłonięci pracą, ale widział doskonale, że każdy zauważył stan, w jakim się znajduje Ziemowit - dla wielu z nich szef - i zastanawiają się, co z tego wyniknie.
 

Przez kilka minut próbował zająć się swoją pracą, nie zważając na to wszystko. Potem zrobił coś, co nie zdarzyło się mu nigdy wcześniej. Wyłączył komputer, założył płaszcz i wyszedł z biura jeszcze przez dwunastą.
 

* * *

- God put us here on this carnival ride. We close our eyes, never knowing where it'll take us next. Babies are born, and at the same time, someone's taking their last breath - sączyła się z głośników Carrie Underwood. Pub był prawie pusty, mimo wieczornej pory. Magia poniedziałku.
Znudzona barmanka oglądała swoje starannie zrobione paznokcie, co jakiś czas dla odmiany zerkając na telewizor, w którym leciał bez dźwięku jakiś drugoligowy mecz.
 

Przy słabo oświetlonym stole w kącie siedział posępny Ziemowit oraz Tomek, jego kolega
jeszcze z liceum. Pomiędzy nimi stała miseczka nachos i dwa do połowy opróżnione kufle piwa.
 

- Wydusisz to z siebie wreszcie? - zaproponował Tomek - Bo jak na razie usłyszałem od ciebie tyle, co mi powiedziałeś przez telefon: że jest tragedia i nie wiesz co robić. Właściwie chyba powinienem podziwiać, że zdołałeś to powiedzieć na jakieś dwadzieścia sposobów.
 

Ziemowit nie zaśmiał się, nie podniósł nawet wzroku, zbierając się w sobie.

- Ktoś bardzo nawalił - zaczął w końcu. - Ktoś wysoko, żeby wszystko było bardziej skomplikowane. Podali nam złe dane i w efekcie nasza praca z ostatnich dwóch miesięcy ląduje prosto w niszczarce. A nawet nie musi tam, bo to same bzdury, które nikomu na nic posłużyć nie mogą. Ktoś to dzisiaj odkrył i poszedł z tym do Hajczka, a ten najwyraźniej stwierdził, że nie możemy ryzykować oskarżeniami w górę. Ale jeśli nic nie zrobimy, cały departament może polecieć za brak rezultatów.
- Oj, stary, znajdziesz pracę gdzie indziej. W dzisiejszych...
- Nie o to chodzi - przerwał mu. - Nie chce mnie zwalniać. Chce, żebym złożył oficjalny raport, że błąd popełnił chłopak ode mnie z zespołu. Potem go zwolni. W ten sposób będzie miał kozła ofiarnego i wszyscy jakoś z tego wyjdziemy, najwyżej dostanie nam się za słabą kontrolę pracowników.
- Niezłe - Tomek był autentycznie pełen podziwu. Pracował w małej, kilkuosobowej firmie i nieznane mu były standardy korporacyjnej polityki. - W czym problem?
Ziemowit spojrzał na niego jak na ducha.
- Ten gość nic złego nie zrobił!
Tomek milczał przez chwilę, próbując przetrawić słowa kolegi. W końcu odparł:
- Oj, Ziemo, Ziemo... Czy ty wreszcie kiedyś dorośniesz? Nie jesteśmy już w szkole, to nie czas na te twoje akty heroizmu. „Pani profesor, to nie on zrobił. To byli oni.” Pamiętasz jak potem oberwałeś na przerwie? No właśnie. Zacznij się troszczyć o swój tyłek, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi. Pewnie jak nie on poleci to ty.
- Nie chcę kogoś niszczyć tylko po to, żeby chronić siebie. To jest troszczenie się o mnie. O to, żeby nie zabiły mnie wyrzuty sumienia.
 

Był zdenerwowany na kolegę, ale wiedział doskonale, że nie ma nikogo innego, by się poradzić. Wszyscy albo powyjeżdżali, albo zerwali znajomości, albo nie odbierali telefonów. Oprócz tego było też kilka osób, których zupełnie nie chciał się radzić nigdy o nic. Pozostał Tomek, który teraz warknął, nieco poirytowany:
 

- Posłuchaj, zrobisz jak chcesz, ale jeśli w ten sposób zaprzepaścisz swoją karierę to nie zabiją cię wyrzuty sumienia? Nie będziesz sobie wypominał, że mogłeś tam dalej pracować? Ile tam w ogóle zarabiasz? - gwizdnął przez zęby, gdy usłyszał odpowiedź. - No widzisz, chcesz znowu zaczynać od psich pieniędzy?
 

Ziemowit nie odpowiadał. Nie chciał. Wiedział, że jego kolega ma dużo racji. Wszyscy ludzie na świecie tak robili, a przecież ta firma niczym nie różniła się od innych dużych korporacji.
Wszyscy, przychodząc do niej, znali już masę anegdot i historii, wiedzieli na co się piszą i wiedzieli
co im grozi w każdej chwili. Ten młody pewnie też wie.
 

- Po prostu to zrób, tak trzeba - Tomek dopił swoje piwo i zaczął ubierać kurtkę. Nie doczekawszy się reakcji kolegi, po prostu wyszedł.
 

Ziemowit został sam ze swoimi myślami, resztką piwa i barmanką, która teraz przeglądała ze śmiertelnie znudzoną miną jakieś kolorowe czasopismo. Posiedział chwilę, wsłuchując się w popowe teksty (Kelly Clarkson: Well, if you don't have the answer why are you still standin' here? Hey, hey, hey, hey - just walk away). Więc ruszył do domu. Szedł piechotą, mimo jesiennego deszczu, a ulice i wszyscy przechodnie wydawali mu się obcy i wrodzy. Czuł się samotny i pozostawiony sam sobie z tym problemem, który, jak coraz bardziej czuł, tylko i wyłącznie sam sobie stworzył.
 

W mieszkaniu również nie mógł sobie znaleźć miejsca. Próbował spać, ale nie mógł. Zabieranie się do pracy, której nie wykonał wcześniej w biurze, również nie dało rezultatów. W telewizji nic nie przyciągnęło jego uwagi. W końcu wzrok padł na niewielką książeczkę, leżącą na nocnej szafce. Był to prezent od harcerzy z wędrówki - Ceremoniał. Otworzył mu się na stronie z Prawem Harcerskim. „2. Harcerz jest lojalny wobec swojego kraju, rodziców, przełożonych i podwładnych.” I podwładnych. No właśnie...
 

Było już późno, ale jakoś przekonał samego siebie, żeby to zrobić. Chwycił telefon i wybrał numer hufcowego, który wręczył mu ten ceremoniał. Odetchnął, kiedy po trzech sygnałach usłyszał nierozespany głos. Na szczęście jeszcze czuwał, pisał jakąś pracę.
 

Ziemowit przeprosił za późną porę i postarał się w telegraficznym skrócie streścić historię, co i tak zajęło mu niemal pięć minut. Hufcowy chwilę milczał, ważąc słowa, po czym powiedział:
- Pamiętaj, że cokolwiek byś nie robił, zrób to w zgodzie z sobą.

Tak, chyba już wiedział, co robić. Porozmawiali jeszcze parę chwil o wrażeniach z wędrówki i o planach na najbliższe miesiące. Po zakończeniu rozmowy Ziemowit położył się na łóżku i natychmiast zasnął.
 

Rano już nie padało, a lało jak z cebra. Każdy samochód wbijał fontannę wody, najczęściej lądującą na przechodzących chodnikiem ludziom, którym tak naprawdę było już wszystko jedno. Ziemowitowi też. Szedł wyprostowany, bez parasola, nie zważając na strugi wody spadające mu na głowę. Pogrążony w myślach, wciąż wewnętrznie walczący sam ze sobą, kilka razy niemal nie wpadł pod rozpędzony samochód. Wracał do rzeczywistości dopiero słysząc pisk opon i klakson.
 

Dotarł jednak do pracy bez żadnych obrażeń i, ociekający wodą, zamiast do swojego biurka, udał się prosto do dyrektora Hajczka, mijając sekretarkę (tak, na pewno miała na imię Monika), która próbowała go zatrzymać. Otworzył drzwi, a kiedy zdumione spojrzenie jego pryncypała spotkało się z jego wzrokiem powiedział tylko „jestem gotowy” i wyszedł.

***

Czekanie pod drzwiami sali konferencyjnej dłużyło się niemiłosiernie. Choć na pozór nie dawał niczego po sobie poznać, był strasznie zdenerwowany. Czuł, że założone na piersi ręce drżą, a w żołądku rośnie mu wielka, zimna, metalowa kula. Oddychał głęboko i wodził wzrokiem po krawędziach pomiędzy ścianą a sufitem, jak gdyby tam spodziewał się odnaleźć wybawienie od swego kłopotu.
 

W końcu zaproszono go do środka. Przy długim stole siedziało mniej więcej siedemdziesiąt osób. Większości z nich Ziemowit nigdy w życiu nie widział, ale był wśród nich Hajczek oraz kilka innych twarzy, które rozpoznał. Był też dyrektor Marian Łubka, który, jak wytropił rano („sumiennie i do końca”), był przyczyną całego tego zamieszania - to on przekazał błędne dane. Nie wiadomo było czy przez pomyłkę, czy specjalnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale uwadze Ziemowita nie uszła szybka wymiana spojrzeń pomiędzy nim a Hajczkiem. Ten widok natychmiast stopił kulę w żołądku, mózg zaczął pompować adrenalinę, w żyłach rozlało się przyjemne ciepło. Ziemowit był gotów i pewien tego, co robi.

- Panie Ruczaj, czy zechce pan opowiedzieć nam o efektach pracy pańskiego departamentu w okresie ostatnich tygodni?
 

Zechciał. Zaczął od ogólników, jak tego wymaga kodeks korporacyjny. Kiedy nie dało się już dłużej unikać drażliwego tematu, wziął głęboki wdech, i oświadczył:
- Niestety, nie dalej jak wczoraj okazało się, że wszystkie te rezultaty oparte były na błędnych danych. Nieprawidłowości te, choć niewielkie, sprawiają, że właściwie cała praca została wykonana na marne. Nie chciałbym tutaj ferować wyroków czy była to pomyłka, czy celowe działanie, ale wydaje się, że odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację należy obarczyć - przełknął ślinę; to nie było właściwe, ale musiał to zrobić - dyrektora Łubkę, od którego te informacje dostaliśmy.

Zapadła cisza. Oskarżanie kogoś na tyle wyżej w hierarchii nie było na porządku dziennym w korporacjach i było powszechnie uznawane za zatrudnieniowe samobójstwo, niezależnie od tego czy było słuszne. W końcu nikt nie chciałby mieć pod sobą kogoś, kto pewnego razu może wyciągnąć jakieś nieprawidłowości w jego stronę i wywlec publicznie na zebraniu zarządu.

- Z adnotacją że zostały sprawdzone i są poprawne - dodał po chwili, żeby wzmocnić efekt, po czym rzucił na stół dokumenty, o których mówił.
 

Na razie tylko Hajczek i Łubka miotali spojrzeniami lasery, mające rozerwać Ziemowita na pół, ale za chwile zapewne rozpęta się prawdziwa burza. Odetchnął z ulgą i spojrzał w okno. Na szybie tańczyły krople, łącząc się w większe strumienie i pociągając się wzajemnie w dół, w przepaść kilkudziesięciu pięter nowoczesnego biurowca. Nie wiedział kto teraz kogo pociągnie w dół i czy on, Ziemowit Ruczaj, nie będzie za kilka godzin taką spadającą na mokry chodnik bezrobocia kroplą, ale czuł, że postąpił właściwie i że cokolwiek się teraz stanie, będzie mógł spojrzeć w lustro. Pozostał lojalny.


Paweł Świątkowski