poniedziałek, 18 czerwca 2012

Z dziennika pewnego szefa - Zbigniew Minda HR


         Wakacje. Obóz letni. Zwieńczenie całego roku pracy skautowej. Teraz dopiero okaże się, ile była warta. Czy zastępy są realne? Czy były realizowane zadania z Sądu Honorowego? Cele pracy, techniki do opanowania. Czy chłopaki się zmienili, zgrali? Czy są już bardziej pracowici, zgodni? Czy prawo zaczęło mieć już dla nich znaczenie? Czy są ciągle paczką kolesi, czy już może nareszcie stali się bandą przyjaciół marzących o bohaterskich czynach i przygodach? Walka o frekwencję, o dopięcie szczegółów programowych i organizacyjnych, o papiery wychowawcy, ach! teraz wystarczy już patent podpisany przez naczelnika po pomyślnie zaliczonym obozie szkoleniowym. Nie wiem, czy to wszystko ogarniam. Jeszcze telefon do Pana Zdzisława, żeby załatwił beczkę na wodę, jeszcze wici do rodziców, kto może pożyczyć auto do zaopatrzenia. Nie będzie łatwo, bo chłopaki rok temu rozbili Kangura…Sznurki, żerdki, narzędzia, namioty, garnki, flagi, chusty, stroje. Boże, ile tych szczegółów! Wielkim wysiłkiem woli zrobiłem sobie listę kontrolną. Nie mniejszym wysiłkiem woli zaglądam co niej codziennie. Ile jeszcze tej woli, żeby przejść do fazy egzekucyjnej. Jestem w środku egzaminów. Ma za sobą Rzym. Ufff…. Całe szczęście. Powszechna mnie przeraża. No i Ola… Ile pamięci operacyjnej potrzeba w czaszce, żeby o wszystkim pamiętać. Poszedłem dziś na mszę. Powiedziałem Mu: „Ty wiesz, że to dla Ciebie, cała ta gra i zabawa w ten skauting. W końcu kiedyś trzeba zmienić ten świat. Nie wiem, jak to wygląda z Twojej perspektywy, ale z mojej jakoś tak. Jakieś uwagi?”


         Zerkam na Wskazówki Baden-Powella i na chybił trafił czytam: „Głównym zagadnieniem naszego skautingu jest uchwycić charakter chłopca w rozżarzonym do czerwoności stanie entuzjazmu i nadać mu właściwą formę, oraz pomoc mu rozwinąć jego osobowość tak, aby mógł sam się wychować na dobrego człowieka i na wartościowego obywatela swego kraju.” Znów doznaję tego suplementu motywacji, jakim jest widok tych uśmiechniętych twarzy chłopaków, oczu zastępowych pełnych oczekiwania aprobaty po udanej scence, świetnej potrawie, kosmicznej pionierki. Wspomnienie rozmów z rodzicami: „On po tym obozie, po raz pierwszy po prostu frunął do tej szkoły. Taki był szczęśliwy”. „Wie Pan, codziennie ładuje zmywarkę, rozładowuje, nakrywa do stołu. Ani się obejrzę wszystko gotowe”. Nagle nie wiem, co się ze mną dzieje, czuję wzruszenie i łzy zaczynają mi napływać do oczu. W pamięci staje mi scena sprzed dwóch miesięcy. Chodzimy po lesie w miejscu obozu i wymyślamy wielką grę. Zastępowi i czołowi skaczą wokół mnie prześcigając się w pomysłach. Są tak konstruktywni, kreatywni, tak uśmiechnięci. Po raz pierwszy taka atmosfera. Szukam jej instynktownie, pracuję nad nią od dwóch lat, choć nie wiem jak, bardziej instynktownie niż metodycznie, bo przecież jakie ja mam o tym pojęcie. Nie jestem guru pedagogiem, jak trenerzy piłki nożnej. Choćby taki Benhacker. I w końcu taki prezent. Tak grę ułożyli.
         W końcu. Sami. Ja tylko słuchałem. Tego wieczoru poszedłem sam do lasu i płakałem ze szczęścia jak małe dziecko. Taka nagroda. „Boże, masz te prezenty…” szepcę mu w zaufaniu. Jakoś tak od dzieciństwa miałem zawsze poczucie Bożej obecności. Ale to coś nowego, to zaufanie na jakie się zdobywam teraz wobec Niego. Nigdy nie miałem jakieś super relacji z ojcem. Był raczej surowy i wymagający. Polski ojciec. Nie pochwali, nie poklepie po plecach, nie wleje zaufania we własne siły. Tylko wymaga. Mój duszpasterz pomógł mi to jakoś przełamać tę blokadę w stosunku do Boga. Jesteśmy w fazie kumpelskiej. W sensie Bóg i ja. Całe życie mi się zmieniło odkąd zostałem drużynowym. Broniłem się jak mogłem, wymiękłem, jak hufcowy powiedział mi: „Skończył się czas brania. Nadszedł czas dawania.” Czuję, jak ta odpowiedzialność mnie buduje, jak mi daje poczucie wartości. I to oczekiwanie ze strony chłopaków, które odczuwam tak mocno.

         Jaki będzie ten obóz? Myślę o tym, by nigdy nie stracić dobrego humoru, by się nie zdenerwować, nie stracić cierpliwości i wiary w chłopaków. Zachować optymizm, dobrego ducha. Słuchać, słuchać, słuchać. Obserwować. Uczyć się. W zasadzie to nie wiadomo do końca jak to działa to wychowanie i cały ten skauting. Co takiego jest w tym wszystkim, że chłopakom się podoba? Nie wiem, dlaczego oni lubią te moje różne pomysły. Czasem wydaje mi się, że to jakaś przesada, że przecież to jest takie proste. Może po prostu zdobyłem ich zaufanie i są gotowi wskoczyć w ogień. Pamiętam, jak byłem w drużynie i z Wieśkiem mówiliśmy sobie, że za drużynowym, miał ksywkę „Sęp” poszlibyśmy w ogień.

         Chcę też jakoś bardziej w trakcie tego obozu czuć się w rękach Boga. „Przylgnąć do Chrystusa”. Te słowa z ostatnich rekolekcji ignacjańskich tak bardzo mi pomogły i utkwiły. Czułem, że się rozpadam i zapadam. Rozsypuję. Był koniec rekolekcji. Podsumowanie w gronie uczestników. Kolana mi się trzęsły na myśl, że trzeba już wracać do normalnego życia z tego kąpieliska pocieszeń i światła. Wtedy jeden z uczestników: „Wracam z takim silnym postanowieniem przylgnięcia do Chrystusa”. Te słowa podziałały na mnie jak wówczas na Św. Krzyżu, gdy ks. Andrzej powiedział: „Chrystus jest królem”.

         Tyle tęsknot zaklętych w tej wieczornej ciszy obozowej. Nie mogę się jej doczekać.





Zbigniew Minda HR