poniedziałek, 18 czerwca 2012

Świadectwo Hathiego - Jarosław Głażewski HR


Rok 2010 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia… Tak mogłaby się zaczynać ta historia, kiedy pewien czterdziestolatek z okładem zaczął się modlić o służbę społeczną dla siebie. Nieopatrznie napisał też pewien list (do Naczelnictwa) i równie lekkomyślnie wypowiedział pewne słowa o wyjściu za próg, chęciach i maszerowaniu. Dzięki temu znalazł się w pewien sobotni dzień u stóp Świętego Krzyża w bardzo doborowym towarzystwie.

Można by pytać, dlaczego wstąpiłem do harcerstwa mając 40 lat. Pewnie dlatego, iż uznałem, że nawet taki tetryk może coś jeszcze zrobić dla swoich dzieci. Chciałem też bardzo, żeby Skauci Europy byli na Śląsku, także dla innych dzieci, których jeszcze wtedy nie znałem. Myślałem, że potem, gdy dorosną one coś zrobią dla szerzenia Królestwa Chrystusowego i dla Polski mojej Ojczyzny. Moim marzeniem wtedy było to, żeby w następnym pokoleniu było jak najwięcej ludzi samodzielnie myślących, wyznających wartości katolickie, a szlachetność i dobroć żeby nie odeszła do lamusa.

Pierwsze,co otrzymałem w harcerstwie, to nowe imię. Było to na Świętym Krzyżu w owym dziwnym roku. Mariusz Stefański, z którym miałem współpracować i od którego miałem się uczyć „żółtej gałęzi w praktyce”, powiedział wtedy: „Powiemy wilczkom, że jesteś słoniem Hathim, stoisz sobie w cieniu i obserwujesz, jak sobie radzą”. Byt kształtuje świadomość i tak zostałem słoniem Hathim dla wielu przyjaciół z harcerstwa. Kiedy staję przed lustrem widzę słonia indyjskiego z łysiną, rzadką siwą szczecinką, małymi uszkami (mniejszymi niż mają słonie afrykańskie), a kiedy patrzę w dół widzę parę tłustych nóżek zakończonych dwoma platfusami, w zasadzie słonie indyjskie mają wszystko malutkie, jedyne czego mają dużo… to słooonina, oj tej to mają dużo… ech. Najgorzej, że trzeba ją nosić także na wędrówki. Ale jak mówił ktoś z celebrytów, cebula ma warstwy i Hathi też ma warstwy… Rodzina na imieniny obdarzyła mnie takim oto wierszem Herberta:

Właściwie słonie są bardzo wrażliwe i nerwowe. 
Mają bujną wyobraźnią, która pozwala im niekiedy zapomnieć
 
o swoim wyglądzie. Kiedy wchodzą do wody, zamykają oczy.
Na widok własnych nóg wpadają w rozdrażnienie i płaczą.
Sam znalem słonia, który zakochał się w kolibrze.
 
Chudł, nie spał i w końcu umarł na serce.
Ci, którzy nie znają natury słoni, mówili : był taki otyły.

Dodam tu tylko jeszcze, że rodzony syn, kiedy jestem w mundurze lub kiedy rozmawiamy o sprawach harcerskich, mówi do mnie Hathi… ostatnio zapytał mnie nawet, czy jak będę Akelą, to będzie mógł do mnie mówić po staremu, ponieważ Hathi do mnie bardziej pasuje (sic!).
Trudno porównywać osobę dorosłą z siedemnastolatkiem, ale wydaje się, że kiedy taki stary koń (przepraszam słoń;) zostaje harcerzem, większość obrzędów traktuje bardzo poważnie, dojrzale. W moim przypadku zbiegło się przyjęcie do Kręgu Chrystusa Króla, które miałem 4 grudnia 2010 zaraz po porannej Eucharystii, z przyrzeczeniem składanym na Anioł Pański w Izerach pośród zimowej aury górskich lasów. Czy te dwa wydarzenia wniosły coś w moje życie poza wzruszającym przeżyciem? Oczywiście, że tak. Przyrzeczenie było dla mnie pewnym przyjęciem wspólnych ideałów, które już wcześniej były dla mnie drogie: życie ubóstwem i prostotą we Franciszkowej miłości do wszelkiego stworzenia, Błogosławieństwa, idea wstępowania w ślady Chrystusa- Drogi. Było ono oprócz tego potwierdzeniem chęci służenia młodszym oraz motorem do zmiany swojego trybu życia i kształtowania go wg Prawa. 
 
Chciałbym powiedzieć o kilku elementach tej zmiany. Mundur - kiedy go zakładam, wydaje mi się, że jestem innym człowiekiem, że ten fakt czyni ze mnie jakby nowe stworzenie i tym bardziej mobilizuje, aby nosić go godnie… nawet chyba moje uczestnictwo w Eucharystii, kiedy mam na sobie nasz wędrowniczy mundur, ma jakąś inną jakość. Brązowa chusta, którą noszę, jest dla mnie zawsze rachunkiem sumienia, przypomnieniem o prostocie, pokorze i służbie, o codziennej rezygnacji z tego, co zbędne w moim życiu (do tej pory zbyt chętnie kupowałem książki i rzeczy nie zawsze naszej rodzinie niezbędne). To dla mnie także codzienne wyzwanie do kroczenia za Jezusem pokornym i ubogim oraz do konfrontacji z Jego obrazem mojego życia. Plecak, który pakuję na wędrówkę lub jakiś skautowy wyjazd, jest dla mnie źródłem radości z tego, że przez te kilka dni wszystko, czego potrzebuję do życia, mam u siebie na plecach (częściowo też na plecach braci z ekipy:). Proste radości są największe i najpiękniejsze! Wędrówka – zawsze jest dla mnie poznaniem granicy moich możliwości, mojej słabości, kiedy inni muszą na mnie czekać, szkołą pokory i poznaniem własnych ograniczeń, a z drugiej strony doświadczeniem braterstwa, dzielenia się sobą i gotowości do służby, szukania do niej okazji, chociaż czasem już sił brak.
Gdybym miał powiedzieć co z Prawa i Zasad skautingu jest dla mnie najważniejsze wybrałbym kilka rzeczy. Przede wszystkim nauczyłem się tego, że „Obowiązki harcerza rozpoczynają się w domu”, a właściwą hierarchią jest Bóg, rodzina, praca i harcerstwo – w tej właśnie kolejności. W konsekwencji tego „Harcerz (…) pracuje sumiennie, aby ustanowić Królestwo Chrystusa w całym swoim życiu i świecie, który go otacza” - najpierw w swoim życiu, żeby nieść je w otaczający świat, co łączy się przecież wprost z tym, że „Harcerz jest powołany do służby bliźniemu i jego zbawieniu”. W naszych obrzędach wzywamy zawsze pomocy łaski Bożej i widzę, jak ona realnie wpływa na moje życie, jak Bóg mi pomaga, chociaż wiele rzeczy przychodzi mi z trudem jak to, że „Harcerz jest przyjacielem wszystkich i bratem dla każdego innego harcerza” to niełatwe, zwłaszcza, że otaczający świat kpi sobie z wyższych wartości z chrześcijańskich korzeni czy kroczenia Bożą drogą. Innym trudnym punktem Prawa jest ten o uśmiechu i śpiewie w trudnościach. Ciągle się uczę dzięki niemu, że jeszcze nie jestem panem siebie. Ale z łaską Bożą wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia – pewnego dnia, pewnego dnia Hathi :)
Dlaczego zdecydowałem się na Wymarsz Wędrownika? Kiedy pierwszy raz brałem udział w tym obrzędzie, swój wymarsz mieli Andrzej i Marcin z naszego Kręgu Chrystusa Króla. Zrobiło na mnie wrażenie praktycznie każde słowo, choć szczególnie zwróciłem uwagę na pytanie Naczelnika „Czy chcesz z pokorą we wszystkim szukać prawdy i dobrowolnie jej służyć, nie przytłaczając innych wagą swoich odkryć?” oraz na słowa towarzyszące wręczeniu nawęzu i lilijki HRa. Pomyślałem, że ja też bym tak chciał, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy będzie to możliwe. Gdybym mógł, pewnie podjąłbym całą drogę od Eligo viam aż do tego momentu, ale nie dla psa kiełbasa, nie dla Hathi’ego spyrka. Przez cały czas mojego przygotowania do służby Akeli na Śląsku towarzyszyło pragnienie, żeby przypieczętować swoją decyzję wkroczenia na Drogę, potwierdzić chęć służenia innym oraz przestać być tylko „starym słoniem w mundurze”. Kiedy zacząłem myśleć o wymarszu jako o czymś, co dotyczy mnie konkretnie, byłem pewny, że chcę go przeżyć wśród braci z mojego kręgu, w czasie wędrówki i koniecznie na Śląsku, przecież jednym z głównych jego motorów była chęć służenia młodszym od siebie – „Śląsk potrzebuje HRów”, myślałem.

Chciałem w podjęciu wymarszu potwierdzić to, że „chcę pozostać mężny i skromny, nie być niewolnikiem swoich kaprysów ani mód i błędów współczesności i zachować przez całe życie ducha ubóstwa” oraz, że ciągle na nowo wybieram to, że moje dzisiaj ma być lepsze niż wczoraj, a jutro lepsze niż dziś. Moje życie wkroczyło wraz z wymarszem na nowe tory – tory czerwieni miłości i cierpienia, którego mam nie szczędzić w gotowości do służby. Potem już tylko usłyszałem kapłańskie słowa ” Ruszaj teraz za Chrystusem. Niech zastępy świętych towarzyszą ci dzisiaj, jutro i aż po wieczność!”… to wielka otucha na drogę, która wymaga ciągłego przekraczania siebie oraz szukania nowych wyzwań.



Jarosław Głażewski HR