poniedziałek, 17 grudnia 2012

Adwentowe przemyślenia - o. Kasper M. Kaproń OFM



I. Od kilku dni przebywam w nowej parafii. Po moim poprzedniku odziedziczyłem m.in przeciekający dach w kościele i samochód, który jest raczej kilkuset kilogramową bryłą złomu. Próbowałem dzisiaj pojechać nim do jednej z moich wiosek, lecz ugrzązłem gdzieś w środku buszu. Prawie cały dzień upłynął mi najpierw na poszukiwaniu pomocy, a później na holowaniu pojazdu. W czasie drogi w myślach narzekałem na sytuację, z którą przyszło mi się zmierzyć i na zaniedbania poprzednika. Gdy wróciłem do domu jeden z ministrantów poprosił o możliwość doładowania z parafialnej sieci jakiegoś prostego radyjka. W jego domu nie ma energii elektrycznej i noce spędzają przy świetle świec. Szybko przyszło otrzeźwienie. Narzekałem na niesprawny samochód i przeciekający dach. Narzekałem pomimo, że mam prąd, komputer, a nawet dostęp do internetu, mam lodówkę i w niej jakieś zapasy. Mam nawet kilka odłożonych oszczędności na tak zwaną „czarną godzinę”. Obok mnie zaś ci do których zostałem posłany: bez prądu, bez jakichkolwiek oszczędności, bez perspektyw...


Łatwo można szukać wytłumaczenia. Samochód w misyjnej rzeczywistości to przecież nie kaprys, lecz niezbędne narzędzie posługiwania. Bez niego mieszkańcy często odległych wiosek zostaną całkowicie pozbawieni kapłańskiej opieki: Mszy Świętej i sakramentów. Naprawa dachu w kościele to przecież także nie mój prywatny interes. Jednakże logika Wcielenia Bożego Syna uczy nas innego spojrzenia. Adwent to czas oczekiwania na tego, który przyszedł w całkowitym ubóstwie, gdyż chciał w ten sposób upodobnić się do tego ostatniego. A my nadal pragniemy iść do ubogich z Jego orędziem nie rezygnując jednak w najmniejszym stopniu z zabezpieczeń tzw. cywilizowanego świata.

II.
Jakże często pisząc o krajach tzw. „Trzeciego Świata” koncentrujemy się na biedzie. Zamieszczamy zdjęcia dzieci proszących o miskę strawy, odzianych w łachmany... Tak, to wszystko prawda i świadczy o tym, że jesteśmy egoistami: jak bowiem wytłumaczyć istniejący w świecie niesprawiedliwy podział dóbr, które sprawia, że „biedni każdego dnia są biedniejsi, gdy tymczasem bogaci, każdego dnia są bogatsi”. Jednakże koncentrowanie się na biedzie także wykrzywia obraz. Mieszkam i pracuję w Boliwii, o której mówi się, że jest najbiedniejszym krajem Ameryki Płd. Także tutaj nie wszystkie dzieci mają możliwość zdobywania nauki, wiele jest niedożywionych. I także tutaj muszą one ciężko pracować – wspomnę tylko dzieci pracujące w kopalniach w Potosi. Jednakże nie zgodzę się z tym, że od dzieci tych bije smutek i rezygnacja. Wręcz przeciwnie są zawsze pełne życia i radości, a oczy ich przepełnione są wręcz szaleńczą pasją życia. Tego samego można doświadczyć także w Afryce. Pisanie o smutku to chyba nasza europejska specjalność i być może nawet projekcja. Tak, jest tu ciężko. Ale tutaj człowiek potrafi cieszyć się i być wdzięcznym nawet to niewiele, co pozwala mu przeżyć do następnego dnia. Pasji i radości życia brakuje - ale chyba bardziej nam europejczykom.



III.
Pracuję na terytorium misyjnym, który wcześniej obsługiwali moi współbracia z Prowincji Bawarskiej. Codziennie mogę patrzeć na widzialne ślady ich działalności: szkoły, szpitale, ujęcia wody pitnej, drogi, mosty, kościoły... Trudno nawet wyobrazić sobie ilość przedsięwzięć i inwestycji; ilość materialnych środków, które tutaj zostały włożone. A ile dobra duchowego, którego nie sposób materialnie wymierzyć?
Widziałem ostatnio na stronie misyjnej jednej z polskich prowincji zakonnych hasło: „Budujemy studnie dla....”. Jedna studnia na którą z wielkim wysiłkiem składają się dobrodzieje całej prowincji zakonnej. Co w nas jest, że z tak wielką trudnością przychodzi nam się dzielić z innymi tym co posiadamy? Dlaczego tak jesteśmy zamknięci i nie dostrzegamy brata potrzebującego? Może to właśnie ta „ślepota” jest przyczyną naszych ustawicznych konfliktów wewnętrznych, naszych waśni, pomówień i oskarżeń? I może to także powód dlaczego nie potrafimy w sumie tak na dobrze wyjść z kryzysu i niestety także i u nas w kraju jest tak dużo skrajnego ubóstwa.



IV. Sen Maryi.
Nie mogę go do końca zrozumieć, ale wydaje mi się, że dotyczył on narodzin naszego Syna. Tak, jestem tego pewna: to, co mi się śniło dotyczyło urodzin naszego Dziecka. Ludzie przygotowywali się do tego wydarzenia w kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Przyozdabiali swoje domy i mieszkania; specjalnie na tę okazję kupowali nowe ubrania. Całe godziny spędzali w sklepach i kupowali ogromne ilości prezentów. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że nie były to prezenty dla naszego Dziecka.
 Zakupione upominki pakowali w kolorowy papier i przyozdabiali prześlicznymi wstążkami. Umieszczali je następnie pod specjalnie na tę okazję przyozdobionym drzewem. Nie uwierzysz Józefie: mieli drzewo w swoich mieszkaniach. Drzewo to udekorowane było błyszczącymi kulami, światełkami, słodyczami owiniętymi w kolorowe papierki. Było prześliczne. Na samym czubku drzewa wydawało mi się widzieć pewną figurę. Najprawdopodobniej był to anioł.
Wszyscy byli radośni i uśmiechnięci. Z wielkim przejęciem oczekiwali momentu otwarcia upominków. Dzielili się między sobą prezentami, lecz najsmutniejsze w tym wszystkim było to, Józefie, że nie zostawili najmniejszego drobiazgu dla naszego Syna. Wydaje mi się, że nawet go nie znają, gdyż ani raz nie usłyszałam, żeby wypowiedzieli Jego imię. Nie wydaje ci się dziwne to, że ludzie poświęcają tyle czasu i pieniędzy, aby obchodzić urodziny kogoś, kogo tak naprawdę nie znają.
Mam nawet takie przeczucie, że gdyby nasz Syn pojawił się niespodziewanie na tej uroczystości, byłby tylko kłopotliwym intruzem. Wszystko bowiem było tak dokładnie i pięknie przygotowane. Wszystko takie lśniące. Drogi Józefie, wszyscy byli tacy szczęśliwi, a moje oczy zaczęły wypełniać się się łzami. I rozpłakałam się. Jakże wielkim jest smutek matki, która widzi, że jej Syn jest wyrzucony z uroczystości własnych urodzin.

Na szczęście obudziłam się. Jestem szczęśliwa, że to był tylko zły sen. Tragedią byłoby, gdyby ten sen zamienił się w rzeczywistość.

V.
Dziś (5.12.2012 r.) piękny i radosny dzień. Nasza misja w Urubichá (Boliwia) została otoczona modlitewną opieką sióstr klauzurowych - Klarysek od Wieczystej Adoracji z Kęt. Oto treść otrzymanego maila:
"Ojcze,
Z radością podejmujemy się duchowego towarzyszenia Ojcu w pracy misyjnej. W szczególny sposób Ojca Osobę, pracę i wszystkie Ojca intencje polecać będzie od dziś nasza s. M. Elżbieta od Trójcy Swiętej. Jej codzienne modlitwy, ofiarki i trudy są za Ojca ;-) Niech Pan umacnia Ojca i błogosławi!
Pozdrawiamy adwentowo!
SS. Klaryski od Wieczystej Adoracji z Kęt"



o. Kasper M. Kaproń OFM